Kurtyna

Tekst
Z serii: Herkules Poirot #39
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


WROCŁAW 2014



Tytuł oryginału

Curtain

Projekt serii

MARIUSZ BANACHOWICZ

Projekt okładki

ANNA DAMASIEWICZ

Fotografie na okładce

© Victor Zastolskiy/Depositphotos.com

© Sandra Cunningham/Depositphotos.com

© Patrick Bombaert/Depositphotos.com

Korekta

ANNA BROCZKOWSKA-NGUYEN

Curtain Copyright © 1975 Agatha Christie Limited.

All rights reserved. AGATHA CHRISTIE, POIROT and the Agatha Christie

Signature are registered trade marks of Agatha Christie Limited in the UK and/or elsewhere. All rights reserved.

Polish edition © Publicat S.A. MCMLXXVIII, MMXIV (wydanie elektroniczne)

Translation by Prószyński Media.

Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.

All rights reserved

ISBN 978-83-271-5228-2


jest znakiem towarowym Publicat S.A.

Publicat S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24

tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00

e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl

Oddział we Wrocławiu

50-010 Wrocław, ul. Podwale 62

tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66

e-mail: wydawnictwodolnoslaskie@publicat.pl

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

SPIS TREŚCI

Rozdział I

Rozdział II

Rozdział III

Rozdział IV

Rozdział V

Rozdział VI

Rozdział VII

Rozdział VIII

Rozdział IX

Rozdział X

Rozdział XI

Rozdział XII

Rozdział XIII

Rozdział XIV

Rozdział XV

Rozdział XVI

Rozdział XVII

Rozdział XVIII

Rozdział XIX

Postscriptum

Przypisy

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

ROZDZIAŁ I

Czy istnieje na świecie człowiek, który nigdy nie doznał nagłego ostrego wrażenia, że przeżywa coś powtórnie, że raz jeszcze ogarnia go znajome uczucie?

Już kiedyś tak było...

Dlaczego te słowa zawsze tak głęboko nas wzruszają?

Zadawałem sobie to pytanie, siedząc w pociągu i spoglądając przez okno na płaski krajobraz hrabstwa Essex.

Ile to lat temu odbywałem identyczną podróż? Sądziłem wówczas – jakie to śmieszne – że mam już za sobą najlepszą część życia! Ranny na wojnie, która dla mnie pozostanie zawsze tą wojną – choć teraz zatarła ją inna, o wiele bardziej zaciekła.

W 1916 roku młodemu Arturowi Hastingsowi wydawało się, że jest starym i doświadczonym człowiekiem. Absolutnie nie uświadamiałem sobie, że dopiero zaczynam żyć.

Jechałem wówczas, nic jeszcze o tym nie wiedząc, aby u celu podróży zetknąć się z człowiekiem, którego wpływ miał ukształtować całą moją przyszłość. Zamierzałem po prostu zamieszkać u dawnego przyjaciela, Johna Cavendisha, w Styles, wiejskiej posiadłości jego matki, która niedawno wyszła po raz drugi za mąż. Spodziewałem się, że w miły sposób odnowię dawne znajomości i nic poza tym, nie przeczuwając, że wkrótce pochłonie mnie ponura zagadka tajemniczego morderstwa.

W Styles właśnie spotkałem zabawnego małego Belga, z którym już raz w jego ojczyźnie skrzyżowały się moje drogi.

Świetnie pamiętam swoje zdumienie na widok utykającego mężczyzny z ogromnymi wąsiskami, który nadchodził ulicą wioski.

Herkules Poirot! Od tamtych dni nie przestał być moim najdroższym przyjacielem, zawsze wywierał na mnie przemożny wpływ. To właśnie w jego towarzystwie, podczas pogoni za innym mordercą, poznałem moją żonę, najwierniejszą i najsłodszą towarzyszkę, z jaką może spędzić życie mężczyzna.

Spoczywała teraz w ziemi argentyńskiej. Umarła tak, jak chciała, uniknąwszy długich, wyniszczających cierpień i starczego zniedołężnienia. Ale pozostawiła tu mnie, bardzo samotnego i bardzo nieszczęśliwego. Ach, gdybym mógł to cofnąć i przeżyć ponownie... Gdyby znowu był ów dzień w 1916 roku, kiedy pierwszy raz jechałem do Styles... Ile się od tego czasu zmieniło! Ile wyrw pośród znajomych twarzy! Styles też zostało sprzedane. John Cavendish umarł, a jego żona Mary (wtedy tak fascynująca i zagadkowa) żyje jeszcze i mieszka w Devonshire. Laurence z żoną i dziećmi przebywa w Afryce Południowej. Zmiany, wszędzie zmiany...

Pod jednym względem nic się nie zmieniło. Dziś też jechałem do Styles na spotkanie z Herkulesem Poirotem.

Osłupiałem wręcz, otrzymawszy od niego list wysłany ze Styles w Styles St Mary, Essex...

Nie widziałem mego przyjaciela prawie rok. Ostatnia wizyta u niego wstrząsnęła mną i głęboko mnie zasmuciła. Był teraz bardzo stary i prawie unieruchomiony artretyzmem. Odbył podróż do Egiptu w nadziei, że będzie się potem miał lepiej, ale sądząc z listu – wrócił w stanie jeszcze gorszym. Niemniej pisał wesoło:

... i czy nie zaintrygował Cię, przyjacielu, adres w nagłówku mojego listu? Przywołuje zamierzchłe wspomnienia, prawda? Tak, jestem tutaj, w Styles. Wyobraź sobie, że jest tu teraz tak zwany pensjonat. Prowadzi go jeden z tych waszych nadzwyczaj brytyjskich emerytowanych pułkowników – co to „my ze starej szkoły” i „dżentelmen w każdym calu”. To jego żona bien entendu[1] zarabia na życie. Dobra z niej gospodyni, ale język ma, jakby napiła się octu, i biedny pułkownik cierpi z tego powodu, a jakże. Ja na jego miejscu dawno bym się zbuntował!

Zobaczyłem w gazecie ogłoszenie i wzięła mnie chętka, żeby jeszcze raz znaleźć się w miejscu, które było moim pierwszym domem w tym kraju. W moim wieku człowiek lubi ożywiać przyszłość.

I wyobraź sobie tylko, po przyjeździe poznaję tu pewnego pana, baroneta, który jest przyjacielem pracodawcy Twojej córki (to zdanie brzmi trochę jak francuskie ćwiczenie z gramatyki, n’est-ce pas[2]?). Natychmiast układam plan. Mój znajomy zamierza skłonić Franklinów, żeby przyjechali tutaj na lato. Ja ze swej strony namówię Ciebie i będziemy wszyscy razem en famille[3]. Przyjemna perspektywa, prawda? A więc, mój drogi, dépêchez-vous[4], przybywaj jak najspieszniej. Zamówiłem dla Ciebie pokój z łazienką (unowocześnili, rozumiesz, drogie stare Styles) i targowałem się z panią pułkownikową Luttrell, aż ustaliliśmy cenę très bon marché[5].

Franklinowie i Twoja urocza Judith są tu już od paru dni. Wszystko załatwione, nie zrób mi więc zawodu.

À bientôt[6]

zawsze Twój Herkules Poirot

Perspektywa istotnie była nęcąca i bez wahania uległem życzeniu starego przyjaciela. Nie miałem żadnych obowiązków ani stałego miejsca zamieszkania. Jeden z moich synów służył w marynarce, drugi, żonaty, miał ranczo w Argentynie. Córka Grace wyszła za oficera i mieszkała obecnie w Indiach. Najmłodszą, Judith, zawsze w głębi serca kochałem najbardziej ze wszystkich dzieci, choć nigdy, ani przez jedną chwilę, jej nie rozumiałem. Dziwne, ciemnowłose, małomówne dziecko, zawzięcie skrywające swe myśli, co czasem obrażało mnie i doprowadzało do rozpaczy. Moja żona była bardzo wyrozumiała. Zapewniała mnie, że nie jest to u Judith świadectwem braku zaufania czy niechęci, ale nieodpartą koniecznością. Lecz tak samo jak ja, często martwiła się o naszą córkę. Uważała, że Judith jest zbyt napięta, zbyt skupiona, a odruchowa rezerwa pozbawia ją klapy bezpieczeństwa. Miewała dziwne napady milczącej zadumy i potrafiła trwać przy swoim z gwałtownym zacietrzewieniem. Z całej rodziny ona była najzdolniejsza i zgodziliśmy się chętnie, kiedy wyraziła chęć pójścia na uniwersytet. Przed rokiem zrobiła magisterium z nauk przyrodniczych i przyjęła posadę sekretarki u lekarza prowadzącego badania naukowe w związku z jakąś chorobą tropikalną. Żona doktora Franklina jest bardzo wątła i stale niedomaga.

 

Od czasu do czasu ogarniał mnie niepokój, czy przejęcie się pracą i przywiązanie do szefa nie świadczy, że Judith jest zakochana, ale uspokajał mnie czysto urzędowy charakter ich stosunków.

Wierzyłem, że Judith darzy mnie uczuciem, ale przy jej wrodzonej powściągliwości często drażniły ją i odstręczały moje – jak to nazywała – sentymentalne i staroświeckie poglądy. Prawdę mówiąc, moja córka trochę mnie onieśmielała!

Na tym urwałem rozważania, gdyż pociąg wjechał na stację w Styles St Mary. Czas zdawał się omijać to miejsce. Budynek stacyjny wznosił się jak dawniej samotnie wśród pól bez widocznej racji istnienia.

Przejeżdżając taksówką przez wioskę uświadomiłem sobie jednak, jak wiele lat upłynęło. Styles St Mary zmieniło się nie do poznania. Stacje benzynowe, dwie nowe gospody i rzędy niedawno postawionych domków jednorodzinnych.

Wreszcie skręciliśmy w bramę Styles. Tu znów odniosłem wrażenie, że cofam się w przeszłość. Park pozostał mniej więcej taki, jak go zapamiętałem, tylko aleja wjazdowa była źle utrzymana i zarośnięta zielskiem, przebijającym się przez żwir. Minęliśmy zakręt i oczom naszym ukazał się dwór. Z zewnątrz wyglądał tak samo jak dawniej i bardzo potrzebował świeżej farby.

Teraz też, jak wtedy, przed wielu laty, nad jednym z klombów pochylała się kobieca postać. Poczułem skurcz w sercu. Kobieta wyprostowała się, podeszła bliżej i roześmiałem się z siebie samego. Trudno byłoby o jaskrawszy kontrast z krzepką Evelyn Howard.

Stała przede mną drobna starsza pani z gęstwą wijących się siwych włosów, o różowych policzkach i zimnych, bladoniebieskich oczach, których wyraz kontrastował z jej swobodnym, jowialnym sposobem bycia, prawdę mówiąc, nieco zbyt wylewnym jak na mój gust.

– Pan kapitan Hastings, prawda? No proszę! A ja tu stoję z usmolonymi łapami i nawet nie mogę przywitać się jak należy. Tak się cieszymy, że pan do nas przyjechał – czegośmy się o panu nie nasłuchali! Muszę się przedstawić. Nazywam się Luttrell. Kupiliśmy z mężem tę posiadłość w przystępie szaleństwa i próbujemy na niej się dorobić. Nigdy nie myślałam, że pewnego dnia zostanę właścicielką hotelu! Lecz ostrzegam pana, kapitanie, jestem bardzo praktyczną kobietą, biorę dopłaty za wszystko, co się da.

Roześmieliśmy się oboje jak ze znakomitego dowcipu, ale przyszło mi do głowy, że najprawdopodobniej zapowiedź pani Luttrell należy potraktować dosłownie. Pod cienką warstwą manier czarującej starszej pani dostrzegałem twardą bezwzględność.

Pani Luttrell wpadała czasem w irlandzki akcent, choć nie pochodziła z Irlandii. Taką przybierała pozę.

Zapytałem o swego przyjaciela.

– Ach, biedny mały pan Poirot! Jak on na pana czekał. Kamień by się wzruszył. Okropnie mi żal, że tak cierpi, biedaczek!

Szliśmy w stronę domu i pani Luttrell powoli ściągała ogrodowe rękawice.

– I pańska śliczna córka też. Cóż to za urocza dziewczyna! Wszyscy tu szalenie ją podziwiamy! Ale ja jestem staroświecka, rozumie pan, i dla mnie to skandal wołający o pomstę do nieba, że taka panienka, która powinna biegać na zabawy i tańczyć z młodymi ludźmi, spędza czas na krajaniu królików i ślęczy cały boży dzień nad mikroskopem. Ja bym zostawiła takie zajęcie brzydulom.

– Gdzie jest Judith? – spytałem. – Czy gdzieś w pobliżu?

Pani Luttrell zmarszczyła wymownie brwi.

– Ach, to biedne dziecko. Jest zamknięta w tej niby pracowni na tyłach ogrodu. Doktor Franklin wynajął ją ode mnie i odpowiednio wyposażył. Trzyma w niej klatki z morskimi świnkami i myszy, i króliki, nieszczęsne stworzenia. Ja tam chyba wcale nie lubię tej całej nauki, panie kapitanie. O proszę, oto mój mąż.

Pułkownik Luttrell akurat wyszedł zza narożnika domu. Był to bardzo wysoki, kościsty mężczyzna z mizerną twarzą, łagodnymi błękitnymi oczami, skubiący niepewnie krótki siwy wąsik. Miał niezdecydowany, nerwowy sposób bycia.

– George, to jest kapitan Hastings.

Pułkownik Luttrell wymienił ze mną uścisk dłoni.

– Przyjechał pan, hm... pociągiem o piątej, hm... czterdzieści?

– Jak inaczej mógł przyjechać? – przerwała ostro pani Luttrell. – I zresztą, co za różnica? Zaprowadź pana i pokaż mu jego pokój, George. A potem chyba zechce udać się wprost do pana Poirota... Czy wolałby pan może wpierw napić się herbaty?

Zapewniłem ją, że nie chcę herbaty i wolę przywitać się z przyjacielem.

– W porządku. Chodźmy. Mam, hm... nadzieję, że wniesiono już pana rzeczy... tak, Daisy?

Pani Luttrell mruknęła cierpko:

– To twoja sprawa, George. Ja pracowałam w ogrodzie. Nie mogę zajmować się wszystkim.

– Nie, nie, oczywiście. Ja... ja już tego przypilnuję, moja droga.

Wszedłem w ślad za nim na schodki wiodące do wejścia. W drzwiach natknęliśmy się na siwowłosego szczupłego mężczyznę, biegnącego gdzieś z lornetką polową w ręku. Powłóczył nogą i miał żarliwą chłopięcą twarz. Powiedział, zacinając się lekko:

– Tam na jaworze parka krzewek czarnołbistych buduje sobie gniazdo.

Weszliśmy do hallu i Luttrell wyjaśnił:

– To Norton. Sympatyczny facet. Ma bzika na punkcie ptaków.

W hallu przy stole stał rosły, silnie zbudowany mężczyzna. Widać było, że przed chwilą odłożył słuchawkę telefoniczną.

Zwrócił się w naszą stronę:

– Miałbym ochotę powiesić, włóczyć końmi i poćwiartować wszystkich przedsiębiorców budowlanych i architektów. Niech ich diabli wezmą, nigdy nie zrobią nic jak należy.

Był tak komiczny i mówił to tak posępnie, że obaj parsknęliśmy śmiechem. Z miejsca poczułem do niego sympatię. Z ciemną opalenizną na twarzy był nadzwyczaj przystojny, choć dawno przekroczył pięćdziesiątkę. Wyglądał jak człowiek, który przebywa dużo na świeżym powietrzu, i prezentował coraz rzadziej spotykany typ Anglika starej szkoły, prawego, lubiącego przyrodę i umiejącego wydawać rozkazy.

Nie zdziwiło mnie wcale, kiedy pułkownik Luttrell, przedstawiając nas sobie, wymienił jego nazwisko. Wiedziałem, że sir William Boyd Carrington był w Indiach gubernatorem jednej z prowincji, gdzie znakomicie się spisywał. Miał też reputację świetnego strzelca i polował na grubego zwierza. Pomyślałem z żalem, że w naszych zdegenerowanych czasach nie rodzą się już tacy ludzie.

– Witam – powiedział. – Miło mi zobaczyć na własne oczy tak słynną osobistość jak mon ami[7] Hastings. – Zaśmiał się. – Ten przemiły staruszek ciągle o panu opowiada. A poza tym, rzecz jasna, mamy tu pana córkę. Wspaniała dziewczyna.

– Nie sądzę, żeby Judith też o mnie dużo mówiła – wtrąciłem z uśmiechem.

– Nie, skądże, jest na to o wiele za nowoczesna. Te dzisiejsze dziewczęta zawsze wyglądają tak, jakby się wstydziły, że w ogóle mają matkę czy ojca.

– Rodzice – powiedziałem – to na dobrą sprawę dopust boży.

Znowu się roześmiał.

– Mnie te kłopoty nie dotyczą. Nie mam, niestety, dzieci. Pańska Judith to piękna panna, ale strasznie uczona. Trochę się jej boję. – Znowu podniósł słuchawkę telefoniczną. – Mam nadzieję, Luttrell, że nie zgorszy się pan, jeśli zwymyślam wasze telefonistki w centrali. Nie jestem specjalnie cierpliwy.

– Dobrze im to zrobi.

Na pierwszym piętrze Luttrell poprowadził mnie lewym skrzydłem domu do drzwi na samym końcu korytarza, i uświadomiłem sobie, że Poirot wybrał dla mnie pokój, który ongiś zajmowałem.

Zmieniło się tutaj. Kiedy szedłem korytarzem, niektóre drzwi stały otworem, i zauważyłem, że staromodne duże sypialnie podzielono przepierzeniami na mniejsze.

Mój pokój, nie tak obszerny jak inne, pozostał niezmieniony, zainstalowano w nim tylko termę do ciepłej wody, a za przepierzeniem urządzono niewielką łazienkę. Tanie, nowoczesne umeblowanie raczej mnie rozczarowało. Wolałbym styl bardziej zbliżony do architektury domu. Moje bagaże już się tu znajdowały i pułkownik wyjaśnił, że pokój Poirota jest dokładnie naprzeciwko. Chciał właśnie iść tam razem ze mną, kiedy w hallu na dole rozległ się ostry krzyk:

– George!

Pułkownik Luttrell poderwał się jak nerwowy koń. Odruchowo sięgnął palcami do wąsów.

– Czy... czy... pan naprawdę niczego już nie potrzebuje? Proszę dzwonić, gdyby trzeba było...

– George...

– Idę, kochanie, już idę...

Wybiegł na korytarz. Przez chwilę spoglądałem za nim. Potem, czując, że trochę mocniej bije mi serce, zapukałem do drzwi pokoju Poirota.

ROZDZIAŁ II

Nie ma moim zdaniem nic smutniejszego niż spustoszenie, jakie czyni starość.

Biedny mój przyjaciel. Opisywałem go wiele razy. Jak żałośnie się zmienił! Unieruchomiony przez artretyzm, poruszał się za pomocą fotela na kółkach. Ongiś zażywny, teraz opadł z ciała. Zrobił się chudy i drobny. Twarz miał pożółkłą i pomarszczoną. Jego wąsy i włosy były co prawda ciągle jeszcze czarne jak smoła, ale, szczerze mówiąc, choć za żadne skarby nie napomknąłbym mu o tym, żeby nie zranić jego uczuć, uważałem to za błąd. Przychodzi moment, kiedy farbowane włosy przykro rzucają się w oczy. Kiedyś ze zdumieniem dowiedziałem się, że resztki czupryny Poirota zawdzięczają swą nieskazitelną czerń flakonikowi z farbą. Teraz jednak sztuczność była oczywista i mój przyjaciel wyglądał, jakby nosił perukę i ozdobił górną wargę, żeby rozśmieszyć dzieci! Tylko jego oczy były takie jak zawsze, przenikliwe i błyszczące, a w tej chwili – tak, bez wątpienia – rozjaśnione wzruszeniem.

– Mon ami Hastings... Mon ami Hastings...

Nachyliłem się i swoim zwyczajem ucałował mnie gorąco.

– Mon ami Hastings!

Odsunął się nieco, przyglądając mi się z głową lekko przechyloną na bok.

– Tak, zawsze taki sam – proste plecy, szerokie ramiona, siwizna na skroniach – très distingué[8]. Wiesz, mój przyjacielu, dobrze się trzymasz. Les femmes[9], kobiety, jeszcze interesują się tobą? Tak?

– Doprawdy, Poirot – zaoponowałem – czy musisz...

– Ale zapewniam cię, mój przyjacielu, że to jest test, po prostu test. Kiedy młode dziewczęta zwracają się do ciebie grzecznie, bardzo, ale to bardzo grzecznie – to już koniec. „Biedny ten staruszek – myślą sobie – bądźmy dla niego miłe. To okropne być takim jak on”. Lecz ty, Hastings – vous êtes encore jeune[10]. Jeszcze są przed tobą możliwości. Dobrze, dobrze, szarp wąsy, garb się... widzę, że mam rację, inaczej nie byłbyś tak zażenowany.

Wybuchnąłem śmiechem.

– Nieznośny jesteś, Poirot, słowo daję. A jak ty się czujesz?

– Ja? – Poirot skrzywił się. – Jestem ruiną. Wrakiem. Nie mogę chodzić. Jestem niedołężny i pokręcony. Dobrze jeszcze, że potrafię sam jeść, ale pod innymi względami trzeba się mną zajmować jak małym dzieckiem. Kładą mnie do łóżka, myją i ubierają. Enfin[11], to nie jest wcale zabawne. Na szczęście próchnieję tylko z zewnątrz, a nie w środku.

– Tak, rzeczywiście, serce masz najlepsze na świecie.

– Serce? Być może. Nie mówiłem o sercu. Dla mnie, mon cher[12], najważniejszy jest mózg. A mój mózg ciągle jeszcze znakomicie funkcjonuje.

W każdym razie mogłem się od razu zorientować, że w jego mózgu nie nastąpiły zmiany, których skutkiem byłaby zbytnia skromność.

– Podoba ci się tutaj? – zapytałem.

Poirot wzruszył ramionami.

– Można wytrzymać. Nie jest to, oczywiście, Ritz. Żadną miarą. Pokój, jaki zajmowałem na początku, był mały i jednocześnie zbyt skąpo umeblowany. Za tę samą cenę przeniosłem się do tego. Kuchnia jest typowo angielska, a więc gorsza już być nie może. Ta brukselka, ogromna, twarda, którą Anglicy tak bardzo sobie upodobali! Gotowane kartofle, albo zdębiałe, albo rozpadające się! Jarzyny wodniste, wodniste i jeszcze raz wodniste! Wszystkie potrawy niedosolone, bez pieprzu. – Zamilkł wymownie.

– Brzmi to okropnie – mruknąłem.

– Ja nie narzekam – oznajmił Poirot, przystępując do dalszych narzekań. – I jeszcze ta niby modernizacja. Wszędzie łazienki, wszędzie krany. I co z nich leci? Letnia woda, mon ami, o każdej porze letnia woda... Ręczniki też – takie cienkie, takie wąskie!...

 

– Dawne czasy też miały swoje dobre strony.

Pamiętałem obłoki pary wydobywające się z kranu jedynej wówczas w Styles łazienki, w typie tych, w których ogromna wanna obudowana mahoniem dumnie spoczywa na środku podłogi. Pamiętałem też niebywałych rozmiarów prześcieradła kąpielowe i błyszczące mosiężne konewki z wrzącą wodą, codziennie wnoszone do pokoju i ustawiane w staroświeckich miednicach.

– Ale ja nie narzekam – powtórzył Poirot – zgadzam się cierpieć. Zwłaszcza w dobrej sprawie.

Uderzyła mnie nagła myśl.

– Przepraszam, Poirot, czy... przypadkiem... hm... nie masz kłopotów finansowych? Może wojna nadszarpnęła twoje kapitały?...

Pośpiesznie mnie uspokoił.

– Nie, nie, mój przyjacielu. Jestem wyśmienicie sytuowany. Doprawdy, jestem bogaty. Nie przez oszczędność tu się znalazłem.

– To dobrze. Wydaje mi się, że rozumiem, co czujesz. Kiedy człowiek się starzeje, coraz bardziej lubi wracać do przeszłości. Próbuje przywołać minione uczucia. Trochę mi tu smutno, ale jednocześnie osaczają mnie dawne myśli i wzruszenia, o których już całkiem zapomniałem. Ty na pewno też to odczuwasz?

– Ależ skąd! Wcale tego nie czuję.

– To były dobre czasy – szepnąłem melancholijnie.

– Możesz mówić tylko za siebie, Hastings. Dla mnie pobyt w Styles St Mary był przykrym i ciężkim okresem. Byłem uciekinierem, byłem ranny, byłem wygnańcem z domu i ojczyzny, żyjącym z jałmużny w obcym kraju. Nie, to nie było wcale wesołe. Nie wiedziałem wtedy, że Anglia stanie się moim domem i że tutaj znajdę szczęście.

– Zapomniałem o tym – przyznałem ze skruchą.

– Właśnie. Zawsze przypisujesz innym sentymenty, jakich sam doświadczasz. Hastings był szczęśliwy, wszyscy byli szczęśliwi!

– Nie, nie – zaprzeczyłem ze śmiechem.

– To też zresztą nie jest prawda. Mówisz, że spoglądasz wstecz i oczy zachodzą ci łzami. „Ach, cudowne dni. Byłem wtedy młody”. Ale w gruncie rzeczy, mój kochany, nie byłeś wcale taki szczęśliwy, jak myślisz. Jeszcze nie zagoiła ci się poważna rana, trapiłeś się, że nie jesteś już zdatny do czynnej służby, byłeś nieludzko przygnębiony pobytem w ponurym sanatorium i, o ile pamiętam, skomplikowałeś jeszcze bardziej sytuację, zakochując się jednocześnie w dwóch kobietach.

Zarumieniłem się.

– Masz niezwykłą pamięć, Poirot...

– Ta, ta, ta... Pamiętam nawet, jak głęboko i rzewnie wzdychałeś, szepcząc jakieś głupstwa o tych dwóch uroczych paniach.

– Przypominasz sobie, co powiedziałeś? „Żadna z nich nie jest dla ciebie! Ale courage, mon ami[13]. Jeszcze kiedyś zapolujemy razem i wtedy być może...”.

Przerwałem, bo potem pojechaliśmy polować do Francji i tam właśnie poznałem jedyną kobietę...

Mój przyjaciel delikatnie poklepał mnie po ramieniu.

– Wiem, Hastings, wiem. Ta rana też jest jeszcze niezabliźniona. Ale nie rozdrapuj jej, nie oglądaj się wstecz. Patrz lepiej przed siebie.

Żachnąłem się.

– Patrzeć przed siebie? A co tam jest do zobaczenia?

– Eh bien[14], przyjacielu, jest robota, którą trzeba wykonać.

– Robota? Gdzie?

– Tutaj.

Wytrzeszczyłem oczy.

– Przed chwilą spytałeś, dlaczego tu przyjechałem. Nie zauważyłeś może, że nie udzieliłem ci odpowiedzi. Teraz ci odpowiem. Jestem tu, żeby schwytać mordercę.

Patrzyłem na niego z coraz większym zdumieniem. Przez chwilę bałem się, że bredzi.

– Czy mówisz serio?

– Całkiem serio. Po co bym inaczej nalegał, żebyś tu do mnie przyjechał? Moje nogi są już bezwładne, ale mój umysł, jak wiesz, jest nienaruszony. Pamiętasz, zawsze moją zasadą było to, że trzeba usiąść i pomyśleć. To jeszcze potrafię, prawdę mówiąc, tylko to, nic więcej. Czynną stroną mojej akcji zajmie się nieoceniony Hastings.

– Mówisz poważnie?

– Najpoważniej w świecie. Ty i ja, Hastings, raz jeszcze wybierzemy się na polowanie.

Musiało upłynąć parę minut, zanim pojąłem, że Poirot rzeczywiście nie żartuje.

Jakkolwiek niewiarygodnie brzmiały jego słowa, nie miałem powodu podawać ich w wątpliwość. Uśmiechnął się lekko.

– Wreszcie udało mi się ciebie przekonać. W końcu mi uwierzyłeś. Przyznaj, wyobraziłeś już sobie, że mam rozmiękczenie mózgu?

– Nie – zapewniłem go żarliwie. – Tylko to miejsce wydaje mi się tak mało prawdopodobne.

– Tak myślisz?

– Oczywiście nie zetknąłem się jeszcze ze wszystkimi mieszkańcami...

– Kogo widziałeś?

– Tylko Luttrellów i niejakiego Nortona – wydał mi się nieszkodliwy. I Boyda Carringtona – nie ukrywam, że bardzo mi przypadł do gustu.

Poirot pokiwał głową.

– Jedno ci powiem, Hastings – nawet kiedy poznasz resztę domowników, będziesz równie sceptyczny jak teraz.

– Kto tu jeszcze mieszka?

– Doktor Franklin i jego żona, pielęgniarka, która dogląda pani Franklin, twoja córka Judith. Poza tym jest tu pewien osobnik nazwiskiem Allerton, prawdziwy donżuan, i panna Cole, kobieta mniej więcej około trzydziestki. Wierz mi, sami sympatyczni ludzie.

– I wśród nich jest morderca?

– I wśród nich jest morderca.

– Ale skąd... jak... dlaczego uważasz...?

Za dużo pytań cisnęło mi się na usta i nie umiałem żadnego sformułować.

– Uspokój się, Hastings. Zaczniemy od początku. Bądź łaskaw sięgnąć po tę małą teczkę na biurku. Bien[15]. A teraz kluczyk, o tak...

Otworzył teczkę i wyjął z niej plik kartek maszynopisu i wycinków z gazet.

– Możesz w wolnej chwili poczytać to sobie. Na razie nie zajmowałbym się artykułami z prasy. Są to po prostu dziennikarskie relacje o rozmaitych tragediach, czasem nieścisłe, czasem dające do myślenia. Żebyś mógł wyrobić sobie ogólny pogląd na te sprawy, najlepiej przeczytaj wyciągi, które ci przygotowałem.

Z niekłamanym zainteresowaniem przystąpiłem do lektury.

Sprawa pierwsza: Etherington.

Leonard Etherington. Brzydkie nałogi – pił i zażywał narkotyki. Przykry charakter, skłonności sadystyczne. Młoda i atrakcyjna żona. Rozpaczliwie nieszczęśliwa w pożyciu z nim. Etherington umiera, pozornie z powodu zatrucia pokarmowego. Lekarz ma wątpliwości. Autopsja wykrywa arszenik. W domu zapas środków chwastobójczych, ale kupionych na długo przed zgonem Etheringtona. Pani Etherington aresztowana i oskarżona o morderstwo. Ostatnio przyjaźniła się z pewnym urzędnikiem, który potem wrócił do Indii, gdzie pracował w administracji. Żadnych danych, czy zdradzała z nim męża, ale dowody, że łączyła ich głęboka sympatia. Młodzieniec zaręczył się tymczasem z dziewczyną, którą spotkał w podróży powrotnej. Nie jest pewien, czy list, w którym zawiadamiał o tym panią Etherington, nadszedł po czy przed śmiercią jej męża. Ona twierdzi, że przed. Świadczą przeciw niej głównie poszlaki, brak innego podejrzanego i nader nikłe prawdopodobieństwo przypadku. Podczas rozprawy fala współczucia dla niej, wywołana charakterem jej męża i okrucieństwem, z jakim ją traktował. Podsumowanie sędziego wyraźnie na jej korzyść, dzięki podkreśleniu, że przysięgli muszą brać pod uwagę wszelką dopuszczalną wątpliwość. Pani Etherington została uniewinniona. Powszechnie uważano jednak, że zabiła męża. Późniejsze życie stało się dla niej nieznośne przez oziębłość przyjaciół itp. Umarła wskutek za dużej dawki środków nasennych w dwa lata po procesie. Na rozprawie wstępnej zapadł werdykt o śmierci z przypadku.

Sprawa druga: Panna Sharples.

Leciwa stara panna. Kaleka. Trudny charakter. Bardzo cierpiąca. Doglądana przez siostrzenicę, Fredę Clay. Panna Sharples umarła po zażyciu za dużej dawki morfiny. Freda Clay przyznała się do pomyłki, twierdząc, że nie mogła znieść widoku jej strasznych cierpień i dała ciotce więcej morfiny, żeby jej ulżyć w bólu. Policja jest zdania, że zrobiła to umyślnie, nie przez pomyłkę, ale uznano, że jest za mało dowodów, aby wszcząć dochodzenie.

Sprawa trzecia: Edward Riggs.

Robotnik rolny. Podejrzewał, że żona zdradza go z sublokatorem nazwiskiem Ben Craig. Znaleziono zwłoki Craiga i pani Riggs. Oboje zostali zastrzeleni i kule pochodziły ze strzelby Riggsa. Riggs sam zgłosił się na policję. Powiedział, że najprawdopodobniej zrobił to, choć nic nie pamięta, bo miał zaćmienie umysłu. Riggsa skazano na śmierć, wyrok potem zamieniono na karę dożywotniego więzienia.

Sprawa czwarta: Derek Bradley.

Miał romans z młodą dziewczyną. Żona odkryła to i groziła, że go zabije. Bradley umarł, wypiwszy piwo z cyjankiem potasu. Panią Bradley aresztowano i wytoczono jej sprawę o morderstwo. Załamała się w krzyżowym ogniu pytań. Skazana i powieszona.

Sprawa piąta: Matthew Litchfield.

Stary despota. W domu cztery córki, którym zakazał wszelkich przyjemności i nie dawał pieniędzy na osobiste potrzeby. Kiedy pewnego wieczoru wracał do domu, napadnięto go przed bocznym wejściem i zabito ciosem w głowę. Potem, już po śledztwie, najstarsza córka, Margaret, poszła na policję i przyznała się do zabicia ojca. Oświadczyła, że zrobiła to, aby jej młodsze siostry mogły same ułożyć sobie życie, zanim będzie za późno. Litchfield pozostawił duży majątek. Margaret Litchfield została uznana za chorą umysłowo i osadzona w Broadmoor, gdzie niebawem umarła.

Czytałem uważnie, ale z rosnącym zdumieniem. Wreszcie odłożyłem maszynopis i spojrzałem na Poirota.

– No i co, mon ami?

– Przypominam sobie sprawę Bradleya – powiedziałem powoli. – Czytałem o niej w swoim czasie. Pani Bradley była bardzo przystojna. Ale musisz mi wytłumaczyć. O co w tym wszystkim chodzi?

– Powiedz mi najpierw, jak ty to widzisz?

Byłem nieco skonsternowany.

– Dałeś mi tutaj opis pięciu różnych morderstw. Każde zdarzyło się w innym miejscu i w innym środowisku. Co więcej, trudno dopatrzeć się jakiegokolwiek podobieństwa między nimi. Mamy tu jedną zbrodnię z zazdrości, w innym wypadku nieszczęśliwa żona chciała pozbyć się męża, raz motywem były pieniądze, raz znów można by morderstwo uznać za bezinteresowne, skoro sprawczyni nie usiłowała uniknąć kary. Piąte z kolei to była brutalna zbrodnia, najpewniej pod wpływem alkoholu. – Po chwili dodałem z wahaniem: – Czy jest coś, co je łączy, a co ja przeoczyłem?

– Nie, nie. Bardzo dokładnie to podsumowałeś. Pominąłeś tylko jedną cechę charakterystyczną: w żadnym wypadku właściwie nie było istotnych wątpliwości.

– Nie bardzo rozumiem?

– Pani Etherington, na przykład, została uniewinniona. Wszyscy jednak byli absolutnie pewni, że ona to zrobiła. Fredy Clay nie postawiono w stan oskarżenia, ale dla każdego było to jedyne możliwe rozwiązanie. Riggs zeznał, że nie pamięta, jak zabił żonę i jej kochanka, ale nigdy nie wyłonił się problem, że mógł to uczynić ktokolwiek inny. Margaret Litchfield sama się przyznała. W każdym przypadku, jak widzisz, był tylko jeden wyraźny sprawca i oprócz niego nikogo nie podejrzewano.