Pani McGinty nie żyje

Tekst
Z serii: Herkules Poirot #28
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Bardzo wątpliwa historia – zauważył Poirot.

– Bardzo. A jednak, wie pan – rzekł Spence w zamyśleniu – to może być prawda. Przeciętnemu człowiekowi – a więc również przysięgłym – trudno w coś takiego uwierzyć, ale znałem takich ludzi. Nie chodzi mi o to, że zemdlał, raczej o to, że są ludzie, którzy znalazłszy się w sytuacji wymagającej odpowiedzialnego zachowania, nie potrafią jej sprostać. Nieśmiali. Powiedzmy, że wchodzi do pokoju i ją widzi. Wie, że powinien coś zrobić – wezwać policję, pójść do sąsiadki, zrobić, co należy, cokolwiek. I tchórzy. Myśli sobie: „Nic nie wiem. Nie musiałem tu dzisiaj wchodzić. Pójdę spać, jakby mnie tu w ogóle nie było...”. Oczywiście kryje się za tym strach – strach, że posądzą go, iż ma z tym coś wspólnego. Postanawia trzymać się jak najdalej, tak długo, jak się da, i w ten sposób jak głupek pakuje się w sam środek kłopotów – po same uszy.

Spence zamilkł.

– Tak m o g ł o być.

– Mogło – odparł Poirot w zamyśleniu.

– Albo nic lepszego nie przyszło do głowy adwokatowi. Nie wiem. Kelnerka z restauracji, gdzie zazwyczaj jadał lunch, powiedziała, że zawsze wybierał stolik tak, aby patrzeć na ścianę albo w kąt, tak by nie widzieć ludzi. To taki typ – po prostu trochę stuknięty, ale nie na tyle, żeby zabić. Nie ma manii prześladowczej czy czegoś w tym rodzaju.

Spence z nadzieją spojrzał na Poirota, ale pogrążony w myślach detektyw nie odpowiedział.

Obydwaj siedzieli w milczeniu.

Rozdział 3

W końcu Poirot ocknął się z westchnieniem.

– Eh bien – rzekł. – Wyczerpaliśmy motyw pieniędzy. Przejdźmy do innych teorii. Czy pani McGinty miała wrogów? Bała się kogoś?

– Nic na to nie wskazuje.

– Co powiedzieli sąsiedzi?

– Niewiele. Być może nie chcą rozmawiać z policją, ale nie sądzę, żeby coś ukrywali. Powiedzieli, że trzymała się na uboczu, ale takie zachowanie jest uważane za normalne. Na wsi, panie Poirot, ludzie są nieufni, jak się o tym przekonali ci, których ewakuowano z miast w czasie wojny. Pani McGinty utrzymywała stosunki z sąsiadami, ale nie byli sobie bliscy.

– Jak długo tam mieszkała?

– Chyba z osiemnaście czy dwadzieścia lat.

– A przez czterdzieści lat przedtem?

– To żadna tajemnica. Urodziła się na farmie na północy Devonu. Przez jakiś czas mieszkali z mężem w Ilfracombe, a potem przenieśli się do Kilchester. Mieli tam dom, ale że był zawilgocony, przeprowadzili się do Broadhinny. Wydaje się, że mąż był cichym, porządnym człowiekiem, chorowitym – właściwie nie chodził do pubu. Wszystko bardzo przyzwoicie i bez tajemnic. Żadnych sekretów, nic do ukrycia.

– A mimo to ktoś ją zabił?

– A mimo to ktoś ją zabił.

– Siostrzenica nie zna nikogo, kto chował do ciotki urazę?

– Twierdzi, że nie.

Poirot z irytacją podrapał się po nosie.

– Rozumie pan, przyjacielu, że byłoby nam o wiele łatwiej, gdyby pani McGinty n i e b y ł a panią McGinty, że tak powiem. Gdyby była kimś, kogo nazywam Tajemniczą Kobietą – kobietą z przeszłością.

– No cóż, nie była – rzekł Spence beznamiętnie. – Była panią McGinty, kobietą bez wykształcenia, która wynajmowała pokoje i sprzątała po domach. Są tysiące takich jak ona w całej Anglii.

– Ale nie wszystkie padają ofiarą morderstwa.

– To prawda, przyznaję.

– Więc dlaczego ktoś zamordował panią McGinty? Odrzuciliśmy odpowiedź oczywistą. Cóż pozostaje? Tajemnicza, zagadkowa siostrzenica. Jeszcze bardziej tajemniczy i zagadkowy nieznajomy. Fakty? Trzymajmy się faktów. A jakie są fakty? Starsza kobieta sprzątająca po domach zostaje zamordowana. Nieśmiały i nieprzystosowany młody człowiek zostaje aresztowany i skazany za morderstwo. Dlaczego aresztowano Jamesa Bentleya?

Spence spojrzał na niego.

– Były dowody świadczące przeciwko niemu. Mówiłem panu, że...

– Oczywiście. Dowody. Ale niech mi pan powie, mój drogi, czy dowody były prawdziwe czy też sfabrykowane?

– Sfabrykowane?

– Tak. Przy założeniu, że James Bentley jest niewinny, pozostają dwie możliwości. Dowody zostały celowo sfabrykowane tak, aby rzucić podejrzenie na niego. Chyba że jest niewinny i padł ofiarą okoliczności.

Spence się zastanowił.

– No tak, rozumiem, dokąd pan zmierza.

– Nic nie wskazuje na to, że pierwsza możliwość jest prawdziwa. Ale z drugiej strony nic nie wskazuje, że nie jest. Ktoś zabrał pieniądze i ukrył poza domem w miejscu, które łatwo odnaleźć. Ukrycie ich w jego pokoju byłoby dla policji szyte zbyt grubymi nićmi. Morderstwo popełniono w czasie, gdy Bentley spacerował samotnie, jak to miał w zwyczaju. Czy plama krwi na rękawie pojawiła się w sposób, jaki opisał w trakcie procesu, czy to też zostało sfabrykowane? Czy ktoś otarł się o niego w ciemności i pozostawił zdradliwy ślad na rękawie?

– Czy nie posuwa się pan za daleko, panie Poirot?

– Być może, być może. Lecz musimy posunąć się za daleko. Uważam, że w tym przypadku musimy posunąć się dalej, niż pozwoli nam wyobraźnia... Ponieważ, mon cher[14] Spence, jeżeli pani McGinty jest tylko zwykłą sprzątaczką – to w takim razie m o r d e r c a musi być kimś niezwykłym. Tak – to jest bez wątpienia logiczne. W tym przypadku to nie zamordowana, lecz morderca staje się obiektem zainteresowania. Tak nie bywa w przypadku większości zbrodni. Zazwyczaj sedno sprawy kryje się w osobie ofiary morderstwa. Zazwyczaj to właśnie martwi, którzy już nic nie powiedzą, wzbudzają moje zainteresowanie. To, co kochali, czego nienawidzili, co zrobili. A gdy poznam już ofiarę naprawdę, wtedy ona przemówi, a jej martwe usta wypowiedzą imię – imię, które chciałeś znać.

Spence wyglądał, jakby poczuł się nieswojo.

„Ci cudzoziemcy!” – zdawał się mówić do siebie.

– Lecz tu – ciągnął Poirot – jest odwrotnie. Tu poszukujemy tajemniczej osoby – postaci wciąż kryjącej się w mroku. Jak umarła pani McGinty? Dlaczego umarła? Odpowiedzi nie znajdziemy, badając życie pani McGinty. Odpowiedź znajdziemy w osobie mordercy. Czy zgadza się pan ze mną?

– Chyba tak – odparł ostrożnie komisarz Spence.

– W osobie kogoś, kto chciał – czego? Uderzyć w panią McGinty? C z y t e ż u d e r z y ć w J a m e s a B e n t l e y a?

Komisarz Spence mruknął coś niepewnie.

– Tak, tak, przede wszystkim musimy znaleźć odpowiedź na to pytanie. Kto jest prawdziwą ofiarą? Kto miał być ofiarą?

Spence odezwał się z niedowierzaniem:

– Naprawdę uważa pan, że ktoś sprzątnąłby absolutnie niewinną starą kobietę po to, by ktoś inny zawisnął na szubienicy za morderstwo?

– Mówią, że gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą. A więc pani McGinty to wióry, a James Bentley – drwa. A więc, proszę mi teraz powiedzieć, co pan wie o Jamesie Bentleyu.

– Niewiele. Ojciec był lekarzem – zmarł, gdy Bentley miał dziewięć lat. Chodził do pomniejszej szkoły prywatnej, niezdolny do służby wojskowej, słabe płuca, w czasie wojny był w jednym z ministerstw i mieszkał z zaborczą matką.

– Kryją się tu pewne możliwości – rzekł Poirot. – Jest ich więcej niż w historii pani McGinty.

– Czy rzeczywiście wierzy pan w to, co mówi?

– Nie, na razie w nic nie wierzę. Ale twierdzę, że mamy dwa wyraźne kierunki dochodzenia i że musimy, jak najszybciej, zdecydować się, który wybrać.

– Jak ma pan zamiar się do tego zabrać, panie Poirot? Jak mogę panu pomóc?

– Po pierwsze, chciałbym porozmawiać z Jamesem Bentleyem.

– To mogę załatwić. Zwrócę się do jego adwokata.

– Potem, i oczywiście w zależności od ewentualnego – nie robię tu sobie wielkich nadziei – wyniku rozmowy, pojadę do Broadhinny. Tam, korzystając z pańskich notatek, pójdę po pańskich śladach.

– Na wypadek, gdybym coś przeoczył – rzekł Spence, uśmiechając się cierpko.

– Powiedzmy raczej, że na wypadek, gdyby coś objawiło mi się w innym świetle niż panu. Różne są ludzkie reakcje i różne jest nasze doświadczenie. Podobieństwo między bogatym finansistą a producentem mydła, którego kiedyś poznałem w Liège, przyniosło jak najbardziej satysfakcjonujące rezultaty. Ale nie ma potrzeby w to wchodzić. Przede wszystkim chcę wyeliminować jeden z tropów, o jakich właśnie wspomniałem. A eliminacja tropu pani McGinty – tropu numer jeden – będzie szybsza i łatwiejsza niż zakwestionowanie tropu numer dwa. A teraz, gdzie mogę zatrzymać się w Broadhinny? Czy jest tam gospoda oferująca w miarę przyzwoite warunki?

– Jest gospoda Pod Trzema Kaczkami, ale nie mają pokoi. Trzy mile dalej jest Jagnię z Cullavon – albo coś w rodzaju pensjonatu w samej Broadhinny. Nie jest to prawdziwy pensjonat, raczej dosyć zaniedbany wiejski dom, gdzie właściciele, młode małżeństwo, oferują noclegi. Wątpię – rzekł Spence – czy jest wygodny.

Herkules Poirot przymknął oczy w rozpaczy.

– Jeśli mam cierpieć, będę cierpiał – oświadczył. – Nie ma innego wyjścia.

– Nie wiem, w jakim charakterze pan tam pojedzie – ciągnął Spence z wahaniem, przyglądając się Poirotowi. – Może jako śpiewak operowy? Kłopoty z gardłem. Poszukując odpoczynku. Może zadziała.

– Pojadę jako ja sam – rzekł Herkules Poirot głosem, w którym zabrzmiał wyniosły ton.

Spence przyjął tę deklarację, nie okazując żadnej reakcji.

– Czy to rozsądne?

– To absolutnie k o n i e c z n e! Absolutnie. Cher ami[15], zauważ, że walczymy z c z a s e m. Cóż wiemy? Nic. Naszą szansą, największą szansą, jest pojechać tam, udając, że wiem bardzo dużo. Jestem Herkules Poirot, wielki, wyjątkowy Herkules Poirot. I mnie, Herkulesa Poirota, nie satysfakcjonuje wyrok, który zapadł w sprawie McGinty. Ja, Herkules Poirot, mam swoje podejrzenia co do tego, c o s i ę n a p r a w d ę s t a ł o. Są pewne okoliczności, które ja sam widzę zupełnie inaczej. Rozumie pan?

 

– I co wtedy?

– A wtedy, gdy osiągnę efekt, o który mi chodzi, przyjrzę się reakcjom. Albowiem będę reakcje. Z całą pewnością powinny być jakieś reakcje.

Komisarz Spence spojrzał z niepokojem na drobnego mężczyznę przed sobą.

– Niech pan na siebie uważa, panie Poirot – powiedział. – Nie chcę, żeby się panu coś stało.

– Lecz gdyby się stało, przestanie pan mieć nawet cień wątpliwości, czyż nie tak?

– Nie chcę poczucia pewności zdobytego aż takim kosztem – odparł komisarz Spence.

Rozdział 4

Herkules Poirot rozejrzał się z wielkim niesmakiem po pokoju, w którym stał. Miał przyjemne proporcje, ale to wyczerpywało jego zalety. Poirot skrzywił się wymownie, przeciągając podejrzliwie palcem po wierzchu półki. Tak jak przypuszczał – kurz! Usiadł ostrożnie na kanapie, a popsute sprężyny zapadły się pod nim przygnębiająco. Domyślił się, że dwa fotele o wyblakłych obiciach były w równie złym stanie. Wielki, groźnie wyglądający pies, który – jak przypuszczał Poirot – miał świerzb, warknął, leżąc na umiarkowanie wygodnym krześle.

Wielki pokój miał wyblakłe tapety z przełomu wieków. Staloryty o nieprzyjemnej tematyce wisiały krzywo na ścianach wraz z jednym czy dwoma dobrymi obrazami olejnymi. Pokrowce na krzesłach były wyblakłe i brudne, w dywanie o nieładnym wzorze były dziury. Mnóstwo rozmaitych bibelotów leżało porozrzucanych chaotycznie tu i tam. Stoły kiwały się niebezpiecznie. Jedno z okien było otwarte i wydawało się, że żadna siła na ziemi go nie zamknie. Drzwi natomiast były zamknięte, lecz zapewne nie na długo. Zamek był zepsuty i każdy podmuch wiatru otwierał je na oścież, wpuszczając do środka zimne powietrze wirujące po pokoju.

– Cierpię – rzekł Herkules Poirot, użalając się nad sobą. – Tak, cierpię.

Drzwi otworzyły się gwałtownie i wraz z podmuchem wiatru do środka weszła pani Summerhayes. Rozejrzała się po pokoju, krzyknęła „Co?” do kogoś na zewnątrz i wyszła.

Pani Summerhayes miała rude włosy i pociągająco piegowatą twarz. Zwykle z nieobecnym spojrzeniem gdzieś coś porzucała, albo tego właśnie szukała.

Herkules Poirot skoczył na równe nogi i zamknął drzwi.

Chwilę później drzwi otworzyły się ponownie i pojawiła się w nich pani Summerhayes. Tym razem trzymała dużą emaliowaną miednicę i nóż.

Z oddali dobiegł głos mężczyzny:

– Maureen, kot znowu zwymiotował. Co mam zrobić?

Pani Summerhayes zawołała:

– Już idę, kochanie! Zaczekaj.

Odłożyła miednicę i nóż i ponownie wyszła.

Poirot ponownie wstał, zamknął drzwi i rzekł do siebie:

– Zdecydowanie cierpię.

Przyjechał samochód, pies zerwał się z krzesła i zaczął głośno szczekać. Wskoczył na stolik koło okna i mebel zawalił się z łoskotem.

– Enfin[16] – rzekł Herkules Poirot – C’est insupportable![17]

Drzwi otworzyły się gwałtownie, wiatr, wirując, wdarł się do środka, pies wybiegł, zanosząc się szczekaniem. Dobiegł go podniesiony głos Maureen.

– Johnnie, dlaczego, do cholery, nie zamknąłeś kuchennych drzwi?! Kury weszły do spiżarni.

– I za to płacę siedem gwinei tygodniowo! – powiedział Herkules Poirot z naciskiem.

Trzasnęły drzwi. Przez okno dobiegło gniewne gdakanie kur.

Drzwi otworzyły się ponownie. Maureen Summerhayes weszła do pokoju i z okrzykiem radości rzuciła się na miednicę.

– Nie mogłam sobie przypomnieć, gdzie ją zostawiłam. Panie... hm... czy miałby pan coś przeciwko temu... to znaczy, czy nie będzie panu okropnie przeszkadzać, jeżeli pokroję fasolkę tutaj? W kuchni strasznie śmierdzi.

– Madame, będę zachwycony.

Nie to dokładnie miał na myśli, ale po raz pierwszy od dwudziestu czterech godzin pojawiła się okazja, żeby porozmawiać dłużej niż sześć sekund.

Pani Summerhayes opadła na krzesło i zaczęła kroić fasolkę z szaloną energią i wyraźnym brakiem wprawy.

– Mam nadzieję – powiedziała – że nie jest tu panu okropnie niewygodnie. Jeżeli chciałby pan, żeby coś zmienić, proszę powiedzieć.

Poirot zdążył już dojść do wniosku, że jedynym znośnym aspektem pobytu w Long Meadows jest pani domu.

– To bardzo uprzejme z pani strony, madame – odparł grzecznie. – Gdyby to ode mnie zależało, uważam, że powinna mieć pani służbę do pomocy.

– Służbę! – pani Summerhayes wykrzyknęła. – Próżna nadzieja! Nie mogę nawet znaleźć dobrej s p r z ą t a c z k i. Ta, którą mieliśmy, została zamordowana. Co za pech.

– Zapewne chodzi o panią McGinty? – szybko odezwał się Poirot.

– Pani McGinty, w rzeczy samej. Boże, jak mi jej brakuje! Naturalnie, w owym czasie było to bardzo emocjonujące. Pierwsze morderstwo w rodzinie, że tak powiem, ale powiedziałam wtedy Johnniemu, że dla nas to straszny cios. Nie radzę sobie bez pani McGinty.

– Była pani do niej przywiązana?

– Szanowny panie, na niej można było p o l e g a ć. Choćby to, że p r z y c h o d z i ł a, kiedy miała przyjść. W poniedziałki po południu i w czwartki rano – jak w zegarku. Teraz mam tę panią Burp z tego domu koło stacji. Pięcioro dzieci i mąż. Oczywiście nigdy jej nie ma. Albo mąż zaniemógł, albo matka, albo któreś z dzieci zapadło na jakąś paskudną chorobę. Jeżeli chodzi o panią McGinty, tylko ona mogła zaniemóc i, proszę mi wierzyć, rzadko się jej to zdarzało.

– I zawsze była solidna i uczciwa? Ufała jej pani?

– Nigdy niczego nie wyniosła – nawet jedzenia. Oczywiście, trochę myszkowała. Zaglądała do poczty i tak dalej, ale tego można się było spodziewać. W końcu, oni mają tak bezbarwne życie, prawda?

– Czy życie pani McGinty było bezbarwne?

– Koszmarne, jak przypuszczam – odparła pani Summerhayes wymijająco. – Zawsze na kolanach, szorując podłogę. No i stosy naczyń w zlewie u obcych ludzi do umycia co rano. Gdybym musiała codziennie znosić coś takiego, pewnie z ulgą dałabym się zamordować. Naprawdę.

W drzwiach balkonowych pojawiła się twarz majora Summerhayesa. Pani Summerhayes skoczyła na równe nogi, rozsypując fasolę, i podbiegła do nich, otwierając je na całą szerokość.

– Maureen, ten cholerny pies znowu zjadł jedzenie dla kur.

– O cholera, teraz będzie wymiotował.

– Popatrz – John Summerhayes pokazał jej cedzak pełny szpinaku. – Wystarczy?

– Ależ skąd.

– Dla mnie to kolosalna ilość.

– Po ugotowaniu wyjdzie z tego jedna łyżka. Jeszcze nie wiesz, jak to jest ze szpinakiem?

– O Boże!

– Przywieźli ryby?

– Ależ skąd.

– Do diabła, będziemy musieli zjeść coś z puszki. Zajmij się tym, Johnnie. Jedna z tych w szafce w rogu. Ta, która wydawała się nam wybrzuszona. Jestem pewna, że jest w porządku.

– A szpinak?

– Zajmę się tym.

Dała susa przez drzwi balkonowe i oddalili się we dwójkę.

– Nom d’un nom d’un nom![18] – rzekł Herkules Poirot. Przeszedł przez pokój i zamknął drzwi najlepiej, jak potrafił. Wiatr przyniósł słowa majora Summerhayesa.

– Maureen, kto to jest ten nowy facet? Jakiś dziwak. Jak on się nazywa?

– Nie pamiętam, chociaż właśnie z nim rozmawiałam. Powiedziałam: panie... hm... Już wiem, Poirot, tak się nazywa. To Francuz.

– Wiesz co? Chyba gdzieś widziałem to nazwisko.

– Może środek do trwałej? Wygląda jak fryzjer.

Poirot skrzywił się.

– Nie, raczej marynata. Nie wiem. Ale skądś je znam. Lepiej od razu wyciągnij od niego tych siedem gwinei.

Głosy ucichły w oddali.

Herkules Poirot pozbierał fasolkę porozrzucaną na podłodze. Właśnie kończył, gdy pani Summerhayes ponownie pojawiła się w drzwiach.

Szarmancko wręczył jej fasolkę.

– Voici[19], madame.

– Och, bardzo dziękuję. Niech pan popatrzy, jest trochę czarna. Solimy ją i trzymamy w glinianym garnku, ale chyba się zepsuła. Pewnie nie będzie smaczna.

– Też się tego obawiam... Pozwoli pani, że zamknę drzwi? Okropny przeciąg.

– Ależ tak, proszę. Przepraszam, zawsze zapominam zamknąć drzwi.

– Zauważyłem.

– Zresztą, tych nie da się zamknąć. Ten dom to ruina. Mieszkali tu rodzice Johnniego. Biedacy, nie mieli pieniędzy i nic nie robili z domem. My też nie możemy na nic sobie pozwolić, od kiedy wróciliśmy z Indii. Ale dzieci dobrze się tu czują w czasie wakacji, mają mnóstwo miejsca do zabawy, ogród i resztę. Jakoś dajemy sobie radę, wynajmując pokoje, choć muszę powiedzieć, że mieliśmy kilka nieprzyjemnych doświadczeń.

– Czy jestem obecnie państwa jedynym gościem?

– W pokoju na górze mieszka starsza pani. Położyła się do łóżka pierwszego dnia i do dzisiaj nie wstała. Moim zdaniem nic jej nie jest, ale muszę nosić jej tacę z jedzeniem cztery razy dziennie. Nie narzeka na brak apetytu. W każdym razie, jutro jedzie w odwiedziny do jakiejś swojej siostrzenicy.

Pani Summerhayes zamilkła na chwilę, zanim odezwała się ponownie trochę nienaturalnym głosem.

– Za chwilę przywiozą ryby. Czy miałby pan coś przeciwko temu, żeby... wypłacić się za pierwszy tydzień? Zostaje pan na tydzień, prawda?

– Może dłużej.

– Przepraszam, ale nie mam gotówki. Wie pan, jacy oni są – zawsze się upomną o pieniądze.

– Ależ madame, proszę nie przepraszać – Poirot wyjął siedem banknotów jednofuntowych i dołożył siedem szylingów. Pani Summerhayes wzięła pieniądze pożądliwie.

– Bardzo dziękuję.

– Madame, być może powinienem pani powiedzieć o sobie coś więcej. J e s t e m H e r k u l e s P o i r o t.

Pani Summerhayes nie wydała się poruszona tym wyznaniem.

– Cóż za piękne imię – zauważyła uprzejmie. – Greckie, prawda?

– Jestem, jak zapewne pani wie, detektywem – rzekł Poirot. Poklepał się po klatce piersiowej. – Prawdopodobnie najsławniejszym detektywem wśród żywych.

Rozbawiona pani Summerhayes wybuchnęła śmiechem.

– Żartowniś z pana, panie Poirot. Czym się pan zajmuje? Bada pan popiół z papierosa? Ślady stóp?

– Prowadzę dochodzenie w sprawie morderstwa pani McGinty – wyjaśnił Poirot. – I nigdy nie żartuję.

– Au! – powiedziała pani Summerhayes. – Skaleczyłam się.

Podniosła palec i przyglądała mu się uważnie.

Potem spojrzała na Poirota.

– Chwileczkę – powiedziała. – Naprawdę? Przecież już po wszystkim. Aresztowali tego półgłówka, który wynajmował u niej pokój, postawili przed sądem, skazali i tak dalej. Pewnie już go powiesili.

– Nie, madame – odparł Poirot. – Nie powiesili go – jeszcze. I jeszcze nie jest „po wszystkim”. Przypomnę pani słowa jednej z waszych poetek: „Kwestia nie jest rozstrzygnięta, dopóki nie jest rozstrzygnięta sprawiedliwie”[*1].

– Och! – wykrzyknęła pani Summerhayes. Jej uwaga koncentrowała się teraz na miednicy, którą trzymała na kolanach. – Pokrwawiłam fasolę. Niedobrze, mamy ją zjeść na lunch. Ale to nie ma znaczenia, ugotuję ją. Gotowanie jest dobre na wszystko, prawda? Nawet na wybrzuszoną konserwę.

– Chyba zrezygnuję z lunchu – rzekł cicho Herkules Poirot.

Rozdział 5

– Naprawdę nie wiem – powiedziała pani Burch.

Powtórzyła to już po raz trzeci. Z trudem przychodziło jej przełamanie wrodzonej nieufności do cudzoziemców z czarnymi wąsami, ubranych w płaszcz wykończony futrem.

– Bardzo nieprzyjemne było to wszystko – ciągnęła. – Morderstwo, biedna ciocia nie żyje, potem policja i cała reszta. Łazili po całym domu, węszyli, wypytywali. A sąsiedzi jak na szpilkach. Z początku myślałam, że tego nie przeżyję. A teściowa była wyjątkowo wstrętna. Nic takiego nigdy nie wydarzyło się w j e j rodzinie, tak mówiła. I cały czas „biedny Joe”. A biedna ja? W końcu to m o j a ciotka, prawda? Ale myślałam, że już po wszystkim.

– A gdyby się okazało, że James Bentley jest jednak niewinny?

– Nonsens – rzuciła pani Burch. – Oczywiście, że jest winny. On to zrobił. Nigdy mi się nie podobał. Chodził, mamrocząc do siebie. Powiedziałam cioci: „Nie powinnaś trzymać kogoś takiego w domu. Któregoś dnia mu odbije”. Ale powiedziała, że jest spokojny, uprzejmy i nie sprawia kłopotów. Powiedziała, że nie pije, nawet nie pali. No cóż, wyszło na moje. Biedna ciocia.

Poirot popatrzył na nią w zamyśleniu. Duża, pulchna kobieta o zdrowej cerze i ustach skorych do uśmiechu. Mały dom był czysty i schludny, pachniał płynem do czyszczenia mebli i pastą do polerowania mosiądzu. Z kuchni dobiegał delikatny, apetyczny zapach.

 

Dobra żona dbająca o dom, zadająca sobie trud, żeby gotować dla męża. Pochwalał to. Była pełna uprzedzeń i uparta, ale nie ona jedna. Na pewno nie potraktowałaby ciotki tłuczkiem do mięsa, nie namówiłaby też męża, żeby to zrobił. Spence także doszedł do takiego wniosku i Herkules Poirot musiał się z nim zgodzić. Spence sprawdził sytuację finansową państwa Burchów i nie znalazł motywu morderstwa, a Spence jest bardzo skrupulatny.

Westchnął i powrócił do zadania, które polegało na przełamaniu nieufności pani Burch wobec cudzoziemców. Zmienił temat rozmowy z morderstwa na ofiarę. Zadawał pytania o „biedną ciocię”, stan jej zdrowia, przyzwyczajenia, o to, co zwykle jadła i piła, o jej poglądy polityczne, zmarłego męża, stosunek do życia, seksu, grzechu, religii, dzieci, jak odnosiła się do zwierząt.

Nie miał pojęcia, czy któraś z tych nieistotnych informacji się przyda. Przeszukiwał stóg siana, aby znaleźć igłę, a przy okazji dowiadywał się czegoś o Bessie Burch.

Bessie w gruncie rzeczy niewiele wiedziała o swojej ciotce. Utrzymywali stosunki rodzinne, ale bez większej zażyłości. Od czasu do czasu, mniej więcej raz na miesiąc, ona i Joe odwiedzali ją w niedzielę, żeby zjeść razem obiad, a jeszcze rzadziej ciocia odwiedzała ich. Dawali sobie prezenty na Boże Narodzenie. Wiedzieli, że odłożyła trochę pieniędzy i że je dostaną po jej śmierci.

– Ale to nie znaczy, że są nam potrzebne – wyjaśniła pani Burch, czerwieniejąc na twarzy. – Mamy własne oszczędności. Wyprawiliśmy jej piękny pogrzeb, naprawdę piękny. Kwiaty i wszystko.

Ciocia lubiła robić na drutach. Nie lubiła psów, bo brudzą, ale miała kota – rudzielca. Któregoś dnia nie wrócił do domu i potem nie wzięła już innego, ale kobieta pracująca na poczcie miała jej dać kotka. Utrzymywała dom w czystości i nie lubiła bałaganu. Czyściła mosiężne klamki i codziennie myła podłogę w kuchni. Potrafiła też dorobić. Szyling i dziesięć pensów za godzinę – ale dwa szylingi od państwa Carpenterów. Mają pieniędzy jak lodu i chcieli, żeby przychodziła częściej, ale ciocia nie chciała zawieść pozostałych pań, bo chodziła do nich, zanim zaczęła pracować u Carpenterów. To nie byłoby w porządku.

Poirot wspomniał o pani Summerhayes z Long Meadows.

O tak, ciocia chodziła do niej – dwa razy w tygodniu. Wrócili z Indii, gdzie mieli mnóstwo służby, dlatego pani Summerhayes nie ma pojęcia o prowadzeniu domu. Próbują hodować warzywa na sprzedaż, ale na tym też się nie znają. Kiedy dzieci przyjeżdżają na wakacje, w domu panuje istne pandemonium. Ale pani Summerhayes jest miła i ciocia ją lubiła.

I tak powstawał portret. Pani McGinty robiła na drutach, szorowała podłogi i czyściła mosiężne klamki, lubiła koty, ale nie lubiła psów. Lubiła dzieci, choć nie za bardzo. Trzymała się na uboczu.

W niedziele chodziła do kościoła, ale nie brała udziału w życiu parafii. Czasem, rzadko, szła do kina. Nie akceptowała nowinek – porzuciła pracę u pewnego artysty i jego żony, gdy odkryła, że żyją bez prawdziwego ślubu. Nie czytała książek, ale z przyjemnością czytała niedzielną gazetę i stare czasopisma, które dostawała od swoich pań. Choć nieczęsto chodziła do kina, interesowały ją gwiazdy filmowe i ich życie. Nie interesowała się polityką, ale głosowała na konserwatystów jak jej mąż. Nie wydawała wiele na ubrania, ale często dostawała coś od pań, u których pracowała. Była oszczędna.

Tak więc pani McGinty była w rzeczywistości panią McGinty, tak jak Poirot przypuszczał. A Bessie Burch, jej siostrzenica, była Bessie Burch z notatek komisarza Spence’a.

Zanim Poirot wyszedł, Joe Burch przyszedł na lunch. Drobny, bystry mężczyzna, którego trudniej było zaklasyfikować niż jego żonę. W jego zachowaniu dało się wyczuć lekki niepokój. Było w nim mniej podejrzliwości i wrogości niż u żony. Co więcej, wydawało się, że zależy mu, aby zrobić dobre wrażenie. A to – pomyślał Poirot – nie jest w jego stylu, bo dlaczego Joemu Burchowi miałoby zależeć na udobruchaniu natrętnego cudzoziemca? Jedyny powód to ten, że cudzoziemiec mógł mieć przy sobie list od komisarza Spence’a z lokalnej policji.

A więc Joe Burch chciał dobrze wypaść w oczach policji? Czy dlatego, odwrotnie niż jego żona, nie mógł sobie pozwolić na krytyczne uwagi pod jej adresem?

Być może miał nieczyste sumienie. A dlaczego było nieczyste? Mogło być wiele powodów, ale żaden z nich nie musiał mieć nic wspólnego z panią McGinty. A może alibi w postaci kina było w jakiś sposób sprytnie sfabrykowane i to właśnie Joe Burch zastukał do drzwi i zaatakował niczego niepodejrzewającą ciocię, gdy wpuściła go do środka? Może powyciągał szuflady i porozrzucał rzeczy w pokoju, aby wydarzeniu nadać pozory włamania? Może ukrył pieniądze poza domem, aby sprytnie obciążyć Jamesa Bentleya, bo naprawdę zależało mu na pieniądzach leżących na koncie w kasie oszczędnościowej? Dwieście funtów, które miała odziedziczyć jego żona, a których, z nieznanego powodu, bardzo potrzebował. Poirot pamiętał, że nie odnaleziono narzędzia zbrodni. Dlaczego nie było go na miejscu przestępstwa? Każdy dureń wie, że wystarczy włożyć rękawiczki albo zetrzeć odciski palców. Dlaczego więc ktoś je zabrał, mimo że na pewno było ciężkie i miało ostrą krawędź? Czy dlatego, że łatwo byłoby je zidentyfikować jako pochodzące z domu Burchów? Czy było teraz w ich domu, wyczyszczone i wypolerowane? Coś w rodzaju tłuczka do mięsa, powiedział lekarz, a może jednak nie tłuczek, może coś trochę niezwyczajnego... coś niezwykłego, coś co rzuca się w oczy. Szukała go policja, ale bez skutku. Przeszukali lasy, osuszyli stawy. Niczego nie brakowało w kuchni pani McGinty i nikt nie potrafił potwierdzić, że James Bentley posiadał coś takiego. Nie stwierdzono, żeby kiedykolwiek kupił tłuczek czy coś podobnego. Niewielka okoliczność świadcząca na jego korzyść, zapomniana w świetle innych dowodów, lecz jednak...

Poirot obrzucił szybkim spojrzeniem zagracony salonik, w którym siedzieli.

Czy narzędzie zbrodni jest gdzieś tutaj, w tym domu? Czy dlatego Joe Burch jest zaniepokojony i pojednawczy?

Poirot nie wiedział. Prawdopodobnie się mylił, ale tego też nie był absolutnie pewny...