Spod kozetki. O pewnym psychiatrze i jego najdziwniejszych przypadkachTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Motto

Przedmowa

1. Seksowne spojrzenie

2. Naga kobieta, która stała na głowie

3. Weź mnie za rękę

4. Mdlejące uczennice

5. Maleństwo

6. Ciche dni

7. Penis mi się kurczy

8. Chora ze zmartwienia

9. Oczy szeroko zamknięte

10. Wata w mózgu

11. Wesele marzeń

12. Gasnący płomień

13. Zakupomania

14. Górska twierdza

15. Stary przyjaciel

Posłowie

Podziękowania

Przypisy

Tytuł oryginału The Other Side of the Couch

Przekład AGA ZANO

Wydawca ALICJA GAŁANDZIJ

Redaktor prowadzący ADAM PLUSZKA

Redakcja EWA POLAŃSKA

Korekta BARTEK KUZIA, ANNA HEGMAN

Projekt okładki i stron tytułowych MACIEJ PIEDA

Łamanie | manufaktu-ar.com

Copyright © 2010 by Gary Small, M.D. and Gigi Vorgan

By arrangement with the author. All rights reserved.

First published as The Naked Lady Who Stood on Her Head, 2010.

Copyright © for the translation by Aga Zano

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2020

Warszawa 2020

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-66335-63-9

Wydawnictwo Marginesy Sp. z o.o.

ul. Mierosławskiego 11A

01-527 Warszawa

tel. 48 22 663 02 75

e-mail: redakcja@marginesy.com.pl

www.marginesy.com.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Tę książkę dedykujemy wszystkim, którzy cierpieli na chorobę psychiczną i znaleźli w sobie siłę, by szukać pomocy.

Ci dzisiejsi psychoanalitycy! Za dużo biorą. Za moich czasów za pięć marek przyjmowałby cię sam Freud. Za dziesięć marek przyjmowałby cię i prasował ci spodnie. Za piętnaście marek pozwoliłby ci przyjmować siebie, plus dowolne dwie jarzyny do wyboru wliczone w cenę.

Woody Allen, Wyrównać rachunki,

przeł. Piotr W. Cholewa

PRZEDMOWA

Jakim cudem istnieją ludzie, którzy potrafią rozzłościć się tak bardzo, że tracą zdolność mówienia? Albo tacy, co wyrywają sobie włosy z nerwów, aż wyłysieją? Co sprawia, że ktoś mdleje tylko dlatego, że zobaczył, jak inna osoba traci przytomność? Te pytania nurtowały mnie od zawsze. Kiedy więc rozpocząłem studia medyczne, nikogo nie zdziwiło, że postanowiłem się specjalizować w psychiatrii. Nigdy nie żałowałem tej decyzji. Przez trzy dekady praktyki lekarskiej opiekowałem się pacjentami, których zdumiewające zachowania i skłonności były zbyt intrygujące, bym mógł je kiedykolwiek zapomnieć. Umysł czasami popycha człowieka do ekstremalnych czynów. Nauczono mnie, że dobry psychiatra może pomóc komuś takiemu powrócić do siebie.

W tej książce opowiem wszystko o najniezwyklejszych pacjentach, z jakimi przyszło mi pracować, i o tym, jak udało mi się sprowadzić wielu z nich z powrotem znad skraju obłędu. Podzielę się swoimi wrażeniami, przemyśleniami i reakcjami na te zaskakujące przypadki – należy bowiem pamiętać, że praca psychiatry i neurobiologa zabiera nas nie tylko w podróż zawodową, ale i osobistą. Ilustrując wyzwania, z jakimi przyszło mi się mierzyć, zapraszam cię do wspólnego zastanowienia się nad łamigłówkami kryjącymi przyczyny najróżniejszych problemów psychicznych moich pacjentów. To właśnie dzięki ich rozwiązaniu zdobyłem doświadczenie, które zrobiło ze mnie lepszego lekarza.

Przedstawiam te przypadki w porządku chronologicznym – od początku kariery przez trzydzieści lat praktyki – by pokazać, jak mnie ukształtowały i pomogły mi zawodowo dojrzeć. W kolejnych historiach analizuję różnego rodzaju procesy, w szczególności koncentrując się na tym, jak umysł może doprowadzić do choroby ciała, a ciało wytrącić z równowagi umysł. Podczas pracy z pacjentami stosowałem różne metody – opisuje się to jako eklektyczny styl terapii – szukając źródeł problemów psychologicznych zarówno w sferze fizycznej, jak i umysłowej. Zalecałem stosowanie psychoterapii, leków, a w niektórych przypadkach obie te metody jednocześnie.

W ostatnich latach koncentruję się na chorobie Alzheimera. Próbuję lepiej zrozumieć, na czym polega zjawisko utraty pamięci i jak możemy temu zapobiegać. Kiedy pomagałem pacjentom i pacjentkom utrzymywać wspomnienia przy życiu, ze zdumieniem odkryłem, że wiele z tych osób pragnie zapomnieć różne rzeczy ze względu na nierozwiązane problemy psychologiczne, konflikty w relacjach i trudności nie do pokonania, które czasami skłaniały chorych do ucieczki od rzeczywistości. Pomoc psychologiczna osobom cierpiącym na problemy z pamięcią może znacząco poprawić ich jakość życia i wesprzeć proces zachowywania wspomnień.

Dziwi mnie, że tak wielu ludzi – nawet tych z bardzo poważnymi zaburzeniami – nadal boi się psychiatrii i unika leczenia. Mam wrażenie, że chorzy obawiają się wciąż pokutującego stereotypu: „psychiatra to lekarz dla wariatów” i nie chcą przyznać przed sobą, że mają problem, któremu należałoby zaradzić. Współwinne takiemu stanowi rzeczy są media, szerzące bezpodstawnie pesymistyczną wizję psychiatrii, przez co wiele osób potrzebujących pomocy zniechęca się do leczenia. Psychiatrzy są czasami postrzegani jako wścibscy mentalni detektywi, którzy przejmują kontrolę nad umysłami pacjentów, zamiast ich leczyć. Mam nadzieję, że ta książka pomoże zdementować te czcze zarzuty i rozwiać aurę tajemnicy otaczającą kwestie leczenia chorób psychicznych.

Ocenia się, że każdego roku jedna na cztery dorosłe osoby – czyli blisko sześćdziesiąt milionów ludzi – w Stanach Zjednoczonych cierpi na zaburzenia psychiczne[1]. Mimo panujących powszechnie mylnych wyobrażeń na ten temat udowodniono, że interwencje psychiatryczne zmniejszają, a często wręcz eliminują symptomy psychozy, depresji i stanów lękowych. Wielu ludzi jednak nie ma dostępu do opieki psychiatrycznej, a osoby, których stan mógłby się poprawić dzięki leczeniu, nigdy nie kontaktują się ze specjalistą.

W tej książce opisałem wszystkie wydarzenia zgodnie z moimi doświadczeniami, stosując narrację pierwszoosobową. Nie mogę przy tym nie wspomnieć o bezcennym wkładzie mojej współautorki i żony Gigi Vorgan. To ona zadbała o to, by poszczególne historie i stojące za nimi zagadnienia naukowe były przejrzyste i zrozumiałe.

Sytuacje przedstawione w tej książce oparłem na prawdziwych historiach moich pacjentów i ich problemów emocjonalnych. Szczegóły pochodzą z notatek dla poszczególnych przypadków i moich wspomnień. Wiele informacji jednak zostało zmienionych, by chronić prywatność innych lekarzy i lekarek, osób poddawanych terapii oraz ich rodzin. Wszystkie przypadki zostały odtworzone z możliwie największą wiernością, by jak najlepiej oddać rzeczywistość moich zawodowych doświadczeń. Niektóre dialogi, miejsca i sytuacje zostały zmienione lub ufikcyjnione. Pewne cechy pacjentów i pacjentek pozamieniałem też miejscami – również w celu ochrony ich prywatności. Wszelkie podobieństwo do osób rzeczywiście istniejących jest przypadkowe.

Mam głęboką nadzieję, że ta książka będzie interesująca, ale chciałbym też, by zachęciła osoby z nieufnością podchodzące do psychiatrii do pokonania swoich lęków i zwrócenia się po pomoc, jeśli jej potrzebują.

Doktor Gary Small

Los Angeles, Kalifornia

1

SEKSOWNE SPOJRZENIE

ZIMA 1979

Na korytarzu poczekalni bostońskiego pogotowia psychiatrycznego roiło się od ludzi. Przeciskałem się przez tłum, lawirując między pacjentami i lekarzami – byliśmy w najbardziej zapracowanej przychodni psychiatrycznej w mieście. Znajdowała się ona zaledwie jeden korytarz od izby przyjęć Massachusetts General, dużego szpitala klinicznego przy Harvard Medical School. Razem z innymi młodymi psychiatrami stażystami mówiliśmy na to miejsce „dżungla”, bo właśnie taka panowała tu atmosfera: wieczna plątanina udręczonych dusz, które trafiały tu albo z własnej woli, albo za sprawą policji lub służb ratowniczych.

 

Miałem dwadzieścia siedem lat, skończyłem już studia medyczne i roczny staż w przychodni internistycznej. Następnie wyprowadziłem się z rodzinnego Los Angeles do Bostonu. Zaledwie sześć miesięcy wcześniej sprzedałem samochód i cały swój dobytek, po czym wynająłem pustą kawalerkę w Cambridge w stanie Massachusetts. Miałem trzy kartony i torbę podróżną – to wszystko. Stresowałem się przeprowadzką i perspektywą nowego stażu, ale cieszyłem się, że rozpoczynam karierę psychiatry. Wprawdzie na uniwersytecie byłem członkiem prestiżowego bractwa akademickiego Phi Beta Kappa i ukończyłem studia z wyróżnieniem, ale i tak nie mogłem uwierzyć, że jadę na Harvard. W głębi ducha myślałem sobie nawet: czy to rzeczywiście dobra uczelnia, skoro przyjmują kogoś takiego jak ja?

Kiedy przedzierałem się przez zapchaną poczekalnię, prawie wpadłem na kobietę o nadgarstkach owiniętych zakrwawioną białą gazą. Pacjentka była eskortowana przez dwóch ratowników. Wreszcie dotarłem do pokoju socjalnego. Zastałem tam kilkoro psychiatrów na przerwie między konsultacjami. Atmosfera szpitalnego korytarza była tak chaotyczna i dojmująca, że natychmiast zadzierzgnęła się między nami jakaś więź. Naszym ulubionym mechanizmem obronnym był humor: wiecznie prześcigaliśmy się w żartach i strasznych historiach o pacjentach, próbując zszokować pozostałych, ale i zrobić na nich wrażenie.

Pierwszy rok praktyki na oddziale psychiatrycznym obejmował zarówno dyżury na pogotowiu, jak i konsultacje w przychodniach. Oprócz tych stricte medycznych doświadczeń mieliśmy za zadanie rozpocząć psychoterapię długoterminową z co najmniej trojgiem pacjentów. Nareszcie przeskoczyłem z podręczników w oszałamiający wir prawdziwych doświadczeń. To jednak oznaczało codzienny kontakt z mnóstwem nowych ludzi i ich uderzająco rzeczywistym cierpieniem. Każdy dzień oszałamiał, przerażał, ale często też zachwycał. Wprawdzie intensywność mojej nowej pracy dawała mi zastrzyk adrenaliny, ale pod koniec zmiany zazwyczaj byłem wyczerpany i czułem ulgę na myśl, że wreszcie dobrnąłem do końca.

Następnego dnia była sobota. Mógłbym sobie dłużej pospać, ale światło wdarło się przez okno i obudziło mnie wcześnie. Nie zdążyłem jeszcze kupić sobie żaluzji. Moja dziewczyna Susan nadal spała, więc przysunąłem się do niej w nadziei na odrobinę ciepła – wąski promień słońca nie rozgrzewał pokoju. Bostoński styczeń nie był zbyt przyjemny. Gdyby nie Susan, pewnie już siedziałbym przy grzejniku i czytał Junga albo Freuda, w wełnianej czapce na głowie i owinięty półtorakilogramową parką, w której wyglądałem jak ludzik Michelina. Zamiast tego jednak naciągnąłem kołdrę na głowę i wyobraziłem sobie, że jestem znów w Los Angeles, gdzie wszyscy zawsze udają, że dwadzieścia dziewięć stopni w styczniu to szczęśliwy zbieg okoliczności, a nie standard. Wiedziałem, że nie ma sensu prosić właściciela mieszkania, by włączał ogrzewanie na dłużej niż pięć minut dwa razy dziennie, więc nie ruszałem się z miejsca. Wstałem dopiero, kiedy Susan – pielęgniarka na oddziale intensywnej opieki medycznej w szpitalu w Cambridge – ruszyła się i wymruczała, że musi się zbierać na poranną zmianę.

Czasami w weekendy trochę tęskniłem za domem. Zamiast zgarbić się nad książkami, postanowiłem przebiec się po cappuccino i croissanta do pobliskiej kawiarnianej sieciówki, gdzie przy odrobinie szczęścia mógłbym wpaść na Mike’a Pierce’a.

Mike w zeszłym roku ukończył staż i zaczął prywatną praktykę na część etatu, dorabiając jednocześnie jako lekarz prowadzący w szpitalu, gdzie miał za zadanie nadzorować stażystów. Pracował w zawodzie zaledwie trzy lata dłużej ode mnie, ale wydawało mi się, że jego wiedza i doświadczenie przewyższają moje o dobrą dekadę. Jego cięte poczucie humoru kojarzyło mi się z komikiem George’em Carlinem – Mike chętnie uciekał się do żartów, by w ten sposób pomagać nam w radzeniu sobie z wiecznym napięciem na oddziale. Mike był już żonaty i miał dwoje małych dzieci. Mimo że był moim przełożonym, szybko się zaprzyjaźniliśmy. W sobotnie poranki zazwyczaj przyjmował pacjentów w swoim gabinecie w Back Bay, więc czasami spotykaliśmy się przedtem, żeby wypić razem kawę i trochę się pośmiać.

Rzeczywiście, stał w kolejce i czytał dodatek sportowy „Boston Globe”. Przyłączyłem się do niego.

– Uciekłeś przed dzieciakami w weekend rano? Janey pewnie jest zachwycona.

– Pomyślałem, że należy im się trochę czasu tylko z mamą, to pomaga zacieśniać więzi. – Mike się roześmiał.

– Jak tam praktyka?

– Świetnie. Odkąd wywiesiłem szyld, ściąga jak magnes wszystkich zdesperowanych psychopatów ze Wschodniego Wybrzeża. Jeszcze kilka miesięcy i sam dostanę przytulną izolatkę w Lindemannie – zażartował. Zanieśliśmy kawę i croissanty do niewielkiego stolika przy oknach. – A ty jakie masz plany na dziś?

– Mnóstwo czytania. Lochton zadał mi chyba wszystkie podręczniki psychoterapii, jakie kiedykolwiek napisano.

– Oż, dali ci potwora z Loch Ness na superwizję? Mam nadzieję, że wykupiłeś już sobie kwaterę na cmentarzu.

Doktor Herman Lochton, mój pierwszy superwizor psychoterapii, był znaną postacią wśród harwardzkich psychiatrów i zredagował kilka popularnych podręczników. Pracował też jako psychiatra drużyny koszykówki Boston Celtics i leczył senatorów oraz różnych innych VIP-ów, którzy latali do niego na terapię z Bahamów prywatnymi samolotami. Wyrobił sobie reputację utalentowanego diagnostyka i terapeuty. Kiedy akurat nie opowiadał ludziom o swoich wybitnych osiągnięciach, przyjmował pacjentów w prywatnym gabinecie. Raz w tygodniu rano zajmował się superwizją stażystów na oddziale psychiatrii, żeby zachować tytuł profesora klinicznego na Harvardzie.

– Co ja ci mogę powiedzieć – westchnąłem. – Bywa apodyktyczny i rzeczywiście ma lekką skłonność do narcyzmu.

Mike zarechotał.

– „Lekką skłonność”? Ten facet jest święcie przekonany, że to on osobiście doprowadził do wygranej Celticsów z Phoenix Suns na mistrzostwach w siedemdziesiątym szóstym.

– Dobra, wiem, jest trochę walnięty. Ale dużo się od niego uczę.

– Tylko uważaj. On sporo wie, ale nie sądzę, żeby był najlepszym superwizorem psychoterapii na świecie. – Mike napił się kawy. – No, to co jeszcze słychać? Jak leci?

– Wiesz co, Mike, trochę to wszystko dziwne. Miałem parę ciekawych przypadków, coraz lepiej mi idzie słuchanie i rozmowa z pacjentami, ale nie prowadziłem jeszcze z nikim psychoterapii długoterminowej i nawet nie wiem, jak miałbym się do tego zabrać.

– Co masz na myśli?

– Czuję się, jakbym był znowu na studiach – wyznałem. – Kiedy dopiero zostałem prawdziwym lekarzem, nieważne, czy robiłem zwykłe badanie, czy usuwałem pęcherzyk żółciowy, miałem wrażenie, że tylko gram jakąś rolę, że bawię się w doktora. I boję się, że podczas psychoterapii będę się czuł tak samo.

– Witaj w klubie. Ja mam własny gabinet, a i tak czasami mam wrażenie, że tylko udaję terapeutę. Ale im więcej zbieram doświadczenia, tym rzadziej się tak czuję. – Mike dopił kawę i zerknął na zegarek. – Muszę lecieć. Mam osobowość mnogą na ósmą trzydzieści. Nigdy nie wiem, której się spodziewać.

W najbliższy wtorek Lochton miał poprowadzić wykład podczas grupowej sesji superwizyjnej w klinice psychoterapii. Pojawiłem się jako pierwszy. Profesor przeglądał się w małym lusterku i czesał grzebykiem. Nie rozumiałem, dlaczego w ogóle to robi – nakładał na włosy tyle brylantyny, że i tak zawsze miał pancerną fryzurę.

Nie mogłem się powstrzymać od komentarza.

– Bardzo elegancko pan dziś wygląda, doktorze.

– Gary, nie ma czegoś takiego jak zbyt profesjonalny wygląd. W ten sposób okazujemy szacunek pacjentom.

Popatrzyłem na jego wypolerowane lakierki i obciągnąłem spodnie khaki, bezskutecznie próbując ukryć znoszone trapery do chodzenia po śniegu. Cieszyłem się, że pamiętałem przynajmniej o krawacie.

Kilkoro stażystów weszło na salę i zajęło miejsca. Lochton popatrzył na zegarek i zaczął wykład.

– Dzisiaj chciałbym wam opowiedzieć o idealnym pacjencie do psychoterapii: mówimy na kogoś takiego MAKIS. To skrót od słów: młody, atrakcyjny, komunikatywny, inteligentny i bogaty[2]. „S” na końcu to oczywiście symbol dolara.

Wykładowca podniósł z tacki kawałek kredy i narysował na tablicy duży znak „$”. Kiedy podjął swoją opowieść o idealnym pacjencie, myślałem sobie, że chyba żyje w świecie marzeń, bo w szpitalu prawie nigdy nie widywaliśmy MAKIS-ów. Byliśmy przyzwyczajeni do leczenia socjopatów i narkomanów z marginesu – takich mieliśmy w klinice pod dostatkiem. Zamożni, inteligentni ludzie rozwiązywali swoje problemy z doświadczonymi prywatnymi terapeutami, nie ze stażystami na pierwszym roku praktyki w klinice z głodową stawką.

Pod koniec wykładu Lochton kazał nam przejrzeć szafki z aktami, stojące w rzędzie pod ścianą. Dokumenty zawierały krótkie raporty na temat pacjentów czekających na swoją kolej w naszej klinice. Profesor powiedział, żebyśmy znaleźli sobie jakiś ciekawy przypadek i wzięli się do prawdziwej psychoterapii. Kiedy tylko skończył mówić, rzuciliśmy się do drzwi, niemal depcząc sobie po piętach, żeby jak najszybciej dorwać się do akt, choć wiedzieliśmy, jakie to idiotyczne – przecież wszyscy od tygodni przetrząsaliśmy te szafki w poszukiwaniu jakiegoś znośnego przypadku.

To zresztą i tak był próżny wysiłek, bo dokumentacja zazwyczaj zawierała jedynie najbardziej podstawowe informacje na temat pacjenta: wiek, stan cywilny i przyczynę skierowania na psychoterapię. Rzadko można było znaleźć dość szczegółów, żeby wyłuskać spośród dziesiątek profili MAKIS-a. No i przecież gdyby jakiś się jednak trafił, to rezydent dokonujący ewaluacji capnąłby go dla siebie. Jedynym skutecznym sposobem na zdobycie dobrego pacjenta do psychoterapii było dostać kogoś z polecenia – zupełnie jak podczas poszukiwań atrakcyjnego mieszkania albo kiedy znajomi umawiają cię na świetną randkę w ciemno.

Mimo to nadal regularnie przeglądałem wyświechtane teczki, aż wreszcie po kilku tygodniach znalazłem swojego pierwszego MAKIS-a. Sherry Williams była gospodynią domową po trzydziestce, mieszkającą na przedmieściach. Skończyła studia, nigdy nie przebywała w areszcie ani w szpitalu psychiatrycznym. Uskarżała się na chroniczne stany lękowe. Lochton byłby zadowolony. Zadzwoniłem do niej i umówiłem się na spotkanie.

Pierwszoroczni rezydenci na oddziale psychiatrii nie mieli przydzielanych gabinetów – musieliśmy korzystać z tego, który akurat był wolny. Udało mi się zająć gabinet z niewielkim oknem, choć widok był częściowo przysłonięty szafką na dokumenty. Stało tam też biurko, o które co chwila uderzałem kolanem, a poza tym fotel i kanapa dla pacjentów. W pomieszczeniu znajdowały się jedynie najbardziej podstawowe elementy wyposażenia gabinetu psychoterapii: telefon z interkomem, pudełko chusteczek.

Sherry Williams przyszła na nasze pierwsze spotkanie ubrana jak nastolatka. Miała na sobie obcisłe dżinsy, tenisówki, włosy zaplotła w warkocz. Usiadła na sofie, założyła nogę na nogę i popatrzyła na mnie wyczekująco. Zrozumiałem, że teraz mój ruch.

Przełamałem pierwsze lody, pytając, jak minęła jej droga do szpitala. To ją rozluźniło i zaczęła mówić.

– Wie pan, jacy są ci kierowcy w Bostonie. Uważają, że przepisy drogowe to tylko zbiór luźnych sugestii.

Nie byłem pewien, co powiedzieć, kiedy skończyła.

– Proszę opowiedzieć mi o sobie – zaryzykowałem.

– No więc tak. Wyszłam za mąż za swojego chłopaka ze studiów – pomachała dłonią z wielkim brylantowym pierścionkiem – który dalej jest cudowny. Mamy przepiękny nowiuteńki dom z wielkim salonem i fantastycznym tarasem. – Znów zamilkła, czekając na moją reakcję.

Okej, pomyślałem: co by teraz powiedział prawdziwy terapeuta?

– Co zatem panią dziś do mnie sprowadza?

Patrzyła na mnie przez chwilę.

– Widzi pan, doktorze, po prostu bez przerwy coś mnie niepokoi – wyznała w końcu.

Słysząc, jak zwraca się do mnie „doktorze”, prawie zachichotałem. Czułem się jak oszust. Na szczęście Sherry nie czekała na reakcję.

– Pogarsza mi się, kiedy mąż wyjeżdża, a odkąd awansował na kierownika regionalnego, wyjeżdża bardzo często. Czuję się strasznie samotna w tym wielkim domu, nudzę się. Czasami tak mnie nosi, że nie jestem w stanie nawet posprzątać. W łazience rośnie góra prania, wszystko leży odłogiem.

 

Jej lęk był tak silny, że uniemożliwiał jej normalne funkcjonowanie. Instynkt podpowiadał mi, żeby nie omawiać jej mentalnego paraliżu na pierwszej sesji. Zamiast tego starałem się zachęcić ją do opowiedzenia mi o swoich uczuciach.

– Ten niepokój musi być dla pani trudny do zniesienia – skomentowałem najbardziej empatycznym tonem, na jaki było mnie stać.

– O, tak, doktorze. Bardzo. – Kobieta rozplotła nogi i przybrała pozę, która wydała mi się nieco uwodzicielska. – Martwię się o wszystko... O pracę męża, o spłatę kredytu... Chociaż to głupie, bo nawet nie wiem, ile płacimy. Eddie zajmuje się wszystkimi rachunkami. – Westchnęła i popatrzyła na szafkę pod oknem.

– O czym pani myśli?

– Nie rozumiem, dlaczego nie czuję się szczęśliwa. Wszystkie moje koleżanki są zadowolone z życia. Mam największy dom, a przyjaciółki zazdroszczą mi Eddiego, ale ja nie potrafię się już niczym cieszyć. Sądzi pan, że mam depresję?

Jeszcze nie wiedziałem, co o tym myśleć. Po prostu cieszyłem się, że nie nazwała mnie znów doktorem.

– A pani jak myśli, co jest nie tak? – spytałem, podążając za radą Lochtona, by unikać pytań z odpowiedzią „tak/nie” i zamiast tego prowadzić rozmowę w taki sposób, żeby zachęcić pacjentkę do mówienia.

– Czuję się pusta w środku... Jakbym miała wielką dziurę... O, tutaj. – Objęła się i potarła sobie ramiona. Mógłbym przysiąc, że ten gest jest dwuznaczny.

Im bardziej Sherry zagłębiała się w swoją opowieść, tym silniejsze odnosiłem wrażenie, że coś ukrywa. Oznajmiła, że nie może mieć dzieci, ale ani ona, ani mąż nie mają z tym problemu, bo żadne z nich nie lubi dzieci. Mówiła to jednak w sposób, który wydawał mi się wyćwiczony, jakby znała odpowiedzi, które chcę od niej usłyszeć. Zacząłem się zastanawiać, czy rzeczywiście jest zestresowaną, znudzoną gospodynią domową – możliwe, że z depresją – pragnącą lepiej zrozumieć samą siebie, czy może socjopatką, która przećwiczyła swoją historię po lekturze jakiegoś testu psychologicznego.

– Proszę opowiedzieć o swoim małżeństwie – poprosiłem.

– Od razu zakochałam się w Eddiem, kiedy tylko po raz pierwszy spojrzałam w te jego rozmarzone niebieskie oczy. Byliśmy na trzecim roku Boston College, on grał w drużynie futbolu jako rozgrywający. Moja mama go uwielbiała, jego rodzina miała wielkie pieniądze, a do tego był świetny w łóżku... Przynajmniej przez pierwszych kilka lat.

– Więc sytuacja między wami się zmieniła?

– On teraz strasznie dużo pracuje i jest zbyt zmęczony na seks. Okropnie za tym tęsknię, wie pan? – dodała z porozumiewawczym uśmiechem.

Miałem wrażenie, że Sherry ze mną flirtuje. Czytałem o takich sytuacjach w podręcznikach, ale zgłębiać teorię, a być w takiej sytuacji, to dwie różne rzeczy. Poczułem się bardzo dziwnie i niezręcznie. Moja nowa pacjentka okazała się nietypowym przypadkiem, ale miałem już kilka pomysłów, o co tu może chodzić. Sherry koncentrowała się na pozorach i dobrach materialnych: błękitnooki mąż z rodzinnym majątkiem, wielki nowy dom, zazdrosne przyjaciółki. Może miała narcystyczne zaburzenia osobowości – przypadłość zmuszającą do uganiania się za płytkimi przyjemnościami w nadziei na przepędzenie emocjonalnej pustki i niepewności siebie. Pacjentka mogła jednak także odczuwać depresję z powodu częstej nieobecności męża. Jej skłonności do flirtu mogły również zdradzać osobowość histrioniczną, typową u osób z tendencją do zwracania na siebie uwagi poprzez dramatyczne i silnie nacechowane emocjonalnie zachowania.

Musiałem dowiedzieć się więcej, by postawić diagnozę i zaplanować jakąś strategię terapii. Ostrożnie zadawałem kolejne pytania, ale Sherry odpowiadała wymijająco i bez przerwy wracała do lęków powodowanych osamotnieniem.

– Wie pan co, jeśli ma pan być moim psychiatrą, to ja też muszę się trochę o panu dowiedzieć – oznajmiła, jakby chciała iść ze mną na pięści.

– A co chciałaby pani wiedzieć?

– Skąd pan jest, ile ma pan lat i czy ma pan dziewczynę – odparła bez zastanowienia.

Wielu pacjentów jest ciekawych swojego psychoterapeuty, ale pytania Sherry były zbyt osobiste. Każda pacjentka i pacjent ma prawo poznać kwalifikacje zawodowe swojego lekarza, podobnie jak stawki i zasady prowadzenia terapii, ale udzielanie informacji spoza tego obszaru to delikatna kwestia, która może zaważyć na całym procesie leczenia.

Psychoterapeuci nie są zgodni co do tego, jak wiele ze swojego życia prywatnego można zdradzić pacjentowi. Freud uważał, że terapeuta powinien być dla pacjentów niezdobytą twierdzą[3]. Takie podejście zachęca pacjentów do projektowania na terapeutę własnych fantazji – lekarz staje się swego rodzaju lustrem dla życia wewnętrznego swoich podopiecznych. Proces przepracowywania i analizy tych projekcji i przeniesień pomaga pacjentom lepiej zrozumieć samych siebie i ma za zadanie zminimalizować symptomy ich zaburzeń.

Niektórzy lekarze są zwolennikami bardziej humanistycznego podejścia i nie mają nic przeciwko ujawnianiu szczegółów ze swojego życia – opowiadają pacjentom, gdzie byli na wakacjach, ile mają dzieci i tak dalej. Uważają to za sposób na zacieśnienie sojuszu terapeutycznego z pacjentem lub pacjentką, ale wszystko zależy od natury problemu, z jakim boryka się chora osoba. Zdarza się, że zwierzenia terapeuty stanowią dla pacjentów obciążenie. Niektóre osoby mogą wtedy poczuć się odpowiedzialne za terapeutę, złościć się albo dostawać napadów zazdrości, a to z kolei wpłynie na ich postępy podczas terapii.

Mogłem wyznać Sherry, ile mam lat i skąd jestem, ale uznałem, że pytanie o związek to przesada. Instynkt podpowiadał mi, że jeśli udzielę odpowiedzi, tylko zachęcę pacjentkę do zadawania kolejnych pytań. Do czego to mogłoby doprowadzić? Postanowiłem zrobić unik.

– Widzi pani, to naturalne, że chciałaby pani dowiedzieć się więcej o swoim terapeucie, ale bardziej pani skorzysta na terapii, jeśli to na pani się skoncentrujemy.

Popatrzyła na mnie z urazą.

– Proszę bardzo, jeśli tak chce się pan bawić, to nie ma sprawy. – Jej język ciała natychmiast przeszedł od zachowania uwodzicielskiej nastolatki do obrażonej dziewczynki.

– Co pani pamięta z dzieciństwa?

– Proszę mnie posłuchać, mam trzydzieści trzy lata, skończyłam Boston College, jestem mężatką i czuję się do dupy. Nie ma nic więcej do opowiadania, okej? To wszystko – odparła zirytowana.

– Miała pani dobry kontakt z rodzicami? Z matką?

– Tak. Było w porządku.

– Wspomniała pani, że pani rodzice bardzo lubią zięcia.

Te słowa wywołały na jej twarzy uśmiech.

– O, wszyscy uwielbiają Eddiego. Jest taki uroczy. Chciałabym tylko, żeby częściej bywał w domu. Wtedy bym się tak nie denerwowała.

Z biegiem rozmowy Sherry się rozluźniła, jakby moja wcześniejsza odmowa zwierzeń została mi wybaczona. Rozmawialiśmy o jej małżeństwie i stanach lękowych. Zakończyłem spotkanie propozycją cotygodniowych wizyt.

– To dałoby nam szansę zastanowić się głębiej nad pani uczuciami. Wtedy moglibyśmy poszukać jakiegoś rozwiązania – wyjaśniłem.

– Nareszcie ktoś próbuje mnie zrozumieć. Dziękuję, panie doktorze – powiedziała Sherry z uśmiechem i wstała do wyjścia.

Chwyciła mnie za rękę na pożegnanie, ale trzymała ją tak długo, że w końcu musiałem wyrwać dłoń z jej uścisku. Poczułem się niezręcznie, ale Sherry nic nie zauważyła.

Następnego dnia miałem superwizję z Lochtonem. Jego gabinet znajdował się na parterze kamienicy z brązowego piaskowca, przy Beacon Hill. Od szpitala dzielił go krótki spacer stromo pod górę. Kiedy dotarłem na miejsce, plecak już mi ciążył i aż dyszałem ze zmęczenia. Długie zmiany w szpitalu nie ułatwiały podjęcia decyzji o regularnym bieganiu, a już zwłaszcza w zimie. Odsapnąłem chwilę i dopiero wtedy wcisnąłem guzik domofonu.

– Proszę się przedstawić – zahuczał sztywny głos z plastikowego pudełka.

– Gary Small na superwizję, panie doktorze.

Wpuścił mnie do środka. Otworzyłem drzwi do poczekalni, przerobionej z przedpokoju. Dom był utrzymany w stylu wszystkich starych kamienic przy Beacon Hill – ściany z białą boazerią, twarde drewno, meble Stickley, stare egzemplarze „New Yorkera”. Lochton kazał mi czekać dobre dziesięć minut – pewnie ładował sobie na włosy świeżą porcję brylantyny.

Wreszcie drzwi się otworzyły.

– Zapraszam, Gary – odezwał się głębokim głosem prezentera radiowego.

Gabinet był obity drewnianą boazerią, na ścianach wisiały dyplomy oprawione w ramki, nagrody, okładki magazynów. Półki były zapchane książkami medycznymi i podręcznikami psychiatrii.

– Proszę, siadaj.

– Dziękuję, panie doktorze – powiedziałem i zająłem miejsce. Lochton miał na sobie bonżurkę, w dłoni trzymał niezapaloną fajkę. Wyglądał jak upasiona, freudowska wersja Hugh Hefnera.

– Proszę, mów mi Herman.

Natychmiast stanęła mi przed oczami kombinacja „Herman Hefner” i o mało nie parsknąłem śmiechem.

– Tak, proszę pana – udało mi się odpowiedzieć z powagą.

– No, to jak ci idzie z MAKIS-em, Gary?

Wyciągnąłem z plecaka gruby plik notatek i zacząłem zdawać raport.

– Trzydziestotrzylatka po studiach, gospodyni domowa z Belmont, skarży się na chroniczne stany lękowe. Próbowałem zachęcić ją do rozmowy, ale nie chciała opowiadać o przeszłości. Twierdzi, że kocha męża, ale bez przerwy powtarza, że czuje się pusta w środku, zwłaszcza kiedy on wyjeżdża w związku z pracą, co zresztą ma miejsce często.

Kiedy napomknąłem o podróżach Eddiego, Lochton się ożywił.

– Czyli on ją porzuca raz po raz. A dzieci są?

– Ona nie może zajść w ciążę, ale nie rozważają adopcji.

– Ciekawe – mruknął i zapalił fajkę, pogrążając się w myślach.