Godzina zero

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Agata Christie
Godzina zero

Przełożyła z angielskiego

Anna Bańkowska


Wydawnictwo Dolnośląskie

Wrocław 2011

Spis treści

Dedykacja Prolog: 19 listopada „Chcesz widzieć ludzi? Więc otwórz drzwi” Białośnieżka i różyczka Misterna włoska robota Godzina zero Metryczka książki

Robertowi Gravesowi

Drogi Robercie!

Postanowiłam zadedykować Ci tę książkę, ponieważ byłeś uprzejmy oświadczyć, że podobają Ci się moje opowieści. Proszę tylko o jedno: żebyś czytając ją, stanowczo powściągnął swój zmysł do krytyki (niewątpliwie wyostrzony po najnowszych popisach na tym polu).

Ta historia ma Ci służyć jako miła rozrywka i nie kandyduje do literackiego pręgierza pana Gravesa.

Twoja przyjaciółka

Agata Christie

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Prolog: 19 listopada

Grono zebrane wokół kominka składało się niemal wyłącznie z prawników i osób zainteresowanych prawem. Był tam mecenas Martindale, Rufus Lord, tytularny doradca królewski, kilku adwokatów, w tym młody Daniels, który wyrobił sobie nazwisko dzięki sprawie Carstairsa, sędzia Cleaver, Lewis z kancelarii Lewis i Trench oraz sędziwy pan Treves. Ten ostatni zbliżał się do osiemdziesiątki, i to osiemdziesiątki bardzo owocnej i bogatej w doświadczenie. Jako członek słynnej firmy adwokackiej, sam zresztą cieszący się w niej największą sławą, znał podobno więcej zakulisowych historii niż ktokolwiek w Anglii i był wybitnym specjalistą w dziedzinie kryminologii.

Ludzie bez pomyślunku uważali, że pan Treves powinien napisać wspomnienia, on sam jednak wolał się od tego powstrzymać. Wiedział, że za dużo wie.

Chociaż dawno wycofał się z czynnego życia zawodowego, nie istniał w Anglii człowiek, z którego opinią członkowie palestry liczyliby się bardziej. Gdy tylko rozlegał się jego dychawiczny, lecz wyraźny głos, natychmiast zapadała pełna szacunku cisza.

Rozmowa dotyczyła głośnej sprawy, która tego właśnie dnia znalazła swój finał w sądzie Old Bailey. Chodziło o przypadek morderstwa, zakończony uniewinnieniem oskarżonego. Towarzystwo przy kominku wałkowało teraz cały proces od początku, poddając krytyce każdy szczegół.

Oskarżenie popełniło błąd, polegając na jednym ze swych świadków; stary Depleach powinien zdawać sobie sprawę, jaką furtkę otwiera obronie. Młody Artur najwięcej zyskał właśnie dzięki zeznaniom służącej. Wprawdzie Bentmore w końcowej mowie bardzo słusznie ukazał całą rzecz we właściwej perspektywie, ale szkoda już się dokonała: przysięgli uwierzyli dziewczynie. Swoją drogą, to śmieszne: nigdy nie wiadomo, co tacy przysięgli łykną, a czemu za nic nie dadzą wiary. Niech tylko sobie wbiją coś do głowy i koniec – nikt ich już nie przekona. Teraz też uznali, że dziewczyna mówi prawdę w kwestii łomu – i basta. Świadectwo lekarskie nieco przerastało ich zdolność pojmowania: zbyt skomplikowane terminy, zbyt naukowy żargon... fatalni świadkowie z tych biegłych, zawsze kluczą, nigdy nie udzielą jasnej odpowiedzi, tylko „ w pewnych okolicznościach”, „może się zdarzyć” i tak dalej.

Ponieważ każdy powiedział już swoje, rozmowa coraz bardziej się rwała. Zebrani czuli jednak wyraźnie pewien niedosyt i wkrótce wszystkie oczy zaczęły się zwracać w stronę pana Trevesa, gdyż tylko on jeden nie zabrał jeszcze głosu. Stopniowo stało się jasne, że towarzystwo czeka na ostatnie słowo swego najbardziej szacownego kolegi.

Pan Treves, rozparty wygodnie w fotelu, czyścił bezwiednie okulary. Cisza, jaka nagle zapadła, sprawiła, że natychmiast podniósł wzrok.

– No? – rzucił. – O co chodzi? Pytaliście mnie o coś?

– Rozmawialiśmy o przypadku Lamorne’a – odrzekł młody Lewis i zamilkł wyczekująco.

– Tak, tak. Właśnie o tym myślałem.

Rozległ się szmer uznania.

– Obawiam się jednak – ciągnął pan Treves, wciąż polerując szkła – że poniosła mnie wyobraźnia. Tak, wyobraźnia. To kwestia mojego wieku. Na stare lata człowiek ma prawo trochę pobujać w obłokach.

– O, z pewnością – przytaknął gładko młody Lewis, ale wyglądał na zaintrygowanego.

– Moje rozważania nie dotyczyły prawnych aspektów tej sprawy, choć te niewątpliwie są bardzo ciekawe... o, tak, bardzo ciekawe... gdyby zapadł inny wyrok, znalazłyby się mocne podstawy do apelacji. Jestem zdania... ale wolałbym teraz w to nie wchodzić. Jak już mówiłem, myślałem nie o kwestiach prawnych, tylko... hmmm... o ludziach zamieszanych w ten przypadek.

Wszyscy się zdumieli. Na ludzi patrzyli dotąd tylko z jednego punktu widzenia: wiarygodności ich zeznań. Nikt nie pozwalał sobie na ryzykowne spekulacje, czy – na przykład – oskarżony jest winny stawianych mu zarzutówczy – jak orzekł sąd – niewinny.

– Ludzkie istoty... – mówił z namysłem pan Treves. – Ludzkie istoty najprzeróżniejszych gatunków. Rozumne, ale i całkiem pozbawione mózgu. Pochodzące z każdego niemal punktu na mapie: z Lancaster, ze Szkocji... Na przykład tamten restaurator był z Włoch, a nauczycielka ze Środkowego Zachodu. Wszyscy oni, uwikłani w tę sprawę, spotykają się na koniec pewnego szarego listopadowego dnia w londyńskim sądzie. Każdy wnosi jakiś drobny udział, który prowadzi nas do punktu kulminacyjnego: procesu o morderstwo.

Umilkł i zaczął bębnić palcami o kolano.

– Lubię dobre historie kryminalne – podjął po chwili. – Ale, uważacie, one zwykle zaczynają się w złym miejscu: od morderstwa. A tymczasem morderstwo to koniec historii, która rodzi się znacznie wcześniej, czasem przed wieloma laty, kiedy to różne przyczyny i wypadki zaczynają sterować pewnymi ludźmi, tak aby o pewnej porze pewnego dnia znaleźli się w pewnym miejscu. Weźcie choćby zeznania tej małej pokojówki: gdyby pomywaczka nie sprzątnęła jej sprzed nosa fatyganta, dziewczyna nie rzuciłaby w złości posady, nie najęłaby się do Lamorne’ów, a tym samym nie stałaby się głównym świadkiem obrony. Albo ten Giuseppe Antonelli: przyjechał na miesiąc, żeby zastąpić brata. A że brat był ślepy jak kret, nie mógłby zobaczyć tego, co dostrzegło sokole oko Giuseppe’a. Z kolei gdyby konstabl nie robił słodkich oczu do kucharki spod numeru 48, nie spóźniłby się na obchód... – Pokiwał łagodnie głową. – Wszystko zmierza do określonego punktu. I nagle... stop! Wybija godzina zero. Taak, wszystkie drogi prowadzą ku godzinie zero.

Po chwili powtórzył:

– Ku godzinie zero... – I lekko się wzdrygnął.

– Zimno panu? Prosimy bliżej do ognia.

– Nie, nie. Po prostu, jak to mówią, ktoś przeszedł po moim grobie. No, na mnie już czas, muszę się zbierać do domu.

Skinął przyjaźnie głową i wolno podreptał do drzwi.

Nastąpił moment kłopotliwej ciszy, po czym Rufus Lord zauważył, że biedny pan Treves bardzo się ostatnio posunął.

– Wielki umysł, naprawdę wielki, ale cóż... Na „anno Domini” nie ma rady.

– Ma słabe serce – dodał Lord. – W każdej chwili można się spodziewać końca.

– Bardzo dba o siebie – zaprotestował młody Lewis.

W tym czasie pan Treves sadowił się ostrożnie we wnętrzu swego niezawodnego daimlera, którym dojechał do domu usytuowanego przy spokojnym placyku. Troskliwy kamerdyner pomógł mu zdjąć płaszcz, po czym starszy pan udał się do biblioteki, gdzie na kominku płonął ogień. Sypialnia znajdowała się tuż obok, ponieważ ze względu na swe serce pan Treves nigdy nie chodził na górę.

Usiadłszy przed kominkiem, przysunął sobie plik listów.

Myślami błądził nadal wokół swych rozważań, którymi wcześniej podzielił się z towarzystwem w klubie.

Nawet w tej chwili, dumał, szykuje się jakaś tragedia, ktoś gdzieś przygotowuje się do popełnienia zbrodni. Gdybym miał zamiar napisać jedną z tych zajmujących krwawych historyjek, zacząłbym od starszego pana, który siedząc przy kominku, otwiera swoje listy i nie ma pojęcia, że w ten sposób zmierza mimo woli ku godzinie zero...

Rozciął kopertę i przesunął roztargnionym wzrokiem po kartce papieru.

Nagle zmienił się na twarzy. Ze świata fantazji wrócił wprost do rzeczywistości.

– Tam do licha – mruknął. – Co za niesamowita historia! Przykre, naprawdę przykre... Po tylu latach! Cóż, to zmienia wszystkie moje plany.

„Chcesz widzieć ludzi? Więc otwórz drzwi”

11 stycznia

Mężczyzna na szpitalnym łóżku poruszył się nieznacznie, tłumiąc jęk. Pielęgniarka oddziałowa natychmiast wstała od swego stolika i pośpieszyła do chorego. Poprawiła mu poduszkę i pomogła ułożyć się w wygodniejszej pozycji.

Angus MacWhirter wyraził swą wdzięczność tylko pomrukiem zadowolenia.

W środku aż w nim kipiały bunt i gorycz.

Do tej pory dawno byłoby po wszystkim. Powinien już mieć to za sobą! Że też diabli nadali idiotyczne drzewo w samym środku klifu! Że też tej napalonej parce zebrało się na amory akurat w zimową noc i nad samą przepaścią!

 

Gdyby nie oni (no i drzewo!) – byłoby już po nim: skok w lodowatą wodę, może chwila szamotaniny, i wreszcie nicość... koniec marnego, bezużytecznego żywota.

A tymczasem co? Przyszło mu gnić w tym głupim szpitalu ze złamanym barkiem i perspektywą ciągania po sądach pod zarzutem próby odebrania sobie życia.

Szlag by to trafił, w końcu chodzi o jego życie, nie? I gdyby mu się udało, pochowaliby go miłosiernie, uznawszy za obłąkanego.

Obłąkany, akurat! Przecież nigdy nie był zdrowszy na umyśle, ale w jego sytuacji samobójstwo wydawało się najlogiczniejszym, najbardziej sensownym wyjściem.

Kompletnie zrujnowany, z wiecznie szwankującym zdrowiem, porzucony przez żonę dla innego mężczyzny... Bez stałej posady, bez pieniędzy, bez żadnej nadziei... czyż samobójstwo nie było tu jedynym możliwym rozwiązaniem?

A teraz klops. Pewnie tylko patrzeć, jak zostanie wezwany przed oblicze śledczego, który będzie płonął świętym oburzeniem, i za co? Za sensowne rozporządzenie tym, co stanowiło jego osobistą własność – swoim życiem.

Prychnął ze złością. Jego ciało przebiegł dreszcz.

Pielęgniarka znów była przy nim – młoda, rudowłosa dziewczyna, o dość bezmyślnym wyrazie twarzy.

– Bardzo pana boli?

– Nie, nie.

– Dam panu coś na sen.

– Nie ma mowy.

– Ale...

– Czy wyglądam na takiego, co nie zniesie odrobiny bólu i bezsenności?

Uśmiechnęła się pobłażliwie, z wyższością.

– Lekarz kazał coś panu dać.

– Nic mnie to nie obchodzi.

Wygładziła mu przykrycie i przysunęła bliżej szklankę z lemoniadą. Pacjent się zawstydził.

– Przepraszam za opryskliwość.

– Ależ nie ma za co.

Drażniło go, że pozostawała obojętna na jego humory. Jakoś nic się nie przebijało przez ten pancerz łaskawej obojętności. Był dla niej tylko pacjentem, nie człowiekiem.

– Diabli nadali tę parkę... – mruknął. – Kto im się kazał wtrącać?

– Co pan opowiada? Ładnie to tak? – upomniała go z wyrzutem.

– Ładnie?! Ładnie?! Mój Boże...

– Rano poczuje się pan lepiej – próbowała go pocieszyć.

– Ach, wy... – przełknął z trudem ślinę – wy, pielęgniarki! Jesteście po prostu nieludzkie!

– Naprawdę wiemy, co jest dla pana najlepsze.

– I to właśnie doprowadza mnie do szału! U pani, u wszystkich w tym szpitalu, wszędzie! Każdy wszystko wie najlepiej! Próbowałem się zabić! Wiedziała pani o tym?

Przytaknęła.

– A przecież to tylko moja sprawa, czy chciałem się rzucić z cholernej skały, czy nie! Postanowiłem skończyć ze swym życiem. Jestem rozbitkiem.

Delikatne cmoknięcie wskazywało na cień współczucia. Był pacjentem, więc niech wypuści z siebie nieco pary, skoro mu to pomaga.

– Dlaczego nie miałbym się zabić, skoro tego chcę?

Tym razem odpowiedziała z całą powagą:

– Bo to jest złe.

– Co w tym złego?

Popatrzyła na niego niepewnie. Nie, wcale nie wzbudził w niej wątpliwości, tylko nie umiała dobrać odpowiednich słów.

– No... że człowiek odbiera sobie życie. To grzech. Musimy żyć, czy się nam to podoba, czy nie.

– Dlaczego?

– Są przecież inni, prawda? Trzeba się chyba liczyć z ich uczuciami.

– Nie w moim wypadku. Nie ma żywej duszy, która by się zmartwiła moją śmiercią.

– Nie ma pan żadnych krewnych? Matki, siostry czy kogoś?...

– Nie. Miałem kiedyś żonę, ale mnie zostawiła. No i bardzo dobrze. Widziała, że do niczego się nie nadaję.

– Ale chyba musiał pan mieć jakichś przyjaciół?

– Nie. Raczej stronię od ludzi. Posłuchaj no, siostrzyczko, coś ci opowiem. Kiedyś byłem całkiem szczęśliwym facetem. Miałem niezłą pracę, przystojną żonę... Ale zdarzył się wypadek. Mój szef prowadził auto, ja siedziałem obok. Kazał mi potem zeznać, że jechał poniżej trzydziestki, ale tak naprawdę przekroczył pięćdziesiąt. Nie, nikt nie został zabity, szef chciał po prostu być kryty wobec tych od ubezpieczeń. Cóż... nie usłuchałem go. To byłoby kłamstwo, a ja nie kłamię.

Pielęgniarka wtrąciła:

– I bardzo słusznie pan zrobił. Bardzo słusznie.

– Więc pani też tak uważa? Niestety, ten ośli upór kosztował mnie posadę. Szef się wściekł i dopilnował, żeby już nikt mnie nie zatrudnił. Żona nie mogła patrzeć, jak snuję się bezużytecznie po kątach, nie mogąc znaleźć zajęcia. Odeszła z człowiekiem, którego uważałem za przyjaciela. Temu wiodło się dobrze i szedł w górę jak balonik, ja zaś coraz bardziej się staczałem. Zacząłem popijać... przez to nie mogłem się nigdzie zaczepić. Na koniec wysiadło mi zdrowie... coś sobie naderwałem w środku i lekarze orzekli, że już nigdy nie wrócę do formy. No więc po co miałem żyć? Najłatwiejszym, najmniej kłopotliwym wyjściem było po prostu skończyć z sobą. Moje życie nie miało już wartości ani dla mnie, ani dla nikogo innego.

– Tego to nie wiadomo – mruknęła pielęgniarka.

Roześmiał się, wyraźnie lepiej usposobiony. Rozbawił go ten naiwny upór.

– Droga pani, co komu ze mnie przyjdzie?

– Nie wiadomo – powtórzyła niepewnie. – Może kiedyś...

– Kiedyś? Nie będzie żadnego „kiedyś”. Następnym razem musi mi się udać.

Pokręciła zdecydowanie głową.

– O nie! Teraz już pan tego nie zrobi.

– Czemu nie?

– Bo nigdy tego nie robią.

Przyjrzał się jej uważnie. Nigdy tego nie robią. Więc już go zaszeregowała: należał do klasy niedoszłych samobójców. Już otwierał usta, żeby zaprotestować, ale wewnętrzna uczciwość nagle go powstrzymała.

Czy zrobiłby to raz jeszcze? Naprawdę miał taki zamiar?

Nagle zrozumiał, że nie. Dlaczego? Ba... Może dla jednego z powodów, jakie mu podsunęła jej specjalistyczna wiedza. Że samobójcy nie podejmują następnych prób.

Tym bardziej jednak zapragnął zmusić ją do wyjawienia etycznego poglądu na tę sprawę.

– W każdym razie – prowokował – mam prawo zrobić z własnym życiem, co mi się podoba.

– Nie, to nieprawda.

– Nieprawda? I czemuż to, moja droga?

Zaczerwieniła się, a jej ręka powędrowała odruchowo do złotego krzyżyka na szyi.

– Nic pan nie rozumie. Bóg może pana potrzebować.

Utkwił w niej zaskoczony wzrok. Nie chciał niszczyć jej dziecięcej wiary. Mimo to rzekł drwiąco:

– Bo pewnie któregoś dnia mam zatrzymać rozszalałego konia i uratować od śmierci złotowłose dziecię?

Pokręciła głową. Z wielką żarliwością próbowała wyrazić, co naprawdę leży jej na sercu, ale nie mogło jej się to przecisnąć przez gardło.

– Może po prostu ma się pan znaleźć w określonym miejscu o określonym czasie. Och, nie umiem tego wyrazić... Tylko być tam, rozumie pan? Na przykład iść jakąś ulicą i dzięki temu dokonać czegoś bardzo ważnego... nawet o tym nie wiedząc.

Rudowłosa pielęgniarka pochodziła z zachodniego wybrzeża Szkocji i niektóre osoby z jej rodziny miały „dar widzenia”.

Może i teraz miała przed oczami mglistą wizję człowieka, który we wrześniową noc wędruje drogą i tym samym ratuje bliźniego od straszliwej śmierci?

14 lutego

W pokoju znajdowała się tylko jedna osoba, a jedynym dźwiękiem, jaki stamtąd dobiegał, było skrzypienie pióra, którym ów ktoś skrobał pracowicie na kartce linijkę za linijką.

Nie było nikogo, kto miałby te słowa przeczytać. Gdyby jednak ktoś taki się znalazł, pewnie nie uwierzyłby własnym oczom. Zobaczyłby bowiem wyraźny, starannie dopracowany w szczegółach plan morderstwa.

Bywa, że ciało jest świadome kontroli umysłu i potulnie poddaje się owej obcej sile, sterującej jego działaniami. Ale bywa i tak, że to umysł, świadom swej władzy nad ciałem, realizuje za jego pomocą swoje własne cele.

Tak właśnie przedstawiał się stan osoby zajętej pisaniem. Była w tej chwili samym mózgiem – chłodnym, opanowanym umysłem. Umysłem owładniętym tylko jedną myślą, dążącym do jednego celu – zniszczenia drugiej ludzkiej istoty. Aby tego dokonać, potrzebny był plan, który z taką starannością owa osoba przelewała na papier, biorąc pod uwagę każdą ewentualność, każdy drobiazg. Rzecz powinna być absolutnie niezawodna, ale bynajmniej nie raz na zawsze ustalona. Umysł bowiem – inteligentny z natury – zdawał sobie sprawę, że trzeba zostawić miejsce na nieprzewidziane okoliczności. Główne elementy jednak były jasne i precyzyjnie sprawdzone: czas, miejsce, metoda, ofiara...

Pisząca osoba podniosła głowę i raz jeszcze uważnie przebiegła wzrokiem kartki. Tak, wszystko jasne. Krystalicznie jasne.

Na skupioną twarz wypełzł uśmiech, a raczej grymas zadowolenia człowieka przy nie całkiem zdrowych zmysłach. Usta wciągnęły głęboko powietrze.

Człowiek, podobno żywy obraz Boga, wyglądał teraz jak straszliwa parodia radości swego Stwórcy.

Tak, wszystko już zaplanowane. Wiadomo, jak kto zareaguje, wiadomo też, jakie struny ludzkiej natury trzeba poruszyć, aby zarówno te złe, jak te dobre cechy harmonizowały z szatańskim projektem.

Jeszcze tylko jedno.

Na kartce pojawiła się data: wrzesień.

Potem papier został podarty, a strzępy wrzucone do ognia. Nie wolno pozwolić sobie na lekkomyślność. Każdy najmniejszy kawałeczek musi spłonąć do końca. Teraz plan istniał tylko w głowie jego twórcy.

8 marca

Nadinspektor Battle siedział właśnie przy śniadaniu i zaciskając zęby, uważnie czytał list, który ze łzami w oczach wręczyła mu żona. Na jego twarzy nie malował się żaden wyraz, gdyż ów wyższy oficer policji nigdy nie ujawniał żadnych emocji. Twarz ta wyglądała, jakby ją wyciosano z kamienia – była twarda, niewzruszona i na swój sposób imponująca. Nadinspektor Battle nie sprawiał wrażenia kogoś błyskotliwego; o nie, zdecydowanie nie grzeszył błyskotliwością. Posiadał jednak inną, trudną do zdefiniowania cechę, która tak czy inaczej znamionowała siłę charakteru.

– Nie mogę w to uwierzyć – chlipała pani Battle. – Sylwia!

Sylwia była najmłodszą spośród pięciorga dzieci państwa Battle. Miała szesnaście lat i uczyła się w szkole niedaleko Maidstone.

List – jasny, uprzejmy i nadzwyczaj taktowny – pochodził od panny Amphrey, dyrektorki rzeczonej szkoły. Stało w nim czarno na białym, że władze szkolne, zaniepokojone szerzącą się od pewnego czasu plagą drobnych kradzieży, ustaliły ostatecznie ich sprawcę. Sylwia Battle przyznała się do winy i w związku z tym panna Amphrey chciałaby przy najbliższej okazji spotkać się z rodzicami dziewczyny, aby „rzecz przedyskutować”.

Komisarz Battle złożył list i schował go do kieszeni.

– Sam się tym zajmę, Mary – oświadczył. Wstał i obszedłszy stół, poklepał ją po policzku. – Nie martw się, moja droga, wszystko będzie dobrze.

I opuścił pokój, zostawiając żonę uspokojoną i pełną ufności.

Tego samego dnia po południu siedział twarzą w twarz z panną Amphrey w jej saloniku, urządzonym nowocześnie i według osobistego gustu gospodyni. Wielkie łapska trzymał grzecznie na kolanach i patrzył dyrektorce w oczy, starając się wyglądać bardziej niż kiedykolwiek na policjanta w każdym calu.

Panna Amphrey na swym stanowisku odnosiła same sukcesy. Była to osobowość wysokiej klasy – kobieta światła i postępowa, umiejąca połączyć dyscyplinę z nowoczesnymi ideami samookreślenia.

Pokój reprezentował styl znamienny dla szkoły w Meadway – kolorystycznie przeważała złamana biel owsianki. W dużych wazonach złociły się żonkile, w ozdobnych misach ułożono z wdziękiem tulipany i hiacynty. Wzrok przykuwało parę dobrych kopii starożytnych greckich posągów, ale były też dwie rzeźby awangardowe, a na ścianach dwa płótna włoskich prymitywistów. Wśród tego bogactwa – odziana w ciemne błękity – siedziała sama panna Amphrey. Na jej twarzy malował się wyraz charakterystyczny dla psa gończego na tropie. Ukryte za grubymi szkłami jasnoniebieskie oczy patrzyły poważnie na rozmówcę.

– Jest rzeczą wielkiej wagi – mówiła wyraźnym, modulowanym głosem – aby podejść do tego we właściwy sposób. Musimy mieć na uwadze dobro dziewczynki. To właśnie sama Sylwia jest tu najważniejsza, panie Battle, i nie wolno nam dopuścić, aby ta sprawa źle wpłynęła na jej dalsze życie. Dziecko nie może być obarczone poczuciem winy, a karę powinno się wymierzyć bardzo oględnie, jeśli w ogóle. Musimy dotrzeć do tego, co tak naprawdę kryje się pod tymi trywialnymi kradzieżami, może kompleks niższości? Wie pan, Sylwia nie najlepiej radzi sobie w grach zespołowych, może więc chodzi o podświadomą chęć zabłyśnięcia na innym polu, o utwierdzenie się w swoim ego? Musimy być bardzo ostrożni i właśnie dlatego chciałam najpierw porozmawiać z panem na osobności. Powinien pan postępować z nią bardzo delikatnie, bo – powtarzam jeszcze raz – trzeba dojść do tego, co się za tym kryje.

 

– Dlatego tu przyjechałem.

Nadinspektor Battle mówił cichym głosem i choć nie spuszczał z dyrektorki badawczego wzroku, jego twarz pozostała niewzruszona.

– Potraktowałam ją bardzo łagodnie.

– To dobrze – odparł lakonicznie.

– Bo widzi pan, ja naprawdę kocham i rozumiem te młode stworzenia.

Battle nie odniósł się do tej deklaracji, tylko poprosił:

– Chciałbym się teraz zobaczyć z córką, jeśli nie ma pani nic przeciwko temu.

Panna Amphrey znów przypomniała mu z emfazą o koniecznej delikatności. Nie wolno zbytnio naciskać ani prowokować dziewczynki, w której właśnie zaczyna budzić się kobieta.

Nadinspektor nie zdradzał żadnych oznak zniecierpliwienia. Nie zdradzał w ogóle żadnych uczuć.

W końcu panna Amphrey zaproponowała przejście do gabinetu. Po drodze minęli na korytarzu parę dziewcząt. Kiedy przystanęły grzecznie, żeby ich przepuścić, w ich oczach błyszczała ciekawość. Wprowadziwszy nadinspektora do małego pokoju, już bez tego indywidualnego piętna, jakie cechowało salonik, dyrektorka obiecała przysłać Sylwię i wyszła.

Była w progu, gdy Battle się odezwał:

– Chwileczkę, proszę pani. W jaki sposób ustaliła pani, że to Sylwia jest winna?

– Zastosowałam metody psychologiczne – odrzekła z godnością panna Amphrey.

– Psychologiczne, powiada pani? Hm... A co z dowodami winy?

– Ach, panie Battle, doskonale rozumiem pańskie podejście. To kwestia pańskiej profesji. Ale ostatnio psychologia uznawana jest także przez kryminologów. Zapewniam, że nie ma tu mowy o żadnej pomyłce; Sylwia dobrowolnie przyznała się do winy.

– Tak, tak, wiem. Ale po prostu chcę wiedzieć, dlaczego właśnie Sylwia wydała się pani podejrzana?

– No cóż... Problem drobnych kradzieży zaczął się ostatnio nasilać. Coraz częściej ginęły rzeczy z szafek dziewcząt. Zebrałam więc wszystkie uczennice i przedstawiłam fakty, dyskretnie przyglądając się każdej twarzy. Sylwia od razu wydała mi się dziwnie zmieszana i już w tej samej chwili wiedziałam, kto jest winny. Nie chciałam jednak konfrontacji, zależało mi, aby sama się przyznała. Dlatego poddałam ją małej próbie; zrobiłam jej test na kojarzenie słów.

Battle kiwał głową, na znak, że rozumie.

– No i ostatecznie wyznała mi wszystko.

– Ach, tak...

Panna Amphrey zawahała się na moment, ale w końcu wyszła.

Battle stał przy oknie, kiedy drzwi za jego plecami otworzyły się znowu. Obrócił się wolno.

Sylwia zatrzymała się tuż za progiem. Była wysoką, ciemnowłosą dziewczyną, chudą jak patyk, o ponurym spojrzeniu i ze śladami łez na policzkach.

– No to jestem – powiedziała bardziej lękliwie niż buntowniczo.

Battle przyjrzał się jej uważnie i westchnął.

– Nie powinienem cię tu oddawać. Ta kobieta to idiotka.

Sylwia jakby zapomniała na chwilę o swoich kłopotach. W jej oczach odmalowało się niebotyczne zdumienie.

– Kto, panna Amphrey? Ależ ona jest cudowna! My wszystkie tak uważamy.

– Hm. No może niezupełnie idiotka, skoro potrafiła się tak zareklamować. Tak czy inaczej, Meadway to nie miejsce dla ciebie, chociaż... bo ja wiem? W końcu to mogło się zdarzyć wszędzie.

Sylwia wykręcała sobie nerwowo palce.

– Tak mi przykro, tatusiu – szepnęła ze spuszczoną głową. – Naprawdę...

– No i tak być powinno. Chodź tutaj.

Podeszła z ociąganiem. Ojciec ujął ją pod brodę swą wielką kwadratową dłonią i popatrzył jej w twarz.

– Nieźle ci dali w kość, co? – rzekł łagodnie.

Oczy Sylwii napełniły się łzami.

– Widzisz, córeczko. Tak samo jak ty, cały czas wiedziałem, że coś w tym musi być. Większość ludzi ma takie czy inne słabości. Zwykle wszystko jest jasne. Łatwo zauważyć, że dziecko jest chciwe, agresywne, że lubi dokuczać innym. Ty jednak zawsze byłaś dobrą, spokojną dziewczynką i nigdy nie sprawiałaś kłopotów. Nawet zaczynało mnie to martwić, bo jeśli jakaś rzecz ma ukrytą wadę, to w trakcie używania może nie wytrzymać...

– Tak jak ja.

– Tak jak ty. Załamałaś się od nadmiernego napięcia, i to w bardzo dziwny sposób. Nigdy się z czymś takim nie spotkałem.

– Co, może powiesz, że nie stykałeś się ze złodziejami? – burknęła dziewczyna.

– Ależ tak, znam ich jak zły szeląg. I właśnie z racji mojego zawodu, a nie jako twój ojciec, wiem, że nie jesteś złodziejką, bo przecież ojcowie zwykle niewiele wiedzą o swoich dzieciach. Ty nigdy nie tknęłaś żadnej z tych rzeczy. Są dwa rodzaje złodziei: jedni po prostu ulegają nagłej pokusie. Nawiasem mówiąc, to zdarza się nadzwyczaj rzadko; wprost nie do wiary, jak wielkim pokusom potrafi się oprzeć uczciwy człowiek... Drudzy po prostu biorą cudzą rzecz, nie widząc w tym nic zdrożnego. Ty nie pasujesz do żadnej z tych kategorii. Nie jesteś złodziejką, tylko bardzo osobliwym typem kłamczuchy.

– Ale...

Wpadł jej w słowo:

– ...przyznałaś się do wszystkiego? Och, tak, wiem. Była kiedyś taka święta. Nosiła biedakom chleb, ale mąż jej na to nie pozwalał. Pewnego dnia zobaczył ją z koszykiem i zapytał, co tam ma, a wtedy ona straciła głowę i skłamała: „Róże!”. Mąż zajrzał pod przykrycie – i oto zdarzył się cud: naprawdę były tam róże! Ale ty na miejscu świętej Elżbiety, choćbyś nawet niosła róże, ze strachu odpowiedziałabyś: „Chleb!”.

Umilkł i dopiero po chwili zapytał łagodnie:

– Tak właśnie się to odbyło, prawda?

Po długiej ciszy nagle skinęła głową.

– Opowiedz mi wszystko, córeczko. Co się właściwie stało?

– Zebrała nas wszystkie i wygłosiła mowę. Patrzyła na mnie i dobrze wiedziałam, co myśli. Poczułam, że się czerwienię, dziewczyny zaczęły się gapić i szeptać po kątach... one też myślały to samo. No i pewnego wieczoru Amp... znaczy panna Amphrey wybrała mnie i jeszcze kilka dziewczyn do gry w skojarzenia: ona mówiła słowo, a my miałyśmy odpowiadać.

Battle burknął coś pod nosem.

– Wiedziałam, o co jej chodzi, i... jakby coś we mnie wstąpiło. Starałam się nie dawać złych odpowiedzi, próbowałam myśleć o czymś zupełnie innym, na przykład o wiewiórkach czy kwiatach, ale Amp nie spuszczała ze mnie wzroku... rozumiesz, jakby mnie przewiercała na wylot. A potem zrobiło się jeszcze gorzej i nagle wezwała mnie do siebie. Była taka miła, taka wyrozumiała, że w końcu nie mogłam tego znieść i... i się przyznałam. Och, tatusiu, po prostu kamień spadł mi z serca!

Battle skrobał się po brodzie.

– Taaak.

– Rozumiesz? Naprawdę rozumiesz?

– Nie, Sylwio, nie rozumiem. Ja po prostu jestem z innej gliny. Gdyby ktoś próbował mnie zmusić do wyznania czegoś, czego nie zrobiłem, raczej dałbym mu w szczękę. Ale teraz przynajmniej wiem, jak wygląda twój przypadek. Ta twoja Amp ze świdrami w oczach miała przed nosem tak znakomity przykład osobliwości psychologicznej, o jakim każdy niedowarzony piewca niezrozumiałych teorii mógłby tylko pomarzyć. Teraz trzeba uporządkować cały ten bałagan. Gdzie jest panna Amphrey?

Dyrektorka taktownie krążyła w pobliżu. Współczujący uśmiech zastygł na jej twarzy, kiedy nadinspektor Battle wyłożył kawę na ławę:

– Mojej córce należy się sprawiedliwość. Dlatego jestem zmuszony prosić panią o wezwanie policji.

– Ależ panie Battle, przecież Sylwia sama...

– Sylwia nigdy nie tknęła cudzej własności.

– Doskonale rozumiem, że jako ojciec...

– Nie mówię jako ojciec, tylko jako policjant. Proszę zwrócić się do policji o pomoc w tej sprawie. Zachowają dyskrecję. Pewnie znajdą się ukryte po kątach przedmioty z kompletem odcisków palców. Drobni złodziejaszkowie nie noszą rękawiczek. Córkę zabieram ze sobą. Jeśli policja znajdzie dowody, prawdziwe dowody, że jest winna kradzieży, dopilnuję, żeby stanęła przed sądem i poniosła odpowiedzialność. Jestem jednak spokojny, że do tego nie dojdzie.

Pięć minut później wyjeżdżał przez bramę z Sylwią u boku.

– Co to za dziewczynka z jasnymi kędziorami, o bardzo różowych policzkach, niebieskich, szeroko rozstawionych oczach i z pieprzykiem na brodzie?

– Sądząc z opisu, to Olive Parsons.

– Aha. Wcale bym się nie zdziwił, gdyby to była ona.

– A co, wyglądała na wystraszoną?

– O nie, raczej na zadowoloną z siebie. Spokojna pewność zwycięzcy... widziałem to setki razy podczas przesłuchań. Założę się o sporą sumkę, że to ona kradnie, ale takie się nigdy nie przyznają!

Sylwia westchnęła.

– Zupełnie, jakbym budziła się ze złego snu. Ach, tatusiu, tak strasznie mi przykro! Jak mogłam być taką skończoną kretynką?! Czuję się okropnie.

– No dobrze, już dobrze. – Nadinspektor zdjął rękę z kierownicy i poklepał córkę delikatnie, stosując swój ulubiony sposób pocieszania ludzi. – Nie trzeba się martwić. Bóg zsyła nam takie przykrości, aby nas doświadczyć... Tak sądzę, bo innego powodu nie widzę...