Dokąd odchodzą parasolki

Tekst
Z serii: Salamandra
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

30
Salamudyn spędził popołudnie
۳۰

Salamudyn spędził popołudnie na lekturze, a Badini na słuchaniu. Poeta powiedział mu:

– Ponieważ nie mówisz, więcej słuchasz. Oto, co czyni mądrość. Ludzie do pewnego czasu powinni być niemi, by później eksplodować. To byłoby ogłuszające. Człowiek wybuchałby wiedzą, którą zebrał przez całe życie.

Kiedy ojciec przyszedł, żeby go zabrać do domu, Badini nie chciał pójść. Ojciec trzymał go za nogi, podczas gdy chłopak wbijał palce i paznokcie w futrynę drzwi Salamudyna. Wtedy poeta powiedział: Niech go pan zostawi. Ojciec Badiniego puścił go natychmiast. Spojrzał na syna, ciągle kurczowo trzymającego się drzwi, i nadepnął mu na nogę. Badini ani drgnął, nawet gdy poczuł miażdżenie kostki i zobaczył, że kość wychodzi na zewnątrz, jakby wyglądała przez okno.

543. Aby ludzie podawali sobie ręce, My stworzyliśmy im ramiona; a oni użyli ich do bicia. Aby ludzie chodzili, My uczyniliśmy im nogi i stopy; a oni użyli ich do deptania.

Różni ludzie pojawiali się u drzwi domu poety. Spoglądali na nogę chłopaka, który słowami ścinał mleko. Widzieli kość wychodzącą z nogi, wyłaniającą się, i ich miny wyrażały obrzydzenie, lecz nie podeszli. Brutalni są jak choroby.

Nagle Salamudyn przeszedł pośród tłumu – wyglądał jak Mojżesz odsuwający Morze Czerwone rozłożonymi ramionami (ten sam wymiar co wzrost, wszak człowiek od stóp do głowy ma tyle, ile jego rozłożone ramiona) – i zabrał Badiniego do szpitala. Zadbał o niego po powrocie do domu. Umieścił go w pokoiku na parterze i nauczył pielęgnować róże i drzewa owocowe.

– Niebieskie róże są niemożliwe, mówią. Lecz Ibn al-Awwam przed dziewięcioma wiekami dowiódł czegoś przeciwnego: wystarczy podlewać różę niebieskim barwnikiem. Tak robi człowiek. Jeśli natura nie potrafi, człowiek tworzy i cuda się wydarzają.

Badini nigdy więcej nie zobaczył ojca, ale matka pojawiła się kilka razy w domu poety bez wiedzy męża. Przynosiła mu słodycze z migdałów, goździków i cynamonu, ale było widać, że coś pomiędzy nimi umarło. Badini nie mówił i ona niewiele mówiła. Była to kobieta nieśmiała, niska, z brązowymi włosami pod czadorem. Wydawało się, że ma w sobie zbyt wiele radości jak na osobę, na którą spadło wcześniej tyle smutków.

Po piątej czy szóstej wizycie zrezygnowała. Badini widywał ją czasem na ulicy. Nie prowadziła tamtędy droga na bazar, ale ona obierała dużo dłuższą trasę w nadziei na coś. Zatrzymywała się zawsze naprzeciw domu Salamudyna, na kilka sekund, po czym kręciła głową i szła w swoją stronę.

Badini przyjął ten gest jako filozofię wobec świata: powinniśmy pokręcić głową i pójść w swoją stronę.

31
Kiedy Salamudyn znalazł się na łożu
۳۱

Kiedy Salamudyn znalazł się na łożu śmierci, przywołał Badiniego i wręczył mu Urywki perskie. Badini chwycił książkę z wielkim przejęciem, wiedział bowiem, ile ona znaczy dla Salamudyna (293. Tworzymy książki, które są jak kwiaty: chwalone za swoje piękno. Lecz tworzymy też inną, jedyną, która jest jak nasiono: sprawia, że kwiaty wzrastają w duszy).

Badini usiadł obok metalowego łóżka, trzymając książkę w ramionach. Zdarł nieco białej farby z łóżka i zmiął ją, czując, jak najostrzejsze drzazgi ranią mu palce. Pokój miał ściany wyłożone tapetami, które wydawały się kolorowymi wodospadami. I tak jak rzeki, przybywały z dalekich krajów i zlewały swoje wzory aż do podłogi. Salamudyn miał zapadniętą twarz, kurczył się, wywracał na lewą stronę, żeby zostawić duszę na zewnątrz, żeby pozwolić duszy odejść. Jest w agonii, pomyślał Badini, wyrzyga duszę z ciała. Życie to jazda samochodem po górskich serpentynach.

Skóra poety była poszarzała i drżały mu ręce, podczas gdy źrenice nie wykazywały ani jednej oznaki życia, całe czarne.

Badini pochylił swoje ogromne ciało (stał się bardzo duży, niemal tak wielki jak mityczny Umit Arslan), opuścił wielką głowę i przyłożył usta do ucha poety, recytował wiersz, który był zaledwie westchnieniem zmęczenia. Owcze mleko, które Salamudyn miał w domu, nie ścięło się.

Całe miasto lamentowało z powodu śmierci poety i wykrzykiwało jego wiersze na ulicach. Badini, gdy otwierał okno, widział ludzi z zaczerwienionymi oczami recytujących wiersze wyzywające śmierć, bo takie jest zadanie poezji. Były płaczące staruszki, staruszki zalane łzami. I był Badini, który potrafił płakać tylko wierszami, ścinającymi jego własne życie.

Na pogrzeb przyszli obcokrajowcy, jeden z nich był Niemcem, niejaki Isaac Dresner, kulawy, wyglądał jak Iblis. Oferował Badiniemu mnóstwo pieniędzy za egzemplarz Urywków perskich, który należał do Salamudyna, lecz Badini potrafił zachować milczenie, kiwnął głową, że nie, powiedział, że nie, wielokrotnie, to rzecz nie na sprzedaż. Dresner wyciągnął wizytówkę, na wypadek gdyby niemowa pożałował, lecz Badini podkreślił jeszcze raz, że nie, tym razem rękoma, wizytówka spadła na ziemię, Niemiec schylił się, żeby ją podnieść, ale upadł twarzą na beton. Badini pomógł mu wstać. Dresner nalegał, by wziął wizytówkę, a Badini upierał się, że nie. Że nie. Miał ochotę krzyczeć, ale zachował milczenie. Niemiec westchnął i odszedł z krwią zaschniętą na nosie, kuśtykając, wlokąc za sobą nogę. Przeklęty beton, mówił do siebie.

Dwa miesiące po śmierci Salamudyna Badini wstąpił do Zakonu Pszczół, derwiszów nazywanych tak, gdyż zbierają i przechowują wiedzę. Są też zwani symbolistami, gdyż nauczają poprzez symbole. Dokładnie w tamtym czasie Badini po raz pierwszy zobaczył koło z dziewięcioramienną gwiazdą i dziwnym diagramem, służącym do zadawania pytań i otrzymywania odpowiedzi. Patrząc na enneagram, Badini natychmiast pojął ten mechanizm i na jego podstawie opracował własne urządzenie. Stworzył maszynę do ulepszania wierszy. Składała się z serii kół, które w miarę okrążania dziewięcioramiennych gwiazd zwiększały znaczenie słów. Niewinne słowo przyglądało się, jak jego znaczenie staje się niejasne na drugim kole. I wręcz hermetyczne na trzecim. Na dziewiątym mogło być swoim przeciwieństwem. Więcej kół nie było. Zaledwie dziewięć.

Lecz nie dla niego okazało się bycie derwiszem, nie dla niego tarika, nie zadowoliły go. Badini poczuł, że stał się azad – wolny od wszelkich zobowiązań religijnych. Nie musiał odmawiać namaz porannych ani innych, gdyż cały dzień całym sobą był modlitwą. Był ponad prawami Mahometa, był wolny. Prawa nie stosowały się do jego życia. Są tacy, co usłyszeli uszami, i tacy, którzy usłyszeli sercem, myślał Badini. Dlatego ogolił brwi i rzęsy, i brodę, jak czynią azad. Swoją wolnością zawstydzał skaczące gazele.

A tymczasem:

Cisza już nigdy go nie opuściła.

32
Szachownicę ojciec Fazala Elahiego kupił
۳۲

Szachownicę ojciec Fazala Elahiego kupił na bazarze w Samarkandzie. Była alabastrowa, miała dwa nadłamane konie, a jeden z pionów był zaledwie półpionem. Szachownica miała sześćdziesiąt dwa centymetry z każdej strony, a u dołu wyryte dwa wersy Ibn al-Faradiego. Badini i Fazal Elahi zwykle grali przeciwko sobie. Niektóre partie zajmowały dni, tygodnie, a nawet miesiące. Elahi uparcie przegrywał, lecz był zawzięty, lubił chronić królową, jeździć konno, burzyć wieże. Patrzył na szachownicę, jak się patrzy na życie, pełne czarnych i białych kwadratów, bo tak żyjemy, przeskakując z czarnych na białe i na odwrót.

Badini znał wszystkie słynne otwarcia, a nawet rosyjskie nazwy niektórych zagrań. Był w stanie przewidzieć, co się będzie działo w tej grze, na wiele ruchów do przodu, na wiele dni do przodu, podczas gdy Fazal Elahi sądził, że ta zdolność wymyślania następnych ruchów jest sprawą nadprzyrodzoną, jak się przewiduje przyszłość, patrząc w chmury albo na mapy astrologiczne. Szachy dla Elahiego były formą przepowiadania, Badini wiedział, jak działa świat, przewidywał wszystkie zagrania i w ten sposób był w stanie zaglądać w przyszłość. To dlatego Fazal Elahi zawsze przegrywał.

Badini był ogromny, był mężczyzną niełatwym do zrozumienia. Przez wiele lat żył na ulicy, zanim Elahi go przygarnął. Jesteś moim kuzynem, powiedział, nie chcę, żebyś żył na ulicy.

Czy mieszkał w pokoju na pierwszym piętrze domu Fazala Elahiego, czy pod drzewem albo na ulicy, Badini mawiał, że żyje w środku samego siebie, w przestronnej przestrzeni. Kiedy prosili go o adres, podawał swoje imię. Gardził materią. Mówił:

– Podczas gdy jedni dążą do sukcesu materialnego,

ja dążę do sukcesu duchowego.

Jego pokój na pierwszym piętrze domu Fazala Elahiego był przykładem ogołocenia, miał zaledwie dywan i kilka poduszek. To tam sypiał. W kącie leżał drugi salwar-kamiz. Miał tylko dwa, oba białe. Był bywalcem hammamów i erudytą. Nikt nigdy nie widział go z książką, chyba że z zeszytem albo egzemplarzem Urywków perskich, ale potrafił zacytować wszystkich klasyków, od Rumiego do Sadiego, od Aziziego do Chajjama.

– Nasza dusza – mawiał Baldini – jest tak wielka,

że mamy małą potrzebę emigracji,

wychodzenia na zewnątrz. Pir Azizi

był człowiekiem o spojrzeniu

najkrótszym w świecie.

Kiedy patrzył na horyzont,

nie widział dalej niż siebie, jego dusza

była najlepszym krajobrazem.

Koń na b2.

Bije wieżę ten mój koń.


Równowaga absurdalnie / moralnie / estetycznie niezrównoważona

Fazal Elahi drapał się po głowie, kompletnie zagubiony na tych czarnych i białych kwadratach, białych i czarnych. Całość tak ortogonalna, a jednak to istny labirynt. Fazal Elahi uciekał koniem,

 

Badini uśmiechał się, widząc infantylność kuzyna, a jego ogromne ciało, tak przesadne, siedziało nieruchomo, podczas gdy jego wojsko gotowało się do tryumfu. Wtedy bardzo ostrożnie brał królową i popychał ją ku dramatycznym chwilom, bliskim wiktorii.

Fazal Elahi myślał o innych rzeczach:

– Za przeproszeniem, kuzynie, idąc przez życie, trzeba patrzeć pod nogi. To postawa skromności, aććha, dzięki temu wiemy, gdzie dokładnie stawiamy nogi. Z powodu upadków, z powodu min, z powodu schodów, z powodu. Mój syn należy do tych, co machają rękami. Jakby szedł, prosząc się o niebezpieczeństwa, niech go Allah chroni.

– Czasem

trzeba się odważyć – powiedział Badini, wyrażając to mimiką.

– Nie można żyć jak małż.

Pamiętaj

o tym, czego naucza Mukatil ar-Raszid:

jeśli chcesz uciąć ramię, nie celuj

w kość, ale poza kość.

(Badini żywo uderzał się w ramię)

Musimy patrzeć poza rzeczy,

jakby były szklane.

Każda rzecz, która istnieje na tym świecie,

jest przezroczysta, ale my upieramy się, by widzieć je

matowymi. Rzeczy to okna z szybami

wychodzące jedne na drugie,

jedne do wnętrza drugich.

Każda rzecz to drzwi prowadzące

do drzwi prowadzących

do drzwi prowadzących

do drzwi. Na końcu

jest Allah palący fajkę wodną,

ze skrzyżowanymi nogami na dywanie.

– Opinie, Badini. Ale opinia to ptak z jednym tylko skrzydłem, jak powiedział Rumi.

– Szach-mat, Fazalu Elahi. Zamiast

patrzeć pod nogi,

musisz patrzeć na kwadraty

czarne i białe:

na życie.

33
Było coś
۳۳

Było coś boskiego w tym geście palca wskazującego. Amina czerpała ewidentną przyjemność z rozduszania mrówek palcem, jedną po drugiej. Kiedy się nudziła, szła po środek owadobójczy i patrzyła, jak owady zdychają. Tak, było coś zdecydowanie boskiego w akcie zabijania mrówek. Kiedy kończyła sprzątać kuchnię, wychodziła z Salimem. Lubiła patrzeć, jak przed nią biegnie, z rękami wyciągniętymi na boki udając samolot, z otwartymi ramionami i ustami naśladującymi odgłosy silnika. Salimowi podobały się samoloty. Zawsze, kiedy widział samolot, zatrzymywał się, żeby spojrzeć w niebo, i wlepiał oczy w kreskę białej piany, jakiej używa się do golenia, kreślonej na niebieskim tle.

W pobliżu domu Fazala Elahiego stał stary rosyjski samolot, częściowo rozłożony przez czas, zardzewiały ptak. Inne dzieciaki wieszały się na zranionych skrzydłach i skakały z nich na ziemię. Salim rzadko podchodził, a jeśli już, robił to tak, jak się głaszcze kota. Dotykał kadłuba i natychmiast odchodził, cofał się o dwa-trzy kroki. Przybierał poważną minę, znacznie starszą od siebie, i przyglądał się samolotowi. Zdawał się czekać na to, że samolot wzbije się do lotu, przeleci lekko ponad chmury, znacznie szybciej niż anioł Dżibril, i zniknie za horyzontem.

185. Tworzymy horyzont, aby był kryjówką dla oczu. I poza tą linią, dokąd może dotrzeć tylko wyobraźnia, uczyniliśmy Nasz dom.

Amina czuła, że Salim składa się z godzin, gdyż wypełniał jej całe dni. Kiedy przychodziła do domu po południu, była wykończona i bolały ją nogi. W dni, kiedy odwiedzała ją Miriam, Amina kładła się i pogrążała w rozkoszy, gdyż ta zwykle robiła jej masaż nóg. Wyciągała się na łóżku, a Miriam opowiadała jej wszystko, co działo się w mieście. Istniał dziwny związek pomiędzy jej słowami i masażem. Było tak, jakby ręce koleżanki, przesuwając się po obolałych udach, wpychały do wnętrza mięśni, do środka ciała, opowiadane nowiny.

34
Papiery i flagi wypełniały
۳۴

Papiery i flagi wypełniały ulice. Wojsko defilowało główną aleją i ludzie klaskali, ulice wibrowały. Fazal Elahi ominął zamieszanie.

Biuro generała Ilii Wasiljewicza Krupina znajdowało się w śródmieściu, w samym jego środku, w okazałym budynku pełnym pewności siebie kamienia i cegieł. Biegnie od ziemi do nieba, pomyślał Elahi, mierząc wzrokiem budynek, sięga chmur i nikogo o nic nie prosi, rozciągnięty swoimi piętrami. Cóż za wielka budowla, robi na mnie wrażenie za każdym razem, gdy ją widzę, subhanallah, tyle rzeczy poukładanych jedna na drugiej i ludzi żyjących w tych stosach, także oni jedni na drugich, ale z wykładzinami na podłogach i telewizorami, i tak dalej, i samochodami w garażu, które pozwalają im jeździć do innych stosów ludzi poukładanych w stosy poprzekładane wykładzinami na podłogach i telewizorami, i tak dalej.

422. Góry są dowodem na to, że nawet ziemia chce dotrzeć do nieba.

Przy wejściu Elahi spojrzał na podświetlaną tabliczkę z latającym meczetem, symbolem firmy Ilii Wasiljewicza Krupina. Kiedy generał wyleczył się z paraliżu dzięki zjedzeniu czereśni z drzewa, które wyrosło z ciała pira Aziziego, co było wielkim cudem, postanowił przywieźć ze sobą pestkę i ją zasadzić. A potem dzięki pestkom z owoców tego drzewa zasadził więcej i więcej drzew, aż zaczął je eksportować. Cud przyniósł mu mnóstwo pieniędzy, oprócz tych, które już zarabiał na nielegalnej grze i handlu bronią i opium, i był jego legalnym źródłem dochodów. Nadeszły jednak czasy, kiedy utracił fortunę. Stało się tak dlatego, że generał Ilia Wasiljewicz Krupin wpadł na ekstrawagancki pomysł i wyobraził sobie, że przyniesie mu on wielkie korzyści: postanowił produkować latające meczety. Pomysł ten został zainspirowany kolekcją znaczków. Na rzeczonych znaczkach widać było obrazy z balonami powietrznymi, które podtrzymywały płyty, a na tych płytach rosły drzewa cytrynowe, drzewa pomarańczowe, niskie zarośla i krzewy herbaciane. Nazywały się wiszącymi ogrodami. A zatem generał Krupin niemal oszalał na punkcie tego pomysłu i kazał wyprodukować kilka ogromnych balonów, które wynosiły w górę niewielki dom w kształcie meczetu, aby ludzie mogli się pomodlić w górze, znacznie bliżej Boga. Bo choć Bóg znajduje się we wszystkich miejscach jednocześnie, ludzie odczuwają Go na różne sposoby, i w górze czują się znacznie bliżej Niego. Latające meczety okazały się prawdziwą klapą na niemal wszystkich poziomach, mimo to stały się katapultą dla generała. Zostały zresztą symbolem jego firmy oraz jej nazwą.

Kiedy Fazal Elahi miał wejść do biurowca latającego meczetu, jakiś żebrak chwycił go za ubranie i Elahi wręczył mu kilka monet. Poczuł się dobrze, doskonale altruistycznie, jak to się zresztą działo zawsze, kiedy dawał biednym pieniądze. Tak bardzo dobrze się poczuł, że nie omieszkał poinformować o tym proszącego, oznajmiając, że zachwyca go okazany altruizm, aććha, własna dobroć, a żebrak zapytał go, co to takiego altruizm. Fazal Elahi odpowiedział, że to jakby dawanie pieniędzy biednym nieszczęśnikom i nędzarzom, na co żebrak zauważył, spoglądając na monety, że altruizm musi być czymś bardzo niewielkim. Mężczyzna wyszczerzył się w bezzębnym uśmiechu, gdy Fazal Elahi wchodził po schodach i zadawał sobie pytanie, z jakiego to powodu generał Wasiljewicz Krupin chce z nim porozmawiać. Prawdopodobnie chodziło o jakąś sprawę związaną z zarządzaniem firmą w mieście lub o coś podobnego, wystarczająco hermetycznego, żeby trzymać ludzi, interesantów, z dala od epicentrum sytuacji naprawdę ważnych.

Generał Wasiljewicz Krupin próbował wyciągnąć szyję, kiedy wszedł Fazal Elahi. Jednak generał nie miał szyi, głowa była przyklejona bezpośrednio do tułowia. To odbierało mu wiele ze spontaniczności, wyglądał jak drewniana kukła. Jego gibkość była przedmiotem drwin. Kiedy odwracał głowę, odwracał też resztę ciała, jakby miał kółka na nogach, a ciało było jednym elementem, drewnianym, bez żadnych połączeń. Golił sobie wąsy, ale zostawiał wielką brodę o jasnych włosach wpadających w brąz.

Wymienił z Fazalem Elahim odpowiednie gesty kurtuazyjne. Za jego plecami dwa karaluchy w wielkim pośpiechu wspinały się po ścianie, między dwiema flagami wypłowiałymi od słońca i patriotycznych przemówień.

– Przejdę bezpośrednio do sprawy – odezwał się generał Krupin. – Muszę wiedzieć, czy widziałeś tę cudzołożnicę.

– Jaką cudzołożnicę?

– Nie wymówię jej imienia.

– Za przeproszeniem, Bibi?

– Tę.

– Oczywiście, że nie, ona mnie porzuciła. Sam generał przekazał mi tę wiadomość…

– Dobrze wiem, że przekazałem ci tę wiadomość, Fazalu Elahi. Dobrze to wiem. Nie widziałeś jej więc?

– Nigdy więcej jej nie widziałem, odkąd uciekła przed ponad trzema laty. Allah moim świadkiem. Ale dlaczego?

– A nic. Czasem węże wracają do swoich gniazd i trzeba być bardzo ostrożnym. Któregoś dnia natykamy się na nie i już jest za późno.

Krupin stanął i groźnym wzrokiem zaczął się przyglądać Fazalowi Elahiemu. Generał był człowiekiem krępym, o szerokich ramionach. Ręce miał aż za długie, włochate i kiedy stał, zwisały mu niemal do kolan. Był niski i ciężki, chociaż zachowywał względną formę fizyczną. Farbował siwe włosy na kolor miodowy i starannie je czesał, z przedziałkiem na bok. Oczy miał niebieskawoszare.

– Nie widziałeś jej? Na pewno?

– Absolutnie nie – zapewnił go Fazal Elahi, odpowiednio akcentując słowa. – Absolutnie nie – powtórzył.

35
Naćiketa Mudaliar w wieku piętnastu lat wstąpił do Bractwa Somy, świętego
۳۵

Naćiketa Mudaliar w wieku piętnastu lat wstąpił do Bractwa Somy, świętego moczu boga Indry. Rytuał inicjacji polegał na zażyciu grzyba halucynogennego, którego psychotropowy alkaloid (muscymol, C4H6N2O2) był wydalany z moczem, już oczyszczony ze wszystkich substancji toksycznych. Grzyb ma w sobie wiele trucizn, lecz wątroba pewnych zwierząt jest w stanie wyczyścić wszystkie szkodliwe substancje i wydalić z moczem część najbardziej interesującą (muscymol, C4H6N2O2). Rytuał przyjmowania somy był realizowany w następujący sposób, cztery kroki: 1. wół zjadał wielką ilość grzyba; 2. jego mocz był zbierany przez kobiety, których funkcja na tym się kończyła; 3. mocz był później spożywany przez kapłanów bractwa i dopiero wtedy: 4. neofici pili mocz swoich guru. Podczas inicjacji Naćiketa Mudaliar miał różne wizje, pomieszane sceny, rzeczy bardzo wielkie, rzeczy bardzo małe, zwierzęta, ból, wspomnienia, nienależące do niego reminiscencje. Latał, otworzył wyobrażone ramiona i poleciał. Ceremonia odbyła się o zachodzie słońca, przy biciu w bębny i poście. Świątynia z białego kamienia miała wielkie podcienia prowadzące do jeziora. Naćiketa Mudaliar wpatrywał się w te wody i czuł, że przepełnia go spokój, doskonale hinduski, no worry, no hurry, chicken curry. Ceremonia ciągnęła się przez całą noc i Naćiketa doznał wszystkich możliwych wrażeń. Guru był zadowolony z młodego Naćikety, który wrócił do domu z poczuciem lekkości i wielkiej pobożności. Guru Naćikety Mudaliara był człowiekiem potrafiącym czynić cuda, doświadczonym taumaturgiem, przemieniał rzeczy błahe w złoto, lewitował, połykał szable. Naćiketa także chciał nauczyć się przemieniać błahe rzeczy w złoto. Nie rozumiał, z jakiego powodu kapłan bractwa nie czyni tych cudów więcej razy, nie dla własnej korzyści, ale po to, żeby skończyć z biedą w całym Pendżabie.

Przygoda religijna Naćikety, ku wielkiemu smutkowi matki, dobiegła kresu w dniu, kiedy guru zawezwał go do swojego mieszkania, by oświadczyć mu, że od teraz Naćiketa będzie jego ukochanym uczniem. Powiedziawszy to, spuścił spodnie i pokazał mu na wpół wyprężonego penisa. Naćiketa Mudaliar pomyślał jeszcze, że pewnie powinien zebrać mocz swojego guru, lecz szybko zdał sobie sprawę, że mistrzowi nie do końca o to chodzi ze złożonym w nim ukochaniem. To był wielki przywilej – słowa samego guru – niemniej Naćiketa nie do końca podzielał ten pogląd i okazał niechęć. Kapłan chwycił go za głowę i Naćiketa zwymiotował wszystko, co zjadł tamtego dnia, biriani i soczewicę. Na podłodze można było doskonale rozróżnić ziarna ryżu od oczek czerwonej soczewicy.

Wybiegł i nigdy więcej nie powrócił do bractwa.

Tego samego dnia matka przyszła do domu z lekkim kaszlem, na który nikt za bardzo nie zwrócił uwagi, co później okazało się zgubne i co Naćiketa Mudaliar utożsamiał ze swoim religijnym nieszczęściem. Czuł, że nie zachował się właściwie wobec bogów, może powinien był znieść przywilej, którym obdarzył go guru, i może dlatego, może dlatego…

 

Dwa dni później, kiedy mama Naćikety Mudaliara piekła nan w tanduri, dostała tak gwałtownego ataku kaszlu, że zwymiotowała krwią. Zrobiła syrop z kuminu, czosnku i miodu i położyła się do łóżka. Ojciec Naćikety znalazł ją pogrążoną w gorączce i mówiącą o swoich przeszłych życiach, szczególnie z kochankiem Ardźuny, żołnierzem wyjątkowo urodziwym, który zwykł wsiadać na konia związany i potrafił robić szablą jak żaden inny wojownik Ardźuny. Ojciec Naćikety wziął kobietę na ręce i zaniósł do świątyni Giridźaśankara. Kapłan natarł jej ramiona olejem sezamowym, sokiem z granatu i przypraw. Napełnili jej usta kwiatami figowca, ciało zostało okadzone ziołami poświęconymi Giridźaśankarowi. Konkretnie: goździkiem, różami i kamforą, poza wszystkimi innymi przyprawami poświęconymi Wisznu i Indrze. Kiedy z powodu nieustającego kaszlu wszystko zostało zalane krwią (to moja wina, myślał Naćiketa Mudaliar, to moja wina), postanowili w końcu zanieść ją do szpitala, ale było już za późno.

Naćiketa był niepocieszony. Następnego dnia po obrzędach pogrzebowych ojciec wrócił do domu i oznajmił:

– Żeby cię wzmocnić, zabieram ci wszystko. Ja tylko przeszkadzam ci w dorastaniu.

Zamilkł. Bez żadnego powodu, poza tym jednym, wyrzucił Naćiketę z domu.

– Mogę zabrać obrazek Giridźaśankara? – zapytał przed wyjściem.

– Nie – odpowiedział ojciec.

Nigdy więcej się nie zobaczyli.

Naćiketa Mudaliar zaczął żyć z jałmużny, a kiedy miał czas, rzeźbił malutkie wizerunki Giridźaśankara w drewnie za pomocą scyzoryka o rączce z czerwonego plastiku. Spał w porzuconym budynku wraz z innymi hinduskimi chłopakami i żywił się jogurtem, ryżem i ogórkami. Spędzał popołudnia przed drzwiami świątyni świętego i odnotował niejakie sukcesy, jeśli chodzi o wizerunki, szczególnie pośród turystów.

Pewnego wieczoru, takiego samego jak wszystkie inne wieczory, gdy wracał do domu, sprzedawszy kilka wyrzeźbionych przez siebie w drewnie wizerunków, poczuł, że mdleje, bez żadnego innego powodu niż wieczne osłabienie, na które cierpiał. Prawa noga jako pierwsza zgięła się i pociągnęła za sobą całe ciało. Mudaliar spróbował jeszcze chwycić się poręczy schodów prowadzących do rzeki, ale to uczyniło upadek tym bardziej spektakularnym. Dwa razy wyrżnął głową o żelazne schody, uderzył ciałem o wszystkie kanty, które mogły mu sprawić ból, i wylądował na kamienistym brzegu rzeki, z obojczykami zatopionymi w ciele, uboższy o dwa zęby i ze złamanym nadgarstkiem.

Singh znalazł go na ziemi pod mostem rozciągniętego, w kałuży krwi, otoczonego wizerunkami Giridźaśankara, w większości połamanymi. Zabrał go do szpitala, a następnie do hotelu Imperial Comfort, którego był właścicielem. Położył Naćiketę na podłodze w pomieszczeniu służącym do przechowywania środków czystości, mioteł, szczotek i wiader, i poczekał, aż dojdzie do siebie. Tydzień później, kiedy Naćiketa mógł już poruszać rękami, mimo oczywistych trudności, kazał mu włożyć liberię hotelu i dał pracę w recepcji. Po wyzdrowieniu miał też nosić walizki gości i robić zakupy śniadaniowe.

Podczas jednej z tych wypraw na bazar, gdzie kupował herbatę, masło na wagę, mleko, jajka i chleb, po raz pierwszy zobaczył Aminę i się zakochał.