Noc i ciemnośćTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



WROCŁAW 2015



Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Tytuł oryginału

Endless Night

Projekt serii

MARIUSZ BANACHOWICZ

Projekt okładki

ANNA DAMASIEWICZ

Fotografie na okładce

© Eric Isselée / Depositphotos.com

© Tatiana Arzhanova / Depositphotos.com

Redakcja

DARIA DEMIDOWICZ-DOMANASIEWICZ

Korekta

AGNIESZKA PORĘBSKA

Redakcja techniczna

KRZYSZTOF CHODOROWSKI

Endless Night Copyright © 1967 Agatha Christie Limited. All rights reserved.

AGATHA CHRISTIE and the Agatha Christie Signature are registered trade marks

of Agatha Christie Limited in the UK and/or elsewhere. The Agatha Christie

Roundel Copyright © 2013 Agatha Christie Limited. Used by permission.

All rights reserved.

Polish edition published by Publicat S.A. MMII, MMXV (wydanie elektroniczne)

Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora,

w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.


jest znakiem towarowym Publicat S.A.

Wydanie elektroniczne 2015

ISBN 978-83-271-5355-5

Publicat S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24

tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00

e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl

Oddział we Wrocławiu

50-010 Wrocław, ul. Podwale 62

tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66

e-mail: wydawnictwodolnoslaskie@publicat.pl

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej


Spis treści

Część pierwsza

Rozdział pierwszy

Rozdział drugi

Rozdział trzeci

Rozdział czwarty

Rozdział piąty

Rozdział szósty

Rozdział siódmy

Rozdział ósmy

Część druga

Rozdział dziewiąty

Rozdział dziesiąty

Rozdział jedenasty

Rozdział dwunasty

Rozdział trzynasty

Rozdział czternasty

Rozdział piętnasty

Rozdział szesnasty

Rozdział siedemnasty

Rozdział osiemnasty

Część trzecia

Rozdział dziewiętnasty

Rozdział dwudziesty

Rozdział dwudziesty pierwszy

Rozdział dwudziesty drugi

Rozdział dwudziesty trzeci

Rozdział dwudziesty czwarty

Przypisy

C z ę ś ć p i e r w s z a

ROZDZIAŁ PIERWSZY

„U mojego początku jest mój kres...”[1] Tak mówią. To cytat. Brzmi ładnie, ale co właściwie znaczy?

Czy kiedykolwiek możemy wskazać palcem i stwierdzić: „To zaczęło się właśnie wtedy, w tamtym miejscu, od tamtego wydarzenia”?

Może początku mojej historii należy szukać w dniu, kiedy to ujrzałem na ścianie pubu Pod Świętym Jerzym i Smokiem zapowiedź przetargu posiadłości o nazwie Wieże. Przeplatały się tam liczby podające akry i mile, a opis Wież, mocno naciągnięty, pasował w najlepszym razie do okresu ich świetności, czyli czasów sprzed osiemdziesięciu, stu lat.

Nie miałem nic szczególnego do roboty, dla zabicia czasu wałęsałem się po głównej ulicy w Kingston Bishop, niczym niewyróżniającej się mieścinie. Traf chciał, że spojrzałem na anons o sprzedaży Wież. Przekleństwo losu? Uśmiech szczęścia? Można na to popatrzeć i tak, i tak.

Albo, powiecie, wszystko zaczęło się wtedy, kiedy poznałem Santonixa i wiodłem z nim długie rozmowy. Zamykam oczy i widzę jego płonące policzki, pałające oczy, ruch jego silnej, a zarazem delikatnej dłoni, kiedy kreśli plany i elewacje domów, a szczególnie jednego domu. Piękny dom, który cudownie byłoby mieć na własność!

Wtedy to zakiełkowała we mnie tęsknota. Zatęskniłem za wspaniałym domem, takim, na jaki nigdy w rzeczywistości nie mogłem mieć cienia nadziei. Rozkoszne marzenie, które snuliśmy wspólnie: Santonix zbuduje dla mnie dom, jeśli życia mu starczy...

Dom moich marzeń, w którym mieszkałbym ze swoją ukochaną, w którym, jak w bajce dla dzieci, żylibyśmy długo i szczęśliwie. Czysta fantazja, chimera, a jednak wyzwoliła we mnie falę tęsknoty. Tęsknoty za czymś, co było zupełnie nierealne.

Albo inaczej... Jeśli jest to historia miłosna – a przysięgam, że jest – dlaczego nie zacząć od chwili, kiedy po raz pierwszy ujrzałem Ellie stojącą w cieniu jodeł w Cygańskim Gnieździe?

Cygańskie Gniazdo. Tak, powinienem chyba jednak wrócić do tego momentu, gdy odwróciłem się od tablicy z ogłoszeniem, zadrżałem lekko, bo czarna chmura właśnie przesłoniła słońce, i od niechcenia zapytałem miejscowego wieśniaka, który w pobliżu niedbale przycinał żywopłot:

– Co to za dom te Wieże?

Wciąż widzę nieprzeniknioną twarz starego. Spojrzał na mnie spode łba i mruknął:

– My tu tak nie mówimy. A o co chodzi? – I po chwili burknął niechętnie: – Szmat czasu będzie, jak ktoś tam mieszkał i mówiło się Wieże. – Znowu się żachnął.

Zapytałem go, jakiej on w takim razie używa nazwy. Jego oczy w pomarszczonej twarzy spoglądały gdzieś poza mnie. Chłopi mają taki dziwny sposób rozmowy: nie zwracają się wprost do ciebie, ale patrzą ci przez ramię albo w bok, jakby widzieli coś, czego ty nie widzisz. Odparł:

– Tutaj powiadamy Cygańskie Gniazdo.

– Skąd się wzięła ta nazwa?

– Ano, krążą opowieści... nie wiem dokładnie. Jedni gadają to, drudzy tamto. – I dodał: – Zresztą co tu dużo mówić. Tam się zdarzają wypadki.

– Samochodowe?

– Różne. Teraz to przeważnie samochodowe. Paskudny zakręt, powiadam panu.

– No tak – rzekłem na to. – Skoro jest tam paskudny zakręt, trudno się dziwić, że tak często zdarzają się wypadki.

– Rada gminna ustawiła tam znak ostrzegawczy, ale to wszystko mało. Wypadki, jak były, tak są.

– No dobrze, ale co mają z tym wspólnego Cyganie? Znowu spojrzał w bok i odparł mętnie:

– Różnie gadają... Ale podobno kiedyś była to ziemia Cyganów. Wygnano ich, a oni rzucili na ziemię klątwę.

Roześmiałem się.

– Może pan się śmiać – rzekł. – Ale są miejsca wyklęte. Tacy miastowi cwaniacy jak pan nic o tym nie wiedzą. Ale my tutaj wiemy, że są miejsca wyklęte. I to jest właśnie takie miejsce. Dlaczego zginęli ludzie przy pracy w kamieniołomie? A stary Geordie, który obsunął się tam kiedyś po ciemku i skręcił kark?

– Był pijany? – podsunąłem.

– Może i był. Lubił się napić, nie powiem. Ale pijacy często się przewracają, i to paskudnie, a przecież nic im się nie dzieje. Tymczasem Geordie skręcił kark. Tam – pokazał za siebie na porośnięte sosnami wzgórze – w Cygańskim Gnieździe.

 

Tak, tak się chyba wszystko zaczęło. Wtedy był to dla mnie incydent bez znaczenia. Po prostu zapamiętałem go, i tyle. Myślę – oczywiście jeśli się porządnie zastanowię – że go sobie trochę podkoloryzowałem. Nie pamiętam, w jakim momencie – wcześniej czy później – zapytałem starego, czy w okolicy są jeszcze jacyś Cyganie. Odparł, że niewielu się teraz kręci. Policja ich zawsze przegania.

– Dlaczego nikt nie lubi Cyganów? – zagadnąłem znowu.

– Złodziejskie plemię! – prychnął, po czym spojrzał na mnie bacznie. – A pan może też jaki Cygan? – zapytał, mierząc mnie surowym wzrokiem.

Odparłem, że nic mi o tym nie wiadomo. Prawda, wyglądam trochę jak Cygan. Chyba dlatego zaintrygowała mnie nazwa Cygańskie Gniazdo. I kiedy tak stałem, uśmiechając się do starego wieśniaka, ubawiony naszą rozmową, przyszło mi do głowy, że może rzeczywiście mam w żyłach kroplę cygańskiej krwi.

Cygańskie Gniazdo. Ruszyłem krętą drogą, która wiodła z miasteczka pod górę, wijąc się pośród ciemnych drzew. Wreszcie stanąłem na wierzchołku wzgórza, skąd rozpościerał się wspaniały widok na morze i statki. Wtedy, jak to bywa w takich razach, pomyślałem sobie: „A gdyby Cygańskie Gniazdo było rzeczywiście moje?...”. Ot, tak mi po prostu przyszło na myśl... Kupa śmiechu...

Kiedy wracałem tą samą drogą koło żywopłotu, wieśniak rzucił w moją stronę:

– Jak pan chce spotkać Cyganów, to niech pan idzie do starej Lee. Mieszka w domu, który dostała od majora.

– Kto to taki ten major?

– No jakże, major Phillpot! – odparł zgorszony. Nie posiadał się z oburzenia, że zadaję takie pytania.

Domyśliłem się, że major Phillpot jest miejscowym bogiem. Stara Lee musiała być w jakiś sposób na usługach majora, a co za tym idzie, pod jego pieczą. Phillpotowie mieszkali tu zapewne przez całe życie i niewątpliwie wodzili rej w miasteczku.

Stary powiedział mi jeszcze na odchodnym:

– Ona mieszka w ostatnim domu, na samym końcu ulicy. Pewno będzie na dworze. Nie lubi siedzieć w czterech ścianach. Oni już tacy są, ci Cyganie.

Szedłem więc sobie, pogwizdując i rozmyślając o Cygańskim Gnieździe. Słowa wieśniaka wyleciały mi już niemal z pamięci, kiedy naraz ujrzałem wysoką czarną staruchę, która gapiła się na mnie zza żywopłotu. Domyśliłem się, że to właśnie stara Lee. Przystanąłem więc i odezwałem się do niej:

– Pani podobno wie wszystko o Cygańskim Gnieździe?

Popatrzyła na mnie spod rozczochranej czarnej grzywy i odparła:

– Trzymaj się od tego miejsca z daleka, młodzieńcze. Pamiętaj. Boś chłopak do rzeczy. A nic dobrego nikogo tam nie spotka. Nigdy.

– Cygańskie Gniazdo wystawiono na sprzedaż.

– Tak, tak, ale tylko głupi je kupi.

– A są jacyś chętni?

– Jest jeden budowniczy. I są inni. Pójdzie za tani pieniądz. Zobaczysz.

– Dlaczego ma iść tanio? To piękna posiadłość.

Nie odpowiedziała.

– No dobrze – podjąłem. – Przypuśćmy, że jakiś budowniczy ją kupi. Za tani pieniądz. Co dalej?

Zachichotała pod nosem. Był to śmiech nieprzyjemny, złośliwy.

– Co dalej? Oczywiście zrówna z ziemią starą ruderę i zacznie się budować na nowo. Ale niech się buduje do woli, klątwa jak była, tak będzie.

Puściłem mimo uszu ostatnie słowa kobiety i powiedziałem zgodnie z własnym przeświadczeniem:

– Byłaby to szkoda. Wielka szkoda.

– Niech cię o to głowa nie boli. Z Cygańskiego Gniazda nie będą mieli pożytku ani ci, co je kupią, ani ci, co będą kłaść cegły i cement. Ktoś się obsunie z drabiny, rozbije się ciężarówka z ładunkiem, dachówka spadnie komuś z góry na łeb, zerwie się wichura i powyrywa drzewa. Zobaczysz! Nic dobrego z tego nie wyniknie. Trzymaj się z dala. Sam zobaczysz, zobaczysz... – I z przekonaniem kiwała głową. Po czym powtórzyła cicho, jakby do siebie: – Cygańskie Gniazdo nikomu szczęścia nie przyniosło. Tak jak nie przyniosło...

Roześmiałem się. Zareagowała gwałtownie.

– Nie śmiej się, chłopcze. Bo może niezadługo twój śmiech w płacz się obróci. To pechowe miejsce. I ten dom, i cała ta ziemia.

– Co tam się stało? – spytałem. – Dlaczego dom był tak długo niezamieszkany? Dlaczego popadł w taką ruinę?

– Ci, co mieszkali w nim ostatni, pomarli. Wszyscy co do jednego.

– Jak umarli? – Nie mogłem się powstrzymać od pytania.

– Lepiej do tego nie wracać. Dość że nikt już potem nie chciał tam zamieszkać. Dom zostawiono na pastwę losu, zbutwiał i zgnił. Teraz nikt już o nim nie pamięta. I tak jest najlepiej.

– Ale pani może mi opowiedzieć. Pani przecież wie o nim wszystko – przypochlebiałem się.

– Nigdy nie biorę na język Cygańskiego Gniazda, zapamiętaj. – I nagle zmieniła ton. Mówiła teraz fałszywym, proszącym głosem jak żebraczka. – Powróżyć, kochanieńki, powróżyć... Włóż mi do ręki srebrną monetę, a powiem ci, co cię czeka. Widzę po tobie, że daleko możesz zajść w życiu.

– Wróżby to brednie – stwierdziłem. – Zresztą nie mam srebrnych monet. W każdym razie na zbyciu.

Zbliżyła się i podjęła przymilnie:

– Sześć pensów starczy. Tylko sześć pensów. Powiem ci za szóstaka. Co to za pieniądz? Śmieszny pieniądz. Powróżę ci za szóstaka, boś ładny chłopak, wygadany, i masz podejście do ludzi. Możesz zajść daleko.

Wyjąłem w końcu z kieszeni sześciopensówkę, nie dlatego, że wierzyłem w te głupie przesądy, ale dlatego, że z jakiegoś powodu czułem sympatię do starej oszustki, którą przejrzałem na wylot. Zgarnęła monetę i powiedziała:

– Daj mi rękę. Obie ręce.

Ujęła moje dłonie w swoje, stare i zwiędłe, po czym przyglądała im się chwilę w skupieniu. Raptem wypuściła je gwałtownie, niemal odepchnęła od siebie. Cofnęła się o krok i zawołała ostrym głosem:

– Wiesz, co masz robić? Zostaw Cygańskie Gniazdo w spokoju, bierz nogi za pas, teraz, zaraz, i niech twoja stopa tu więcej nie postanie. Dobrze ci radzę. Nigdy tutaj nie wracaj!

– Dlaczego? Z jakiego powodu?

– Bo czeka cię tu tylko rozpacz, niebezpieczeństwo, zguba. Zgryzota, ciężka zgryzota. Ot, co cię czeka. Zapomnij o tym miejscu. Ostrzegam cię.

– Przecież...

Kobieta jednak już się odwróciła i szła w kierunku domu. Wreszcie zniknęła wewnątrz, zatrzasnąwszy za sobą drzwi. Nie jestem przesądny. Wierzę w szczęście, to jasne, każdy wierzy. Ale nie w brednie o starych domach, na których ciąży klątwa. Mimo to odniosłem przykre wrażenie, że złowieszcza starucha rzeczywiście wyczytała coś z mojej ręki. Odwróciłem dłonie i przyglądałem im się badawczo. Co można wyczytać z ręki? Takie wróżby to wierutna bzdura, chwyt mający na celu wyłudzenie pieniędzy, żerowanie na ludzkiej naiwności. Spojrzałem w niebo. Słońce zniknęło, dzień wydawał się zupełnie inny niż przedtem. Legł na nim jakiś cień, w powietrzu wisiała groźba. Jakby nadchodziła burza, pomyślałem. Zerwał się wiatr, zatargał drzewami, liście poruszały się z szelestem. Dla dodania sobie otuchy pogwizdywałem, idąc ulicą miasteczka.

Spojrzałem jeszcze raz na ogłoszenie. Zanotowałem sobie nawet datę przetargu posiadłości. Nigdy nie brałem udziału w takiej licytacji. Postanowiłem przyjechać. Byłem ciekaw, kto kupi Wieże. Inaczej mówiąc, kto zostanie właścicielem Cygańskiego Gniazda. Tak, chyba tak się to właśnie zaczęło... Uległem fantastycznemu marzeniu. Przyjadę, wcielę się w człowieka, który zabiega o Cygańskie Gniazdo. Stanę do licytacji z miejscowymi inwestorami. Odpadną, zawiedzeni, że cena wzrosła.

Kiedy już zostanę właścicielem, pójdę do Rudolfa Santonixa i powiem mu: „Zbuduj mi dom. Miejsce już mam”. Potem spotkam dziewczynę, wspaniałą dziewczynę, i będziemy żyć razem długo i szczęśliwie.

Tego rodzaju marzenia snułem często. Nic z nich oczywiście nie wynikało, ale sprawiały mi radość. Radość! Mój Boże! Gdybym był wiedział!

ROZDZIAŁ DRUGI

Tamtego ranka znalazłem się w sąsiedztwie Cygańskiego Gniazda zupełnie przypadkowo. Pracowałem jako kierowca w firmie wynajmującej samochody i wiozłem jakichś klientów z Londynu na wyprzedaż wyposażenia pewnego domu. Był to duży dom na przedmieściu, brzydki jak nieszczęście. Zawiozłem tam starsze małżeństwo, zainteresowane, jak się zorientowałem z ich rozmowy, kolekcją czegoś z papier-mâché[2], cokolwiek to słowo oznacza. Raz tylko przedtem je słyszałem, od matki, w związku z cebrzykiem do zmywania. Mówiła, że cebrzyk z papier-mâché jest znacznie lepszy niż plastikowy. Dziwne, że bogaci ludzie jadą taki kawał drogi po to, żeby kupować tego rodzaju rzeczy.

W każdym razie zapamiętałem sobie to słowo i postanowiłem zajrzeć do słownika, gdzieś poszperać, żeby dowiedzieć się dokładnie, co to takiego papier-mâché. Musiało to być coś, dla czego warto wynajmować samochody i jeździć na aukcje za miasto.

Lubiłem wiedzieć rozmaite rzeczy. Miałem dwadzieścia dwa lata i posiadłem – choć w różnym stopniu – całkiem sporo umiejętności. Znałem się na samochodach, byłem niezłym mechanikiem i dobrym kierowcą. Kiedyś pracowałem w stadninie koni w Irlandii. Otarłem się o gang handlarzy narkotyków, ale przezornie w porę się ulotniłem. Praca kierowcy w solidnej firmie wynajmu samochodów nie jest zła. Wyciąga się całkiem sporo na napiwkach. I nie trzeba się zbytnio napocić. Ale sama robota to nudziarstwo.

Raz pojechałem latem na zbiór owoców. Praca kiepsko płatna, ale przyjemna. Chwytałem się różnych zajęć. Byłem kelnerem w hotelu trzeciej kategorii, ratownikiem na plaży, sprzedawałem encyklopedie, odkurzacze i inne rzeczy. Zaczepiłem się na pewien czas w ogrodzie botanicznym i poznałem się trochę na kwiatach.

Nigdy nigdzie nie zagrzewałem długo miejsca. Po co? Prawie wszystko, co robiłem, odpowiadało mi. Zdarzała się i cięższa praca, ale to mi nie przeszkadzało. Nie jestem leniwy. Tylko nie potrafię usiedzieć na miejscu. Chcę być wszędzie, zobaczyć wszystko, spróbować wszystkiego. Coś znaleźć. Tak, właśnie. Chcę coś znaleźć.

Odkąd skończyłem szkołę, to pragnienie mnie nie opuszczało, nie wiedziałem tylko, co by to miało być. Coś – i tyle. Szukałem po omacku, wciąż niezaspokojony. A przecież owo coś gdzieś było. Prędzej czy później musiałem na to trafić. Może chodziło o dziewczynę... Lubię dziewczyny, ale nigdy dotąd nie zainteresowałem się żadną tak naprawdę. Owszem, niektóre mi się podobały, ale zmieniałem je łatwo i bez żalu. Zupełnie jak moje zajęcia. Bawiły mnie krótko, potem miałem ich dość i chciałem już czegoś nowego. Od kiedy skończyłem szkołę, przeskakiwałem z kwiatka na kwiatek.

Wielu ludzi miało mi za złe, że żyję w taki sposób. Byli to tak zwani życzliwi. Cóż, po prostu mnie nie rozumieli. Chcieli, żebym się ustatkował, miał porządną dziewczynę, oszczędzał, ożenił się i zatrudnił gdzieś na stałe. I tak dzień po dniu, rok po roku, w nieskończoność, amen. Nie dla mnie taka monotonia. Istnieje przecież coś lepszego od nudnej stabilizacji, przykładnego życia w złudnym dobrobycie. Byłem przekonany, że w świecie, w którym człowiek wypuszcza satelity i rozprawia z dumą o zdobywaniu różnych planet, musi być gdzieś coś podniecającego, co przyśpiesza bicie serca, czego warto szukać po całym globie.

Pamiętam, jak kiedyś szwendałem się po Bond Street. Byłem wtedy kelnerem i zerwałem się z pracy. Oglądałem wystawę sklepu z butami. Niezłe buty! Jakby żywcem wyjęte z reklam typu: „Elegancki mężczyzna nosi teraz buty...”.

Reklamie zazwyczaj towarzyszy zdjęcie owego eleganta, który wygląda jak kretyn. Koń by się uśmiał!

Przeszedłem do następnej wystawy. Sklep z obrazami. W witrynie tylko trzy obrazy, artystyczny wystrój, na rogach pozłacanych ram draperie z miękkiego aksamitu w neutralnym kolorze. Było w tym coś babskiego, jeśli tak można powiedzieć. Nie należę do ludzi, co to przepadają za sztuką. Raz zajrzałem do National Gallery, przez ciekawość. Wnerwiające! Te wielkie, lśniące, kolorowe płótna przedstawiające bitwy w skalistych wąwozach, wynędzniali święci przebici strzałami, promieniejące damy, głupkowato uśmiechnięte, całe w jedwabiach, aksamitach i koronkach! Uznałem wtedy raz na zawsze, że sztuka to rzecz nie dla mnie. Ale obraz, który miałem przed sobą, to co innego. Na wystawie były trzy płótna. Pierwsze przedstawiało pejzaż, ładny, ale zupełnie banalny wiejski widoczek. Drugie – kobietę, wyobrażoną tak dziwacznie, tak nieproporcjonalnie, że trudno ją było uznać za kobietę. To się chyba nazywa art nouveau. Nie wiem zupełnie, o co w tym chodzi. Trzeci obraz to właśnie mój. Właściwie nie było w nim nic specjalnego, był, jakby to powiedzieć?... Prosty. Dużo przestrzeni, kilka wielkich kręgów, coraz większych, okalających się nawzajem, chyba tak można to opisać. Każdy krąg w innym kolorze. Kolory niezwykłe, zaskakujące. Tu i ówdzie rzucone barwne plamy, które chyba nic nie wyobrażały. Nie, nie nadaję się do takich opisów. W każdym razie człowiekowi okropnie się chciało patrzeć i patrzeć na ten obraz. Więc po prostu stałem i czułem się dziwnie, jakby spotkało mnie coś nadzwyczajnego.

 

Wrócę teraz do tych eleganckich butów. Przyznaję, że bardzo chciałem je mieć, bo trzeba wam wiedzieć, dbam o siebie. Lubię się dobrze ubrać, robić wrażenie, ale nigdy poważnie nie myślałem, żeby kupić sobie buty na Bond Street. Znam tutejsze ceny! Takie buty mogłyby kosztować z piętnaście funtów. Ręczna robota, czy jak tam to się nazywa, i zaraz z tego powodu cena idzie w górę. Wyrzucony pieniądz. Buty pierwsza klasa, zgoda, tylko za co tyle płacić? Mam jeszcze łeb na karku.

Ale ten obraz! Ile taki obraz może kosztować? A gdybym tak go kupił? Zgłupiałeś zupełnie, powiedziałem sobie. Tak w ogóle nie zależy mi przecież na obrazach. To prawda. A jednak chciałem go mieć... Chciałem, żeby był mój. Chciałem sobie ten obraz powiesić na ścianie, siedzieć przed nim i wpatrywać się weń do upojenia. Czuć, że należy do mnie. Ja i kupowanie obrazów. Cóż za szaleńczy pomysł! Znowu spojrzałem na obraz. To moje pragnienie jest zupełnie bez sensu, z pewnością nie stać mnie na taki wydatek. Co prawda mam akurat trochę forsy. Powiodło mi się na wyścigach. Obraz musi kosztować niezłą sumkę. Dwadzieścia funtów? Dwadzieścia pięć? A dlaczego nie miałbym się dowiedzieć? Przecież nikt mnie nie zje, jak zapytam. Wszedłem do sklepu, w duchu przybrawszy na wszelki wypadek postawę obronną.

W środku było cicho i uroczyście. Wszystko jakby przytłumione. Ściany w spokojnym kolorze, pluszowa kanapka, z której można na siedząco oglądać obrazy. Wyszedł do mnie facet trochę jak z tych reklam o eleganckim mężczyźnie. Mówił także stłumionym głosem, żeby się dopasować do całości. Ciekawe, że nie strugał ważniaka, jak to zwykle bywa w tych wytwornych sklepach na Bond Street. Wysłuchał mnie, wyjął obraz z witryny, ustawił przy ścianie i trzymał go tak długo, jak chciałem. Wtedy przyszło mi do głowy – czasem człowiek coś takiego po prostu wie i już – że w świecie obrazów rządzą odmienne prawa niż w świecie innych rzeczy. Do takiego miejsca jak to może na przykład przyjść facet w starych, wytartych ciuchach i okaże się, że to milioner, który chce powiększyć swoje zbiory. Może też zjawić się ktoś ubrany tandetnie, krzykliwie, weźmy, ktoś taki jak ja, a obraz tak go będzie nęcił, że ten człowiek postara się go zdobyć za wszelką cenę, nawet drogą jakichś ciemnych machinacji.

– Prawdziwe dzieło sztuki – rzekł facet, podtrzymując obraz.

– Ile kosztuje? – spytałem szybko. Kiedy padła odpowiedź, zatkało mnie.

Potrafię zachować twarz pokerzysty, więc nic po sobie nie pokazałem. Tak mi się w każdym razie zdaje. Facet rzucił jeszcze jakieś obco brzmiące nazwisko. Pewnie tego malarza. Dodał, że obraz właśnie trafił na rynek, przedtem wisiał w jakimś domu na wsi, u ludzi, którzy nie wiedzieli, co to za skarb. Dalej odgrywałem swoją rolę. Westchnąłem.

– Duża suma, ale obraz jest jej wart – odezwałem się.

Dwadzieścia pięć tysięcy funtów! Koń by się uśmiał.

– Tak – odparł z westchnieniem. – Na pewno. – Opuścił delikatnie obraz i zaniósł go z powrotem na okno wystawowe. Uśmiechnął się do mnie. – Ma pan dobry gust.

Czułem, że on i ja rozumiemy się. Podziękowałem mu i wyszedłem na Bond Street.

ROZDZIAŁ TRZECI

Nie znam się za bardzo na pisaniu. Po prostu nie wychodzi mi to tak jak prawdziwemu pisarzowi. Na przykład ten kawałek o obrazie. Tak naprawdę tamten obraz niczego nie zmienił, nie załatwił. Mimo to czuję, że był ważny, że ma swoje miejsce w moim życiu. To jedna z tych rzeczy, które miały dla mnie znaczenie. Jak Cygańskie Gniazdo. Jak Santonix.

Niewiele dotychczas powiedziałem o Santonixie. Santonix był architektem. Chyba już się domyśliliście. Z architektami nie miałem dotychczas do czynienia, ale wiedziałem coś niecoś o handlu nieruchomościami. Santonixa poznałem podczas jednej z moich podróży. Pracowałem jako kierowca, woziłem bogatych ludzi tu i tam. Kilka razy byłem za granicą, dwa razy w Niemczech – mówiłem trochę po niemiecku – raz czy dwa we Francji – francuskiego też liznąłem – i raz w Portugalii. Przeważnie woziłem osoby starsze, u których pieniądze szły w parze z kiepskim zdrowiem.

Jak trochę pojeździć z takimi klientami, człowiek dochodzi do wniosku, że forsa wszystkiego nie załatwia. Bo co forsa pomoże na to, że zaczyna ci nawalać serce, że trzeba w kółko zażywać niezliczone ilości pigułek, że tracisz nerwy w hotelach z powodu obsługi i kuchni. Większość znanych mi bogatych ludzi była raczej nieszczęśliwa. Bogacze też mają swoje kłopoty. Podatki, inwestycje. Jak tak posłuchać ich rozmów we własnym gronie, to gadają tylko o kłopotach. Połowę z nich te kłopoty zabijają. Z seksem też nie najlepiej. Albo mają za żony długonogie seksowne blondynki, które zabawiają się na boku, albo baby-męczydusze, brzydkie jędze, które ich do znudzenia strofują. Nie, już wolę być sobą, Michaelem Rogersem, szwendać się po świecie, pokazać się z ładną dziewczyną, jak mi przyjdzie ochota.

Życie z dnia na dzień, zgoda, ale ja się z tym pogodziłem. Wyznaję zasadę, że życie to dobry ubaw i chętnie je przehulam. Przypuszczam, że w każdym układzie bawiłbym się dobrze. Ubaw to rzecz dla młodych. Kiedy młodość przemija, i ubaw się kończy.

We mnie zawsze kryło się jeszcze coś – pragnienie kogoś lub czegoś... Ale wracajmy do rzeczy. Jeździłem kiedyś z jednym starszym gościem na Riwierę. Stawiał tam sobie dom. Sprawdzał, jak postępuje robota. Santonix pracował u niego jako architekt. Nie wiem dokładnie, jakiej narodowości był Santonix. Najpierw myślałem, że jest Anglikiem, chociaż nigdy nie zetknąłem się z tak dziwacznym nazwiskiem. Nie, chyba jednak nie był Anglikiem. Może Skandynawem.

W każdym razie chorował. To się od razu dało zauważyć. Był młody, chudy, miał bardzo jasne włosy i dziwną twarz, jakby trochę krzywą, bo jedna strona nie pasowała do drugiej. Dla swoich klientów bywał przykry. Wydawałoby się, że skoro tamci płacą, będą rządzić. Tymczasem było wręcz odwrotnie. To Santonix rządził nimi. On zawsze zachowywał się pewnie, oni nie.

Mój facet pienił się ze złości, kiedy po przyjeździe na miejsce zobaczył, jak wszystko wygląda. Ja stałem z boku w charakterze kierowcy i człowieka do wszystkiego – pan Constantine mógł mieć w każdej chwili atak serca lub zapaść. Więc kiedy tak stałem, to i owo z ich rozmowy do mnie dobiegało.

– Nie zrobił pan tego tak, jak panu kazałem! – ryczał Constantine. – Wydał pan za dużo pieniędzy. O wiele za dużo. To mnie będzie kosztować grubo więcej, niż myślałem.

– Słusznie pan rozumuje – rzekł na to Santonix. – Ale nie ma rady, to musi kosztować.

– Nie i jeszcze raz nie! Panu nie wolno przekroczyć ustalonego limitu, rozumie pan?

– W takim razie nie będzie pan miał takiego domu, jaki by pana zadowolił – stwierdził Santonix. – Ja wiem, czego pan chce. Pan chce dokładnie tego, co panu buduję. Wiemy to obaj. Więc niech się pan nie użera jak sklepikarz o każdy grosz. Chce pan domu najwyższej klasy i będzie go pan miał. Będzie się pan chełpił nim przed znajomymi, a oni będą panu zazdrościć. Nie mam zwyczaju pracować dla pierwszego lepszego klienta, już to panu mówiłem. Tu chodzi o coś więcej, nie tylko o pieniądze. Ten dom będzie inny niż wszystkie.

– Będzie okropny. Okropny.

– O nie. Cała bieda w tym, że pan nie wie, czego pan chce. Pozornie. Tak naprawdę to pan wie, tylko nie potrafi sobie uświadomić. Nie może pan tego wyraźnie zobaczyć. Ale ja wiem za pana. Zawsze wiem, na czym ludziom zależy, czego pragną. Pan potrzebuje pierwszorzędnej jakości. Ja ją panu dam.

Tak potrafił przemawiać ten Santonix. Stałem z boku i słuchałem. Sam widziałem, że ten dom pośród sosen, nad morzem, nie będzie tuzinkowy. Połowa domu nie wychodziła na morze, zupełnie nietypowo. Zwracała się w stronę lądu, ku górom, ku skrawkowi nieba wyłaniającemu się zza wzgórz. Było to dziwne, niezwykłe, podniecające.

Santonix rozmawiał czasem ze mną, kiedy miałem wolne.

– Projektuję domy tylko dla tych, dla których chcę – powiedział mi kiedyś.

– Czyli dla bogatych?

– Oczywiście, bo biednych na to nie stać. Ale mnie nie chodzi o pieniądze. Muszę mieć zamożnych klientów, bo moje budowle kosztują. Widzisz, sam dom to jeszcze nie wszystko. Dom wymaga oprawy. To bardzo ważne. Jak rubin czy szmaragd. Piękny kamień jest tylko pięknym kamieniem i niczym więcej. Nic nie wyraża, nie ma żadnej formy ani treści, póki nie otrzyma oprawy. Piękna oprawa z kolei wymaga wspaniałego klejnotu, wtedy całość jest coś warta. Ja wykorzystuję naturalną oprawę krajobrazu, tyle że ona sama nic nie wyraża, póki nie umieszczę w niej domu, który lśni tam dumnie jak klejnot. – Spojrzał na mnie i roześmiał się. – Nie rozumiesz?

– Nie bardzo – odparłem powoli. – Chociaż w jakimś sensie rozumiem.

– Możliwe – zgodził się i spojrzał na mnie zaciekawiony.

Pojechaliśmy raz jeszcze na Riwierę. Dom był prawie gotowy. Nie będę go opisywał, bo mi to nie wyjdzie, powiem krótko: był super... Przepiękny. Nie miałem wątpliwości. Dom, którym można się szczycić przed ludźmi, można być dumnym, że się mieszka pod jego dachem, gdyby jeszcze z odpowiednią osobą u boku! Nagle Santonix powiedział:

– Dla ciebie mógłbym zbudować dom. Wiem, czego byś chciał.

Pokręciłem głową.

– Ja bym nie wiedział – wyznałem.

– Nie szkodzi. Ja bym wiedział za ciebie. Szkoda, że nie masz pieniędzy.

– I nigdy mieć nie będę.

– Nie wiadomo. To, że urodziłeś się biedny, wcale nie znaczy, że biednym pozostaniesz. Pieniądze to dziwna rzecz. Ciągną do tego, kto ich pragnie.

– Wcale nie jestem taki chciwy.

– Powiedziałbym inaczej: nie jesteś dostatecznie ambitny. Ambicja w tobie jest na razie uśpiona, ale przyjdzie dzień, że się obudzi.

– No to umówmy się: kiedy przyjdzie ten dzień i zrobię pieniądze, zjawię się u ciebie. Powiem: „Zbuduj mi dom”.

Santonix westchnął.

– Nie mogę czekać... Nie mam czasu. Zostało mi go niewiele. Jeszcze jeden dom... Może dwa. Nie więcej. Człowiek nie chce umierać młodo, ale czasem nie ma wyjścia... Zresztą to chyba bez znaczenia.

– Muszę się pośpieszyć.

– Nie. Jesteś zdrowy, dobrze się bawisz, nie zmieniaj trybu życia.

– Wątpię, czyby mi się to udało.

Tak wtedy rzeczywiście myślałem. Mój sposób życia mi odpowiadał, dobrze się bawiłem, zdrowie mi dopisywało. Znałem wielu ludzi, którzy dorobili się kosztem ciężkiej pracy, a teraz cierpieli na wrzody, chorobę wieńcową czy inne paskudztwa. Wszystko przez tę harówkę. Nie chciałem tyrać. Owszem, mogłem robić to czy tamto przez jakiś czas, ale na tym koniec. I wcale nie miałem ambicji, nie wydaje mi się. Przypuszczam, że Santonix ją miał. To było po nim widać: projektowanie i budowanie domów, to i coś jeszcze, czego dokładnie nie mogłem uchwycić, wyzwalało w nim ambicję. Nie był silny, trzeba to sobie otwarcie powiedzieć. Czasem przychodziła mi do głowy dziwaczna myśl, że haruje jak wół, wykańczając się przedwcześnie dla zaspokojenia ambicji. Ja zdecydowanie nie chciałem tak tyrać. Prosta sprawa. Miałem niechęć do pracy, budziła moją nieufność. Uważałem, że człowiek wymyślił to świństwo na swoje utrapienie.