Dokąd odchodzą parasolki

Tekst
Z serii: Salamandra
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

36
Za każdym razem, gdy trzeba
۳۶

Za każdym razem, gdy trzeba było się targować, Amina starała się być uwodzicielska, uśmiechała się nierównymi zębami. Naćiketa Mudaliar spędzał znacznie więcej czasu na bazarze, niż rzeczywiście potrzebował do robienia zakupów. Zachwycał się urodą Aminy, która nawet nie zwracała uwagi na jego obecność. Naćiketa rozpoznawał dźwięk jej kroków, doskonale znał jej sposób chodzenia, więc wystarczyło mu zobaczyć ją od tyłu pośród tłumu na bazarze, żeby wiedzieć, że to ona. Naćiketę Mudaliara olśniewał jej uśmiech, kiedy ona starała się taniej kupić ser albo kiedy wykłócała się o cenę cynamonu i kawy. Naćikecie Mudaliarowi wywracał się żołądek, dusza mu drżała, marszczyły mu się palce nóg, zagryzał wargi i mały, cienki wąsik, który zaczynał mu się sypać.

Naćiketa często chodził do świątyni Giridźaśankara, ofiarowywał kwiaty i odrobinę milczenia, miód i mleko. Prosił o to, żeby Amina zwróciła na niego uwagę, ale nie robił tego bezpośrednio, jak się prosi o produkt, który chce się kupić w sklepie i wskazuje go, mówiąc jasno do sprzedawcy: Chcę tego. Naćiketa prosił o szczęście, tylko tyle, ale z wewnętrznym przekonaniem, że aby mógł osiągnąć to szczęście, Amina jest warunkiem oczywistym i niezbędnym. To zachowanie było zgodne z naukami Giridźaśankara z Lahauru, który mówił: człowiek udający się w podróż nie prosi bogów, aby dali mu koła do jego wozu, ale o to, żeby wóz powiózł go do celu. I to z powodu tego człowieka i tego wozu Naćiketa, aby pozostać w zgodzie z naukami Giridźaśankara, prosił jedynie o dotarcie do swojego celu, prosił o szczęście, zamiast prosić o miłość Aminy.

Właściciel Singh całymi dniami popijał herbatę w atrium hotelu. Mawiał: Musisz zbierać pieniądze, Naćiketo Mudaliarze. A Mudaliar pytał: Jakie pieniądze, sahibie? Te, które ci płacę, odpowiadał Singh. Naćiketa kręcił głową i cmokał. Nigdy nie miał pieniędzy do odłożenia. Masih, wielki przyjaciel Singha, był nauczycielem w szkole powszechnej. Miał poparzoną skórę, cętki jak lampart.

– Umiesz czytać, Naćiketo Mudaliarze? – zapytał kiedyś.

– Umiem czytać, sahibie. Studiowałem Wedy.

– Czytanie jest ważne, Naćiketo Mudaliarze. Mnie poparzyli całego, bo nie miałem brody, która mogłaby być religijna. Złapali mnie i wrzucili do wrzątku, do wody wrzącej już na zawsze, bo plamy nigdy nie zeszły. Powiedzieli: Czy chrześcijan nie chrzci się wodą? Ale to było dawno temu, chcieli, żebym zamknął szkołę, bo uczyłem tylko bzdur, że Chrystus jest Bogiem, że Bóg jest potrójny, bzdury. Nie zrezygnowałem, mimo gróźb, bo uczenie jest bardzo ważne, ale oni też nie zrezygnowali, ignorancja bowiem jest najbardziej upartą z ludzkich cech, no i ja zostałem ze spaloną skórą, cierpiąc, z tymi wszystkimi plamami.

Mudaliar cmoknął.

– Usiądź tutaj – zwrócił się do niego Singh.

Naćiketa Mudaliar usiadł pomiędzy nim i Masihem.

– Mudaliar jest zakochany – oznajmił Singh.

– W kim? – zapytał Masih.

– W jednej muzułmance – odpowiedział Singh.

– A ona? – zapytał Masih.

– Nawet na niego nie spojrzy – stwierdził Singh.

Nie patrząc na Naćiketę Mudaliara:

– W tym tygodniu nie dostaniesz wypłaty – zawyrokował Singh.

Naćiketa Mudaliar nic nie powiedział.

– Co się dzieje? – zagadnął Masih.

– Pieniądze, które daję Naćikecie Mudaliarowi na zakupy dla hotelu, nie przynoszą już tej samej ilości miodu, owoców i cukru – stwierdził Singh.

– Czy ceny rosną? – zapytał Masih.

– Nie, ceny są te same – odpowiedział Singh.

– Na pewno? – zapytał Masih.

– Na pewno. Chodzi o to, że jacyś hinduscy bogowie zjadają hotelowe zakupy – podsumował Singh.

Naćiketa Mudaliar chciał się usprawiedliwić, ale nie odezwał się słowem. Singh i Masih dalej wpatrywali się przed siebie i nikt nie patrzył na nikogo.

– Czyli że w tym tygodniu nie dostanie wypłaty? – zapytał Masih.

– W tym tygodniu nie – potwierdził Singh.

37
Amina patrzyła, jak brat bierze
۳۷

Amina patrzyła, jak brat bierze syna na ręce. Salim rozrzucał ramiona. Fazal Elahi trzymał go i kręcił się dokoła. Usta Salima wibrowały, były starym samolotem radzieckim albo amerykańskim, tworzyły onomatopeje, Salim wirował niczym dziecko-samolot, fhgehhżfżdfnżżżmmm, dfgsfdgsfdgfdfgfggggfg, sfgsdżżakoollllllll.

Generał Ilia Wasiljewicz Krupin zadzwonił dzwonkiem i Amina, powłócząc nogami, poszła otworzyć drzwi. Generał ściągnął buty, wszedł, niosąc skórzaną teczkę, ściągnął czapkę i położył ją na stole. Stopy generała miały twardą skórę, kilkumilimetrową, paznokcie były jak kaczuszki, żółte i zakrzywione. Fazal Elahi nie potrafił nie przyglądać się tym stopom. Skórze spękanej na piętach, kategoryczności, z jaką generał zostawiał ją na podłodze.

– Za przeproszeniem, na stole nie, nie mogę tego znieść – zwrócił się do niego Fazal Elahi.

– Co?

– Czapka. Przepraszam, generale Ilio Wasiljewiczu Krupinie, nie wiem dlaczego, ale nie umiem sobie z tym poradzić, czapka na stole nie, bardzo przepraszam, to irracjonalne, może to nawet grzech, ale robię się nerwowy, niech mi Allah dopomoże.

Generał wziął czapkę i powiesił ją na wieszaku. Westchnął. Salim bawił się z rozłożonymi ramionami, a jego usta naśladowały wybuchające na ziemi bomby. Słońce, przeciskając się przez zasłony, odnajdowało ludzi w półmroku.

Wizyty Ilii Wasiljewicza Krupina należały do rzadkości. Nieczęsto się to zdarzało, jeśli nie miał złych wiadomości do przekazania.

Amina wzięła Salima na ręce i nalała herbaty generałowi i bratu. Imbryk w prawej ręce, dziecko w lewej. Odeszła, wchodząc po stromych schodach, prowadzących na piętro, do pokojów. Położyła Salima, który ciągle otwierał ramiona jak skrzydła starego samolotu. Salim wybuchnął płaczem. Amina kazała mu zamilknąć, chciała słyszeć, o czym się rozmawia na dole. Salim ciągle płakał. Amina kazała mu siedzieć cicho, nic nie słyszała. Trzymała przymknięte drzwi i wystawiała głowę na zewnątrz. Przy tych wrzaskach Salima nie sposób było czegokolwiek usłyszeć. Amina miała nadzieję, że generał przyszedł porozmawiać o synu, Dilawarze, miała nadzieję, że Krupin będzie ją chciał na synową. Jakie szczęście, pomyślała. Salim dalej płakał i Amina, podszedłszy do łóżka, dała mu klapsa. Wrzask wzmógł się, więc Amina robiła się coraz bardziej wściekła, spąsowiała twarz, bliska wybuchu. Następne klapsy, jedne za drugimi, jednocześnie wrzeszczała, żeby Salim się zamknął. Płacz wzmagał się przy każdym uderzeniu, a Amina była tak rozzłoszczona, że nie potrafiła się pohamować. Elahi wszedł do pokoju niezauważony i odepchnął ją na bok. Salim zsunął się z łóżka i przycupnął po drugiej stronie, pod oknem. Już nie płakał, tylko cicho łkał. Elahi wyszedł z pokoju i Amina poszła za nim.

– Już sobie poszedł? Czego chciał generał Ilia Wasiljewicz Krupin? – zapytała, chwytając brata za kamiz.

– Niczego – odpowiedział Elahi.

– Jak to niczego?

– Niczego, to była grzecznościowa wizyta, bardzo lubił naszego ojca.

– Ale o czym rozmawialiście?

– O polityce i dywanach. Zapytał, czy interesy dobrze idą, powiedział, że rząd musi upaść, inszallah.

– Tylko to?

– Tak – skłamał Fazal Elahi.

Tak naprawdę generał wypytywał o Bibi, a Fazala Elahiego dziwiła ta namolność ze strony generała Wasiljewicza Krupina.

– Na pewno? – zapytała Amina.

– Na pewno.

Amina powróciła do pokoju, gdzie został bratanek. Salim spojrzał na nią, nie wiedząc, czego się spodziewać. Amina ściągnęła chustę z głowy, położyła się do łóżka, uderzyła w szloch. Salim, patrząc na nią, powoli wyszedł z pokoju. Zamknął za sobą drzwi i pobiegł korytarzem z rozłożonymi ramionami, jak samolot.

Fdsdfgfdfgggggg, sdgffdszdfgnszggggg, fgsdfgadfggghhhhżżżżżż.

38
Rzekł Tal Azizi: Przeznaczenie
۳۸

Rzekł Tal Azizi: Przeznaczenie jest nieodgadnione, jak wicie się węży. Przeznaczenie, o pobożny, w głowie zawsze ma jad, w ostrych zębach. Faluje, zdając się zmierzać w lewo, skręca w prawo, zdając się kierować w prawo, skręca w lewo, wspina się na drzewa, zawija na ludzkich nogach. Przeznaczenie przyjmuje barwy natury i pomylić je można z piaskiem i z zielonymi liśćmi, i z czerwonymi kwiatami, z pniami drzew. Przemyka u naszych stóp, a my na nie nadeptujemy niczym ślepcy, przeznaczenie zaś unosi głowę, prostuje się jak kobra, atakuje ostrymi zębami. Jeśli człowiek wyobraża sobie przeznaczenie, przeznaczenie przez niego wyobrażone nigdy nie zachodzi, jeśli spróbuje stanąć z prawej, żeby go uniknąć, tam właśnie jest, jeśli stara się przesunąć bardziej w lewo, żeby go uniknąć, to tam właśnie jest. Kiedy patrzymy w górę, zwiesza się z drzewa, gdy patrzymy w dół, wije się u stóp.

Zaklinacze węży, o pobożny, starają się sprawić, byśmy wierzyli, że panujemy nad przeznaczeniem. Lecz węże kpią z tego i mówią do siebie: Patrz, jeśli będę wyginać ciało, zdołam sprawić, że ten człowiek zagra na flecie.

39
Radziecki samolot z 1974, o niemal dwudziestu
۳۹

Radziecki samolot z 1974, o niemal dwudziestu pięciu metrach długości, trzynastu rozpiętości, z pragnieniem wzlecenia aż do wysokości trzydziestu tysięcy metrów, z umiejętnością pozostawiania dźwięku za sobą – wyprzedzając go o ponad dwa tysiące kilometrów na godzinę – cały wykonany ze stali i tytanu, ważący niemal dwadzieścia ton, stał tam, stary, z podziurawionym kadłubem, brakowało mu prawie całej lewej strony, lecz jeszcze było dobrze widać, że ciągle zachowuje tę samą żądzę zabijania.

 

Salimowi podobał się ten samolot. Kiedy na niego patrzył, głowę wypełniało mu to, co sobie wyobrażał jako warkot silnika, dfgdżżżżżżż, sdfgsdfsdfffff, fffffghghgżżżżżż.

Fazal Elahi nie znosił tego samolotu. Kiedy Fazal Elahi miał rany na rękach, chował je do kieszeni: nieświadomie, obawiał się, że ten martwy samolot może wywęszyć krew na jego palcach, poranionych od przerzucania dywanów.

Ten sam przedmiot może wywołać miłość u jednego człowieka, niepokój u drugiego. Przyciąganie i odrzucanie. Fazal Elahi wyraził to na głos za pierwszym razem, gdy ujrzał zachwycony wzrok Salima.

– Przyciąganie i odrzucanie – zauważył Elahi, wskazując na samolot.

– Jest jak mężczyźni, za których wychodzimy – stwierdziła Amina.

Naćiketa Mudaliar siadywał na niskim murku przebiegającym mimo samolotu, o wiele metrów od Aminy. Spoglądał na nią ze skaczącym sercem. Widział, jak odchodzi, widział, jak strofuje Salima, śledził ją wzrokiem, aż znikała pośród ogrodu, przez który przechodziła, wracając do domu.

Naćiketa Mudaliar był niezadowolony z bogów, ze świętych i awatarów. Wrócił do hotelu Imperial Comfort, mamrocząc pod nosem: Małpa Hanuman, naganiacz Ganeśa – trąbalski – Kryszna z tymi kwiatami we włosach jak angielska pensjonarka. Naćiketa wszedł do hotelu, poszedł do swojego pokoju, pokroił ogórka na kawałeczki i zjadł go z jogurtem, podczas gdy czarny wół dokładnie pod okienkiem jego pokoju przewracał śmietnik i pałaszował kawałki kartonu. Przyszedł jakiś gość i na dźwięk dzwonka Naćiketa musiał zostawić jedzenie, żeby udać się do recepcji. Wylał odrobinę jogurtu, odstawiając miseczkę, jedna kropla spadła mu na rękę, a druga tuż przy jego lewej stopie. Przesunął palcem po podłodze, przez rozlany jogurt, i polizał go, potem zbliżył wierzch dłoni do ust, żeby niczego nie zmarnować.

Naćiketa pobiegł do recepcji i popatrzył na gościa. Nosił okrągłe okulary w bardzo delikatnych oprawkach, niemal poetyckich, był wysoki, miał martwe ręce, garnitur w kremowym kolorze pustyni, żółtawe włosy, kurze łapki przy oczach i malutkie dłonie. Naćiketa Mudaliar miał na sobie przepisową liberię, koszulę, muszkę, czarne spodnie, był boso. Naćiketa poinformował gościa co do ceny pokojów, w dolarach. Can I see the room?, zapytał obcokrajowiec. Naćiketa odpowiedział, że tak, no worry, no hurry, chicken curry, i wyciągnął klucz z szafki, poprosił gościa, żeby udał się za nim, wszedł po schodach przy windzie – która nie działała od dwóch lat, trzech miesięcy i dziesięciu dni (miał w recepcji datę prośby o naprawę, która nigdy nie nastąpiła) – otworzył drzwi do pokoju 132, rozsunął zasłony i otworzył okno, kopnął pod łóżko zdechłego karalucha. Obcokrajowiec oznajmił, że zostaje, że jest okey. Naćiketa Mudaliar przez kilka sekund stał, czekając na napiwek. Gość także stał przez kilka sekund. Zapytał o walizki. Naćiketa Mudaliar pośpiesznie zbiegł po schodach, no worry, no hurry, chicken curry, i chwycił obie walizki, stojące przy kontuarze recepcji, zabrał formularz i wbiegł po schodach, po dwa stopnie. Wpadł do pokoju zdyszany, z hukiem odstawił walizki, gość wyciągnął portfel i podał mu banknot. Naćiketa podziękował, wręczył mu formularz, prosząc, aby go wypełnił i potem oddał mu w recepcji, gdy będzie schodził. Złączył ręce przed sobą na piersiach i powiedział Namaste.

Nazajutrz z rana Naćiketa Mudaliar, robiąc zakupy, obserwował Aminę. Zdobył się na zuchwałość przejścia obok niej, niemal dotknął jej ubrania i poczuł jej zapach. Wydał mu się przesycony wanilią, ale może takie tylko odniósł wrażenie, a może zapach pochodził od stoiska z przyprawami. Naćiketa zrobił wszystkie zakupy, wpadł do świątyni Giridźaśankara, ale nie odważył się ofiarować nic ponad wodę i polne kwiaty. Chuj tam z bogami, małpą Hanumanem i trąbalskim Ganeśą, i do tego ciepłym Kryszną. Poprosił tylko o szczęście, nic więcej, człowiek bowiem, gdy chce dotrzeć do swojego przeznaczenia, prosi właśnie o to, nie prosi o koła do wozu. Wrócił do hotelu i odstawił zakupy w kuchni. Ćutani, kucharz, warknął coś pod nosem, obierając ziemniaki. Naćiketa Mudaliar znalazł Singha w atrium, razem z nieuniknionym Masihem i nowym gościem.

– Co pan tu robi? – zapytał Masih.

– Prowadzę badania – odpowiedział obcy.

– Potrzeba nam badań – zauważył Singh.

– Jak pan się nazywa? – zapytał Masih.

– Gunnar Helveg – przedstawił się obcokrajowiec.

Radio nadawało różne wiadomości, narodowe i międzynarodowe: w stolicy człowiek-bomba wysadził się w powietrze, zabijając dziesiątki ludzi; Black Kraits dalej wygrywali, Kamil Khan był największym fenomenem krykieta, nigdy czegoś takiego nie widziano; następnie wywiad z Zahirą, aktorką z Beludżystanu.

– A na czym polegają te badania? – zagadnął Masih.

– Słyszeliście już, panowie, o dwóch derwiszach złodziejach? – zapytał obcokrajowiec.

– Oczywiście. Złodziei nam nie brakuje – stwierdził Singh. I zwrócił się do Naćikety Mudaliara: – Przynieś jeszcze herbaty.

W radiu mówili: niebo zachmurzone przez najbliższe dni; odkryto grzyb zdolny do zjadania plastiku, a zatem możemy dalej wszystko zanieczyszczać.

Naćiketa poszedł po herbatę.

– Derwisze złodzieje to nie ci, którzy byli bliźniakami? – zapytał Masih.

– Tak, ale nie w taki sposób, jak pan sobie wyobraża. Jeśli potwierdzą się moje przypuszczenia, będzie to jedno z najbardziej niesamowitych odkryć tego wieku – zauważył obcokrajowiec.

– Bardziej niż odkrycie wirusa jedzącego plastik? – zapytał Masih.

– Sądzę, że tak – stwierdził obcokrajowiec.

– Możemy dalej wszystko zanieczyszczać? – zapytał Masih.

– To nie odkrycie tego rodzaju, ale jest bardzo zaskakujące – sprecyzował obcy.

– Grzyb – wtrącił się Singh.

– Co grzyb? – zapytał Masih.

– Plastik zjada grzyb, a nie wirus – zauważył Singh.

– Przepraszam panów, pójdę trochę odpocząć – powiedział obcy.

40
Słońce marło w pyle
۴۰

Słońce marło w pyle na ziemi. Gość z zagranicy, Gunnar Helveg wyszedł z hotelu Imperial Comfort – zostawiając odpowiednio wypełniony formularz w recepcji – i przeszedł przez ulicę, nieustraszenie, mimo wielbłąda na jego prawej flance, mimo samochodów, ryksz, motocykli, kozy o czarnej sierści. Wszedł do budynku z cegły, wbiegł po schodach i wziął numerek. Obok niego jakiś człowiek czyścił sobie paznokcie paznokciami drugiej ręki, środkowy prawej czyścił mały lewej. Oczekiwanie przeciągnęło się na kilka godzin, wężykowato, pomiędzy krótkimi drzemkami i lekturą gazet. Pora Gunnara Helvega nadeszła, więc wszedł do jednego z pokojów, drzwi 13. Pracownik Dziedzictwa miał na sobie szary garnitur, pasujący do wewnętrznej strony głowy. Helveg przysunął sobie krzesło i usiadł przed nim, otworzył teczkę, podsunął mu pakiet dokumentów, trzy z ambasady swojego kraju i czarne dossier z całym projektem. Mężczyzna oparł okulary na czubku nosa i przerzucił kilka stron, poruszając przy tym brwiami. Powiedział, że nie. Jak to nie?, zapytał Helveg. Tamten wyjaśnił, że nie należy to do jego departamentu, a nawet gdyby należało, to on nigdy nie wyraziłby zgody na podobną profanację.

– To nie jest profanacja – zaoponował Helveg.

Mężczyzna nie odpowiedział, ale wyciągnął rękę, zwracając papiery obcemu.

Gunnar Helveg wyszedł stamtąd tak przygnębiony, że wstąpił do pięciogwiazdkowego hotelu, kupił butelkę wódki i wypił ją. Całą, do dna. Zasnął z głową na barze. Barman dyskretnie zagadnął go, gdzie mieszka, dlatego, gdy Helveg zasnął i chrapał pośrodku hotelowego baru, zadzwonił. Odebrał Naćiketa Mudaliar: tak, mają w hotelu obcokrajowca, mężczyznę w okularach, wysokiego, z martwymi rękami. Naćiketa Mudaliar powiedział, że przyjdzie po niego. Zawiadomił Singha.

– Idę po niego, szefie.

– Sam niech znajdzie drogę – rzucił Singh.

– Nie możemy go tam zostawić – odparł Naćiketa.

– Kogo? – wtrącił się Masih.

– Pana Gunnara Helvega – powiedział Singh.

– Kogo? – zapytał Masih.

– Obcego – poinformował Naćiketa.

– Takie są drogie hotele, chcą się pozbyć klientów, kiedy oni już napchali im kieszenie – sarknął Singh.

– Idę po niego, szefie, no worry, no hurry, chicken curry – powiedział Naćiketa.

– Bardzo dobrze – zgodził się Singh.

Naćiketa Mudaliar wyszedł z hotelu i pieszo przebył sto metrów aleją. Skręcił w wąską uliczkę z pieńkami martwych palm na betonowym chodniku. Zobaczył hotel pięciogwiazdkowy: był ogromny, ze światłami w różnych miejscach, basenem na tyłach, ogrodem z wielkimi szachami, pionki i figury wielkości ludzi pomiędzy drzewami. Naćiketa przeszedł przez ogród, pośpiesznym krokiem, i wszedł do lobby. Skierował się do kontuaru, pozdrowił tych, których uznał za kolegów, i zapytał o bar. Jakiś ochroniarz zaczął na niego wrzeszczeć, Naćiketa Mudaliar nawrzeszczał na ochroniarza, przyszedł po obcego, zadzwonili do niego z recepcji.

Znalazł Gunnara Helvega na podłodze na tyłach baru, w miejscu, gdzie go złożyli, żeby nie psuł gościom nastroju. Naćiketa Mudaliar spróbował go obudzić kilkoma policzkami. Bezskutecznie. Pobiegł zatem do baru i poprosił barmana o szklankę wody. Wrócił do śpiącego obcego, włożył palec wskazujący do szklanki i zimną wodą spryskał twarz Gunnara Helvega. Naćiketa Mudaliar powtórzył operację jeszcze raz. Odczekał kilka sekund… Chlusnął szklanką wody w twarz obcego. Gunnar Helveg natychmiast otworzył oczy, wydawał się całkowicie obudzony, ale zaraz znowu je zamknął. Ponownie je otworzył, znowu zamknął. Po kilku próbach postanowił się podnieść. Mudaliar włożył rękę pod pachy obcego i dźwignął go. Udało mu się sprawić, że wstał i poszedł u jego boku, wspierając się na nim. Przeszli przez gigantyczne szachy – Gunnar Helveg pozdrowił pionka i zwyzywał białego laufra – po czym opuścili teren hotelu. Naćiketa Mudaliar został zaczepiony przez kilku taksówkarzy i rykszarzy, ale nie miał pieniędzy, dlatego twardo trwał przy swoim zadaniu dowleczenia obcego, bezpiecznie i kosztem ogromnego wysiłku fizycznego ze swojej strony, aż do jego pokoju w Imperial Comfort.

Następnego dnia Gunnar Helveg zbudził się z potwornym bólem głowy, który przeszywał go w pionie i docierał do stóp. Wezwał Naćiketę Mudaliara i poprosił o podanie śniadania do pokoju. Naćiketa Mudaliar przyniósł mu chleb, tosty, dżem, miód, kawę z mlekiem. Obcy powiedział: siadaj.

Naćiketa Mudaliar usiadł, ręce pomiędzy nogami, na skraju łóżka.

– Potrzebuję pomocy. Słyszałeś już o dwóch derwiszach złodziejach?

– Tak – odpowiedział Naćiketa Mudaliar, z rękoma pomiędzy nogami.

– Ludzie mówią, że to bliźniaki.

– A nie?

– Tak, tylko w zaskakujący sposób. Nie są dziećmi tych samych rodziców.

– Jak to jest możliwe?

– To bez znaczenia. Chodzi o to, że muszę mieć dostęp do wnętrza ich grobowców.

– Niemożliwe, Helveg sahib.

– Musi nam się udać. Kto jest odpowiedzialny za tarikat, za bractwo derwiszów mieszkających w klasztorze przyległym do mauzoleum? Myślałem, że to jest własność państwa.

– Nie wiem kto, Helveg sahib. Jestem hindusem i niewiele wiem o tych rzeczach.

– Zabierz mnie do ich grobu.

Helveg wyciągnął banknot i pomachał nim przed nosem Naćikety Mudaliara.

– No worry, no hurry, chicken curry – odpowiedział tamten.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?