Niedziela na wsi

Tekst
Z serii: Herkules Poirot #25
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



WROCŁAW 2015



Tytuł oryginału

The Hollow

Projekt okładki

MARIUSZ BANACHOWICZ

Fotografia na okładce

© MICHAEL UTECH

Korekta redakcyjna

ANNA ROJKOWSKA

Korekta

EWA KRAWCZYŃSKA-OLESIŃSKA

Redakcja techniczna

NATALIA WIELĘGOWSKA

The Hollow Copyright © 1946 Agatha Christie Limited.

All rights reserved. AGATHA CHRISTIE, POIROT and the Agatha Christie

Signature are registered trade marks of Agatha Christie Limited

in the UK and/or elsewhere. All rights reserved.

Polish edition published by Publicat S.A. MMI, MMXV (wydanie elektroniczne)

Translation by Prószyński Media.

Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora,

w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.


jest znakiem towarowym Publicat S.A.

Wydanie elektroniczne 2015

ISBN 978-83-271-5286-2

Publicat S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24

tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00

e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl

Oddział we Wrocławiu

50-010 Wrocław, ul. Podwale 62

tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66

e-mail: wydawnictwodolnoslaskie@publicat.pl

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej


Spis treści

Dedykacja

Rozdział pierwszy

Rozdział drugi

Rozdział trzeci

Rozdział czwarty

Rozdział piąty

Rozdział szósty

Rozdział siódmy

Rozdział ósmy

Rozdział dziewiąty

Rozdział dziesiąty

Rozdział jedenasty

Rozdział dwunasty

Rozdział trzynasty

Rozdział czternasty

Rozdział piętnasty

Rozdział szesnasty

Rozdział siedemnasty

Rozdział osiemnasty

Rozdział dziewiętnasty

Rozdział dwudziesty

Rozdział dwudziesty pierwszy

Rozdział dwudziesty drugi

Rozdział dwudziesty trzeci

Rozdział dwudziesty czwarty

Rozdział dwudziesty piąty

Rozdział dwudziesty szósty

Rozdział dwudziesty siódmy

Rozdział dwudziesty ósmy

Rozdział dwudziesty dziewiąty

Rozdział trzydziesty

Przypisy

Larry’emu i Danae.

Przepraszam, że uczyniłam wasz basen

miejscem zbrodni.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Był piątek, godzina szósta trzydzieści rano. Lucy Angkatell otworzyła wielkie błękitne oczy i natychmiast zaczęła się zastanawiać nad rozwiązaniem przeróżnych problemów, podsuwanych jej przez niezwykle aktywny umysł. Czuła, że musi się kogoś poradzić, z kimś porozmawiać. Jej wybór padł na młodą kuzynkę, Midge Hardcastle, która poprzedniego wieczoru przyjechała do The Hollow. Lady Angkatell szybko wstała z łóżka, narzuciła na ramiona szlafroczek i poszła do pokoju Midge po drugiej stronie korytarza. Myśli lady Angkatell biegły bardzo szybko. Zanim jeszcze otworzyła drzwi do sypialni Midge, już rozpoczęła rozmowę. Bujna wyobraźnia dostarczała jej odpowiedzi, jakich mogła udzielić kuzynka.

– ...jak sama widzisz, będzie z tym trochę kłopotów!

– Hm? Taa? – Midge, obudzona gwałtownie z głębokiego, przyjemnego snu, mruczała coś niezrozumiale.

Lady Angkatell podeszła do okna, szybkim ruchem otworzyła okiennice i podciągnęła żaluzje, wpuszczając do pokoju blade światło wrześniowego poranka.

– Ptaki! – stwierdziła, z przyjemnością patrząc na ogród. – Jakie piękne!

– Co?

Przynajmniej pogodą nie muszę się martwić. Wygląda na to, że przez kilka dni będzie ładnie. To już coś. Chyba się ze mną zgodzisz, że kiedy parę osób o sprzecznych osobowościach musi spędzić kilka dni pod jednym dachem, sytuacja staje się trudna do wytrzymania. Pozostają tylko gry towarzyskie, ale wówczas byłoby tak jak w zeszłym roku; nigdy sobie nie wybaczę tego, co było z biedną Gerdą. Powiedziałam potem Henry’emu, że postąpiłam bezmyślnie... Ale musiałam ją zaprosić, bo nie wypada zapraszać Johna bez niej, chociaż wtedy jest znacznie trudniej... Najgorsze jest to, że Gerda jest bardzo sympatyczna. Czasem sobie myślę, że to bardzo dziwne, iż ktoś tak miły może być całkowicie pozbawiony inteligencji. Jeśli tak działa prawo kompensacji, uważam to za niesprawiedliwe.

– O czym ty mówisz, Lucy?

– O sobocie i niedzieli, kochanie. O ludziach, którzy tu jutro przyjadą. Myślałam o tym całą noc i jestem ogromnie zmartwiona. Rozmowa z tobą bardzo mnie uspokoiła. Jesteś rozsądna i praktyczna.

– Lucy – powiedziała Midge surowo – czy wiesz, która jest godzina?

– Chyba nie. Sama wiesz, że nigdy się tym nie przejmowałam.

– Jest kwadrans po szóstej.

– Rzeczywiście, kochanie – przyznała lady Angkatell bez śladu skruchy.

Midge spojrzała na nią karcąco. Lucy jest nieznośna! Nie mam pojęcia – myślała Midge – dlaczego pozwalamy jej na takie zachowanie.

Ledwie o tym pomyślała, już zrozumiała, dlaczego tak jest.

Lucy Angkatell uśmiechała się. Patrząc na nią, Midge uświadomiła sobie, że Lucy roztacza wokół siebie jakiś przewrotny czar, nie opuszczający jej, mimo że skończyła już sześćdziesiąt lat. Ludzie na całym świecie, zagraniczni potentaci, przedsiębiorcy i urzędnicy rządowi byli gotowi znosić dla niej niewygody, nieprzyjemności i przykrości. Dziecięca radość i szczere upodobanie we wszystkim, co robiła, rozbrajały i unicestwiały wszelką krytykę. Wystarczyło, żeby Lucy szeroko otworzyła błękitne oczy, wyciągnęła delikatną dłoń i szepnęła: „Jakże mi przykro...”, by gniew i uraza znikły bez śladu.

– Ach, kochanie – odezwała się lady Angkatell – jakże mi przykro... Powinnaś mi wcześniej powiedzieć!

– Mówię teraz, ale jest już za późno. Wybiłaś mnie ze snu.

– To straszne! Pomożesz mi, prawda?

– Chodzi ci o te wolne dni? Dlaczego? Czym się martwisz?

Lady Angkatell przysiadła na skraju łóżka. Nikt inny – pomyślała sobie Midge – nie potrafiłby tego zrobić w taki sposób. Lucy wydawała się eteryczna jak wróżka, która ukazała się na moment zwykłej śmiertelnicy.

 

Lady Angkatell wyciągnęła ruchliwe, białe dłonie w uroczym, ujmującym geście bezradności.

– Przyjeżdżają niewłaściwi ludzie. Niewłaściwie dobrani, chciałam powiedzieć... Bo sami w sobie nie są niewłaściwi. Każdy z nich jest na swój sposób wartościowy.

– Kto przyjeżdża? – Midge uniosła silne, opalone ramię i odsunęła z wysokiego czoła gruby kosmyk czarnych, wijących się włosów. Nie było w niej nic z eterycznej wróżki.

– Będzie John z Gerdą. Już to wystarczy. Chodzi o to, że John jest wspaniały, bardzo atrakcyjny, ale Gerda... Musimy być dla niej bardzo grzeczni. Bardzo, bardzo grzeczni.

Kierowana nagłym impulsem, jakby się przed czymś broniąc, Midge powiedziała:

– Daj spokój! Nie jest znów taka do niczego.

– Kochanie, ona jest niesamowita. Te oczy! Człowiek ma wrażenie, że ona nie rozumie ani słowa z tego, co się do niej mówi.

– Bo rzeczywiście nie rozumie – przyznała Midge. – Na pewno nie to, co ty mówisz, ale trudno mieć do niej o to pretensję. Twój umysł pracuje tak szybko, że chcąc za tobą nadążyć, trzeba przywyknąć do gwałtownych skoków myślowych. Nigdy nie wyjaśniasz, dlaczego jedna rzecz kojarzy ci się z drugą.

– Jak małpa – stwierdziła nieoczekiwanie lady Angkatell.

– Kogo jeszcze się spodziewasz? Pewnie będzie Henrietta?

Lady Angkatell rozchmurzyła się.

– Tak... Mam nadzieję, że będzie dla mnie ostoją. Zawsze spieszyła z pomocą. Henrietta jest dobra aż do szpiku kości, nie tylko po wierzchu. Zajmie się biedną Gerdą. W zeszłym roku była wspaniała. Graliśmy w limeryki, wymyślanie słów, cytaty czy coś podobnego. Wszyscy już skończyliśmy i czytaliśmy swoje utwory. Nagle się zorientowaliśmy, że biedna Gerda jeszcze nie zaczęła pisać. Nie zrozumiała, o co chodzi w tej zabawie. To było straszne, Midge.

– Nie mam pojęcia, dlaczego istnieją ludzie, którym chce się odwiedzać Angkatellów – powiedziała Midge. – Trzeba nieustannie gimnastykować umysł, brać udział w różnych grach i znosić twój dziwaczny sposób prowadzenia rozmowy.

– Rzeczywiście, kochanie, to musi być męczące. Gerda pewnie czuje się tu okropnie. Zawsze myślałam, że gdyby miała trochę siły, żeby przeciwstawić się mężowi, wcale by tu nie przyjeżdżała. No, ale co było, to się nie odstanie. Biedaczka, sprawiała wrażenie śmiertelnie przerażonej. John nie miał do niej cierpliwości. Chciałam jakoś temu zaradzić, ale nic mi nie przychodziło do głowy... Tym bardziej jestem wdzięczna Henrietcie. Zaczęła wypytywać Gerdę o pulower, który ta miała na sobie. Był okropny, w kolorze zwiędłej sałaty; wyglądał smętnie, jak ciuch z wyprzedaży. Ale Gerda cała się rozpromieniła. Jeśli dobrze zrozumiałam, sama wydziergała go na drutach. Henrietta poprosiła ją o wzór. Gerda była dumna i szczęśliwa. To właśnie miałam na myśli, kiedy chwaliłam przed chwilą Henriettę. Ona zawsze potrafi coś zrobić. Ma szczególny dar.

– Zadaje sobie trochę trudu – stwierdziła zamyślona Midge.

– Tak. I zawsze wie, co powiedzieć.

– Ach! – wtrąciła Midge. – W jej przypadku to nie są tylko słowa. Czy wiesz, że Henrietta rzeczywiście wydziergała ten pulower?

– Coś podobnego! – Lady Angkatell spoważniała. – I nosiła go?

– Nosiła. Henrietta zawsze doprowadza do końca to, co zaczęła.

– Był bardzo brzydki?

– Nie. Na Henrietcie wyglądał ładnie.

– Nie dziwi mnie to. To cała różnica między Henriettą a Gerdą. Henrietta robi dobrze wszystko czego się podejmuje i wszystko się jej udaje. Jest dobra prawie we wszystkim, nie tylko w swoim zawodzie. Mówię ci, Midge, że jeśli ktoś może nam pomóc przetrwać te dni, to tylko Henrietta. Będzie miła dla Gerdy, zabawi Henry’ego, zadba o to, żeby John miał dobry humor, i pomoże zająć czymś Davida.

– Davida Angkatella?

– Tak. Właśnie wrócił z Oxfordu... Czy może z Cambridge? Chłopcy w tym wieku są bardzo trudni. Szczególnie ci intelektualiści. David jest prawdziwym intelektualistą. Człowiek by wolał, żeby odłożyli te intelektualne zainteresowania na później. Ale oni nieustannie gapią się na innych, robią głupie miny, obgryzają paznokcie, mają twarze obsypane krostami i do tego jeszcze jabłko Adama. Albo milczą jak zaklęci, albo mówią bardzo głośno, sprzeciwiając się wszystkim. Ale, jak już mówiłam, mogę zaufać Henrietcie. Jest bardzo taktowna i stawia stosowne pytania. Jest rzeźbiarką, co budzi respekt; szczególnie, że nie rzeźbi zwierząt czy dziecięcych główek, tylko takie przedziwne rzeczy w metalu i gipsie jak te, które wystawiała w zeszłym roku w New Artists. Jej rzeźba przypominała schody przeciwpożarowe. Nazywało się to Wchodząc przez czy coś podobnego. Na chłopaku takim jak David zrobiłoby to wrażenie... Mnie się wydało dość głupie.

– Lucy!

– Chociaż niektóre prace Henrietty wydają mi się bardzo ładne. Na przykład Płaczący jesion.

– Moim zdaniem, Henrietta ma w sobie coś z prawdziwego geniusza. Poza tym jest uroczą i sympatyczną osobą – powiedziała Midge.

Lady Angkatell wstała i podeszła do okna. W zamyśleniu zaczęła się bawić sznurem od żaluzji.

– Ciekawe, dlaczego żołędzie? – mruknęła.

– Żołędzie?

– Na sznurze od żaluzji. A na bramach ananasy. Musi być jakiś powód. Mogłaby przecież być szyszka albo gruszka, a jednak zawsze jest żołądź. Tak je nazywają w krzyżówkach: pokarm dla świń. Zawsze mnie to ciekawiło.

– Nie zmieniaj tematu, Lucy. Przyszłaś porozmawiać o sobocie i niedzieli. Nadal jednak nie rozumiem, co cię tak martwi. Jeśli będziesz unikała gier towarzyskich, będziesz się starała mówić do Gerdy powoli i zrozumiale, a Henrietta oswoi Davida-intelektualistę, wszystko powinno pójść dobrze. W czym trudność?

– Po pierwsze, przyjeżdża Edward.

– Ach, Edward! – powiedziała Midge i zamilkła. Po chwili spytała: – Co ci przyszło do głowy, żeby go zapraszać akurat na tę sobotę?

– Sama nie wiem, Midge. Tak jakoś wyszło. On się wprosił. Przysłał telegram z zapytaniem, czy może przyjechać. Wiesz, jaki jest Edward. Nadmiernie wrażliwy. Gdybym mu odmówiła, pewnie do końca życia nie miałby śmiałości zaproponować, że mnie odwiedzi. Taki już jest.

Midge z namysłem pokiwała głową. Tak – pomyślała – Edward jest właśnie taki. Przez moment miała wrażenie, że widzi jego twarz, naznaczoną czymś przypominającym eteryczny wdzięk Lucy: łagodną, nieśmiałą, ironiczną...

– Kochany Edward – powiedziała Lucy, jakby czytając w myślach Midge. – Żeby tak Henrietta zdecydowała się wreszcie wyjść za niego – mówiła zniecierpliwiona. – Wiem, że bardzo go lubi. Gdyby tu przyjechali oboje pod nieobecność Christowów... Z jakiegoś powodu John Christow ma niedobry wpływ na Edwarda. John, jeśli rozumiesz, co chcę przez to powiedzieć, jest przy nim bardziej kimś, a Edward nikim. Rozumiesz?

Midge przytaknęła.

– Nie mogę odwołać Christowów, bo wszystko zostało zaplanowane dawno temu, czuję jednak, że będzie bardzo trudno z Davidem, gapiącym się na wszystkich bez skrępowania i obgryzającym paznokcie; z Gerdą, którą trzeba będzie się zająć tak, żeby się nie czuła wyobcowana; z Johnem, niezmiennie pogodnym, i z ustępującym mu pola Edwardem...

– Składniki mieszanki nie są zachęcające – mruknęła Midge.

Lucy uśmiechnęła się do niej.

– Czasem – powiedziała zamyślona – wszystko samo się jakoś układa. Na niedzielny obiad zaprosiłam tego specjalistę od morderstw. Mam nadzieję, że dostarczy nam nieco rozrywki.

– Specjalistę od morderstw?

– Jak jajo – powiedziała lady Angkatell. – Był w Bagdadzie. Wyjaśniał tam jakąś intrygę, kiedy Henry był pełnomocnikiem rządu. A może to było nieco później? Zjedliśmy z nim i z personelem ambasady obiad. Pamiętam, że miał na sobie biały garnitur, różowy kwiat w butonierce i czarne lakierki. Poza tym niewiele pamiętam. Nigdy mnie nie interesowało, kto zabił kogo. Chodzi mi o to, że skoro ktoś już nie żyje, jakie to ma znaczenie, dlaczego? I po co to całe zamieszanie?

– Popełniono tu jakąś zbrodnię?

– Nie, kochanie. On zajmuje jeden z tych śmiesznych nowych domków. Wiesz, te belki, o które zawadza się głową, nowoczesne instalacje hydrauliczne i niewłaściwie rozplanowany ogród. Ludzie z Londynu lubią te rzeczy. Zdaje się, że jeden z nich należy do aktorki. Nie mieszkają tu przez cały rok, tak jak my. Jednak – mówiła lady Angkatell, chodząc po pokoju – podoba im się tu. Midge, kochanie, jesteś taka miła. Dziękuję za pomoc.

– Obawiam się, że niewiele ci pomogłam.

– Nie? – Lucy Angkatell była zdziwiona. – Prześpij się jeszcze. Nie musisz wstawać na śniadanie, a kiedy już wstaniesz, możesz być tak nieuprzejma, jak tylko zechcesz.

– Nieuprzejma? – zdziwiła się Midge. – Ależ... Ach! – zaśmiała się. – Rozumiem! Jesteś bystra, Lucy. Chyba skorzystam z twojej rady.

Lady Angkatell uśmiechnęła się i wyszła z pokoju. Mijając otwarte drzwi swojej łazienki, zobaczyła czajnik i kuchenkę gazową. Przyszła jej do głowy pewna myśl. Wiedziała, że ludzie zwykle przepadają za herbatą, a Midge przez kilka najbliższych godzin nie wyjdzie ze swojego pokoju. Postanowiła więc zaparzyć herbatę dla Midge. Postawiła czajnik na ogniu i wyszła na korytarz. Stanęła przed drzwiami sypialni męża i nacisnęła klamkę, ale sir Henry Angkatell dobrze znał swoją Lucy. Darzył ją szczerym uczuciem, ale lubił się dobrze wyspać. Drzwi były zamknięte na klucz.

Lady Angkatell wróciła do swojego pokoju. Chętnie poradziłaby się Henry’ego, ale będzie musiała zaczekać. Stanęła przy otwartym oknie, chwilę wyglądała na ogród, potem ziewnęła. Wróciła do łóżka i położyła głowę na poduszce; po chwili smacznie spała. Woda w czajniku właśnie się zagotowała.

– Znowu spalony czajnik, panie Gudgeon – powiedziała Simmons, pokojówka.

Gudgeon, lokaj, pokręcił siwą głową. Wyjął czajnik z rąk Simmons, wszedł do spiżarni i z półki na talerze zdjął nowy; na wszelki wypadek trzymał ich tam kilka.

– Proszę, panno Simmons. Pani niczego się nie domyśli.

– Często jej się to zdarza? – spytała Simmons.

Gudgeon westchnął.

– Pani – stwierdził – ma gołębie serce, ale jest, że tak powiem, zapominalska. Jednak w tym domu – ciągnął – ja jestem odpowiedzialny za to, żeby oszczędzić pani wszelkich trosk.

ROZDZIAŁ DRUGI

Henrietta Savernake uformowała z kawałka gliny kulkę i przykleiła ją na właściwym miejscu. Szybkimi, zwinnymi ruchami kształtowała glinianą głowę dziewczyny. Słyszała wysoki, zawodzący i pospolity głos, ale jej umysł był całkowicie zaprzątnięty pracą.

– Uważam, panno Savernake, że miałam rację! Skoro, powiedziałam, chce pani tak myśleć... Uważam, panno Savernake, że dziewczyna dla własnego dobra powinna stawiać sprawy jasno. Chyba mnie pani rozumie? Nie jestem przyzwyczajona, powiedziałam, żeby mówiono o mnie takie rzeczy, i mogę tylko powiedzieć, że ma pani bardzo bujną i nieczystą wyobraźnię. Człowiek nie chciałby być nieuprzejmy, ale chyba słusznie się broniłam? Jak pani myśli, panno Savernake?

– Oczywiście – powiedziała Henrietta. Głos miała pełen entuzjazmu; każdy, kto ją znał, domyśliłby się, że jej uwagę zaprząta coś innego.

– Nic na to nie poradzę, powiedziałam, że pańska żona opowiada takie rzeczy. Nie wiem, dlaczego, ale wszędzie, gdzie się pojawię, zaczynają się jakieś kłopoty. Nie ma w tym mojej winy. Mężczyźni są niepoprawni. – Modelka zachichotała kokieteryjnie.

– Strasznie – powiedziała Henrietta mrużąc oczy.

Urocza – myślała. – Płaszczyzna poniżej powieki jest po prostu urocza. I ta druga płaszczyzna, wybiegająca tamtej naprzeciw. Szczęka jest niewłaściwie uformowana... Muszę to zeskrobać i odbudować na nowo. To nie będzie łatwe.

– Ma pani niełatwe życie – powiedziała ciepłym, współczującym głosem.

– Uważam, że zazdrość jest niesprawiedliwa, panno Savernake, i małoduszna. Mam nadzieję, że mnie pani rozumie? Ludzie potrafią źle życzyć innym tylko dlatego, że sami są starsi i brzydsi.

Pracując nad szczęką, Henrietta odpowiedziała na to z roztargnieniem:

– Oczywiście.

Wiele lat temu nauczyła się dzielić umysł na odrębne, nie kontaktujące się między sobą fragmenty. Potrafiła grać w brydża, prowadzić inteligentną rozmowę czy pisać poprawny list, nie poświęcając tym rzeczom większej uwagi. Teraz całkowicie skoncentrowała się na tym, żeby wydobyć spod warstwy gliny Nauzykaę. Potok nieciekawej, złośliwej gadaniny nie miał dostępu do głębszych warstw jej umysłu. Bez najmniejszego wysiłku podtrzymywała rozmowę. Była przyzwyczajona do modelek, które chcą rozmawiać. Zawodowcy tego nie robią, ale amatorzy – tak. Zmęczeni wymuszoną bezczynnością, lubią mówić o sobie. Jakaś część Henrietty słuchała i odpowiadała, ale gdzieś w głębi prawdziwa Henrietta myślała: „Pospolita, złośliwa, zawistna dziewucha, ale te oczy... Urocze, urocze, urocze oczy...”.

 

Dopóki pracuje nad oczami, dziewczyna może mówić. Kiedy dojdzie do ust, każe jej milczeć. To dziwne, że z tak pięknie wykrojonych ust wydobywa się grad słów pełnych zawiści.

Cholera – pomyślała Henrietta, zdenerwowana. – Psuję brwi. Dlaczego mi nie wychodzi? Za bardzo uwypukliłam kość. Jest kanciasta, a powinna być grubsza.

Odsunęła się nieco i odwróciła wzrok od gliny, by spojrzeć na postać z krwi i kości, upozowaną na podium. Doris Saunders mówiła bez przerwy:

– Nie rozumiem, powiedziałam, dlaczego pani mąż nie miałby mi dawać prezentów, skoro ma na to ochotę, i nie sądzę, powiedziałam, żeby to dawało pani prawo do insynuowania niegodnych rzeczy. To była bardzo ładna bransoletka, panno Savernake, prawdziwe cacko. Nic dziwnego, że biedaczek spłukał się na nią doszczętnie, ale to przecież było takie miłe z jego strony. Nie oddałabym jej nikomu za nic w świecie.

– Nie, nie – mruknęła Henrietta.

– Zresztą, między nami nic właściwie nie było... To znaczy, nic niegodziwego; nic z tych rzeczy.

– Nie – powiedziała Henrietta. – Oczywiście, że nie.

Rozchmurzyła się. Przez następne pół godziny zwijała się jak w ukropie. Rozsmarowała sobie glinę na czole i posklejała nią włosy, niecierpliwie odsuwając z czoła niesforne kosmyki. W jej oczach pojawiło się ślepe zapamiętanie. Była już blisko... Udało się...

Za kilka godzin skończy się męka, trwająca od dziesięciu dni.

Nauzykaa... Była Nauzykaą, wstawała rano z Nauzykaą, jadła śniadanie z Nauzykaą i z nią wychodziła z domu. Przemierzała ulice podniecona, niespokojna, nie potrafiąc się skoncentrować na niczym, z wyjątkiem pięknej, pustej twarzy, którą widziała oczyma wyobraźni, jakby dostrzegała ją kątem oka, ale nigdy wyraźnie. Rozmawiała z modelkami, zastanawiała się nad Greczynkami, ale nie mogła zaznać spokoju.

Chciała czegoś, co pomogłoby jej zacząć. Czegoś, co tchnęłoby życie w jej własną wizję. Codziennie robiła pieszo wiele kilometrów, aż do zmęczenia, które przynosiło jej chwilową ulgę. Kierowało nią, nie dając spokoju, przemożne pragnienie ujrzenia...

Podczas tych poszukiwań na jej twarzy malowała się pustka. Wzrok miała niewidzący. Zmagała się... Usiłowała się zbliżyć do tej twarzy... Czuła się chora, nieszczęśliwa...

Nagle jej wzrok się wyostrzył i normalnymi ludzkimi oczyma ujrzała przed sobą w autobusie, do którego bezmyślnie wsiadła, nie troszcząc się, dokąd jedzie – zobaczyła... Tak, Nauzykaę! Nieduża, dziecięca twarzyczka, półotwarte usta i oczy – urocze, nieobecne, niewidzące oczy.

Dziewczyna nacisnęła dzwonek i wysiadła. Henrietta poszła za nią. Była spokojna i rzeczowa. Wreszcie znalazła to, czego pragnęła. Skończyła się męka obłędnego poszukiwania.

– Przepraszam bardzo. Z zawodu jestem rzeźbiarką. Ma pani głowę, jakiej szukam.

Była przyjacielska, ujmująca i urocza jak zawsze, kiedy czegoś chciała. Doris Saunders była niepewna, zaniepokojona, zadowolona.

– Sama nie wiem. Jeśli rzeczywiście chodzi tylko o głowę... Nigdy czegoś takiego nie robiłam.

Dla zasady wahała się jeszcze. Potem dyskretnie spytała o wynagrodzenie.

– Będę nalegała, żeby przyjęła pani wynagrodzenie zawodowej modelki.

W taki sposób Nauzykaa znalazła się na podium. Była zadowolona, że się podoba, że zostanie uwieczniona (chociaż nie podobały się jej dzieła Henrietty wystawione w pracowni). Z wielką przyjemnością opowiadała o sobie, pełnej zainteresowania i sympatii słuchaczce. Na stoliku obok modelki leżały okulary, które próżna dziewczyna nieczęsto wkładała na nos. Bez nich poruszała się prawie po omacku, ponieważ – jak wyznała Henrietcie – nawet to, co znajdowało się zaledwie metr przed nią, widziała bardzo niewyraźnie.

Henrietta ze zrozumieniem kiwała głową. Teraz rozumiała, skąd wzięło się to urocze spojrzenie.

Czas mijał. Nagle Henrietta odłożyła narzędzia i rozprostowała ramiona.

– Skończone – powiedziała. – Mam nadzieję, że nie zmęczyłam pani za bardzo?

– Ależ nie, panno Savernake. To było bardzo ciekawe. Rzeczywiście już pani skończyła? Tak szybko?

Henrietta zaśmiała się.

– Nie, jeszcze nie skończyłam. Zostało jeszcze dużo pracy, ale pani nie będzie mi już potrzebna. Mam to, co chciałam; ukształtowałam płaszczyzny.

Dziewczyna powoli zeszła z podium. Kiedy włożyła okulary, z jej twarzy zniknęła dziecięca niewinność i niezrozumiały, ufny urok. Została jej tylko tandetna, nieciekawa uroda.

Podeszła do Henrietty, stanęła obok niej i spojrzała na glinianą twarz.

– Och! – powiedziała niepewnie, rozczarowana. – Nie jest do mnie podobna.

Henrietta uśmiechnęła się.

– To nie jest pani podobizna.

Trudno było dostrzec jakiekolwiek podobieństwo rzeźby do oryginału. Było ukryte w oczach, w okrągłych policzkach, które Henrietta uznała za najistotniejsze u swojej Nauzykai. To nie była gliniana Doris Saunders, ale niewidoma dziewczyna, o której można by pisać wiersze. Wargi były rozchylone jak u Doris, ale nie były ustami Doris. Te usta mówiły innym językiem i wyrażały myśli nienależące do Doris. Rysy nie zostały jeszcze ostatecznie ukształtowane. To była Nauzykaa wydobyta z pamięci, nie oglądana oczami...

– Cóż – powiedziała niepewnie panna Saunders – mam nadzieję, że kiedy pani skończy, będzie wyglądała lepiej. Na pewno nie będę już pani potrzebna?

– Nie. Dziękuję – powiedziała Henrietta. (Dzięki Bogu, że nie musimy się więcej spotykać – pomyślała). – Była pani wspaniała. Jestem pani bardzo wdzięczna.

Szybko pozbyła się Doris i wróciła do pracowni. Miała ochotę na mocną kawę. Była zmęczona; straszliwie zmęczona. Ale szczęśliwa i spokojna.

Na szczęście – westchnęła – znów będę normalnym człowiekiem.

Pomyślała o Johnie. Policzki zaczęły ją palić, serce zabiło radośnie. Wróciła jej chęć do życia.

Jutro – powiedziała sobie – pojadę do The Hollow i zobaczę się z Johnem.

Przez chwilę siedziała wygodnie rozparta na kanapie i popijała gorący czarny napój. Trzeci raz napełniła filiżankę. Siły zaczęły jej wracać.

Przyjemnie jest – myślała – znów być człowiekiem, a nie jakimś potworem. Przyjemnie nie czuć niepokoju, niezadowolenia, przymusu. Przyjemnie móc przestać włóczyć się po ulicach, szukając czegoś z irytacją i niepokojem, ponieważ właściwie nie wiadomo, czego się szuka. Teraz czeka ją tylko ciężka praca, ale komu to przeszkadza?

Odstawiła pustą filiżankę i podeszła do Nauzykai. Przyglądała się jej przez chwilę. Powoli zmarszczyła brwi. To nie... niezupełnie... Coś jest nie tak. Niewidzące oczy. Oczy piękniejsze niż wszystkie, które widzą... Niewidzące oczy chwytające za serce właśnie dlatego, że nie widzą... Czy udało się to pokazać, czy nie?

Tak, udało się, ale w tych oczach jest coś jeszcze. Coś niechcianego. Struktura jest właściwa, tak... ale skąd wzięło się w nich to coś podstępnego? Coś nasuwającego myśl, że dziewczyna ma prostacki, złośliwy umysł? Henrietta nie słuchała paplaniny, ale to, co wpadało jej w uszy, wyszło spod palców i zostało uwiecznione w glinie. Henrietta wiedziała, że nie uda się tego zatrzeć.

Odwróciła się od rzeźby. Może to tylko gra wyobraźni? Tak, z pewnością wyobraziła to sobie. Rano wszystko będzie wyglądało inaczej.

Jakiż człowiek jest wrażliwy – pomyślała z niezadowoleniem.

Marszcząc czoło, przeszła na drugi koniec pracowni i zatrzymała się przed postacią Czciciela. To jest udane. Doskonały kawałek drewna gruszy z pięknymi słojami. Długo go trzymała, zanim nadała mu obecny kształt.

Spojrzała krytycznie na rzeźbę. Tak, jest dobra. Henrietta była tego pewna. Od dawna nie zrobiła nic równie dobrego. Przeznaczyła ją dla International Group. Tak, to powinno się znaleźć na wystawie.

Udało się pokazać pokorę, silne mięśnie karku, pochylone ramiona, lekko uniesioną twarz z zatartymi rysami, ponieważ prawdziwe oddawanie komuś czci pozbawia człowieka osobowości. Tak – uległość, podziw i bezgraniczne oddanie, będące w rzeczywistości bałwochwalstwem.

Henrietta westchnęła. Szkoda tylko – pomyślała – że John się tak rozzłościł.

Zaskoczył ją ten gniew. Uświadomił jej coś, czego pewnie nie wie nawet sam John.

– Nie wolno ci tego wystawić – powiedział zdecydowanie.

– Wystawię to – odparła, równie jak on zdecydowana.

Wolnym krokiem wróciła do Nauzykai. Nie ma tu nic – przekonywała samą siebie – czego nie można naprawić. Zwilżyła glinę i owinęła rzeźbę wilgotnymi szmatami. Nauzykaa będzie musiała zaczekać do poniedziałku lub wtorku. Teraz nie trzeba się spieszyć. Naglący przymus zniknął. Najważniejsze płaszczyzny są ukształtowane. Teraz trzeba cierpliwie wykończyć całość.

Czekają ją trzy szczęśliwe dni z Lucy, Henrym, Midge i... Johnem!

Ziewnęła, przeciągnęła się jak kotka, z rozkoszą i zapamiętaniem, rozciągając wszystkie mięśnie. Nagle poczuła ogromne zmęczenie.

Wzięła gorącą kąpiel i położyła się. Leżąc w łóżku spojrzała za okno i zobaczyła pierwsze gwiazdy. Po chwili przesunęła spojrzenie na światło, które paliło się przez całą noc; była to niewielka żarówka, podświetlająca szklaną maskę, jej pierwsze dzieło. Niezbyt odkrywcze – pomyślała. – Konwencjonalne.

Całe szczęście – myślała Henrietta – że człowiek dojrzewa...

A teraz: spać! Mocna kawa nie działała na nią pobudzająco, jeśli Henrietta tego nie chciała. Dawno temu nauczyła się osiągać stan zobojętnienia na wszystko.

Trzeba wybierać myśli z miejsca, gdzie się je przechowuje, i nie przytrzymując żadnej z nich na siłę, pozwolić im przesypywać się między palcami, nie koncentrować się na żadnej. Muszą się przesuwać...

Na ulicy ktoś uruchomił samochód, gdzieś daleko słychać było krzyki i śmiech. W stanie błogiej półświadomości Henrietta słyszała to wszystko.

Samochód – pomyślała – ryczy jak tygrys... żółto-czarny... pasiasty jak niektóre liście... liście i cienie... gorąca dżungla... w dół rzeki... szerokiej, tropikalnej rzeki... do morza i okręt odpływa... słychać gorączkowe pożegnania; u jej boku stoi John... ona i John; odpływają... błękitne morze... przechodzą do jadalni, posyła mu uśmiech z drugiej strony stołu... sala przypomina Maison Dorée; biedny John się złości... chłodne nocne powietrze i samochód; zmienia biegi. Auto jest sprawne; wyjeżdżają z Londynu... jadą Shovel Down... drzewa... drzewa oddają cześć... The Hollow... Lucy... John... John... choroba Ridgewaya... kochany John...

Powoli Henrietta traciła świadomość, odpływając w szczęśliwy niebyt. Nagle poczuła niezadowolenie; nie dające się uciszyć poczucie winy. Musi coś zrobić. Coś, czego wolałaby uniknąć. Nauzykaa?

Powoli, niechętnie, Henrietta wstała z łóżka. Zapaliła światło, podeszła do stojaka i zdjęła mokre szmaty. Głośno wciągnęła powietrze. To nie jest Nauzykaa, tylko Doris Saunders!

Henrietta poczuła nagły skurcz serca. Naprawię to, naprawię... – zaklinała samą siebie.

– Nie bądź głupia – powiedziała głośno. – Dobrze wiesz, co powinnaś zrobić.

Jeśli nie zrobi tego teraz, jutro zabraknie jej odwagi. Czuła się tak, jakby miała zabić własne dziecko. To boli.