Trzy kobietyTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Motto

Od autorki

Prolog

Maggie

Lina

Sloane

Maggie

Lina

Maggie

Sloane

Lina

Maggie

Lina

Maggie

Sloane

Lina

Maggie

Sloane

Maggie

Lina

Sloane

Maggie

Epilog

Podziękowania

Tytuł oryginału THREE WOMEN

Przekład AGA ZANO

Wydawca ALICJA GAŁANDZIJ

Redaktorka prowadząca AGNIESZKA RADTKE

Redakcja MAGDALENA JANKOWSKA

Korekta MAŁGORZATA KUŚNIERZ, JAN JAROSZUK

Projekt okładki ALISON FORNER

Adaptacja projektu okładki AGNIESZKA WRZOSEK

Opracowanie typograficzne, łamanie | manufaktu-ar.com

Copyright © 2019 by Lisa Taddeo

Copyright © for the translation by Aga Zano

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2020

Warszawa 2020

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-66335-72-1

Wydawnictwo Marginesy Sp. z o.o.

ul. Mierosławskiego 11A

01-527 Warszawa

tel. 48 22 663 02 75

e-mail: redakcja@marginesy.com.pl

www.marginesy.com.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Dla Fox

Ten, kto patrzy przez otwarte okno, nigdy nie zobaczy tylu rozmaitych rzeczy, co ten, kto z zewnątrz wpatruje się w okno zamknięte. Nie ma nic równie głębokiego, tajemniczego, niewyczerpanego, równie mrocznego i olśniewającego jak okno oświetlone świecą. To, co można zobaczyć w blasku słońca, nigdy nie jest tak ciekawe jak to, co dzieje się za szybą. W tej czarnej lub jaśniejącej dziurze żyje życie, życie marzy i cierpi.

CHARLES BAUDELAIRE, przeł. Ryszard Engelking

od autorki

Ta książka nie jest dziełem fikcji. W ciągu ośmiu lat spędziłam tysiące godzin z bohaterkami mojej opowieści – spotykałyśmy się, rozmawiałyśmy przez telefon, pisałyśmy do siebie esemesy i mejle. W dwóch przypadkach przeprowadziłam się do ich miast, by lepiej zrozumieć codzienność tych kobiet. Bezpośrednio obserwowałam wiele opisanych tu sytuacji. Podczas odtwarzania wydarzeń z przeszłości lub chwil, których nie byłam naoczną świadkinią, polegałam na wspomnieniach moich bohaterek, zapiskach z ich dzienników i archiwach wiadomości. Przeprowadzałam wywiady z ich przyjaciółmi i członkami rodziny, śledziłam ich media społecznościowe. Przez większość czasu jednak trzymałam się punktu widzenia trzech kobiet.

Podczas zbierania informacji korzystałam z dokumentacji sądowej i artykułów z prasy lokalnej, rozmawiałam z dziennikarzami, sędziami, prawnikami, śledczymi, kolegami i koleżankami z pracy oraz osobami z otoczenia głównych bohaterek, żeby potwierdzić przebieg wydarzeń i ustalić ich chronologię. Niemal wszystkie cytaty zamieszczone w książce pochodzą z dokumentacji prawnej, mejli, listów, nagrań i wywiadów z tymi kobietami oraz innymi osobami pojawiającymi się na kartach książki. Istotny wyjątek uczyniłam w jednym przypadku: nie miałam dostępu do esemesów, papierowych listów i niektórych mejli, pozostało mi więc oprzeć się na wielokrotnie powtarzanych wspomnieniach bohaterki, skonfrontowanych z perspektywą osoby, z którą korespondowała.

Wybrałam akurat te trzy kobiety ze względu na wiarygodność ich historii, intensywność przebytych doświadczeń oraz fakt, że te wydarzenia, nawet jeśli należały już do przeszłości, nadal ciążyły moim bohaterkom na sercu. Musiałam ograniczyć poszukiwania wyłącznie do kobiet gotowych na rozmowę o swoich przeżyciach szczerze, bez zahamowań i ze zgodą na publikację. Kilka kobiet zgodziło się na udział w projekcie, ale zrezygnowały w połowie pracy ze strachu przed ujawnieniem. Za główne kryterium przyjęłam jednak to, w jakim stopniu kobiety, z którymi będę współpracować, potrafią być szczere same ze sobą i opowiedzieć o swoich losach bez obawy, że obnażą własne pragnienia i potrzeby.

Inne osoby pojawiające się w książce nie mają równie wyrazistych głosów co trzy główne bohaterki. Składają się na nią historie trzech kobiet, i to im należy się pierwszeństwo. Postanowiłam chronić prywatność osób niewypowiadających się bezpośrednio, dlatego w dwóch nieupublicznionych wcześniej przypadkach zmieniłam niemal wszystkie imiona, dokładne miejsca zdarzeń i rozpoznawalne szczegóły. W trzeciej narracji zmieniłam dane osób, które nie występowały publicznie lub odgrywały mało istotną rolę w omawianych wydarzeniach.

Jestem przekonana, że materiał zebrany w tej książce zawiera istotne prawdy o kobietach i pożądaniu. Nie wolno nam jednak zapominać, że koniec końców poznajemy tylko opowieści trzech konkretnych osób, w pełni kontrolujących swoje wypowiedzi. Każda historia ma wiele stron – ta należy do nich.

prolog

Kiedy moja matka w młodości pokonywała drogę do pracy, codziennie rano szedł za nią mężczyzna i się masturbował, zaledwie kilka kroków dalej. Matka skończyła tylko szkołę podstawową, a w posagu wniosła do nowego domu jedynie komplet średniej jakości lnianych ściereczek kuchennych, ale była piękna. Do dziś właśnie to określenie jako pierwsze przychodzi mi do głowy, gdy mam ją opisać. Włosy koloru czekoladek sprzedawanych w Alpach Tyrolskich zawsze układała tak samo – w krótkie loki zebrane wysoko na głowie. Wszyscy inni członkowie rodziny mieli oliwkową skórę; jej odróżniała się szczególnym odcieniem delikatnego różu, jak tanie złoto. W jej brązowych oczach dawało się dostrzec sarkastyczny, filuterny błysk.

Pracowała jako główna kasjerka na stoisku z owocami i warzywami w centrum Bolonii, przy Via San Felice, długiej ulicy prowadzącej przez dzielnicę mody, pełnej sklepów z butami, biżuterią, perfumami, tytoniem i ubraniami dla kobiet, które nie musiały zarabiać na życie. Matka mijała wszystkie te butiki w drodze do pracy. Zaglądała w okna witryn, podziwiała trzewiki z delikatnej skóry i lśniące wisiorki na łańcuszkach.

Przed wejściem do strefy zakupów czekał ją cichy spacer wąskimi alejkami zamkniętymi dla ruchu kołowego; przechodziła obok zakładu ślusarskiego i sklepu mięsnego z sarniną, a samotne portyki woniały moczem i zatęchłą wodą zbierającą się w zagłębieniach kamieni. To właśnie po tych uliczkach szedł za nią mężczyzna.

Gdzie zobaczył ją po raz pierwszy? Przypuszczam, że na stoisku z owocami. Piękna kobieta wśród obfitych pagórków świeżych smakołyków – soczystych fig, kopczyków kasztanów, słonecznych brzoskwiń, śnieżnobiałych główek kopru włoskiego, zielonych kalafiorów, pomidorów na gałązkach, o skórce wciąż przykurzonej pyłem z grządki, piramid ciemnofioletowych bakłażanów, maleńkich, lecz obłędnych w smaku truskawek, lśniących wiśni, krągłych winogron, pomarańczowych persymon – i woreczków z przypadkowo dobranymi kaszami, makaronami, pieczywem. Tu taralli i friselle, tam bagietki, miedziane garnki, tabliczki czekolady do wypieków.

Był po sześćdziesiątce, wielkonosy, łysiejący, z kępkami szpakowatej szczeciny na zapadniętych policzkach. Nosił kaszkiet, jak wszyscy starzy mężczyźni, którzy postukują laską o bruk podczas codziennej camminaty.

Któregoś dnia zapewne śledził ją w drodze do domu, bo w czysty majowy poranek matka pchnęła ciężkie drzwi swojej klatki schodowej i wyszła z ciemności na oślepiające słońce – we Włoszech niemal w każdej kamienicy na korytarzu panuje mrok; światła są przygaszone i zapalane na krótko w służbie oszczędności – a na zewnątrz stał ten starszy pan. Nigdy wcześniej go nie widziała. Czekał na nią.

 

Uśmiechnął się, a ona zrobiła to samo. Następnie ruszyła do pracy, jak zwykle z niedrogą torebką na ramieniu i w sukience do połowy łydki. Jej nogi miały absurdalnie kobiecy kształt, nawet kiedy była już w podeszłym wieku. Wyobrażam sobie, co musiało się dziać w głowie tego mężczyzny, gdy zobaczył nogi mojej matki i postanowił pójść ich śladem. Oto dziedzictwo setek lat przeżytych w cieniu męskiego spojrzenia: heteroseksualne kobiety często spoglądają na siebie nawzajem tak, jak patrzyłby na nie mężczyzna.

Wyczuwała jego obecność za plecami przez wiele przecznic, gdy mijała stoisko sprzedawcy oliwek, a potem sklep z półkami pełnymi butelek z porto i sherry. Mężczyzna nie szedł za nią tak po prostu. Na zakręcie kątem oka dostrzegła jakiś ruch. Brukowane ulice świeciły o tej godzinie pustkami, jutrzenka pulsowała nad miastem jak ćmiący ból zęba. Moja matka odwróciła się i zobaczyła, że mężczyzna wyciągnął ze spodni penisa, długiego, cienkiego i sztywnego, i gwałtownie przesuwał po nim dłonią w górę i w dół. Wpatrywał się w moją matkę z takim spokojem, jakby tym, co działo się poniżej jego pasa, sterował zupełnie inny mózg.

Wtedy się przeraziła, ale z czasem wspomnienie strachu tamtego pierwszego poranka spłowiało i przeszło w sardoniczne rozbawienie. Przez kolejne miesiące mężczyzna kilka razy w tygodniu pojawiał się rano przed jej mieszkaniem, aż w końcu zaczął ją odprowadzać również z pracy do domu. W szczytowym momencie znajomości chodził za nią dwa razy dziennie.

Moja matka już nie żyje, więc nie mogę jej spytać, dlaczego dzień po dniu na to pozwalała. Zamiast tego poruszyłam temat w rozmowie ze starszym bratem. Czemu nic nie zrobiła, nikomu nie powiedziała?

Mieszkała we Włoszech, w latach sześćdziesiątych. Policjanci powiedzieliby tylko: Ma lascialo perdere, è un povero vecchio. È una meraviglia che ha il cazzo duro a sua età.

Da pani spokój, biedny dziadek. Cud, że w ogóle jeszcze mu staje w tym wieku.

Moja matka pozwoliła temu mężczyźnie masturbować się na widok jej ciała, jej twarzy, kiedy chodziła do pracy i z powrotem. Nie należała do kobiet, którym sprawiałoby to przyjemność. Chociaż nie dałabym za to głowy. Nigdy nie mówiła, czego chce. Co ją podnieca albo odpycha. Czasami miałam wrażenie, że moja matka nie ma własnych pragnień, a jej seksualność to słabo widoczna leśna ścieżka, wydeptana przez zaledwie jedną parę butów brodzących w wysokiej trawie. Buty te należały do mojego ojca.

Ojciec uwielbiał kobiety i okazywał to w sposób niegdyś uważany za ujmujący. Był lekarzem; do pielęgniarek, które mu się podobały, mówił „cukiereczku”, a do tych, za którymi nie przepadał, zwracał się „słonko”. Matkę kochał ponad wszystko. Pociągała go w tak oczywisty sposób, że do dziś czuję się niezręcznie na samo wspomnienie.

Nigdy nie zastanawiałam się nad pożądaniem, jakie odczuwał mój ojciec, ale ujmowało mnie coś w jego pasji, w sile męskiego pragnienia w ogóle. Mężczyźni nie ograniczają się tak po prostu do chcenia. Oni potrzebują. Ten, który codziennie chodził za moją matką, musiał to robić. Prezydenci porzucają wizje chwały, gdy ktoś chce im zrobić laskę. Mężczyzna potrafi przehandlować dzieło całego życia za jedną chwilę. Nie przekonuje mnie teoria, jakoby mężczyźni u władzy mieli tak rozdęte ego, że nie spodziewają się przyłapania na gorącym uczynku. Przypuszczam raczej, że ich pożądanie przybiera takie rozmiary, wobec których wszystko inne – rodzina, dom, kariera – rozpuszcza się w kilku kroplach płynu chłodniejszego i rzadszego niż nasienie. Odchodzą w nicość.

Kiedy w mojej głowie narodził się pomysł na książkę o ludzkim pożądaniu, spodziewałam się, że przyciągną mnie przede wszystkim opowieści mężczyzn. Ich pragnienia. To, jak potrafią całe imperium postawić na głowie w zamian za dziewczynę posadzoną na swoich kolanach. Zaczęłam więc od rozmów z mężczyznami: z filozofem w Los Angeles, nauczycielem w New Jersey, politykiem w Waszyngtonie. Owszem, pociągały mnie ich historie. Wracałam do nich tak, jak wraca się do ulubionej przystawki w chińskiej restauracji.

Opowieść filozofa zaczęła się jako zwierzenia przystojnego mężczyzny, którego mniej atrakcyjna żona nie chciała z nim sypiać – ze wszystkimi rekwizytami w postaci straszliwych cierpień, wygasającego uczucia i pożądania – by przejść w historię faceta, który chciał się przespać z wytatuowaną masażystką, pomagającą mu w bólu pleców. Któregoś jasnego poranka napisał mi: „Powiedziała, że chce ze mną uciec do Big Sur”. Następnego dnia spotkaliśmy się w kawiarni. Opisywał mi biodra masażystki. Jego namiętność nie zachowała wiele szlachetności w zestawieniu ze wszystkim, co stracił w związku; przypominała raczej formalność.

Historie mężczyzn zaczęły się ze sobą zlewać. Czasami koncentrowały się na długotrwałym uwodzeniu; innym razem uwodzenie kojarzyło się z urabianiem. Najczęściej jednak opowieści kończyły się rozdygotanym pulsowaniem orgazmu. Odkryłam też, że podczas gdy zapał mężczyzn gasł wraz z ostatnią salwą orgazmu, historie kobiet nierzadko dopiero wtedy się zaczynały. Zorientowałam się, że kobiety doświadczają takich samych zdarzeń w sposób złożony, piękny, a często podszyty przemocą. Z tych i wielu innych przyczyn to właśnie kobiece głosy złożyły się na interludium, które w moich oczach zaczęło reprezentować obraz tęsknoty i pragnienia w Ameryce.

Oczywiście kobiece pożądanie mogło być równie obcesowe co męskie, a kiedy stawało się siłą napędową, kiedy dążyło do sytuacji, którą będzie mogło kontrolować, traciłam zainteresowanie. W opowieściach, w których pożądania nie dawało się opanować, i to jego obiekt emanował siłą decyzyjną, odkrywałam najwięcej zachwytu i cierpienia. Przypominało pedałowanie na rowerze do tyłu, w akcie próżnej agonii, aż wreszcie otwierało drogę do zupełnie innego świata.

Aby odnaleźć te historie, musiałam sześć razy przemierzyć cały kraj. Luźno planowałam kolejne przystanki. Najczęściej trafiałam do mieścin w rodzaju Medory w Dakocie Północnej. Zamawiałam grzanki z kawą i czytałam miejscową gazetę. Tak znalazłam Maggie, młodą kobietę, którą nawet te młodsze od niej nazywały „szmatą” i „tłustą zdzirą”. Napiętnowano ją za pragnienie związku z żonatym nauczycielem z jej liceum. W opowieści Maggie zafascynował mnie brak stosunku seksualnego między nią a tym mężczyzną. Partner ponoć zaspokajał ją oralnie, ale nie pozwalał, żeby ona choćby rozpięła mu spodnie. Zrobił za to coś innego – umieścił żółte karteczki samoprzylepne z notatkami w jej ulubionej książce Zmierzch. Znajdował podobieństwa między ich relacją a opisami romantycznej więzi łączącej kochanków z kart powieści. Wielka liczba notatek oraz ich niezwykła szczegółowość poruszyły dziewczynę, wprawiły ją w uniesienie. Nie mogła uwierzyć, że tak podziwiany przez nią nauczyciel przeczytał całą książkę, nie wspominając o uważnych komentarzach, jak gdyby prowadził zajęcia o wampirzych kochankach. Wspomniała też, że spryskał kartki książki swoją wodą kolońską, bo wiedział, że Maggie uwielbiała jego zapach. Bez trudu mogłam sobie wyobrazić pustkę odczuwaną przez moją rozmówczynię: dostawała takie liściki, przeżywała taki związek, a potem nagle została tego pozbawiona.

Natknęłam się na Maggie, kiedy sytuacja zmieniała się ze złej w straszną. Młoda kobieta sprawiała wrażenie osoby w koszmarny sposób odciętej od seksualności i doświadczeń cielesnych. Zrelacjonuję przebieg wydarzeń tak, jak ona je widziała; inaczej, niż zostały przedstawione w sądzie, zresztą ława przysięgłych patrzyła na sytuację z zupełnie innej perspektywy. Opowieść Maggie stawia przed czytelnikiem aż nazbyt znajomo brzmiące pytanie: kto, kiedy i dlaczego wierzy świadectwom kobiet, a kto, kiedy i dlaczego nie daje im wiary?

Od setek lat mężczyźni łamią kobietom serca w szczególny sposób. Kochają je całymi sobą albo połowicznie, a potem się tym nużą i tygodniami albo miesiącami próbują się bezszelestnie wyplątać, podkulają ogony, otrząsają się i już nigdy nie dzwonią. A kobiety czekają. Im bardziej są zakochane i im mniej mają alternatyw, tym dłużej trwają na posterunku z nadzieją, że on wróci, z rozbitym telefonem i rozkwaszoną twarzą, i na wejściu oznajmi: „Wybacz mi, zostałem pogrzebany żywcem. Przez cały ten czas myślałem tylko o tobie i bałem się, czy nie dojdziesz do wniosku, że cię porzuciłem, a ja po prostu straciłem twój numer, ukradli mi go ci bandyci, którzy zakopali mnie dwa metry pod ziemią, a potem przez trzy lata wertowałem wszystkie książki telefoniczne, aż wreszcie cię odnalazłem. Nie zniknąłem, uczucie ze mnie nie wyparowało. Miałaś rację, sądząc, że to byłoby okrutne, niedopuszczalne, niemożliwe. Wyjdź za mnie”.

Maggie, w jej wersji wydarzeń, została zniszczona przez domniemane przestępstwo nauczyciela, ale miała coś, co rzadko dostaje się kobietom porzuconym: szczególną władzę wynikającą z jej wieku i zawodu byłego kochanka. Sądziła, że ta władza została jej nadana przez amerykańskie prawo. Ostatecznie przekonała się jednak, że rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej.

Niektóre kobiety czekają, bo obawiają się, że jeśli zrezygnują, grozi im zniknięcie. Wydaje im się, że nikogo poza tym jedynym już nie zapragną. Ten problem miewa podłoże ekonomiczne. Rewolucja późno dociera tam, gdzie ludzie częściej dzielą się przepisami na szarlotkę niż artykułami o zakończeniu poddaństwa kobiet.

Lina, pani domu ze stanu Indiana, której od lat nikt nie pocałował, zwlekała z odejściem od męża, bo nie miała własnych pieniędzy i nie poradziłaby sobie bez niego. W Indianie niełatwo zasądza się zobowiązania alimentacyjne wobec małżonki. Następnie Lina odczekała, aż inny mężczyzna zostawi żonę. A potem jeszcze trochę.

Kierunek, w jakim rozwija się sytuacja w naszym kraju, może nas zmusić do zakwestionowania tego, kim jesteśmy we własnym życiu. Wiele kobiet czeka, by się upewnić, że inne kobiety je akceptują, bo dopiero wtedy będą potrafiły zaakceptować same siebie.

Sloane, elegancka właścicielka restauracji, pozwala mężowi patrzeć, jak pieprzy się z innymi facetami. Od czasu do czasu w łóżku lądują dwie pary, ale najczęściej on patrzy na nią, na nagraniach albo na żywo, z różnymi gośćmi. Sloane jest piękna. Mąż przygląda się, jak inni mężczyźni posuwają ją w małżeńskiej sypialni, pod oknami pienią się fale oceanu. Kawałek dalej spacerują owce koloru płatków owsianych. Moja znajoma, uważająca trójkąty za coś odrażającego i niemal godnego pogardy – wypowiadała się tak na temat grupy swingersów; trafiłam na nich w Cleveland i opowiadałam jej o ich spotkaniach – uznała historię Sloane za przejmującą. Zdołała się z nią zidentyfikować, coś zrozumieć. A przecież to właśnie proces identyfikacji pozwala nam odnaleźć w sobie empatię.

Rozmyślam o tym, że pochodzę od matki, która pozwalała obcemu mężczyźnie codziennie masturbować się na widok jej ciała, i o wszystkich rzeczach, na jakie sama się godziłam – może nie aż tak odrażających, ale zasadniczo nieodbiegających daleko od tego modelu. Zastanawiam się też, jak wiele oczekiwałam od mężczyzn. Ile z tych rzeczy tak naprawdę chciałam otrzymać od siebie albo nawet od innych kobiet? Wiele z pragnień, które miał według mnie zaspokoić kochanek, rodziło się z potrzeb wywodzących się z mojej relacji z matką. Z licznych przekazanych mi opowieści wynikało, że to inne kobiety mają nad nami większą władzę niż mężczyźni. To my, kobiety, wywołujemy w sobie nawzajem poczucie, że jesteśmy ciotkowate, puszczalskie, nieczyste, niekochane, za mało piękne. Koniec końców wszystko sprowadza się do strachu. Przerażają nas mężczyźni, ale też inne kobiety, a czasami tak bardzo się boimy, że czekamy z orgazmem, aż zostaniemy same. Udajemy, że pragniemy rzeczy, na których w rzeczywistości nam nie zależy, by nikt nie zobaczył, że nie mamy w życiu tego, czego naprawdę potrzebujemy.

Mojej matki nie przerażali mężczyźni. Ona bała się czegoś innego: biedy. Kiedyś podzieliła się ze mną pewnym wspomnieniem. Nie pamiętam dokładnie okoliczności, ale na pewno nie siedziałyśmy na kanapie. To nie był temat na pogaduszki przy krakersach i różowym winie. Prędzej na marlboro przy kuchennym stole, przy zamkniętych oknach. Pies siedział przy naszych kolanach i mrugał w chmurach dymu. W trakcie opowiadania mama zapewne czyściła szklany stolik.

Zanim poznała ojca, spotykała się z okrutnym człowiekiem. W słowniku mojej matki kilka określeń intrygowało mnie i mroziło jednocześnie. Należało do nich słowo „okrutny”.

 

Mama dorastała w wielkiej biedzie, sikała do nocników i smarowała piegi kropelkami moczu, bo słyszała, że to pomaga je rozjaśnić. Mieszkała w jednym pokoju z dwiema siostrami i rodzicami. W deszczową pogodę deszcz kapał jej nocami przez dziurawy sufit na twarz. Prawie dwa lata spędziła w sanatorium, gdzie leczyła gruźlicę. Przez ten czas nikt jej nie odwiedzał, bo rodzina nie miała pieniędzy na taką wyprawę. Ojciec był alkoholikiem, pracował w winnicach. Maleńki braciszek zmarł przed pierwszymi urodzinami.

W końcu zdołała się wyrwać i wyjechać do miasta, ale najpierw jej matka zachorowała. Rak żołądka. Została przyjęta do miejscowego szpitala, z którego się nie wracało. Luty już otwierał zimną paszczę. Pewnej nocy rozpętała się śnieżyca, deszcz ze śniegiem walił o bruk, a mama była właśnie z okrutnym mężczyzną. W trakcie tego spotkania dowiedziała się, że jej matka umiera i nie dożyje jutra. Okrutny mężczyzna wiózł mamę do szpitala w burzy śnieżnej, po drodze wdali się w straszliwą kłótnię. Nie wyjawiła mi szczegółów, powiedziała tylko, że w wyniku awantury wylądowała sama na żwirowanym poboczu, pośród śnieżycy, w ciemności. Patrzyła na znikające światła samochodu. Po oblodzonej ulicy nie przejeżdżały żadne inne auta. Nie dotarła do szpitala, żeby pożegnać się z matką.

Do dziś nie jestem pewna, co znaczyło słowo „okrutny” w tym kontekście. Nie wiem, czy ten mężczyzna bił moją matkę albo napastował ją seksualnie. Zawsze zakładałam, że w jej świecie okrucieństwo wiąże się z jakimś seksualnym zagrożeniem. W najbardziej gotyckich wizjach wyobrażam sobie, że próbował się z nią przespać w noc, kiedy umierała jej matka. Niemal widzę, jak się do niej dobiera. Ona jednak zapamiętała nie okrutnego mężczyznę, tylko strach przed ubóstwem. Nie mogła zadzwonić po taksówkę, żeby dotrzeć do szpitala. Nie miała mocy sprawczej. Nie dysponowała własnymi środkami.

Jakiś rok po śmierci ojca, kiedy wreszcie zdarzało nam się przetrwać cały dzień bez płaczu, mama poprosiła, żebym pokazała jej, jak używać internetu. Nigdy wcześniej nie korzystała z komputera. Napisanie jednego zdania zajęło jej kilka wycieńczających minut.

– Po prostu powiedz, co chcesz zrobić – westchnęłam po całym dniu spędzonym przed ekranem.

Obie byłyśmy sfrustrowane.

– Nie mogę – zaprotestowała. – Muszę zająć się tym sama.

– Co to za sprawa? – chciałam wiedzieć. Przecież widziałam już wszystkie jej dokumenty, wszystkie rachunki i notatki, nawet tę napisaną odręcznie dla mnie na wypadek jej nagłej śmierci.

– Chodzi o pewnego mężczyznę – odparła cicho. – O mężczyznę, którego znałam przed twoim ojcem.

Byłam oszołomiona, a nawet mnie to zraniło. Chciałam, żeby mama na zawsze pozostała wdową po ojcu. Zależało mi na nietykalności mojej wizji rodziców – nawet po śmierci i za cenę szczęścia matki. Nie chciałam wiedzieć o jej pragnieniach.

Ten trzeci mężczyzna, właściciel imperium jubilerskiego, kochał ją tak bardzo, że przyszedł do kościoła i próbował przerwać ślub moich rodziców. Dawno temu mama podarowała mi naszyjnik z rubinów i diamentów; miałam wrażenie, że pozbywa się go, by zaprzeczyć, jak bardzo był jej drogi. Powiedziałam, że może spróbować poradzić sobie z komputerem samodzielnie, ale rozchorowała się, zanim zdążyła to zrobić.

Często rozmyślam nad seksualnością mojej matki i nad tym, jak czasami z niej korzystała. O tych drobnych rzeczach – jak się malowała przed wyjściem z domu albo otwarciem drzwi. Zawsze widziałam w tym siłę albo słabość, ale nigdy nie sądziłam, że w tych gestach kryje się bijące mocno serce. Bardzo się myliłam.

Nadal się zastanawiam, jak kobieta mogła pozwalać, żeby ktoś przez długi czas masturbował się za jej plecami na ulicy. Chciałabym wiedzieć, czy płakała przez to w nocy. Może nawet użalała się nad tym samotnym starym człowiekiem. W niuansach pożądania kryje się prawda o tym, kim jesteśmy w chwilach największej bezbronności. Postanowiłam zbadać płomień i żądło kobiecego pożądania – by pomóc mężczyznom i innym kobietom je zrozumieć, zanim postanowią potępić czyny, do jakich je ono popycha. Te codzienne okruchy naszego życia będą wiecznie się powtarzać. Dzięki nim zrozumiemy, kim jesteśmy, kim są nasze sąsiadki i matki – a przecież tak często wydaje się nam, że nie mamy z nimi nic wspólnego. Oto historie trzech kobiet.