Dlaczego nie Evans

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



WROCŁAW 2015



Tytuł oryginału

Why Didn't They Ask Evans?

Projekt okładki

MARIUSZ BANACHOWICZ

Fotografia na okładce

© ANDREW PENNER

Korekta

EWA KOWALIK

Redakcja techniczna

LOREM IPSUM

By the Pricking of my Thumbs Copyright © 1934 Agatha Christie Limited.

All rights reserved. AGATHA CHRISTIE and the Agatha Christie Signature are

registered trade marks of Agatha Christie Limited in the UK and/or elsewhere.

All rights reserved.

Polish edition published by Publicat S.A. MCMXCIV, MMXV (wydanie elektroniczne)

Translation by Prószyński Media.

Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora,

w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.


jest znakiem towarowym Publicat S.A.

Wydanie elektroniczne 2015

ISBN 978-83-271-5291-6

Publicat S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24

tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00

e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl

Oddział we Wrocławiu

50-010 Wrocław, ul. Podwale 62

tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66

e-mail: wydawnictwodolnoslaskie@publicat.pl

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej


Spis treści

Rozdział 1. Wypadek

Rozdział 2. Ojciec i syn

Rozdział 3. Podróż koleją

Rozdział 4. Rozprawa u koronera

Rozdział 5. Państwo Cayman

Rozdział 6. Niespodziewane zakończenie pikniku

Rozdział 7. Ucieczka przed śmiercią

Rozdział 8. Zagadka fotografii

Rozdział 9. Na tropie pana Bassingtona-ffrencha

Rozdział 10. Przygotowania do kraksy

Rozdział 11. Kraksa

Rozdział 12. W obozie wroga

Rozdział 13. Alan Carstairs

Rozdział 14. Doktor Nicholson

Rozdział 15. Odkrycie

Rozdział 16. Bobby wciela się w prawnika

Rozdział 17. Opowieść pani Rivington

Rozdział 18. Dziewczyna z fotografii

Rozdział 19. Narada we troje

Rozdział 20. Narada we dwoje

Rozdział 21. Roger udziela odpowiedzi

Rozdział 22. Kolejna ofiara

Rozdział 23. Zniknięcie Moiry

Rozdział 24. Na tropie Caymanów

Rozdział 25. Opowieść pana Spragge

Rozdział 26. Nocna przygoda

Rozdział 27. „Mój brat został zamordowany”

Rozdział 28. Deus ex machina

Rozdział 29. Opowieść Badgera

Rozdział 30. Ucieczka

Rozdział 31. Olśnienie

Rozdział 32. Evans

Rozdział 33. Sensacja w Orient Café

Rozdział 34. List z Ameryki Południowej

Rozdział 35. Wieści z plebanii

Przypisy

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

ROZDZIAŁ 1

Wypadek

Bobby Jones starannie przymierzył się do uderzenia. Kilka razy przestąpił z nogi na nogę, powoli uniósł kij, a chwilę później machnął nim z szybkością błyskawicy.

Czy piłeczka poleciała idealnym, wysokim łukiem i wylądowała na gładko strzyżonej trawie, tuż obok czternastego dołka? W żadnym razie. Źle trafiona, poszybowała co prawda z zawrotną prędkością, ale wpadła prosto w bunkier i zaryła w piach!

Ten nieoczekiwany efekt nie wywołał bynajmniej jęku zawodu tłumów. Natomiast jedyny świadek owego wydarzenia nie okazał choćby cienia zdumienia – z tego prostego powodu, że zagrywającym nie był urodzony w Stanach mistrz golfa, ale zaledwie czwarty syn proboszcza z Marchbolt, sennego miasteczka na walijskim wybrzeżu.

Bobby, niepomny na pouczenia wielebnego, zaklął szpetnie pod nosem. Był miłym młodzieńcem liczącym sobie dwadzieścia osiem lat. Co prawda nawet najserdeczniejszy przyjaciel nie mógłby go nazwać zniewalająco przystojnym, miał jednak bardzo ujmującą fizjonomię i rozbrajająco uczciwe spojrzenie brązowych oczu wiernego owczarka.

– Z każdym dniem idzie mi gorzej – mruknął przygnębiony.

– Bo za bardzo się starasz – orzekł jego towarzysz.

Doktor Thomas, mężczyzna w średnim wieku, miał posiwiałe skronie i rumianą, pogodną twarz. Sam nigdy nie porywał się na śmiałe, wysokie odbicia. Grał prostymi, krótkimi uderzeniami, którymi jednak często pokonywał bardziej błyskotliwych, za to mniej precyzyjnych przeciwników.

– Punkty dla pana – powiedział Bobby, po czym zabrali się do kolejnego dołka.

Lekarz rozpoczął pierwszy celnym, choć niewyrafinowanym uderzeniem.

Bobby westchnął ciężko i ustawił piłeczkę. Przymierzał się długo, po czym odchylił się sztywno, zadarł głowę, zamknął oczy i rozluźnił prawe ramię – a więc zrobił wszystko, czego nie powinien robić – i uderzył.

Piłka poleciała idealnym kursem, a gdy opadła, Bobby aż sapnął z zadowolenia. Dobrze znana wszystkim golfistom frustracja ustąpiła miejsca równie im bliskiemu uniesieniu.

– Teraz wreszcie wiem, gdzie popełniałem błąd – skłamał Bobby.

Jeszcze jedna krótka zagrywka, drobna poprawka odpowiednio dobranym kijem i piłeczka Bobby’ego już była w dołku. Osiągnął cel mniejszą liczbą uderzeń niż określona przepisami na tym odcinku pola i w ten sposób znacznie zmniejszył przewagę doktora Thomasa.

Pełen nowej wiary w siebie, przypuścił atak na szesnasty dołek. Znowu zrobił wszystko, czego nie powinien robić, ale tym razem cud nie nastąpił. Zamach i wybicie okazały się wprawdzie nadludzko doskonałe, tyle że piłeczka poleciała pod złym kątem.

– Gdyby tylko pofrunęła prosto, to ho, ho... – skomentował doktor Thomas.

– No właśnie. Gdyby... – rzucił gorzko Bobby, po czym pilnie nadstawił ucha. – Doktorze, zdaje mi się, że usłyszałem krzyk! Mam nadzieję, że nie znokautowałem nikogo swoją piłką.

Spojrzał w prawo, ale niewiele mógł zobaczyć. Słońce chyliło się ku zachodowi i świeciło mu prosto w oczy. Na dodatek znad oddalonego zaledwie o kilkaset kroków klifu zaczęła unosić się mgła.

– Tamtędy biegnie ścieżka – zauważył Bobby. – Ale przecież piłka nie mogła dolecieć aż tak daleko. Niemniej jestem niemal pewien, że ktoś krzyknął. A pan nic nie słyszał?

 

Doktor zdecydowanie zaprzeczył.

Uspokojony Bobby ruszył na poszukiwanie piłeczki. Znalazł ją po dłuższej chwili, jednak – wplątana w krzew janowca – okazała się niemożliwa do wybicia. Kilkakrotnie dźgnął ją kijem, ale w końcu musiał dać za wygraną. Wyciągnął piłkę ręką i stracił prawo do dołka.

Doktor wkrótce pojawił się u jego boku, następne rozegranie bowiem należało rozpocząć na skraju klifu.

Siedemnasty dołek zawsze stanowił dla Bobby’ego nie lada wyzwanie. Żeby do niego trafić w przepisowej liczbie uderzeń, należało posłać piłeczkę ponad przepaścią. Nie była to szczególnie imponująca odległość, ale owa otchłań miała jakąś niezwykłą moc przyciągania piłek.

Obaj przeszli przez ścieżkę, która tuż nad urwiskiem ostro i niespodziewanie skręcała w lewo.

Doktor chwycił stosowny kij i bez trudu osiągnął zamierzony cel.

Bobby wziął głęboki oddech i również uderzył. Piłka opadła w dół klifu.

– Do diabła! Za każdym razem popełniam ten idiotyczny błąd – rzucił Bobby z goryczą w głosie.

Ruszył przed siebie i zerknął w dół. W oddali połyskiwało morze, ale nie każda piłeczka kończyła w jego falach. Co prawda na samej górze klif opadał bardzo stromo, lecz potem schodził ku wodzie dużo łagodniej, układając się w liczne skalne półki.

Bobby skierował się ku miejscu, skąd stosunkowo łatwo można było opuścić się niżej. Z tego przesmyku często korzystali chłopcy noszący za graczami kije – rzucali się w przepaść, po czym pojawiali zdyszani, ale triumfujący, dzierżąc w dłoni już spisaną na straty piłkę.

Nagle Bobby znieruchomiał i wykrzyknął:

– Doktorze, czy mógłby pan tu podejść?! Chyba powinien pan na to spojrzeć.

Jakieś czterdzieści stóp niżej leżało coś, co przypominało stertę używanych ubrań.

Lekarz z wrażenia aż wstrzymał dech.

– Na Boga! – odezwał się, gdy już odzyskał głos. – Ktoś spadł z urwiska! Musimy do niego zejść.

Ramię w ramię zaczęli zsuwać się po skałach. Bardziej wysportowany Bobby pomagał towarzyszowi i tak wspólnymi siłami dotarli do złowieszczego ciemnego kształtu. Mężczyzna, mniej więcej czterdziestoletni, wciąż jeszcze oddychał, był jednak nieprzytomny.

Lekarz przyklęknął, zbadał rannemu puls, uniósł powieki, by zajrzeć w oczy, zaczął dotykać rąk i nóg. W końcu zerknął na Bobby’ego – który tymczasem dzielnie próbował zwalczyć mdłości – i z rezygnacją pokręcił głową.

– Nic już nie można zrobić. Przyszedł kres na nieszczęśnika. Skręcił kark. Zapewne nie znał tej ścieżki i kiedy znad morza znienacka uniosła się mgła, wpadł w przepaść. Wielokrotnie powtarzałem naszym radnym, że w tym miejscu należy zainstalować barierkę. – Doktor podniósł się z klęczek. – Pójdę po pomoc. Trzeba będzie wciągnąć biedaka na górę, i to najlepiej przed zapadnięciem zmroku. Zostaniesz przy nim?

Bobby potaknął skinieniem głowy.

– Czy już na pewno w żaden sposób nie można mu pomóc? – zapytał jeszcze z nutą nadziei w głosie.

– Niestety. To już zresztą nie potrwa długo. Tętno gwałtownie spada. Zostało mu najwyżej dwadzieścia minut życia. Niewykluczone, że przed śmiercią odzyska jeszcze świadomość, choć raczej bym na to nie liczył. Mimo to...

– Nie ma o czym mówić. Zostanę przy nim. Pan niech rusza po pomoc. Jeżeli jednak się ocknie, czy nie ma jakiegoś środka uśmierzającego... – urwał z wahaniem.

– Nie będzie czuł bólu – zapewnił Bobby’ego doktor Thomas. – Najmniejszego bólu.

Odwrócił się i raźno podjął wspinaczkę. Chwilę później zamachał ręką znad skraju klifu i zniknął z zasięgu wzroku.

Bobby odszedł na parę kroków od nieznajomego, usiadł na występie skalnym i zapalił papierosa. Był głęboko wstrząśnięty. Nigdy do tej pory nie zetknął się choćby z poważną chorobą, nie wspominając już o śmierci.

Jakże parszywie podstępny bywa los! Tuman mgły w skądinąd piękne popołudnie, jeden fałszywy krok – i po człowieku. A ten nieszczęśnik, o ironio, zdawał się istnym okazem zdrowia – zapewne nie przechorował ani jednego dnia w życiu. Pomimo bladości wywołanej nadchodzącą śmiercią wyraźnie widać było opaleniznę na jego twarzy. Pewnie wiódł aktywne życie i spędzał wiele czasu na świeżym powietrzu – najprawdopodobniej zagranicą. Bobby zaczął przyglądać mu się uważniej. Starannie przystrzyżone kasztanowe włosy lekko przyprószone siwizną na skroniach, wydatny nos, mocno zarysowana, kwadratowa szczęka i śnieżnobiałe zęby połyskujące spomiędzy rozchylonych warg. Do tego szerokie ramiona i kształtne, silne dłonie. Nogi mężczyzny były rozrzucone pod bardzo dziwnym kątem i na ten widok Bobby’ego aż przeszył dreszcz, szybko więc przeniósł wzrok z powrotem na twarz nieznajomego. Była to twarz wyjątkowo atrakcyjna – zdradzała poczucie humoru, a także determinację i inteligencję. Biedak miał zapewne niebieskie oczy, pomyślał Bobby.

W tym samym momencie owe oczy otworzyły się gwałtownie.

Były rzeczywiście niebieskie – w odcieniu czystego, głębokiego błękitu – i teraz patrzyły wprost na Bobby’ego. Do tego uważnie i przytomnie.

Bobby poderwał się i ruszył w kierunku mężczyzny. Ale jeszcze zanim do niego doszedł, usłyszał niski głos, brzmiący czysto i wyraźnie.

– Dlaczego nie Evans? – zapytał umierający.

A chwilę później przez jego ciało przebiegł drobny skurcz, powieki przesłoniły oczy, szczęka lekko opadła...

I tak wyzionął ducha.

ROZDZIAŁ 2

Ojciec i syn

Bobby z niedowierzaniem opadł na kolana, choć tak naprawdę nie miał najmniejszych wątpliwości, że ten człowiek nie żyje. Ostatni, przedśmiertny przebłysk jasności umysłu, gorączkowo rzucone pytanie, a zaraz potem – smutny koniec.

Z niejakim poczuciem winy Bobby wsunął rękę do kieszeni nieznajomego i wyjął jedwabną chusteczkę, którą w pełnym szacunku geście rozpostarł na twarzy zmarłego. Teraz już nic innego nie mógł dla niego zrobić.

W tej samej chwili zauważył, że wyciągając chustkę, wyszarpnął coś jeszcze. Była to fotografia i Bobby zerknął na nią mimowolnie.

Zobaczył twarz kobiety niezwykłej urody, blondynki o szeroko rozstawionych oczach. Zdawała się bardzo młoda, z pewnością jeszcze nie przekroczyła trzydziestki, jednak nie jej świeżość, ale oryginalność i klasa pobudziły jego wyobraźnię. Tego rodzaju twarzy nie zapomina się nigdy w życiu.

Delikatnie i z należytą rewerencją umieścił fotografię w kieszeni zmarłego, a potem wrócił na swoje miejsce na skalnym występie, by czekać na powrót lekarza.

To czekanie ciągnęło się w nieskończoność – przynajmniej tak się zdawało zniecierpliwionemu Bobby’emu. Na dodatek właśnie przypomniał sobie coś ważnego. Obiecał ojcu, że będzie przygrywał na organach do mszy o szóstej, do której zostało już tylko dziesięć minut. Naturalnie ojciec zrozumie powagę okoliczności, które zatrzymały syna, niemniej Bobby bardzo teraz żałował, że nie poprosił doktora, by zawiadomił ojca o zaistniałej sytuacji. Wielebny Thomas Jones należał bowiem do ludzi o słabej konstytucji nerwowej. A właściwie – mówiąc bez ogródek – zazwyczaj robił z igły widły. Kiedy zaś popadał w niezdrowe podniecenie, jego system trawienny odmawiał posłuszeństwa i przyprawiał wielebnego o niewysłowione cierpienia. Bobby uważał swego rodziciela za żałosnego starego osła, niemniej kochał go gorąco. Proboszcz natomiast nazywał w myślach swojego czwartego syna żałosnym młodym osłem i nie odznaczając się równie dużą tolerancją jak Bobby, nieustannie usiłował zreformować najmłodszą latorośl.

Biedny staruszek, pomyślał chłopak. Zacznie się miotać jak szalony. Nie będzie wiedział, czy rozpocząć mszę, czy raczej przełożyć ją na późniejszą godzinę. Tak bardzo się przy tym zdenerwuje, że dostanie kataru żołądka i nie zdoła nic przełknąć na kolację. Oczywiście nie wykaże dość rozsądku i nie dojdzie do wniosku, że syn nigdy by go nie zawiódł, jeśli nie miałby ku temu istotnych powodów – a poza tym, co to w gruncie rzeczy miało za znaczenie? Nie, ojciec nigdy nie zdoła spojrzeć na życie z podobnej perspektywy. Ostatecznie nikt, kto przekroczył pięćdziesiątkę, nie jest zdolny do logicznego rozumowania – wszyscy zadręczają się na śmierć zupełnie nieistotnymi błahostkami. Cóż, po prostu zostali nieodpowiednio wychowani i teraz już nic nie mogą na to poradzić. Nieszczęsny stary papcio! Brak mu zdrowego rozsądku!

Tak oto Bobby rozmyślał o swoim ojcu – z mieszaniną miłości i irytacji. Życie w rodzinnym domu zdawało mu się niekończącym pasmem poświęceń i wyrzeczeń wobec ojca. Wielebny Jones natomiast był przekonany, że to on się poświęca, a w zamian spotyka się jedynie z niezrozumieniem i niewdzięcznością ze strony młodego pokolenia.

Ależ ten doktor się guzdrze! Doprawdy, już najwyższy czas, żeby się zjawił.

Bobby wstał i niecierpliwie tupnął nogą. W tej samej chwili dobiegł go odgłos kroków. Spojrzał w górę, wdzięczny losowi, że wreszcie zostanie zwolniony ze smutnego obowiązku.

Nie ujrzał jednak lekarza, lecz nieznajomego w pumpach.

– Rety, czyżby doszło do wypadku? – zainteresował się przybysz. – Mógłbym w czymś pomóc?

Był to wysoki mężczyzna o przyjemnym głosie. Bobby nie mógł mu się jednak dobrze przyjrzeć, bo już zapadał zmierzch.

Zaczął opowiadać, co się wydarzyło, a nieznajomy od czasu do czasu wydawał okrzyki pełne zgrozy. Zdawał się wstrząśnięty.

– Czy na pewno nie mógłbym nic zrobić? – odezwał się w końcu. – Może przynajmniej sprowadzę pomoc?

Bobby wyjaśnił, że pomoc jest już w drodze, i zapytał, czy nie widać nikogo na horyzoncie.

– Jak na razie ani śladu żywej duszy.

– To fatalnie – jęknął Bobby. – Jestem umówiony na szóstą.

– A jednocześnie nie chciałby pan zostawić...

– Właśnie. To znaczy, nieborak jest już martwy i tak dalej, no i oczywiście nic nie można na to poradzić, mimo to...

Bobby miał zawsze kłopoty z wyrażaniem skomplikowanych uczuć, jednak nieznajomy pojął wszystko w lot.

– Wiem, jak to jest. Proszę posłuchać. Zejdę na dół, o ile tylko uda mi się dostrzec przejście, i zostanę tutaj, dopóki nie nadciągną posiłki.

– Doprawdy? – Bobby nie posiadał się z wdzięczności. – Bo widzi pan, chodzi o mojego ojca. Jest w gruncie rzeczy bardzo poczciwy, ale byle co wyprowadza go z równowagi. Z nim właśnie się umówiłem. Widzi pan już ścieżkę? Odrobinę bardziej w lewo... a teraz w prawo... tak, doskonale. To w zasadzie całkiem proste, prawda?

Udzielał mężczyźnie wskazówek, póki nie stanęli twarzą w twarz na wąskiej półce skalnej. Nieznajomy okazał się trzydziestoparoletnim mężczyzną o zdumiewająco pozbawionej wyrazu twarzy, aż proszącej się o jakiś zdecydowany wyróżnik – monokl czy może wąsy.

– Jestem obcy w tych stronach – wyznał. – A tak przy okazji, nazywam się Bassington-ffrench. Przyjechałem, żeby poszukać jakiegoś domu w okolicy. A tu niespodziewanie taka historia! Cóż za nieszczęście. Myśli pan, że nie zauważył tego ostrego zakrętu i dlatego runął w przepaść?

Bobby skinął głową.

– Akurat znad morza podniosła się mgła – wyjaśnił. – Choć i bez tego to bardzo niebezpieczny odcinek drogi. Cóż, ja w takim razie już się pożegnam. Gorąco panu dziękuję. To niesłychanie uprzejmie z pana strony.

– Ależ nie ma o czym mówić. Ostatecznie każdy by tak postąpił na moim miejscu. Nie można przecież zostawić nieszczęśnika samego. Byłoby to... nieprzyzwoite.

Bobby wspiął się w górę stromą ścieżką. Gdy dotarł na szczyt, pomachał jeszcze nieznajomemu na pożegnanie, po czym puścił się biegiem na przełaj. By zaoszczędzić parę cennych minut, nie pofatygował się do bramy przy drodze, ale przeskoczył przykościelny mur, wzbudzając tym głębokie zgorszenie wielebnego, obserwującego owe akrobacje z okna zakrystii.

Było już pięć po szóstej, nadal jednak niski dźwięk dzwonu zwoływał wiernych na modlitwę.

Wyrzuty zostały odroczone do czasu zakończenia ceremonii. Zdyszany Bobby opadł na taboret, pomanipulował gałkami rejestrów, po czym – zainspirowany wydarzeniami popołudnia – zaczął grać „Marsza pogrzebowego” Chopina.

Po mszy proboszcz, bardziej ze smutkiem niż ze złością (co dobitnie zaznaczył na wstępie), zaczął strofować syna.

– Jeżeli nie jesteś w stanie wykonać jakiejś pracy należycie, to najlepiej w ogóle się do niej nie zabieraj, mój drogi Bobby. Wiem, że twoje pokolenie nie ma pojęcia, co to punktualność, jednak w żadnym razie nie godzi się kazać czekać Najwyższemu. Z własnej nieprzymuszonej woli zaproponowałeś, że zagrasz na organach. Ja cię do tego nie nakłaniałem. A mimo to lekkomyślnie i samolubnie przedłożyłeś rozegranie partii golfa nad...

 

Bobby uznał, że musi przerwać tę tyradę, zanim ojciec rozkręci się na dobre.

– Wybacz, tato – wtrącił energicznym, radosnym tonem, typowym dla niego bez względu na aktualnie poruszany temat. – Tym razem jednak spóźnienie nie wyniknęło z mojej winy. Musiałem czuwać przy zwłokach.

– Co takiego?!

– Czuwać przy nieboraku, który runął w przepaść. Wiesz, z tego stromego urwiska przy podejściu do siedemnastego dołka. Niespodziewanie mgła uniosła się znad morza i ów nieszczęśnik zapewne nie dojrzał zakrętu. Poleciał w dół na łeb, na szyję.

– Wielkie nieba! – wykrzyknął proboszcz. – Cóż za tragedia! Czy zginął na miejscu?

– Nie. Ale był nieprzytomny i zmarł tuż po tym, jak doktor Thomas poszedł po pomoc. Ja oczywiście musiałem odsiedzieć przy nim swoje, nie mogłem przecież tak ot, się ulotnić. Po pewnym czasie zjawił się jakiś nieznajomy i przekazałem mu funkcję głównego żałobnika, sam zaś przygnałem tu na jednej nodze.

Z piersi proboszcza wyrwało się głębokie westchnienie.

– Och, mój drogi Bobby. Czy już doprawdy nic nie zdoła cię wyrwać z tej ubolewania godnej bezduszności? Nawet nie wiesz, jak wielkim napawa mnie to smutkiem. Oto niespodziewanie zetknąłeś się ze śmiercią, do tego śmiercią nagłą i tragiczną. A ty stroisz sobie żarty! Jesteś niewzruszony niczym głaz. Wszystko, absolutnie wszystko, bez względu na to, jak bardzo wzniosłe czy święte, stanowi dla waszego pokolenia jedynie asumpt do kpin.

Bobby niecierpliwie przestępował z nogi na nogę. Jeżeli ojciec nie potrafi pojąć, że obraca się w żart właśnie te sprawy, które wywołują niepokój bądź wprawiają w przygnębienie, w takim razie już do końca życia będzie musiał tkwić w mrokach niewiedzy. Bo tego nie da się wyjaśnić żadnymi słowami. Tak czy owak nie ulegało wątpliwości, że w obliczu śmierci i dramatu należy wykazać się stoicyzmem.

To zapewne z powodu wojny... – wiedziony lojalnością, Bobby zaczął tłumaczyć rodziciela w myślach. Tak głęboko nimi wstrząsnęła, że już nigdy nie zdołali odzyskać równowagi.

Bardzo wstydził się za ojca, a jednocześnie szczerze mu współczuł.

Wielebny tymczasem szczerze współczuł swojemu synowi, ale jednocześnie bardzo się za niego wstydził. Ten młody człowiek traktował życie zatrważająco lekko. Nawet jego przeprosiny były zdawkowe i wygłoszone bez cienia skruchy.

Ostatecznie ramię w ramię ojciec i syn ruszyli w stronę probostwa.

Ciekawe, kiedy wreszcie Bobby znajdzie jakieś sensowne zajęcie... – myślał po drodze proboszcz.

Ciekawe, jak długo jeszcze zdołam tu wytrzymać... – myślał Bobby.

W gruncie rzeczy jednak bardzo się obaj kochali.

ROZDZIAŁ 3

Podróż koleją

Bobby nie miał pojęcia, jak dalej potoczyły się wypadki związane z jego ponurą przygodą, już następnego ranka bowiem wyjechał do Londynu. Miał się tam spotkać z pewnym przyjacielem, który założył warsztat samochodowy i uznał, że pomoc Bobby’ego w tym przedsięwzięciu mogłaby się okazać bardzo cenna.

Dwa dni później, po uzgodnieniach satysfakcjonujących obie strony, Bobby złapał pociąg do domu odjeżdżający o 11.30. Złapał zresztą tylko cudem, bo na stację Paddington wpadł o 11.28. W pełnym pędzie ruszył więc podziemnym przejściem i wyłonił się na peronie numer 3 dokładnie w tym samym momencie, gdy pociąg ruszał z miejsca. Nie myśląc wiele, rzucił się w stronę pierwszego lepszego wagonu, lekceważąc oburzenie depczących mu po piętach konduktorów.

Ostro szarpnął za klamkę i wylądował jak długi na podłodze, ale szczęśliwie jakiś zwinny bagażowy zdołał zatrzasnąć za nim drzwi. Kiedy Bobby zaczął się gramolić na nogi, zdał sobie sprawę, że trafił do wagonu pierwszej klasy i na dodatek nie jest w przedziale jedynym pasażerem.

W kącie, zwrócona twarzą do kierunku jazdy, siedziała młoda brunetka z papierosem w dłoni. Była ubrana w czerwoną spódnicę, zielony krótki żakiet oraz jaskrawoniebieski beret i choć przypominała nieco małpkę kataryniarza (zapewne za sprawą smętnego spojrzenia ciemnych oczu o kształcie migdała), była wyjątkowo atrakcyjna.

Bobby zaczął ją gorąco przepraszać, aż nagle zaniemówił z wrażenia.

– Frankie! To naprawdę ty! – wykrzyknął po chwili. – Nie widziałem cię od wieków!

– Tak samo jak ja ciebie. Siadaj, pogadamy.

Bobby uśmiechnął się rozbrajająco.

– Mam bilet nie tego koloru, co trzeba.

– Nieważne – rzuciła Frankie beztrosko. – Dopłacę różnicę.

– To obrażałoby moją męską dumę – żachnął się Bobby. – Jakże mógłbym pozwolić, żeby płaciła za mnie kobieta?

– Mam wrażenie, że w dzisiejszych czasach tylko do tego jesteśmy potrzebne.

– Sam za siebie zapłacę – zdecydował Bobby heroicznie, gdy za drzwiami od strony korytarza zamajaczyła postać w granatowym mundurze.

– Zdaj się na mnie – zarządziła Frankie.

Uśmiechnęła się czarująco do konduktora, który na jej widok przytknął dłoń do daszka czapki, po czym skasował podany bilet.

– Pan Jones wpadł, by chwilę ze mną porozmawiać – oznajmiła. – Mam nadzieję, że nie ma pan nic przeciwko temu?

– W żadnym razie, jaśnie panienko. Mniemam, że obecny tu dżentelmen nie zabawi długo. – Odchrząknął taktownie. – Pojawię się w tym wagonie ponownie, dopiero kiedy miniemy Bristol – dorzucił znacząco.

– Co też może zdziałać jeden uśmiech – zauważył z podziwem Bobby, gdy konduktor już zniknął za drzwiami.

Lady Frances Derwent potrząsnęła głową w zamyśleniu.

– Podejrzewam, że to nie zasługa mojego uśmiechu, lecz ekstrawaganckiej rozrzutności ojca. Ilekroć papa podróżuje koleją, ma zwyczaj wręczać wszystkim pięć szylingów napiwku.

– Hm... wiesz, Frankie, byłem przekonany, że już na dobre opuściłaś Walię.

– Rzeczywiście, rzadko wracam w rodzinne strony – odparła z westchnieniem. – Ale sam wiesz, jak zacofani i męczący potrafią być rodzice. Dodaj do tego te staroświeckie łazienki w opłakanym stanie oraz kompletny brak rozrywek i towarzystwa. W dzisiejszych czasach ludzie nie chcą przyjeżdżać na wieś. Twierdzą, że muszą oszczędzać i nie stać ich na podobne eskapady. Cóż więc w takiej sytuacji ma począć dziewczyna?

Bobby pokiwał głową, boleśnie świadomy problemu.

– Jednak po wczorajszym wieczorze – ciągnęła Frankie – doszłam do wniosku, że już nawet w domu nie może być gorzej.

– A co wydarzyło się wczoraj wieczorem?

– Właściwie nic. W gruncie rzeczy przypominał wszystkie inne. Tyle że aż za bardzo. Umówiliśmy się o wpół do dziewiątej w Savoyu. Część z nas dotarła tam niemal godzinę później, ci zaś, co przyszli wcześniej, zdążyli się już przyłączyć do innego towarzystwa, więc zebraliśmy się razem gdzieś koło dziesiątej. Zjedliśmy kolację i posiedzieliśmy jeszcze przez chwilę, a potem pojechaliśmy do Marionette, gdyż gruchnęła pogłoska, że policja ma zrobić tam nalot. Niestety, nic się nie wydarzyło, nuda jak flaki z olejem, więc popiliśmy sobie trochę i przenieśliśmy się do Bullring. Ale tam było jeszcze gorzej. Poszliśmy więc do małej kafejki, a potem do taniego baru rybnego i w końcu postanowiliśmy, że niezapowiedziani wpadniemy na śniadanie do wuja Angeli, żeby go zbulwersować. On jednak wcale nie był zbulwersowany, tylko śmiertelnie nami znudzony, więc stamtąd powoli rozeszliśmy się do domów. Wierz mi, Bobby, żałosna historia.

– Zapewne – mruknął Bobby, z trudem tłumiąc zazdrość. Nawet w najśmielszych marzeniach nie zakładał bowiem, że kiedykolwiek mógłby zostać członkiem takich klubów jak Marionette czy Bullring.

Jego znajomość z Frankie była dość niezwykłej natury.

W dzieciństwie wraz z braćmi często bawił się z dziećmi z Zamku. Teraz, kiedy już dorośli, ich ścieżki rzadko się krzyżowały, jeśli jednak tak się zdarzyło, wszyscy byli nadal ze sobą po imieniu. Przy rzadkich okazjach, gdy Frankie pojawiała się w domu, Bobby i jego bracia byli zapraszani do posiadłości earla Derwent na partie tenisa, bo w sportowych zmaganiach zawsze przydawało się kilku dodatkowych mężczyzn. Natomiast Frankie i jej bracia nigdy nie byli podejmowani na plebanii. Milcząco zakładano, że nie byłaby to dla nich atrakcyjna rozrywka. I pomimo zwracania się do siebie per ty wszyscy odczuwali pewne skrępowanie. Derwentowie zachowywali się odrobinę zbyt wylewnie – jak gdyby chcieli pokazać światu, że w żadnym razie nie są ulepieni z lepszej gliny. Jonesowie natomiast utrzymywali pewien dystans, jakby chcieli podkreślić, że w żadnym wypadku nie zamierzają nadużywać tej znajomości. Obecnie obu rodzin nic nie łączyło poza kilkoma wspomnieniami z okresu dzieciństwa. Niemniej Bobby szalenie lubił Frankie i zawsze się cieszył, gdy dzięki szczęśliwemu zrządzeniu losu mieli okazję się spotkać.

– Jestem taka zmęczona życiem – poskarżyła się Frankie znużonym tonem. – A ty?

Bobby podumał przez chwilę nad tą kwestią.

– Nie. Nie wydaje mi się.

– To cudownie, mój drogi.

– Nie chcę przez to powiedzieć, że jestem tryskającym optymizmem wesołkiem – zastrzegł Bobby gorliwie, żeby przypadkiem nie wyjść na żałosnego osła. – Osobiście nie jestem w stanie znieść wesołkowatych typów.

Frankie zadrżała na samo wspomnienie tego słowa.

– Wiem, co masz na myśli. Są odrażający.

Wymienili pełne zrozumienia spojrzenia.

– A tak à propos, co to za historia z tym człowiekiem, który zleciał z klifu? – zapytała niespodziewanie.

– To ja i doktor Thomas go znaleźliśmy – odparł Bobby. – Skąd jednak ty się o tym dowiedziałaś?

– Przeczytałam w gazecie. Sam zobacz.

Postukała palcem w krótką notkę prasową zatytułowaną: „Mgła znad morza przyczyną śmiertelnego wypadku”, której treść brzmiała następująco:

Mężczyzna, który niedawno padł ofiarą tragicznego wypadku w Marchbolt, został wczoraj wieczorem zidentyfikowany dzięki znalezionej przy nim fotografii, przedstawiającej panią Leonową Cayman. Pani Cayman niezwłocznie przyjechała do Marchbolt, gdzie w zmarłym rozpoznała swojego brata, Alexa Pritcharda. Pan Pritchard parę tygodni temu powrócił z Syjamu. Przebywał poza Anglią dziesięć lat, do Walii zaś udał się w celu odbycia kilku pieszych wędrówek. Rozprawa u koronera odbędzie się jutro w Marchbolt.

Bobby’emu natychmiast stanęła przed oczami niepokojąco piękna twarz z fotografii.

– Zapewne będę musiał zeznawać na rozprawie – mruknął.

– Jakie to ekscytujące! Przyjdę cię posłuchać.

– Nie sądzę, żebyś z moich ust usłyszała cokolwiek ekscytującego. Myśmy go tylko znaleźli.

– Czy zginął na miejscu?

– Nie. Zmarł mniej więcej kwadrans później. Zostałem przy nim sam i tylko ja byłem świadkiem jego śmierci... – urwał gwałtownie.

– Ponura sprawa – stwierdziła Frankie głosem pełnym zrozumienia, którego tak brakowało wielebnemu.

– Na szczęście nie cierpiał...

– Nie?

– Ale najgorsze jest to, że... jak by to powiedzieć? Wydawał się człowiekiem nadzwyczaj żywotnym i pełnym energii, a spotkał go tak beznadziejny koniec: odrobina mgły, jeden fałszywy krok i upadek w przepaść.

– Pojmuję – odparła Frankie głosem pobrzmiewającym współczuciem. – Poznałeś jego siostrę? – spytała po chwili.

– Nie, bo już następnego ranka wyjechałem do Londynu. Musiałem się spotkać z przyjacielem, z którym będę rozkręcać warsztat samochodowy. Ty go zresztą znasz. To Badger Beadon.