Pani McGinty nie żyje

Tekst
Z serii: Herkules Poirot #28
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 6

I

W biurze Breather & Scuttle po krótkim sprzeciwie wprowadzono Poirota do gabinetu samego pana Scuttle’a.

Pan Scuttle był energicznym, pełnym werwy i serdecznym człowiekiem.

– Dzień dobry, dzień dobry – zatarł dłonie. – Co możemy dla pana zrobić?

Obrzucił Poirota profesjonalnym spojrzeniem, zapamiętując szczegóły, próbując jakoś go zaklasyfikować.

Cudzoziemiec. Ubranie w dobrym gatunku. Zapewne zamożny. Restaurator? Hotelarz? Filmowiec?

– Mam nadzieję, że nie nadużywam pańskiej cierpliwości. Chciałem porozmawiać o pańskim byłym pracowniku, Jamesie Bentleyu.

Wyraziste brwi pana Scuttle’a uniosły się o cal i opadły.

– James Bentley. James Bentley?

Wyrzucił z siebie pytanie:

– Pan z prasy?

– Nie.

– Czyżby z policji?

– Nie, a przynajmniej nie z tutejszej.

– Nie z tutejszej. – Pan Scuttle zapamiętał to natychmiast na wszelki wypadek. – O co chodzi?

Poirot, niezrażony tą pedantyczną chęcią ustalenia faktów, rozpoczął przemowę:

– Prowadzę dochodzenie w sprawie Jamesa Bentleya – na prośbę jego krewnych.

– Nie wiedziałem, że ma jakąś rodzinę. Zresztą, uznano go za winnego, jak pan wie, i skazano na śmierć.

– Wyrok nie został jeszcze wykonany.

– Dopóki żyjemy, mamy nadzieję, co? – Pan Scuttle pokręcił głową. – Jednak wątpię. Dowody były mocne. Kim są jego krewni?

– Mogę panu tylko powiedzieć, że są bogaci i wpływowi. Bardzo bogaci.

– Zaskoczył mnie pan. – Pan Scuttle przybrał bardziej życzliwą postawę. Słowa „bardzo bogaci” zrobiły na nim hipnotyczne wrażenie. – Naprawdę mnie pan zaskoczył.

– Matka Bentleya, świętej pamięci pani Bentley – wyjaśnił Poirot – wraz ze swoim synem odcięli się zupełnie od reszty rodziny.

– Waśń rodowa, co? No cóż. A młody Bentley był bez grosza przy duszy. Szkoda, że nie pośpieszyli z pomocą wcześniej.

– Dopiero teraz poinformowano ich o tym fakcie – wyjaśnił Poirot. – Wynajęto mnie, abym czym prędzej udał się do Anglii i zrobił, co w mojej mocy.

Pan Scuttle odchylił się w fotelu, przyjmując mniej oficjalną postawę.

– Nie wiem, co może pan zrobić. Może niepoczytalność? Jest trochę późno, ale jeżeli uda się panu przekonać którąś z medycznych sław... Naturalnie, nie znam się na tym.

Poirot pochylił się ku niemu.

– Monsieur, James Bentley tu pracował. Proszę mi o nim opowiedzieć.

– Mam bardzo niewiele do powiedzenia... bardzo niewiele. Zajmował niskie stanowisko. Nic do niego nie miałem. Wydawał się absolutnie przyzwoity, sumienny i tak dalej. Ale nie miał pojęcia o sprzedaży. Po prostu nie potrafił odpowiednio podejść klienta. W tym zawodzie to duża wada. Jeżeli przychodzi do nas klient, żeby sprzedać dom, jesteśmy tu po to, żeby go sprzedać. A jeżeli klient szuka domu, znajdujemy go dla niego. Jeżeli jest to dom na pustkowiu, z dala od wszelkich udogodnień, należy podkreślić jego wiek, opisać jako zabytek – i ani słowa o rurach w łazience! A jeżeli dom stoi naprzeciw gazowni, mówimy o usługach i udogodnieniach za rogiem, i ani słowa o widoku z okna. Klienta należy zbałamucić – po to tu jesteśmy. Mamy swoje sztuczki. „Szanowna pani, radzimy zdecydować się natychmiast. Dom bardzo się spodobał pewnemu posłowi, bardzo. Dzisiaj po południu ma znowu przyjechać, żeby go obejrzeć”. To zawsze działa – poseł do parlamentu robi wrażenie. Nie mam pojęcia dlaczego! Żaden poseł nie mieszka poza swoim okręgiem. Po prostu brzmi bardzo solidnie – roześmiał się nagle, odsłaniając lśniące, porcelanowe zęby. – Psychologia, nic więcej, tylko psychologia.

Poirot uchwycił się tego słowa.

– Psychologia. Ma pan absolutną rację. Widzę, że potrafi pan ocenić ludzki charakter.

– Nie najgorzej, nie najgorzej – odparł pan Scuttle skromnie.

– Więc spytam jeszcze raz, jakie wrażenie robił na panu James Bentley? Tak między nami – tylko i wyłącznie między nami – czy uważa pan, że zabił tę kobietę?

Scuttle wpatrywał się w niego.

– Oczywiście.

– I uważa pan, że był do tego zdolny – z psychologicznego punktu widzenia?

– Cóż – skoro tak pan to sformułował – nie, właściwie nie. Nie sądzę, że miałby odwagę. Wie pan co? Coś panu powiem. On był stuknięty. Tak, to pasuje. Zawsze miał coś z głową. A kiedy stracił pracę i pojawiły się problemy, wtedy mu odbiło.

– Nie miał pan szczególnego powodu, żeby go zwolnić?

– Niedobra pora roku, ludzie nie mieli co robić. Zwolniliśmy najmniej kompetentnego pracownika, czyli Bentleya. Nigdy by się nie nauczył. Daliśmy mu dobre referencje, ale nie znalazł pracy. Nie miał polotu, robił złe wrażenie.

Wciąż powraca to samo – pomyślał Poirot, wychodząc z biura. James Bentley robił złe wrażenie. Pocieszył się, wspominając kilku znanych mu morderców, którzy robili czarujące wrażenie.

II

– Przepraszam, czy mogę się przysiąść i chwilę z panem porozmawiać?

Poirot, który rozsiadł się wygodnie przy stoliku w Niebieskim Kocie, zaskoczony podniósł wzrok znad jadłospisu. Dębowe wykończenia i okna z matowego szkła nadawały wnętrzu Niebieskiego Kota staroświecki charakter. Panował w nim mrok, lecz młoda kobieta, która właśnie usiadła naprzeciw niego, zdecydowanie odróżniała się od ciemnego tła złotymi włosami i jasnoniebieskim kostiumem. Co więcej, Herkules Poirot miał świadomość, że niedawno gdzieś już ją widział.

– Wie pan, chcąc nie chcąc słyszałam, o czym pan rozmawiał z panem Scuttle’em – ciągnęła.

Poirot kiwnął głową. Zrozumiał, że przepierzenia w biurach Breather & Scuttle postawiono ze względów praktycznych, a nie dla wygody pracowników. Nie przeszkadzało mu to, bo zależało mu na rozgłosie.

– Pisała pani na maszynie – powiedział – na prawo od okna z tyłu.

Kiwnęła głową, odsłaniając lśniące zęby w uśmiechu. Była bardzo atrakcyjną kobietą o kształtnej figurze, co podobało się Poirotowi. Ocenił, że ma trzydzieści trzy lub cztery lata, z urody ciemnowłosa, lecz nie była osobą, która w tej mierze poddałaby się dyktatowi natury.

– Rozmawialiście o panu Bentleyu.

– Interesuje to panią?

– Złoży apelację? Czy to oznacza, że pojawiły się nowe dowody? Jakże się cieszę. Nie mogłam uwierzyć, że to zrobił.

Poirot uniósł brwi.

– A więc uważała pani, że to nie on?

– Przynajmniej na początku. Myślałam, że to pomyłka, ale potem pojawiły się dowody... – zamilkła.

– No cóż, dowody – rzekł Poirot.

– Wyglądało na to, że tylko on mógł to zrobić. Pomyślałam, że być może zwariował.

– Czy on nie wydawał się pani trochę – jak to powiedzieć – dziwny?

– Ależ nie. W żadnym razie. Był zwyczajnie nieśmiały i niedostosowany. Tak naprawdę stać go było na więcej, ale nie potrafił tego pokazać. Brakowało mu pewności siebie.

Poirot spojrzał na nią. Tej jej nie brakowało. Prawdopodobnie miała jej za dwoje.

– Lubiła go pani?

Zarumieniła się.

– Tak. Amy – to ta dziewczyna z biura – śmiała się z niego i nazywała głupkiem, ale mnie bardzo się podobał. Był delikatny i grzeczny – i dużo wiedział. Z książek.

– Ach tak, z książek.

– Tęsknił za matką. Wie pan, całe lata chorowała. To znaczy, może nie chorowała, ale była słabowita, a on się nią opiekował.

Poirot skinął głową. Znał ten typ matki.

– No i oczywiście ona opiekowała się nim. Troszczyła się o jego zdrowie, w zimie dbała o jego płuca, pilnowała tego, co je.

Ponownie skinął głową i spytał:

– Byliście przyjaciółmi?

– Czy ja wiem? W zasadzie nie. Czasem rozmawialiśmy. Ale kiedy odszedł, przestał... przestałam go widywać. Napisałam do niego list, jak do dobrego znajomego, ale nie odpowiedział.

Poirot rzekł łagodnie:

– Ale lubi go pani?

Odpowiedziała dosyć wyzywająco:

– Tak.

– To wspaniale – odparł Poirot.

W myślach przeniósł się do dnia, kiedy rozmawiał ze skazańcem... Widział teraz Jamesa Bentleya bardzo wyraźnie. Szare włosy, szczupły i niezgrabny, kościste dłonie i nadgarstki, wydatna grdyka. Zobaczył jego ukradkowe, zakłopotane, prawie onieśmielone spojrzenia. Nie patrzył w oczy jak ktoś, komu można by zaufać... skryty, przebiegły, kłamliwy typ mamroczący coś od niechcenia pod nosem... Takie wrażenie James Bentley robił na większości powierzchownie oceniających go ludzi. Takie wrażenie robił, siedząc na ławie oskarżonych. Ktoś zdolny do kłamstwa, kradzieży pieniędzy i zadania ciosu w głowę starej kobiecie...

Lecz na komisarzu Spensie, który znał się na ludziach, nie zrobił takiego wrażenia. I nie na Herkulesie Poirocie... A teraz ta kobieta.

– Jak się pani nazywa, mademoiselle? – spytał.

– Maude Williams. Czy mogę w czymś... pomóc?

– Myślę, że tak. Panno Williams, są ludzie, którzy uważają, że James Bentley jest niewinny. Próbują to udowodnić. Prowadzę dochodzenie i mogę pani powiedzieć, że zrobiłem duże postępy... tak, duże postępy.

Wyrzekł to kłamstwo z kamienną twarzą. Uważał, że jest konieczne. Ktoś, gdzieś musi poczuć się zaniepokojony. Maude Williams będzie mówić, a słowa są jak kamień wrzucony do stawu, powodują fale, które rozchodzą się we wszystkich kierunkach.

– Powiedziała mi pani, że rozmawialiście ze sobą – rzekł. – Opowiedział pani o matce i swoim życiu. Czy kiedykolwiek wspomniał kogoś, z kim on lub jego matka pozostawali w złych stosunkach?

Maude Williams zastanowiła się.

– Nie... nie można tego tak nazwać. Zrozumiałam, że jego matka nie lubiła młodych kobiet.

– Matki oddanych im synów nigdy nie lubią młodych kobiet. Chodzi mi o coś innego. Jakaś waśń rodzinna, jakieś antagonizmy. Ktoś chowający urazę?

 

Pokręciła głową.

– Nigdy o czymś takim nie wspominał.

– Czy mówił coś o swojej gospodyni, pani McGinty?

Wstrząsnęła się lekko.

– Nie wspomniał nazwiska. Kiedyś powiedział, że za często podaje mu wędzone śledzie na kolację, a raz wspomniał, że jest zmartwiona, bo zniknął jej kot.

– Proszę odpowiedzieć szczerze – czy kiedykolwiek wspomniał, że wie, gdzie ona trzyma pieniądze?

Dziewczyna lekko zbladła, lecz podniosła wyzywająco głowę.

– Prawdę mówiąc, tak. Rozmawialiśmy, jak to ludzie nie ufają bankom, a on powiedział, że jego gospodyni trzyma oszczędności pod luźną deską w podłodze. Powiedział: „W każdej chwili mógłbym je sobie wziąć”. To nie był żart, on nigdy nie żartował, zabrzmiało to bardziej, jakby martwiła go jej lekkomyślność.

– Aha, to dobrze – rzekł Poirot – to znaczy, z mojego punktu widzenia. Gdyby James Bentley zechciał coś ukraść, pomysł ten jawiłby się mu jako coś, co należy utrzymać w tajemnicy. Widzi pani, powiedziałby wtedy: „Któregoś dnia dla tych pieniędzy ktoś jej przyłoży w głowę”.

– Tak czy inaczej, to nie znaczy, że chciał to zrobić.

– Ależ nie. Lecz słowa, jakkolwiek pozbawione znaczenia, nieuchronnie zdradzają, jaką osobą jest mówiący. Roztropny przestępca nie powiedziałby ani słowa, ale przestępcy rzadko są roztropni, a zwykle są próżni i mówią za dużo – i dlatego większość z nich wpada.

Maude Williams odezwała się gwałtownie:

– Ale k t o ś zabił tę starą kobietę.

– Naturalnie.

– Więc kto? Czy pan wie? Coś przychodzi panu do głowy?

– Tak – odparł Poirot nieszczerze – wiem bardzo dobrze. Lecz jesteśmy dopiero na początku drogi.

Kobieta spojrzała na zegarek.

– Muszę wracać. Mam tylko pół godziny przerwy. Kilchester, co za dziura. Przedtem zawsze miałam pracę w Londynie. Czy da mi pan znać, że mogę coś zrobić... to znaczy, z r o b i ć coś naprawdę?

Poirot wyjął wizytówkę. Napisał na niej „Long Meadows” i numer telefonu.

– Tu mieszkam.

Rozczarowany zauważył, że jego nazwisko nie zrobiło na niej wrażenia. Pomyślał, że młodemu pokoleniu zdecydowanie brakuje wiedzy na temat wybitnych postaci.

III

Poirot wrócił autobusem do Broadhinny trochę podniesiony na duchu. W każdym razie jest jeszcze jedna osoba, która tak jak on wierzy w niewinność Jamesa Bentleya. Bentley nie był aż takim odludkiem, jakim się wydawał.

W myślach powrócił do Bentleya, którego odwiedził w więzieniu. Cóż to była za przygnębiająca rozmowa. Żadnej iskierki nadziei, żadnego zainteresowania z jego strony.

– Dziękuję – rzekł Bentley z przygnębieniem – ale nie sądzę, żeby coś dało się zrobić.

Nie, na pewno nie miał wrogów.

– Kiedy nikogo nie obchodzi, czy się żyje, nie ma się wrogów.

– A pańska matka? Czy miała wrogów?

– Oczywiście, że nie. Była lubiana i otoczona szacunkiem.

W jego głosie dał się wyczuć lekki ton oburzenia.

– A pańscy znajomi?

– Nie mam znajomych... – odparł, a raczej odburknął James Bentley.

Lecz nie była to prawda, bo znał Maude Williams.

Cóż za wspaniała łaskawość natury – pomyślał Poirot – że każdy mężczyzna, jakkolwiek na pierwszy rzut oka nieatrakcyjny, zawsze wzbudzi zainteresowanie jakiejś kobiety.

Miał mocne przypuszczenie, że mimo atrakcyjnego wyglądu w rzeczywistości panna Williams jest matczynym typem kobiety.

Miała cechy, których brakowało Bentleyowi – energię, zapał, niezgodę na porażkę, wolę zwycięstwa.

Westchnął.

Cóż za potworne kłamstwa dzisiaj powiedział! Trudno – były konieczne.

– Ponieważ gdzieś tam jest igła w sianie – rzekł Poirot do siebie, oddając się szaleństwu wymieszanych przenośni – a pomiędzy wilkami kryjącymi się w lesie jest ten, którego wywołam, będę podcinał gałęzie, aż w końcu jedna z nich spadnie!

Rozdział 7

I

Dom, w którym mieszkała pani McGinty, był tylko o kilka kroków od przystanku autobusowego. Na schodkach bawiło się dwoje dzieci. Jedno jadło robaczywe jabłko, a drugie krzyczało i waliło w drzwi metalową pokrywką. Wyglądały na całkiem zadowolone. Poirot przyłączył się do hałasu, stukając mocno do drzwi.

Kobieta wyjrzała zza rogu domu. Miała na sobie poplamione ogrodniczki i włosy w nieładzie.

– Ernie, przestań – poleciła.

– Nie – odpowiedział Ernie, nie przestając walić pokrywką.

Poirot zszedł ze stopnia i podążył w jej kierunku.

– Na dzieciaki nie ma rady, nie? – rzuciła kobieta.

Poirot był przeciwnego zdania, ale powstrzymał się od wyrażenia opinii.

Kobieta gestem zaprosiła go do kuchennych drzwi.

– Zamknęłam drzwi frontowe na klucz. Proszę wejść.

Poirot przeszedł przez bardzo brudną sień i wszedł do jeszcze brudniejszej kuchni.

– Nie tu ją zabili – powiedziała kobieta. – W saloniku.

Poirot uniósł lekko brwi.

– Z tego powodu pan tu przyszedł, co? To pan jest tym cudzoziemcem od Summerhayesów?

– A więc słyszała pani o mnie? – spytał Poirot. Uśmiechnął się promiennie. – Tak, rzeczywiście, droga pani?...

– Kiddle. Mąż jest tynkarzem. Wprowadziliśmy się cztery miesiące temu. Przedtem mieszkaliśmy u matki Berta... Ludzie mówili: „Chyba nie wprowadzicie się do tego domu, gdzie popełniono morderstwo?”, ale ja powiedziałam, że dom to dom i zawsze to lepiej niż jeden pokój i spanie na dwóch krzesłach. Straszny jest ten problem mieszkaniowy, nie? Zresztą, nie mieliśmy tu żadnych problemów. Mówią, że umarli c h o d z ą po nocach, ale nic takiego się nie stało! Chce pan zobaczyć, gdzie do tego doszło?

Poirot zgodził się, czując się jak turysta na wycieczce z przewodnikiem.

Pani Kiddle zaprowadziła go do małego pokoju zapełnionego starymi, ciężkimi meblami. W przeciwieństwie do reszty domu pokój wydawał się nieużywany.

– Leżała na podłodze z dziurą w głowie. Pani Elliot mało nie padła ze strachu. To ona ją znalazła – ona i Larkin. Larkin rozwozi chleb. Ale pieniędzy nie było. Proszę na górę. Pokażę panu.

Pani Kiddle weszła na schody i zaprowadziła go do sypialni z dużą komodą, wielkim łóżkiem z baldachimem, kilkoma krzesłami i wspaniałą kolekcją niemowlęcych ubranek, mokrych i suchych.

– To tu – rzekła pani Kiddle z dumą.

Poirot rozejrzał się. Z trudem wyobraził sobie, że ta ostoja kipiącego chaosem życia była kiedyś doszorowanym królestwem starszej pani pedantycznie dbającej o porządek. To tutaj mieszkała i spała pani McGinty.

– To zapewne nie są jej meble.

– Nie. Meble zabrała jej siostrzenica z Cullavon.

Po pani McGinty nie pozostało ani śladu. Nadeszli Kiddlowie i podbili dom. Życie pokonało śmierć.

Z dołu dobiegło zaciekłe zawodzenie niemowlęcia.

– Obudziła się – bez potrzeby wyjaśniła pani Kiddle.

Zbiegła ze schodów, a Poirot podążył za nią.

Nic tu po nim.

Poszedł do sąsiadki.

II

– Tak, to ja ją znalazłam.

Pani Elliot była afektowana. Dom był schludny i zadbany i tylko wysoka, chuda, ciemnowłosa pani Elliot była jego jedynym dramatycznym elementem, gdy opowiadała o najwspanialszym momencie swego dotychczasowego życia.

– Przyszedł Larkin, piekarz, zastukał do drzwi. „Chodzi o panią McGinty”, powiedział. „Nie odpowiada na stukanie do drzwi. Chyba coś się jej stało”. Pomyślałam, że może tak. Nie była już młoda, w żadnym wypadku. Miała napady palpitacji, to wiem. Pomyślałam, że może to wylew. No to pobiegłam, bo byli tylko oni, dwaj mężczyźni, i nie chcieli wchodzić do jej sypialni.

Poirot mruknięciem okazał aprobatę owemu objawowi przyzwoitości.

– Wbiegłam na schody. O n był na półpiętrze, blady jak śmierć. Wtedy nie przyszło mi to do głowy – przecież nie wiedziałam, co się stało. Mocno zapukałam do drzwi, nie było odpowiedzi, więc nacisnęłam klamkę i weszłam. W pokoju był straszny bałagan i ktoś wyrwał deskę z podłogi. „Ktoś się włamał – powiedziałam – ale gdzie jest ta biedaczka?” Wtedy pomyśleliśmy, żeby zajrzeć do saloniku. T a m b y ł a... Na podłodze z dziurą w głowie. Morderstwo! Od razu wiedziałam – morderstwo! Nic innego! Rozbój i morderstwo! Tu, w Broadhinny. Boże, jak ja krzyczałam! Ale mieli ze mną roboty! Całkiem zemdlałam. Musieli przynieść mi brandy z Trzech Kaczek. A nawet potem cała się jeszcze trzęsłam. „Nie przejmuj się tak bardzo, mateczko” – tak powiedział do mnie policjant, kiedy przyszedł. „Nie przejmuj się tak bardzo. Idź do domu i zrób sobie herbatkę”. No to poszłam. Potem mąż przyszedł z pracy. „Co się stało?” – mówi do mnie. A ja się ciągle trzęsłam. Zawsze byłam wrażliwa, od dziecka.

Poirot zręcznie przerwał tę fascynującą opowieść.

– Tak, oczywiście. A kiedy ostatni raz widziała pani biedną panią McGinty?

– Chyba dzień wcześniej, kiedy wyszła do ogrodu zerwać miętę. Właśnie karmiłam kury.

– Czy powiedziała coś do pani?

– Tylko dzień dobry i spytała, czy lepiej się niosą.

– I to był ostatni raz? Czy widziała ją pani w dzień morderstwa?

– Nie, ale za to widziałam j e g o – pani Elliot zniżyła głos. – Około jedenastej rano. Szedł drogą. Powłóczył nogami, jak zawsze.

Poirot czekał, lecz to już chyba było wszystko.

Spytał:

– Była pani zaskoczona, kiedy go aresztowano?

– No cóż, i tak, i nie. Wie pan, zawsze uważałam, że jest trochę przygłupi. A każdy głupek czasem robi się paskudny. Mój wujek miał syna słabego na umyśle, a ten, kiedy podrósł, potrafił zrobić się czasem paskudny. Nie zdawał sobie sprawy ze swojej siły. Tak, ten Bentley to przygłup i nie będę zdziwiona, kiedy zamkną go w domu wariatów, zamiast powiesić. No, niech pan popatrzy, gdzie schował pieniądze. Nikt by ich tam nie położył, chyba że chciałby, aby je znaleźli. Po prostu głupie, jak on sam.

– Chyba że chciałby, aby je znaleźli – mruknął Poirot. – Czy przypadkiem nie zginął pani jakiś tłuczek albo siekiera?

– N i e, policja mnie już o to pytała. Pytali wszystkich dookoła. Wciąż nie wiadomo, czym ją zabił.

III

Herkules Poirot ruszył w kierunku poczty.

Morderca chciał, żeby odnaleziono pieniądze, ale nie narzędzie zbrodni, bo pieniądze miały obciążyć Jamesa Bentleya, a narzędzie obciążyłoby... kogo?

Pokręcił głową. Był już w pozostałych dwóch domach. Sąsiedzi byli mniej wylewni niż pani Kiddle i mniej afektowani niż pani Elliot. Dowiedział się, że pani McGinty była bardzo przyzwoitą kobietą, która trzymała się na uboczu, że miała siostrzenicę, która mieszka w Cullavon, że nikt oprócz tej siostrzenicy jej nie odwiedzał, że o ile wiedzą, wszyscy ją lubili i nikt nie chował do niej urazy, i czy to prawda, że krąży petycja w sprawie Jamesa Bentleya, i czy będą musieli ją podpisać?

– Niczego się nie dowiedziałem, niczego – rzekł Poirot do siebie. Nie ma nic, żadnego światełka. Świetnie rozumiem desperację komisarza Spence’a. Lecz w m o i m wypadku powinno być inaczej. Komisarz Spence jest skrupulatnym policjantem, ale ja, ja jestem Herkules Poirot. M n i e powinno już było oświecić!

Wdepnął w kałużę i skrzywił się, patrząc na but z lakierowanej skóry.

Wprawdzie jest wielkim, wyjątkowym Herkulesem Poirotem, lecz jest też starym człowiekiem, którego cisną buty.

Wszedł na pocztę.

Dla spraw poczty Jego Królewskiej Mości przeznaczono prawą część pomieszczenia. Po lewej wyłożono bogaty asortyment różnych towarów: cukierków, produktów spożywczych, zabawek, narzędzi, artykułów papierniczych, kartek z życzeniami urodzinowymi, motków włóczki i dziecięcej bielizny.

Poirot nieśpiesznie rozpoczął zakup znaczków.

Kobieta, która bezzwłocznie skierowała się ku niemu, była w średnim wieku i miała bystre, jasne oczy.

– Niewątpliwie to tu – rzekł Poirot do siebie – znajdę najtęższy umysł we wsi Broadhinny.

Nazywała się, nie bez kozery, pani Sweetiman[20].

– I za dwanaście pensów – powiedziała pani Sweetiman, zręcznie wydzierając znaczek z wielkiego arkusza. – Razem będzie cztery szylingi i dziesięć pensów. Czy coś jeszcze, proszę pana?

Spojrzała na niego wyrazistym, inteligentnym wzrokiem. W drzwiach z tyłu dojrzał głowę nasłuchującej uważnie dziewczyny. Miała rozczochrane włosy i silny katar.

– Nie jestem stąd – oświadczył Poirot z powagą.

– Wiem, proszę pana – potwierdziła pani Sweetiman. – Przyjechał pan z Londynu, prawda?

 

– Przypuszczam, że wie pani równie dobrze jak ja, co mnie tu sprowadza – rzekł Poirot, uśmiechając się lekko.

– Ależ skąd, nie mam pojęcia – odparła pani Sweetiman, udając obojętność.

– Pani McGinty – wyjaśnił Poirot.

Pani Sweetiman pokręciła głową.

– Smutna sprawa, wstrząsająca.

– Przypuszczam, że znała ją pani.

– Naturalnie. Tak jak wszystkich w Broadhinny. Zawsze pogadałyśmy przez chwilę, gdy przyszła po jakiś drobiazg. Okropna tragedia, a ludzie mówią, że nie wszystko zostało jeszcze wyjaśnione.

– Są wątpliwości, w pewnych kręgach, co do winy Jamesa Bentleya.

– No cóż – rzekła pani Sweetiman – nie byłby to pierwszy raz, kiedy to policja łapie nie tego człowieka, co trzeba – choć pewnie nie w tej sprawie. Jednak jego bym o to nie posądziła. Nieśmiały, nieprzystosowany, lecz nie niebezpieczny. Ale nigdy nic nie wiadomo, prawda?

Poirot zaryzykował prośbę o papier listowy.

– Oczywiście. Proszę przejść na drugą stronę.

Pani Sweetiman pośpiesznie zajęła miejsce za ladą po lewej.

– Ale trudno sobie wyobrazić, kto mógłby to być, jeżeli nie pan Bentley – rzuciła, sięgając na najwyższą półkę po papier listowy i koperty. – Czasem pojawiają się tu ci okropni włóczędzy i może to jeden z nich zobaczył niezamknięte okno i wszedł. Ale przecież nie zostawiłby pieniędzy, prawda? Nie po tym, jak popełnił morderstwo, żeby je zdobyć – no i to były banknoty, nie do wytropienia! Proszę, jaki ładny, jasnoniebieski, i pasujący do koperty.

Poirot dokonał zakupu.

– Pani McGinty nigdy nie wspominała, że czegoś się obawia albo że kogoś się boi? – spytał.

– Nic mi nie mówiła. Nie była strachliwa. Czasem zostawała do późna u pana Carpentera – w Holmeleigh na wzgórzu. Często mają gości na kolacji i na noc, a pani McGinty czasem chodziła tam wieczorami, żeby pomóc w zmywaniu, i wracała po ciemku. Ja nie miałabym odwagi. Bardzo ciemno jest na drodze ze wzgórza.

– Czy zna pani jej siostrzenicę, panią Burch?

– Rozmawiałam z nią. Przyjeżdża tu czasem wraz z mężem.

– Odziedziczyli trochę pieniędzy, kiedy pani McGinty zmarła.

Przenikliwe ciemne oczy popatrzyły na niego surowo.

– Przecież to normalne, prawda? Nie zabrałaby ich ze sobą. Co w tym dziwnego, że dostała je rodzina?

– Ależ oczywiście, zgadzam się całkowicie. Czy pani McGinty była przywiązana do siostrzenicy?

– Myślę, że bardzo, choć bez wylewności.

– A do jej męża?

Pani Sweetiman przybrała obojętny wyraz twarzy.

– O ile wiem, tak.

– Kiedy widziała pani panią McGinty po raz ostatni?

Pani Sweetiman zastanowiła się, sięgając myślami w przeszłość.

– Chwileczkę, niech pomyślę. Edna? – Edna, stojąca w drzwiach, pociągnęła nosem bezradnie. – W dzień, kiedy umarła? Nie, dzień wcześniej, a może jeszcze jeden dzień wcześniej? Tak, w poniedziałek. Zgadza się. Zginęła w środę. Tak, w poniedziałek. Przyszła, żeby kupić butelkę atramentu.

– Potrzebna jej była butelka atramentu?

– Pewnie chciała napisać list – powiedziała pani Swetiman pogodnie.

– To możliwe. Czy zachowywała się jak zwykle? Nie była jakaś inna?

– Nie, chyba nie.

Pociągając nosem, Edna weszła do sklepu, powłócząc nogami, i nagle włączyła się do rozmowy.

– Była jakaś inna – stwierdziła. – Bardzo była z czegoś zadowolona, no nie, nawet nie zadowolona... była podekscytowana.

– Może masz rację – rzekła pani Sweetiman. – Wtedy tego nie zauważyłam, ale skoro o tym wspomniałaś... była podniecona.

– Czy pamięta pani, czy coś mówiła?

– Normalnie bym nie pamiętała, ale z powodu morderstwa człowiek zawsze sobie coś przypomni. Na pewno nic nie mówiła o Jamesie Bentleyu. Trochę o państwu Carpenterach i o pani Upward... wie pan, pracowała u nich.

– No właśnie, miałem panią zapytać, u kogo właściwie pracowała.

Pani Sweetiman odpowiedziała bezzwłocznie:

– W poniedziałki i czwartki chodziła do pani Summerhayes w Long Meadows. Tam pan się zatrzymał, prawda?

– Tak – westchnął Poirot – nie było nic innego.

– Nie w samej Broadhinny. Pewnie nie jest panu tam wygodnie? Pani Summerhayes to miła kobieta, ale nie ma pojęcia o prowadzeniu domu. Tak jak te wszystkie panie, które wracają z zagranicy. Okropny bałagan... zawsze mnóstwo roboty – tak mówiła pani McGinty. Tak, popołudnie w poniedziałek i czwartek rano u pani Summerhayes, potem wtorek rano u doktora Rendella, a po południu u pani Upward w Laburnums. W środę była pani Wetherby w Hunter’s Close, a w piątek pani Selkirk – teraz to pani Carpenter. Pani Upward to starsza pani, mieszka z synem. Mają służącą, ale postarzała się, więc pani McGinty chodziła tam raz w tygodniu, żeby nadrobić zaległości. Państwu Wetherby jest chyba trudno utrzymać kogoś dłużej – pani Wetherby jest bardzo schorowana. Państwo Carpenterowie mają piękny dom i zawsze wielu gości. Wszyscy to bardzo mili ludzie.

Wysłuchawszy ostatecznego osądu na temat mieszkańców Broadhinny, Poirot wyszedł na ulicę.

Szedł powoli pod górę w kierunku Long Meadows. Miał gorącą nadzieję, że zawartość wybrzuszonej konserwy i okrwawiona fasolka zostały w całości zjedzone w czasie lunchu i że nikt nie wpadł na pomysł, by zostawić mu je na kolację. Choć pewnie są jeszcze inne podejrzane puszki. Życie w Long Meadows nie jest pozbawione niebezpieczeństw.

Ogólnie rzecz biorąc, był rozczarowany.

Czegóż się dowiedział?

Że James Bentley miał znajomą. Że ani on, ani pani McGinty nie mieli wrogów. Że dwa dni przed śmiercią pani McGinty wyglądała na podekscytowaną i kupiła butelkę atramentu...

Poirot zatrzymał się nagle... Czyżby był to fakt, w końcu drobny fakt?

Spytał niezobowiązująco, po co pani McGinty butelka atramentu, a pani Sweetiman odparła z całą powagą, że pewnie chciała napisać list.

To było ważne... o mało mu to nie umknęło, ponieważ dla niego, jak dla większości ludzi, nie było nic nadzwyczajnego w pisaniu listów.

Lecz nie dla pani McGinty. Dla niej napisanie listu było czymś tak niezwyczajnym, że musiała wyjść do sklepu i kupić butelkę atramentu.

Pani McGinty nie pisała listów. Pani Sweetiman, naczelniczka poczty, nie miała co do tego wątpliwości. Ale pani McGinty napisała list na dwa dni przed śmiercią. Do kogo? Dlaczego?

To nie musiało być ważne. Mogła napisać do siostrzenicy albo do dawno niewidzianej przyjaciółki. Przywiązywanie wagi do tak zwyczajnej rzeczy jak butelka atramentu jest absurdalne.

Lecz innego śladu nie miał i postanowił pójść tym tropem.

B u t e l k a a t r a m e n t u...

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?