Entliczek pentliczek

Tekst
Z serii: Herkules Poirot #30
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


WROCŁAW 2015



Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Tytuł oryginału

Hickory Dickory Dock

Projekt serii

MARIUSZ BANACHOWICZ

Projekt okładki

ANNA DAMASIEWICZ

Fotografie na okładce

© Sergey Makarenko / Depositphotos.com

© Tomas Pavlasek / Depositphotos.com

Redakcja

ELŻBIETA KACZOROWSKA

Korekta

ANNA KURZYCA

Redakcja techniczna

RYSZARD PUCHAŁA

Hickory Dickory Dock Copyright © 1955 John Mallowan and Peter Mallowan.

All rights reserved. AGATHA CHRISTIE, POIROT and the Agatha Christie Signature are registered trade marks of Agatha Christie Limited in the UK and/or elsewhere. All rights reserved.

The Agatha Christie Roundel Copyright © 2013 Agatha Christie Limited

Used by permission. All rights reserved.

Polish edition published by Publicat S.A. MMV, MMXV (wydanie elektroniczne)

Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.

Wydanie elektroniczne 2015

ISBN 978-83-271-5360-9


jest znakiem towarowym Publicat S.A.

PUBLICAT S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24

tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00

e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl

Oddział we Wrocławiu

50-010 Wrocław, ul. Podwale 62

tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66

e-mail: wydawnictwodolnoslaskie@publicat.pl

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej


Spis treści

Rozdział I

Rozdział II

Rozdział III

Rozdział IV

Rozdział V

Rozdział VI

Rozdział VII

Rozdział VIII

Rozdział IX

Rozdział X

Rozdział XI

Rozdział XII

Rozdział XIII

Rozdział XIV

Rozdział XV

Rozdział XVI

Rozdział XVII

Rozdział XVIII

Rozdział XIX

Rozdział XX

Rozdział XXI

Rozdział XXII

Rozdział XXIII

Przypisy

Rozdział I

Herkules Poirot zmarszczył brwi.

– Panno Lemon – powiedział.

– Słucham, monsieur Poirot?

– W tym liście są trzy błędy.

W jego głosie brzmiało niedowierzanie. Panna Lemon bowiem, ta szkaradna i kompetentna kobieta, nigdy nie robiła błędów. Nigdy nie była chora, nigdy zmęczona, nigdy zdenerwowana, nigdy niedokładna. Innymi słowy, z praktycznego punktu widzenia, nigdy nie była kobietą. Była maszyną – sekretarką doskonałą. Wiedziała wszystko, ze wszystkim dawała sobie radę. Kierowała życiem Herkulesa Poirota, tak że ono również funkcjonowało jak maszyna. Hasłem Herkulesa Poirota od wielu lat były porządek i metoda. Dzięki George’owi, lokajowi doskonałemu, oraz pannie Lemon, sekretarce doskonałej, porządek i metoda rządziły niepodzielnie jego życiem. Teraz, kiedy wypiekano nie tylko okrągłe, ale także kwadratowe placuszki, nie miał absolutnie żadnych powodów do narzekań.

Tymczasem dzisiejszego ranka panna Lemon zrobiła trzy błędy przy przepisywaniu najprostszego pod słońcem listu i, co więcej, nawet tych błędów nie zauważyła. Gwiazdy zatrzymały się w swoim biegu.

Herkules Poirot pokazał jej rzeczony dokument. Nie był zły, był po prostu zdumiony. Nic takiego nie miało prawa się wydarzyć – a jednak się wydarzyło.

Panna Lemon wzięła list. Popatrzyła nań. Po raz pierwszy w życiu Poirot zobaczył, że się zarumieniła: ciemny, brzydki, nietwarzowy rumieniec zabarwił jej oblicze aż po korzonki gęstych siwawych włosów.

– Ojej – powiedziała. – Nie potrafię wyjaśnić, jak... chociaż owszem. To z powodu mojej siostry.

– Pani siostry?

Kolejny szok. Poirotowi nigdy nie przyszło do głowy, że panna Lemon ma siostrę. Jak również, skoro już o tym mowa, że mogłaby mieć ojca, matkę czy nawet dziadków. Panna Lemon tak dalece przypominała produkt fabryczny, precyzyjny instrument – by tak rzec – że podejrzewanie jej o jakieś uczucia, zmartwienia, rodzinne kłopoty, wydawało się czystym absurdem. Wiadomo było, że panna Lemon poza godzinami pracy całym sercem i umysłem oddawała się doskonaleniu nowego systemu klasyfikowania akt, który miał zostać opatentowany pod jej nazwiskiem.

– Pani siostry? – powtórzył więc Herkules Poirot z nutką niedowierzania w głosie.

Panna Lemon energicznie skinęła głową.

– Tak – odparła. – Chyba nigdy panu o niej nie wspominałam. Prawie całe życie spędziła w Singapurze. Jej mąż zajmował się tam interesami.

Herkules Poirot ze zrozumieniem pokiwał głową. Wydało mu się właściwe, że siostra panny Lemon większość życia spędziła w Singapurze. Po to istniały takie miejsca jak Singapur. Siostry kobiet z gatunku panny Lemon wychodziły za biznesmenów w Singapurze, tak aby panny Lemon tego świata mogły z precyzją mechanizmu zajmować się sprawami swoich pracodawców (i oczywiście obmyślaniem systemów klasyfikowania akt w chwilach wytchnienia).

– Pojmuję – powiedział. – Proszę kontynuować.

– Cztery lata temu została wdową. Nie mieli dzieci. Kiedy wróciła do Londynu, udało mi się załatwić jej bardzo miłe mieszkanko z komornym w granicach rozsądku.

(Oczywiście pannie Lemon musiała się udać ta prawie niemożliwa do załatwienia rzecz).

– Jest nieźle sytuowana, choć pieniądze nie mają już tej wartości co dawniej, ale siostra nie ma ekstrawaganckich wymagań i przy rozsądnym gospodarowaniu powinno jej wystarczyć na wygodne życie.

Panna Lemon zrobiła pauzę, po czym ciągnęła dalej:

– Tyle że, mówiąc prawdę, czuła się samotna. Długo nie mieszkała w Anglii, nie miała dawnych znajomych i przyjaciółek, no i oczywiście miała masę wolnego czasu. Tak więc kilka miesięcy temu powiedziała mi, że myśli o przyjęciu tej posady.

– Tej posady?

– Przełożonej, chyba tak to się nazywa, czy gospodyni w domu dla studentów. Jest on własnością pewnej kobiety, półkrwi Greczynki, która chciała, żeby ktoś jej to poprowadził, zajął się zaopatrzeniem i dopilnował, aby wszystko szło jak należy. Jest to staroświecki obszerny dom na Hickory Road, jeśli pan wie, gdzie to jest. – Poirot nie wiedział. – Kiedyś była to dość elegancka dzielnica i domy są solidnie zbudowane. Siostra miała dostać bardzo miłe pomieszczenie, sypialnię, salonik i maleńką łazienkę wraz z kuchenką dla siebie...

Panna Lemon przerwała. Poirot chrząknął zachęcająco. Jak dotąd, nic w opowieści nie zapowiadało katastrofy.

– Sama nie byłam pewna, czy to jest najsłuszniejsza decyzja, ale dostrzegałam siłę argumentów mojej siostry. Nigdy nie należała do ludzi, którzy lubią siedzieć cały dzień z założonymi rękami, jest kobietą bardzo praktyczną, dobrą organizatorką, poza tym nie myślała przecież inwestować w to pieniędzy ani o niczym podobnym. Było to po prostu płatne zajęcie, z niewysoką pensją, ale na tym jej nie zależało, nie wchodziła też w grę żadna ciężka praca fizyczna. Zawsze bardzo lubiła młodzież i umiała z nią postępować, a spędziwszy tyle czasu na Wschodzie rozumie różnice rasowe i to, że ludzie są czuli na tym punkcie. Bo w tym pensjonacie mieszkają studenci różnych narodowości, przeważnie Anglicy, ale niektórzy z nich, jak rozumiem, kolorowi.

 

– Naturalnie – wtrącił Herkules Poirot.

– Połowa pielęgniarek w naszych szpitalach dzisiaj jest czarna – dodała panna Lemon niepewnie. – Podobno są o wiele milsze i troskliwsze od Angielek. Ale to nie ma nic do rzeczy. Omówiłyśmy ten projekt gruntownie i siostra przeprowadziła się do tego domu. Żadnej z nas nie spodobała się specjalnie właścicielka, pani Nicoletis, osoba o bardzo nierównym usposobieniu, czasami czarująca, a czasami, przykro mi to mówić, wręcz przeciwnie, przy tym jednocześnie i skąpa, i niepraktyczna. Gdyby jednak umiała sobie sama dać radę, nie potrzebowałaby pomocy. Moja siostra nie należy do ludzi, którzy przejmują się cudzymi humorami i dziwactwami. Potrafi stawić czoło każdemu i nie cierpi niedorzeczności.

Poirot przytaknął. W tej charakterystyce siostry panny Lemon dostrzegał niejakie podobieństwo do „swojej” panny Lemon: pannę Lemon, którą nieco złagodziły małżeństwo i klimat Singapuru, niemniej kobietę z takim samym twardym rdzeniem zdrowego rozsądku.

– Zatem siostra przyjęła tę posadę? – zapytał.

– Tak, wprowadziła się na Hickory Road 26 jakieś sześć miesięcy temu. W sumie lubiła swoją pracę i uważała ją za interesującą.

Herkules Poirot słuchał. Jak dotąd, przygoda siostry panny Lemon nie sprawiała wrażenia mrożącej krew w żyłach.

– Jednak od pewnego czasu siostra się bardzo martwi. Bardzo poważnie się martwi.

– Dlaczego?

– Widzi pan, monsieur Poirot, nie podoba jej się to, co się tam dzieje.

– Tam są studenci i studentki? – delikatnie zapuścił sondę Poi-rot.

– Ach nie, monsieur Poirot, nie o to mi chodzi! Zawsze jest się przygotowanym na kłopoty tego rodzaju, można ich oczekiwać! Nie, widzi pan, zaczęły ginąć pewne przedmioty.

– Ginąć?

– Tak. I to dziwne przedmioty. I wszystkie w dość niezwykły sposób.

– Mówiąc, że ginęły przedmioty, ma pani na myśli, że zostały ukradzione?

– Tak.

– Czy zawiadomiono policję?

– Nie. Na razie nie. Siostra ma nadzieję, że może nie będzie to konieczne. Bardzo lubi tych młodych ludzi – to znaczy niektórych – i raczej wolałaby sama wyjaśnić sprawę.

– Tak – powiedział Poirot w zamyśleniu. – Doskonale to mogę zrozumieć. Ale to nie tłumaczy, jeżeli pani pozwoli, pani niepokoju, który, jak się domyślam, jest odzwierciedleniem niepokoju pani siostry.

– Nie podoba mi się ta sytuacja, monsieur Poirot. Zupełnie mi się nie podoba. Trudno mi oprzeć się wrażeniu, że dzieje się coś, czego nie rozumiem. Żadne zwyczajne wytłumaczenie nie wyjaśnia wszystkich faktów, a naprawdę nie potrafię sobie wyobrazić, jak można by je inaczej wytłumaczyć.

Poirot kiwał głową w zamyśleniu.

Piętą achillesową panny Lemon była zawsze wyobraźnia. Nie posiadała jej za grosz. W sferze faktów była niezwyciężona. W sferze domysłów traciła grunt pod nogami. Obcy był jej stan umysłów ludzi Corteza na szczycie Darien.

– Nie chodzi o zwyczajną drobną kradzież? Może jakiś kleptoman?

– Nie przypuszczam. Przeczytałam, co piszą na ten temat – powiedziała skrupulatna panna Lemon – w Encyclopaedia Britannica i w pewnym dziele medycznym. Nie przekonało mnie to.

Herkules Poirot milczał przez półtorej minuty.

Czy miał ochotę zajmować się kłopotami siostry panny Lemon oraz namiętnościami i zmartwieniami wielojęzycznego domu studenckiego? Irytujące byłoby jednak i bardzo niewygodne, gdyby panna Lemon nadal popełniała błędy przy przepisywaniu jego listów. Powiedział sobie, że jeśli miałby się angażować, to jedynie z tego powodu. Nie przyznawał się sam przed sobą, że ostatnio dosyć się nudził i że pociągała go właśnie błahość sprawy.

– „Pietruszka wtapiająca się w masło w gorący dzień” – mruknął pod nosem.

– Pietruszka? Masło? – panna Lemon wyglądała na zbitą z tropu.

– Cytat z jednego z waszych klasyków – odparł. – Niewątpliwie znane są pani przygody, nie mówiąc już o wyczynach Sherlocka Holmesa.

– Chodzi panu o te towarzystwa z Baker Street i tym podobne – wykrzyknęła panna Lemon. – Dorośli mężczyźni zajmujący się takimi głupstwami! Ale to właśnie typowe dla mężczyzn. Jak te elektryczne kolejki, którymi potrafią się bawić bez końca. Nie mogę powiedzieć, żebym kiedykolwiek miała czas na przeczytanie którejś z tych historii. Kiedy mam czas na czytanie, co zdarza się nieczęsto, wolę książkę doskonalącą umysł.

Herkules Poirot skinął głową z wdziękiem.

– Co pani na to, panno Lemon, żebyśmy zaprosili tu pani siostrę na jakiś stosowny poczęstunek, może poobiednią herbatkę? Mógłbym może służyć jej skromną pomocą.

– To bardzo uprzejmie z pana strony, monsieur Poirot. Naprawdę bardzo uprzejmie. Siostra jest zawsze wolna po południu.

– W takim razie, powiedzmy jutro, jeśli zechce to pani zorganizować.

W odpowiednim czasie wierny George otrzymał polecenie, aby podać kwadratowe placuszki obficie polane masłem, harmonizujące kształtem kanapki oraz inne odpowiednie składniki wystawnego angielskiego podwieczorku.

Rozdział II

Siostra panny Lemon, której nazwisko brzmiało pani Hubbard, zdecydowanie przypominała sekretarkę Poirota. Miała co prawda cerę o znacznie bardziej żółtawym odcieniu, była tęższa, miała wymyślniejszą fryzurę i mniej energiczny sposób bycia, ale oczy, które patrzyły z jej okrągłej i miłej twarzy, były równie przenikliwe jak te, które błyskały zza pince-nez jej siostry.

– To naprawdę niezwykle uprzejmie z pana strony, monsieur Poirot – powiedziała. – Niezwykle uprzejmie. I co za wspaniały podwieczorek. Nie ulega wątpliwości, że zjadłam już o wiele więcej niż powinnam – no, może jeszcze tylko jedną kanapkę. A co do herbaty – no, może jeszcze tylko pół filiżanki.

– Najpierw – oświadczył Poirot – wzmocnimy nasze siły, a potem przejdziemy do interesu.

Uśmiechnął się do niej życzliwie i podkręcił wąsa. Pani Hubbard zauważyła:

– Muszę przyznać, że wygląda pan dokładnie tak, jak sobie pana wyobrażałam z opisu Felicity.

Uświadomiwszy sobie po chwili zaskoczenia, że Felicity to imię surowej panny Lemon, Poirot odpowiedział, że nie spodziewałby się niczego innego, znając dokładność swojej sekretarki.

– Naturalnie – ciągnęła z roztargnieniem pani Hubbard, biorąc drugą kanapkę – Felicity nigdy nie interesowała się ludźmi. Ja natomiast bardzo. Dlatego tak się martwię.

– Czy pani mogłaby wyjaśnić mi dokładnie, czym się pani martwi?

– Owszem. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby ginęły pieniądze, niewielkie sumy, od czasu do czasu. Podobnie, gdyby chodziło o biżuterię, sprawa też byłaby jasna – to znaczy, nie tyle jasna, wręcz przeciwnie, ale dałaby się wytłumaczyć kleptomanią czy nieuczciwością. Pozwoli pan jednak, że przeczytam listę zaginionych przedmiotów, jaką sporządziłam.

Otworzyła torebkę i wyjęła notesik.

– Pantofelek wieczorowy (jeden z nowej pary)

– Bransoletka (sztuczna biżuteria)

– Pierścionek z brylantem (odnaleziony w talerzu z zupą)

– Puderniczka

– Szminka

– Stetoskop

– Kolczyki

– Zapalniczka

– Stare spodnie flanelowe

– Żarówki

– Bombonierka

– Jedwabna apaszka (odnaleziona pocięta na kawałki)

– Plecak (j.w.)

– Kwas borny

– Sól do kąpieli

– Książka kucharska

Herkules Poirot wciągnął głęboko powietrze.

– Niezwykłe – oświadczył – i absolutnie fascynujące.

Był zachwycony. Przeniósł wzrok z surowej, pełnej dezaprobaty twarzy panny Lemon na życzliwą, zatroskaną twarz pani Hubbard.

– Gratuluję pani – powiedział ciepło do tej ostatniej.

– Ależ czego, monsieur Poirot?

– Gratuluję pani tak niezwykłego i pięknego problemu do rozwiązania.

– Może pan widzi w tym jakiś sens, monsieur Poirot, ale...

– W tym nie widać w ogóle żadnego sensu. Przypomina mi to najbardziej grę, do udziału w której namówili mnie ostatnio, podczas świąt, moi młodzi przyjaciele. Nazywała się, o ile pomnę, Trzyroga Dama. Każdy z uczestników po kolei wypowiadał następujące zdanie: „Pojechałem do Paryża i kupiłem”, tu wymieniał jakiś przedmiot. Następna osoba to powtarzała, dodając kolejny przedmiot, a cała gra polegała na zapamiętaniu we właściwym porządku wyliczonych przedmiotów, przy czym niektóre z nich były wręcz absurdalne i humorystyczne. Znajdowały się tam, jak pamiętam, m.in. kawałek mydła, biały słoń, stół z opuszczanym blatem i kaczka piżmowa. Zapamiętanie utrudniał oczywiście fakt, że przedmioty były całkowicie ze sobą niepowiązane, ich brak ciągłości, by tak rzec. Jak na tej liście, którą mi pani właśnie pokazała. Po osiągnięciu liczby, powiedzmy, dwunastu przedmiotów, stawało się niemożliwe wyszczególnienie ich we właściwym porządku. Uczestnik zabawy, który się pomylił przy wyliczaniu, otrzymywał papierowy róg i swoją kolejną wypowiedź musiał zaczynać od słów: – Ja, jednoroga dama, pojechałam do Paryża... itd. – Po otrzymaniu trzech rogów wypadało się z gry, a ostatni, który pozostał, był zwycięzcą.

– Założę się, że pan był zwycięzcą, monsieur Poirot – nie miała wątpliwości panna Lemon, lojalna podwładna.

Poirot rozpromienił się.

– Rzeczywiście tak było – przyznał. – Nawet najbardziej przypadkowy zbiór przedmiotów można uporządkować, a przy odrobinie pomysłowości ułożyć je, by tak rzec, w pewien ciąg. To znaczy, można sobie w myśli powiedzieć: – Kawałkiem mydła zmywam brud z dużego, białego, marmurowego słonia, który stoi na stole z opuszczanym blatem itd.

Pani Hubbard odezwała się z szacunkiem: – Na pewno pan by potrafił tak samo ułożyć przedmioty z listy, którą panu dałam.

– Na pewno bym potrafił. Dama w prawym bucie na nodze wkłada bransoletkę na lewą rękę. Następnie aplikuje sobie puder i szminkę, schodzi na obiad i upuszcza pierścionek do zupy itd. Mógłbym w ten sposób przyswoić sobie pani listę pamięciowo, ale nie o to nam chodzi. Dlaczego został ukradziony taki przypadkowy zbiór przedmiotów? Czy kryje się za tym jakiś system? Jakaś idée fixe? Sprawą podstawową jest proces analizy. Pierwsze zadanie to przestudiować bardzo dokładnie listę przedmiotów.

W kompletnej ciszy Poirot przystąpił do studiowania. Pani Hubbard przyglądała mu się z napiętą uwagą niby mały chłopiec śledzący magika w oczekiwaniu, że oto ukaże się królik lub przynajmniej pęki kolorowych wstążek. Panna Lemon, niezainteresowana, pogrążyła się w rozmyślaniach na temat co subtelniejszych problemów klasyfikowania kartoteki.

Gdy Poirot w końcu przemówił, pani Hubbard aż podskoczyła.

– Pierwsze, co mnie uderza – zaczął – to, że ze wszystkich rzeczy, jakie zginęły, większość miała niewielką wartość, (niektóre wręcz żadnej) z wyjątkiem dwóch: stetoskopu oraz pierścionka z brylantem. Zostawmy na chwilę stetoskop na boku. Chciałbym skoncentrować się na pierścionku. Mówiła pani, że był cenny – jaką miał wartość?

– Trudno mi to dokładnie określić, monsieur Poirot. Był to pierścionek z pojedynczym brylantem i kilkoma drobnymi brylancikami u góry i u dołu. O ile mi wiadomo, był to zaręczynowy pierścionek matki panny Lane. Bardzo się zdenerwowała jego utratą, i doznaliśmy wszyscy prawdziwej ulgi, kiedy znalazł się tego samego wieczoru w talerzu z zupą panny Hobhouse. Uznaliśmy to po prostu za głupi żart.

– I doskonale mogłoby tak być. Osobiście jednak uważam kradzież pierścionka i jego zwrot za wydarzenie znaczące. Jeśli zginie szminka, puderniczka czy książka, nie ma podstaw do wezwania policji. Ale cenny pierścionek z brylantem to inna sprawa. Istnieje wszelkie prawdopodobieństwo, że policja zostanie wezwana. Następuje więc zwrot pierścionka.

– Ale po co brać, jeśli ma się go zwrócić? – wtrąciła panna Lemon marszcząc czoło.

– Rzeczywiście, po co – odparł Poirot. – Zostawmy jednak na chwilę pytania. Obecnie próbuję sklasyfikować te kradzieże i zacząłem od pierścionka. Kim jest owa panna Lane, której go skradziono?

– Patricia Lane? Bardzo miła dziewczyna. Chce uzyskać, no, jak to się nazywa, dyplom z historii czy archeologii, czy coś w tym rodzaju.

– Zamożna?

– Ach, nie. Ma trochę swoich pieniędzy, ale jest zawsze bardzo oszczędna. Pierścionek, jak mówiłam, należał do jej matki. Ma trochę biżuterii, ale niewiele nowych ubrań i ostatnio rzuciła palenie.

– Jak wygląda? Proszę ją opisać własnymi słowami.

 

– Dość nijaka z wyglądu, raczej mdła. Spokojna, dobrze wychowana, ale brak jej werwy czy życia. Można by ją określić jako typ dziewczyny poważnej.

– Pierścionek znalazł się w talerzu panny Hobhouse. Kim jest panna Hobhouse?

– Valerie Hobhouse? Inteligentna, ciemnowłosa dziewczyna, która ma zwyczaj wyrażać się dosyć ironicznie. Pracuje w zakładzie kosmetycznym „Piękna Sabrina” – pewnie pan o nim słyszał.

– Czy te dwie dziewczyny się przyjaźnią?

Pani Hubbard zastanowiła się chwilę:

– Tak mi się wydaje, owszem, choć niewiele mają ze sobą wspólnego. Patricia jest dobrze ze wszystkimi, lecz nie cieszy się jakąś szczególną popularnością. Valerie Hobhouse ma wrogów ze względu na swój cięty język, ale ma także swoją świtę, jeśli rozumie pan, co mam na myśli.

– Chyba rozumiem – odpowiedział Poirot.

A więc Patricia Lane była miła, ale nudna, a Valerie Hobhouse posiadała osobowość. Ponownie zajął się listą zaginionych przedmiotów.

– Intryguje mnie, że wszystkie wyszczególnione tu rzeczy należą do tak różnych kategorii. Z jednej strony drobiazgi, na które mogłaby się połasić dziewczyna zarazem próżna i uboga: szminka, sztuczna biżuteria, puderniczka, sól do kąpieli, ewentualnie bombonierka. Z drugiej stetoskop, który prędzej mógłby paść łupem mężczyzny, zorientowanego, gdzie go sprzedać lub zastawić. Do kogo należał?

– Do pana Batesona. To młody człowiek, duży i przyjaźnie nastawiony do ludzi.

– Student medycyny?

– Tak jest.

– Czy bardzo był zły?

– Był wręcz wściekły, monsieur Poirot. To jeden z tych gwałtownych charakterów – w danym momencie gotów wygadywać Bóg wie co, ale mu szybko przechodzi. Nie należy do ludzi, którym nie robi różnicy, kiedy im ktoś coś ukradnie.

– A są tacy?

– Bo ja wiem, na przykład pan Gopal Ram, jeden z naszych hinduskich studentów. Macha ręką i powiada, że dobra materialne nie mają znaczenia...

– Czy jemu coś zginęło?

– Nie.

– Aha! Do kogo należały flanelowe spodnie?

– Do pana McNabba. Były bardzo stare i każdy by uznał, że swoje już wysłużyły, ale pan McNabb jest bardzo przywiązany do swojej starej garderoby i nigdy niczego nie wyrzuca.

– Dochodzimy zatem do przedmiotów niewartych, zdawałoby się, kradzieży: stare flanelowe spodnie, żarówki, kwas borny, sole kąpielowe, książka kucharska. Kwas borny został pewnie wzięty przez pomyłkę, ktoś mógł wyjąć przepaloną żarówkę, zamierzał wkręcić nową i zapomniał, książkę kucharską po prostu ktoś pożyczył i nie oddał. Sprzątaczka mogła zabrać spodnie.

– Zatrudniamy dwie całkowicie godne zaufania sprzątaczki. Jestem przekonana, że żadna z nich nie zrobiłaby niczego podobnego bez pytania.

– Pewnie ma pani rację. Następnie mamy wieczorowy pantofelek, z nowej pary, o ile dobrze zrozumiałem? Do kogo należały te pantofelki?

– Do Sally Finch, Amerykanki, która tutaj studiuje na stypendium Fulbrighta.

– Jest pani pewna, że pantofelek po prostu się gdzieś nie zapodział? Nie pojmuję, jaki może być pożytek z jednego pantofla?

– Nigdzie się nie zapodział, monsieur Poirot. Przeszukaliśmy dom od góry do dołu. Widzi pan, panna Finch wybierała się na przyjęcie w, jak ona to nazywa, „formalnej” sukni – po naszemu w sukni wieczorowej – i te pantofle były jej koniecznie potrzebne, nie miała drugiej pary odpowiednich.

– Naraziło ją to na kłopot, na zdenerwowanie, tak... tak, zastanawiam się. Może w tym jest coś...

Przez chwilę milczał, po czym kontynuował:

– I jeszcze dwie sztuki: plecak pocięty na strzępy i jedwabna apaszka w takim samym stanie. Tu nie wchodzi w grę ani próżność, ani korzyść; tu mamy do czynienia z czystą złośliwością. Do kogo należał plecak?

– Prawie każdy student ma plecak, wszyscy dużo podróżują autostopem. Wiele z tych plecaków jest bardzo podobnych, kupione były w tym samym sklepie, trudno więc odróżnić jeden od drugiego. Wydaje się jednak prawie pewne, że ten właśnie plecak należał albo do Leonarda Batesona, albo do Colina McNabba.

– Pocięto także jedwabną apaszkę. Do kogo należała?

– Do Valerie Hobhouse. Dostała ją na gwiazdkę. Była koloru szmaragdowego i naprawdę w dobrym gatunku.

– Tak, panna Hobhouse, rozumiem...

Poirot przymknął oczy. W wyobraźni dostrzegał ni mniej, ni więcej, tylko kalejdoskop. Kawałki pociętych apaszek i plecaków, książki kucharskie, szminki, sole kąpielowe, imiona i miniaturowe portrety różnych studentów. Żadnej spójności czy uszeregowania. Niepowiązane wypadki i osoby wirowały w przestrzeni. Ale Poirot dobrze wiedział, że gdzieś musi być jakiś wzór. Może więcej niż jeden. Może za każdym potrząśnięciem kalejdoskopu otrzymywało się inny wzór... Problem polegał na tym, skąd zacząć... Otworzył oczy.

– Sprawa wymaga przemyślenia. Głębokiego przemyślenia.

– Och, z całą pewnością, monsieur Poirot – zgodziła się gorliwie pani Hubbard – z pewnością też nie chciałabym sprawiać panu kłopotu.

– Nie sprawia mi pani kłopotu. Jestem zaintrygowany. Ale podczas gdy ja oddam się rozmyślaniom, możemy rozpocząć pewne praktyczne działania. Na początek... Ten pantofelek, wieczorowy pantofelek... możemy zacząć od niego. Panno Lemon...

– Słucham, monsieur Poirot – panna Lemon wyrzuciła z myśli fiszki katalogowe, usiadła jeszcze bardziej prosto i machinalnie sięgnęła po notatnik i ołówek.

– Może pani Hubbard zdobyłaby dla pani pozostały pantofelek? Niech pani z nim pójdzie na stację Baker Street do biura rzeczy znalezionych. Zaginięcie nastąpiło kiedy?

Pani Hubbard zastanowiła się.

– Niestety dokładnie nie pamiętam, monsieur Poirot. Chyba ze dwa miesiące temu. Nie potrafię określić tego bliżej. Mogę jednak zapytać Sally Finch o datę przyjęcia.

– Dobrze. Tak więc – zwrócił się powtórnie do panny Lemon – lepiej niech pani nie będzie zbyt dokładna. Powie pani, że zostawiła pantofel w pociągu na śródmiejskiej linii metra. Albo może w autobusie? Ile autobusów jeździ w okolicy Hickory Road?

– Tylko dwa, monsieur Poirot.

– Dobrze. Jeśli wizyta na Baker Street nic nie da, niech pani odwiedzi Scotland Yard i powie, że pantofelek został w taksówce.

– Lambeth – poprawiła kompetentnie panna Lemon.

Poirot machnął ręką:

– Pani zawsze wie takie rzeczy.

– Ale dlaczego pan myśli... – zaczęła pani Hubbard.

Poirot przerwał jej:

– Najpierw zobaczmy, jakie będziemy mieli wyniki. Potem niezależnie od tego czy będą negatywne, czy pozytywne, musimy się z panią, pani Hubbard, ponownie spotkać. Wtedy mi pani powie o innych sprawach, o których koniecznie musimy wiedzieć.

– Myślę, że naprawdę powiedziałam panu wszystko, co mogłam.

– Nie, nie. Nie zgadzam się. Mamy zgromadzonych razem młodych ludzi o różnych temperamentach, różnej płci. A kocha B, ale B kocha C, a D i E są ze sobą na noże, niewykluczone, że z powodu A. Właśnie o tym wszystkim muszę wiedzieć. O współgraniu ludzkich uczuć, o kłótniach, zazdrości, przyjaźniach, złośliwości i nieżyczliwości.

– Naprawdę – powiedziała pani Hubbard z wyraźną przykrością – nic mi nie wiadomo o tego rodzaju sprawach. Nie utrzymuję kontaktów towarzyskich. Zarządzam domem, zajmuję się zaopatrzeniem itp.

– Ale interesują panią ludzie. Powiedziała mi to pani. Lubi pani młodzież. Wzięła pani tę pracę nie dlatego, aby była to propozycja korzystna finansowo, ale dlatego, że mogła pani mieć do czynienia z problemami ludzkimi. Znajdują się wśród studentów tacy, których pani lubi i tacy, których pani lubi mniej, albo być może wcale. Powie mi pani – o tak! – powie mi pani. Bo pani się martwi nie tym, co się dzieje – z tym mogła pani pójść na policję...

– Zapewniam pana, że pani Nicoletis nie życzyłaby sobie w domu policji.

Poirot perorował dalej, puszczając jej uwagę mimo uszu.

– Nie, pani się martwi o kogoś, kto, jak pani przypuszcza, może ponosić odpowiedzialność albo przynajmniej maczać w tym palce. Zatem o kogoś, kogo pani lubi.

– Doprawdy, monsieur Poirot...

– Tak, doprawdy. Uważam też, że słusznie się pani martwi. Bo ta pocięta na kawałki apaszka to nie są żarty. Porżnięty plecak to także nie są żarty. Reszta robi wrażenie dziecinady, choć nie jestem tego pewien. Nie, bynajmniej nie jestem pewien!