Zimowa JutrzenkaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Kiedy przed szesnastą dostałam powiadomienie, że Wojtek znajduje się w centrum Kielc, byłam zdziwiona, ale gdy o osiemnastej esemes powiadomił mnie, że mąż jest na ulicy Hutniczej, na obrzeżach miasta, nie miałam już żadnych wątpliwości. Mariola chodziła od okna do okna, obgryzając paznokcie, co chwila pytała, co mam zamiar teraz zrobić. A ja? Jako żona troszcząca się o męża oczywiście zatelefonowałam do niego. Odebrał od razu.

– Cześć! I jak idzie podróż? Jest bardzo ślisko? – spytałam.

– Hej. Zatrzymałem się na postój, jestem na stacji benzynowej, muszę zatankować. Wszystko w porządku, nie martw się.

– A o której przewidujesz być na miejscu? W radiu mówili, że na północy Polski jest podobno straszna śnieżyca – kłamałam jak z nut.

– Śnieżyca? Nic o tym nie wiem. Pewnie za jakieś dwie godziny dojadę. Jestem w… yyy… – zastanowił się chwilę – jestem we Włocławku.

– Aha. No to trzymaj się i odbieraj ode mnie telefony, bo się martwię, niepewna jest dziś pogoda. Pa. – Byłam tak zdezorientowana i przestraszona, że nie wiedziałam, o czym mam z nim rozmawiać. Chciałam się jak najszybciej rozłączyć.

Mój telefon informował, że Wojtek nadal jest na ulicy Hutniczej. Krew zawrzała w żyłach. Parowałam ze złości i bezsilności, zaczęły mi drżeć powieki i usta. Po chwili się rozszlochałam. Miałam wrażenie, że wieść o jego zdradzie już dawno rozeszła się po całym mieście. Mój płacz usłyszała Hania i przybiegła ze swojego pokoju. W jednej chwili opanowałam emocje i powiedziałam jej, że źle się czuję, bardzo boli mnie głowa i muszę wyjść do lekarza. Jednak trudno skupić się na rozmowie z dzieckiem, kiedy w głowie przewijają się tak różne obrazy, jak mnie właśnie teraz. Hania coś do mnie mówiła, ale jej nie słyszałam. Jakby jej słowa odbijały się ode mnie. Chwyciła mnie za ręce i potrząsnęła. Dopiero wtedy na nią spojrzałam i zobaczyłam, że ma strach w oczach. Zupełnie nie wiedziała, co się dzieje z jej mamą.

Nie wiem, kiedy Mariola zrobiła kolację. Wróciłam do siebie dopiero, gdy zobaczyłam talerze z kolorowymi kanapkami na stole w salonie i Hanię, która jadła tak szybko, że aż jej warzywa spadały na ubrania. Mnie na samą myśl o jedzeniu robiło się niedobrze.

– Przepraszam cię, Mariolka, ale nie będę jadła.

– Jesteś blada jak ściana – moja przyjaciółka mówiła ściszonym głosem, tak żeby córka nie słyszała. – Chociaż czarnej herbaty się napij. I co teraz zrobimy?

– Ty zostaniesz tutaj, a ja pojadę. Muszę ich złapać in flagranti, inaczej nie będę miała dowodów.

– Aśka, dziwnie wyglądasz, masz jakąś pustkę w oczach… – Położyła rękę na moim ramieniu.

– Nie dotykaj mnie teraz. Każde wasze spojrzenie, dotyk, słowo mogą mnie wyprowadzić z równowagi, znów zacznę ryczeć i ta nieznośna melancholia przejmie nade mną kontrolę. Teraz muszę się spiąć w sobie. Muszę tam pojechać.

Ledwie mogłam mówić, ściskał mnie coraz większy ból, oddychałam z trudem, ale wstałam i niewiele myśląc, chwyciłam kluczyki od samochodu, włożyłam płaszcz i nie patrząc na Mariolę i Hanię, wyszłam z domu.

Nie wiem, o czym myślałam, jadąc na ulicę Hutniczą. Po prostu chciałam dotrzeć tam jak najszybciej, modliłam się, żeby nie spowodować wypadku, żeby nikogo nie rozjechać, żeby nie stało się nic, co mogłoby opóźnić realizację moich zamiarów. Chciałam już stanąć przed tym blokiem. Światła jadących z naprzeciwka samochodów mocno mnie raziły. Co i rusz przymykałam oczy. Na kierownicy widziałam swoje ręce i pierścień, którego cyrkonie znów świeciły mocniej. Im byłam bliżej celu, tym bardziej babcia przypominała mi o swojej obecności.

Zwały śniegu piętrzyły się przed blokiem, który stał przy ulicy Hutniczej. Sprawdziłam jeszcze raz, czy to właściwy – z numerem 46. Wszystko się zgadzało. Nie mogłam zaparkować, próbowałam wycofać, ale koła grzęzły w śniegu, przez chwilę buksowały, ale za kolejnym razem w końcu się udało. Zaparkowałam w bezpiecznej odległości, ale tak, żeby w razie paniki móc szybko wskoczyć do samochodu i odjechać. Kiedy wyjęłam kluczyk ze stacyjki, poczułam napływającą falę strachu, która znów chciała przerodzić się w szloch. Zakryłam usta dłonią, czując, jak serce skacze mi w piersi, i powstrzymałam się. Jeszcze nie teraz – myślałam, teraz muszę być twarda.

Najpierw chciałam sprawdzić, czy służbowy samochód Wojtka stoi koło bloku. Obeszłam najbliższe ulice, ale nigdzie go nie dostrzegłam. Tyle że budynek był jednym z tych nowszych i miał garaż podziemny, więc Wojtek mógł tam zaparkować. Zziębnięta, stanęłam przy drzwiach wejściowych i czekałam, aż ktoś będzie wychodził. Nie chciałam bezmyślnie dzwonić do mieszkań w roli osoby roznoszącej ulotki. Naciągnęłam na głowę kaptur. Cały czas miałam wrażenie, że ktoś mnie obserwuje. Schowałam się więc za rogiem i stojąc w całkowitych ciemnościach, wpatrywałam się w drzwi. Z zimna drętwiały mi ręce i nogi. Wreszcie po dwudziestu minutach czekania ktoś wyszedł z klatki – udało mi się przechwycić drzwi.

W środku zdałam sobie sprawę, że nie wiem, jak Wojtka znaleźć. Jeszcze raz spojrzałam na esemesy. Lokalizacja pokazywała numer bloku, ale już nie dzieliła się takimi informacjami jak numer mieszkania. W budynku było ich pewnie ze trzydzieści. Pomyślałam, że powinnam zacząć od garażu – z dostaniem się do niego nie było najmniejszego problemu. Czułam się trochę jak złodziej, krążąc wokół aut i bacznie je oglądając. Nagle w oddali zauważyłam czarne volvo i poczułam, jak krew odpływa mi z twarzy. Podeszłam bliżej, żeby sprawdzić rejestrację. To był samochód Wojtka.

– Dobrze się pani czuje? – jakiś głos mówił chyba do mnie. Odwróciłam się w jego kierunku.

– Tak, dziękuję, wszystko w porządku – odpowiedziałam nieśmiało, patrząc w oczy pięknej brunetki. A może to była ona? Jego kochanka? Odprowadziłam ją wzrokiem aż do samych drzwi. Oparłam się o słup, wzięłam kilka głębszych oddechów i pomyślałam, że jestem nienormalna. Stałam tak długo, w bezruchu coraz głębiej zapadałam się w swoją psychiczną Otchłań. Co miałam zrobić? Musiałam się dowiedzieć, przecież wiedza to siła, musiałam odciąć tę toksyczną pępowinę, zanim ona mnie zadusi.

Pierwsza myśl była taka, żeby zaczekać na Wojtka przy samochodzie. Tyle że musiałabym tu zostać nie wiadomo na jak długo. Przecież nie wiem, kiedy mój mąż będzie stąd wychodził. To było całkowicie bez sensu. Mogłabym tu koczować przez kilka najbliższych dni, a Mariola musiałaby dowozić mi jedzenie. Potem pomyślałam, żeby po prostu do niego zadzwonić i powiedzieć mu, że o wszystkim wiem i żeby przyszedł do mnie do garażu. Chciałam nawet zrobić sobie selfie przed samochodem i wysłać mu, grożąc, że jeśli nie przyjdzie ze mną porozmawiać, to zacznę krzyczeć przed blokiem i zrobię wielką aferę. Nie myślałam o tym, co będę krzyczeć, może: „Ty głupia kurwo, oddaj mi męża!”. Nie, to byłoby zbyt pretensjonalne, jego powinnam oczernić, mógł mnie nie zdradzać, ale widocznie chciał. Nawet jeśli to ona próbowała go uwieść, a nie on ją, jakie to miało znaczenie? Zdradzał mnie i już. Trzecią myślą było, żeby dzwonić do niego i przykładając ucho do wszystkich drzwi po kolei, nasłuchiwać, w którym mieszkaniu odezwie się tak dobrze znany mi dzwonek. Ale jeśli ma wyciszony dźwięk w telefonie i jeśli wszystkie drzwi w bloku są pancerne, niczego nie usłyszę. Ba, może być jeszcze gorzej! Jeśli odbierze telefon za pierwszym razem i porozmawiam z nim, to co mu powiem, gdy zadzwonię do niego kolejny i kolejny, i jeszcze kolejny raz? Ten pomysł też wydał się całkowicie bez sensu. Im bardziej analizowałam tę sytuację i wyobrażałam sobie jakąś wersję zdarzeń, tym bardziej chciałam stąd uciec. Stopniowo opadałam z sił. Z emocji i wrażeń zaczynało mi się kręcić w głowie, aż w końcu zebrałam się w sobie i popchnięta jakąś dziwną siłą, nie wiem jak ani kiedy znalazłam się z powrotem na klatce schodowej. Postanowiłam, że zacznę dzwonić albo pukać do mieszkań od ostatniego piętra. Było mi tak niedobrze, że nie chciałam wjeżdżać windą, więc postanowiłam iść po schodach. Jakież było moje zdziwienie, kiedy przystanęłam na czwartym piętrze, chcąc odpocząć, oparłam się o ścianę i zerknąwszy w lewą stronę, zauważyłam, że na wycieraczce stoją mokre od śniegu buty mojego męża. Jak gdyby nigdy nic przywędrowały pod drzwi numer 36.

Gula strachu podeszła mi do gardła i pomyślałam, że przecież jakiś inny mężczyzna może mieć dokładnie takie same buty. Nie! Nie mogę wiecznie go usprawiedliwiać! Jeśli jego samochód stoi w garażu w tym budynku, jeśli jeszcze przed kilkoma godzinami kłamał przez telefon, że jest koło Włocławka, jeśli widzę jego buty na wycieraczce w bloku przy ulicy Hutniczej w Kielcach, to znaczy, że należą do niego!

Pomyślałam, że ta kobieta musi być niezłą zołzą i pedantką, skoro kazała kochankowi zostawić buty przed drzwiami. Gdybym ja go o to poprosiła, nigdy by tego nie zrobił. Stanęłam przed drzwiami i nie myślałam o tym, co im powiem. Po prostu wzięłam telefon i zadzwoniłam do niego. Za pierwszym razem nie odebrał, ale za drugim usłyszałam dźwięk jego dzwonka po drugiej stronie drzwi. Rozłączyłam się. Oddzwaniał do mnie, ale nie odebrałam, dobrze, że wcześniej wyciszyłam telefon. Odczekałam kilka chwil i z duszą na ramieniu, trzęsącą się ręką, w której żyłach znajdowała się teraz wata, a nie krew, zapukałam.

Usłyszałam zbliżające się kroki, miałam wrażenie, że ze strachu zwymiotuję na wycieraczkę. Czułam się, jakbym miała zaraz stracić życie, jakby ktoś judaszem celował prosto w moją głowę i zaraz naciśnie na spust. Klamka drgnęła, powoli otworzyły się drzwi.

– Słucham panią? – Głos małej dziewczynki wydobywał się z pięknych, dużych ust.

Przede mną stała wysoka blondynka z pięknymi kurzymi łapkami rysującymi się wokół oczu. Włosy, grube, starannie ułożone, delikatnie falowały na ramionach. Miała porcelanową cerę, była bardzo zadbana. Duże, ciemne, prawie czarne oczy nie pasowały do ufarbowanych na popielaty blond włosów. Miała na sobie czerwony golf. Czekając na moją odpowiedź, poprawiła włosy, chowając je za ucho. Zobaczyłam dość długie, pomalowane na czerwono paznokcie; to właśnie te paznokcie drapały plecy mojego męża. Wyglądały jak moje papryczki chili. Ona cała była jak chili. Patrzyłam na jej dłonie, jakby należały do zbrodniarki, w końcu zabrały mi męża.

 

– Słucham panią? – powtórzyła, teraz już była bardziej zainteresowana.

– Wiesz, że królowa jest tylko jedna?

– Słucham? – szepnęła, marszcząc czoło z niedowierzania, może myślała, że się przesłyszała.

– No tak, królowa jest tylko jedna i teraz jestem nią ja. Można pieprzyć się ze smakiem i równie dobrze tak, żeby żona kochanka nie wiedziała, ale ja już wiem. Gdzie jest Wojtek?

Blady cień przesunął się po jej twarzy. Nie wiem, skąd wzięłam w sobie tyle siły, ale popchnęłam drzwi i nie pytając o pozwolenie, weszłam do mieszkania. Królowa pieprznych nocy upadła na podłogę z hukiem. Zaraz w przedpokoju zjawił się mój mąż.

– Miałeś być w Gdańsku. – Tylko te słowa przeszły mi przez gardło.

– Ale, ale… – zaciął się jak winylowa płyta. – Ale to nie tak jak myślisz! – krzyknął.

– Spierdalaj! – Krzyknęłam, a tylko takie słowo cisnęło mi się na usta.

Wyszłam z mieszkania, trzaskając drzwiami, a raczej wybiegłam niczym rażona piorunem. Biegłam, ile sił w nogach, tak bardzo nie chciałam z nim teraz rozmawiać, nie wiem, czy za mną wybiegł, nie wiem, czy mnie gonił, byłam jak w transie. Nie zważałam na to, że potrąciłam na schodach jakąś starszą panią, chciałam jak najszybciej znaleźć się na zewnątrz.

Kiedy dotarłam do auta, ręce tak mi się trzęsły, że nie mogłam trafić kluczykiem do stacyjki. Zrobiło mi się tak niedobrze, że otworzyłam drzwi i zwymiotowałam na śnieg. Czułam, jak mój telefon wibruje w kieszeni płaszcza. Znalazłam chusteczki, wytarłam usta i zobaczyłam, że mam piętnaście nieodebranych połączeń od Wojtka. Nie chciałam z nim rozmawiać. Napisałam mu esemes, żeby się odpierdolił i przez najbliższe dni nie wracał do naszego mieszkania, a potem wyłączyłam telefon. Czułam się, jakby stado koni przebiegło po moim kręgosłupie, chciałam jak najszybciej znaleźć się w domu.

1 Jutrznia na Gody jest jednym z najważniejszych wydarzeń religijnych na Warmii i Mazurach. Misterium niejednokrotnie starano się wzbogacić sceną, w której przebranego za anioła chłopca opuszczano na linie przytwierdzonej do sufitu. Młodzieniec śpiewał pieśni zwiastujące narodzenie Chrystusa. Zwyczaj ten ma bardzo długą historię sięgającą przełomu XV i XVI wieku.


Obudziłam się z niedowierzaniem, że się budzę. Leżałam w łóżku na wznak i musiałam przyzwyczajać się do siebie. Chciałam poruszyć nogami, ale były jak z drewna. Jakaś niemoc opanowała moje ciało. Ledwie mogłam otworzyć zapuchnięte od płaczu powieki. Patrzyłam w sufit, miałam drewniane nogi, ręce, serce, zastanawiałam się, czy płynie jeszcze we mnie ten życiodajny płyn, który pozwala funkcjonować i sprawia, że ludziom chce się kochać. Chciałam się rozpuścić i zniknąć. Przehibernować do przyszłego roku. Uświadomiłam sobie, że nie mogę tego zrobić, bo muszę jednak wstać i zawieźć Hanię do szkoły.

Zastanawiałam się, która jest godzina. Jedyny zegarek, jaki miałam, to ten w telefonie, a tego nadal nie chciałam włączać. Bałam się, co tam mogę zobaczyć. Miliony nieodebranych połączeń, głupich esemesów… A może w tym magicznym pudełku nie czekało na mnie nic, żadna wiadomość? To chyba byłoby jeszcze gorsze od infantylnych tłumaczeń Wojtka.

– Hej! Żyjesz? Słyszałam, że już się kręcisz w łóżku. – Poczułam czyjąś zimną dłoń na przedramieniu. Z trudem łapałam oddech.

– Czy on tu był dziś w nocy?

– Nie – odpowiedziała Mariola z dziwnym smutkiem w głosie.

– Czyli tak mu zależy, że nawet nie przyszedł się wytłumaczyć? – zapytałam chyba samą siebie.

– Jestem pewna, że Wojtek nie wie, jak się zachować. A jakby przyszedł, to co? Kłóciłabyś się z nim przy Hani? Przecież to są takie emocje, nad którymi nie można zapanować. Chciałabyś, żeby ona to słyszała?

– Nie. – Przekręciłam się na bok, żeby nie musieć patrzeć jej w oczy.

– Wstawaj, idziemy do pracy! – Podniosła się na równe nogi.

– Ja nigdzie nie idę.

– Jak to? A zdjęcia? Przecież Stara musi mieć twoje zdjęcia.

– Ty jej zaniesiesz. Ja dziś biorę urlop na żądanie. Zawieziesz też Hanię do szkoły, ja ją odbiorę. Nie mam siły, Mariola, uwierz mi, nie mam siły nawet już płakać.

Przyjaciółka pogłaskała mnie po włosach, chwyciła moją rękę i pocałowała ją, mówiąc:

– Dobrze, rozumiem. A teraz wstań i zajmij się Hanią.

Ciężko westchnęłam, zaciskając ręce na podkulonych nogach. Chciałam leżeć i nic nie czuć, ale nie miałam wyjścia, musiałam się podnieść.

Każdy krok sprawiał mi ból. Czułam się, jakby dzień wcześniej ktoś mnie porządnie pobił. Robiłam córce kanapki do szkoły w zwolnionym tempie. Krojąc chleb, patrzyłam na swoje ręce i cały czas widziałam obraz tamtej kobiety. Była doskwierająco piękna, bolało mnie to, ja miałam zupełnie inny typ urody. Zastanawiałam się, kim jest. Czy razem pracują, a może poznali się na jakimś szkoleniu? Ile to już trwa? Rok, dwa? A może kilka miesięcy?

– Mamo! A gdzie jest tata? – Hania wbiegła z impetem do kuchni. Zrobiło mi się słabo, gdy usłyszałam to pytanie. Aż przysiadłam na krześle.

– Wyjechał w delegację, przecież mówił nam ostatnio.

– Aha, a to długo, zanim wróci?

Serce stanęło mi w gardle, łzy zebrały się pod powiekami, z trudem hamowałam drżenie ust. Uświadomiłam sobie, że przecież on nie wróci… Co miałam jej odpowiedzieć?

– Kilka dni, ale nie wiem dokładnie, ile.

– Ale jak wróci, to mi coś przywiezie?

– Zawsze przywozi ci prezenty. – Z trudem schyliłam się, żeby pocałować ją w policzek. – Na pewno nie zapomni.

Hania zabrała swoje kanapki i termos z herbatą. Odwróciła się i w podskokach pobiegła do pokoju. Widziałam, jak jej włosy związane w wysoki kucyk bujają się to w lewą, to w prawą stronę. Ona była taka niewinna, a ja całkowicie załamana. Powinnam rozmówić się z Wojtkiem, i to jak najszybciej.

Kiedy dziewczyny wyszły, naciągnęłam kołdrę na głowę i leżałam tak do południa. Czułam chaos, obrazy i myśli przemykały przez głowę z prędkością komety. Z jednej strony wiedziałam, że nareszcie wyplątałam się z tej niezdrowej sytuacji, że nie jestem już karmiona kłamstwem, z drugiej strony moje ego i dusza były potężnie urażone i połamane. Jak on mógł mi to zrobić? Dlaczego już mnie nie chce? Przecież łączyło nas tyle spraw, mamy cudowne dziecko, wspólny dom. Dlaczego? Jedynym słowem, które nieustannie powracało, było właśnie: dlaczego?

Kiedy naciągałam na siebie kołdrę jeszcze szczelniej i coraz bardziej pogrążałam się w melancholii, usłyszałam, jak ktoś przekręca klucz w zamku. Otworzyłam szeroko oczy, usiadłam na łóżku i biorąc głęboki oddech, poczułam ostry ból po obu stronach szyi. To był Wojtek. Zebrałam w sobie resztki sił, przekręciłam kilka razy pierścień na palcu, prosząc babcię o pomoc i stanęłam w drzwiach. Oboje patrzeliśmy na siebie z niedowierzaniem. Żadne z nas nie chciało zacząć rozmowy jako pierwsze.

– Myślałeś, że będę w pracy? – zapytałam, chowając łzy w gardle.

– Dzwoniłem, ale masz wyłączony telefon. Martwiłem się, że coś ci się stało. – Ściągnął brwi. Był wyraźnie speszony.

– Nie żartuj. Pakuj się, bo zapewne po to przyszedłeś, myśląc, że mnie tu nie ma, i wynoś się. – Poprawiłam szlafrok i jeszcze mocniej się nim opatuliłam.

– Przepraszam. – Spuścił głowę. – Przepraszam, ale już dłużej nie mogę tkwić w tym małżeństwie. Przepraszam, że cię krzywdziłem, ale już nie mogę. Nie wiem, czemu. Przepraszam.

– Powiedz mi tylko, dlaczego? Co ze mną jest nie tak, że musiało dojść do czegoś takiego? Co się stało?

– Asiu, nie wiem. – Podszedł, chcąc złapać mnie za ramiona, ale odepchnęłam go z obrzydzeniem.

– Po tylu latach nie jesteś w stanie mi powiedzieć, dlaczego mnie zdradzasz? Chociaż w tej kwestii okaż mi szacunek. Dlaczego? Dlaczego mnie już nie chcesz? – Nie wytrzymałam. Łzy zaczęły mi płynąć strumieniami po policzkach.

Znów podszedł bliżej.

– Przepraszam, ale nie wiem. – Ominął mnie i zupełnie niechcący szturchając w ramię, poszedł do naszej sypialni i zaczął się pakować. Stałam w drzwiach i nie wiedziałam, co mam robić. Zatrzymywać go, przepraszać, próbować jeszcze coś wyjaśniać?

– A Hania? Co mam jej powiedzieć? Pytała, gdzie jesteś i czy przywieziesz jej coś z delegacji. Chcę jej zaoszczędzić tego emocjonalnego piekła – wydusiłam głosem, który zdawało się, że nie jest mój.

Usiadł na łóżku, chowając twarz w rękach. Dopiero teraz zauważyłam, że nawet nie zdjął butów, kałuże po roztopionym śniegu były wszędzie.

– Na razie będziemy udawać. Przyjdę za kilka dni i porozmawiamy z nią oboje.

– Dobrze – odparłam najbardziej uprzejmym tonem, na jaki potrafiłam się zdobyć.

Nie mogłam na niego patrzeć. Miałam roztrzaskane serce, pękło w jednej chwili jak kra na rzece. Dotknęłam pierścienia i poszłam do kuchni.

Rozmawiałam z nim jeszcze przez chwilę. Zastanawiał się, w jaki sposób go znalazłam. Wzięłam jego telefon i pokazałam, co znajduje się w ustawieniach. Był zdruzgotany tym, że przez swoją nieuwagę nie dostrzegł, że ustawiłam udostępnienie lokalizacji. Nie mogłam słuchać tego, co mówił. Nie był w ogóle zainteresowany tym, co dalej będzie się działo z naszym życiem ani jaki był powód jego zdrady, tylko faktem, że coś przeoczył i dał się przyłapać. W pewnej chwili nie mogłam już dłużej tego wytrzymać i wyrzuciłam go z domu dokładnie z tym, co zdążył spakować. Dostałam jakiegoś dziwnego szału. Zaczęłam krzyczeć i płakać, jakby ktoś obdzierał zwierzę ze skóry. To była furia zrodzona z żalu, gniewu i całkowitego niezrozumienia. Osunęłam się plecami po drzwiach wejściowych, usiadłam na podłodze i zaczęłam wyć. To nie był płacz ani szloch, tylko dziki skowyt. Moje ciało szalało z rozpaczy. Wojtek zabrał ze sobą moją kobiecość, nagle poczułam się nikim.

Jeszcze długo leżałam na podłodze w przedpokoju kompletnie bezsilna. Słyszałam, jak hulał wiatr w przewodach wentylacyjnych. Moje ciało ogarniała niemoc. Nic nie czułam. Przez głowę przewinęły mi się myśli, że przeziębię nerki albo korzonki, ale to było jakby po drugiej stronie lustra. Głos ze świata, który pamiętałam sprzed tego wydarzenia. Teraz chciałam jedynie pogrążyć się w całkowitej ciemności, ale gdy zamykałam oczy, widziałam tę pieprzoną królową z czerwonymi paznokciami. Ja tak nie wyglądam… Więc kim, u licha, jestem, skoro nie czuję się kobietą? Pozostałością po niej?

Nie wiem, jak długo tak leżałam. Musiałam chyba zasnąć, bo obudził mnie dźwięk domofonu. Miałam skostniałe ręce, nogi, nie czułam karku. Z trudem się podniosłam.

– Halo? Aśka? Czy ty żyjesz? Odebrałaś Hanię?

– O mój Boże! – To były jedyne słowa, które nie przyszły mi z trudem.

– Jest siedemnasta! Jadę po nią, ale kiedy wrócę, masz wyglądać jak człowiek! – Mariola ostro krzyknęła.

Odłożyłam słuchawkę i znów osunęłam się na podłogę. Prawie pełzając, na czworakach prześliznęłam się do pokoju i schowałam pod kołdrę.


Kolejne dni spędziłam w domu, snułam się po nim jak cień. Powłóczyłam nogami, łażąc z jednego kąta w drugi. Gdyby nie Mariola, nie miałabym w domu nic do jedzenia, a Hania chyba nie chodziłaby do szkoły. Można powiedzieć, że moja przyjaciółka się do nas wprowadziła. Nie miałam już w sobie żadnej woli ani mocy. Z dnia na dzień traciłam energię. Wojtek nie dzwonił, nie zabiegał, nie interesował się nami zupełnie, przecież był z nią… ze swoją nową partnerką. Patrzyłam w lustro i widziałam starą kobietę, pozbawioną blasku w oczach. Moja twarz straciła kontury i wyrazistość, byłam szara i nijaka. Miałam wrażenie, że życie po prostu się skończyło. Od czasu do czasu przytulałam Hanię, ale do niej też nie wiedzieć czemu straciłam serce. Kochałam ją, ale nie miałam siły się nią opiekować. Te wszystkie czynności związane z przygotowywaniem posiłków, ubrań, poganianiem do szkoły, sprawdzaniem lekcji były mi zupełnie obojętne. Wciąż zastanawiałam się nad jednym: dlaczego on mi to zrobił? Dochodziłam tylko do jednego wniosku – musiałam przestać być dla niego atrakcyjna, musiałam mu się znudzić. Nasze małżeństwo było dla niego jedną wielką męczarnią. A ta jego piękna kobieta? Kiedy przypominałam sobie scenę w drzwiach jej mieszkania, dostawałam dreszczy i dziwny pot oblewał moje ciało. Czułam się nikim i niczym. W domu wszędzie leżały rzeczy Wojtka. Wszystko mi o nim przypominało. W pracy Stara była mocno niepocieszona, że mnie nie ma, ale co mogłam zrobić – życie jest ważniejsze niż praca. A kiedy nie ma się siły na życie, na pracę tym bardziej. Wzięłam kilka dni zwolnienia lekarskiego i leżałam jak zbity pies.

 

Mariola próbowała wyciągnąć mnie choć na spacery, ale gdy uchylałam okno i czułam mroźny powiew zimy, nie miałam na to najmniejszej ochoty. Jedynym elementem w ciągu dnia, który sprawiał mi odrobinę przyjemności, było wieczorne parzenie herbaty. Przyjaciółka uważała, że sprawianie sobie przyjemności w postaci małych rytuałów regularnie odprawianych w ciągu dnia jest bardzo ważne dla wewnętrznej harmonii. Ja w sobie nie miałam równowagi absolutnie żadnej, staczałam się w dół jak po równi pochyłej. Dlatego gdy pewnego dnia zaparzyła dziwną miksturę, w której poczułam woń rozmarynu, szafranu i dzikiego pieprzu, zrobiło mi się choć na chwilę lepiej.

– Trzymaj. Uważaj, bo jest bardzo ciepła – powiedziała i postawiła kubek z herbatą na nocnej szafce, tylko po to, żeby poprawić mi poduszki pod głową, tak żebym mogła swobodnie usiąść na łóżku.

– Dzięki, Mariola, nie wiem, co bym bez ciebie zrobiła.

– Nie możesz tak cały czas leżeć w łóżku. Mówisz Hani, że jesteś bardzo chora, ona boi się nawet wchodzić do twojego pokoju, wiesz o tym?

– Nie.

– A wiesz, że depresją też można się zarazić?

– Mariola, moje całe życie legło w gruzach. Czuję się nikim, nie wiem, co mam ze sobą robić, zupełnie nie wiem…

– Na razie pij herbatę – powiedziała stanowczym tonem – dobrze ci zrobi. Szukałam jej kilka dni, aż w końcu znalazłam w sklepiku na przedmieściach Kielc.

– Ale co to jest za mieszanka?

– To specjalny susz herbaciany dedykowany osobom z depresją… – Spojrzała na mnie wymownie.

– Ale ja nie mam depresji, po prostu źle się czuję.

– Aha, i nie masz siły żyć, i nie chce ci się umyć głowy, i przestałaś się opiekować własnym dzieckiem. To jak mam to nazwać? Stanem permanentnego szczęścia? Nie możesz tak leżeć, bo łóżko cię wciągnie. Im dłużej będziesz się nad sobą użalać pod stosem pierzyn, tym gorzej dla ciebie. – Pogroziła mi palcem.

– Mariola, łatwo ci mówić, bo sprawa nie dotyczy ciebie. Przecież on i Hania są całym moim życiem! I co ja mam teraz zrobić? – Wytarłam łzy rąbkiem poszewki. Nie chciałam patrzeć jej w oczy, była chodzącą radością, nie mogłam znieść widoku szczęśliwych ludzi. Czułam, że coś zaczyna mnie zatruwać od środka.

– I zaraz to najważniejsze życie stracisz! Albo znajdź sobie inne! Jak świat długi i szeroki, nie tylko ciebie jedną to spotkało. Hania zaczyna się poważnie o ciebie martwić, zresztą ja też. Pracę prawie już zawaliłaś. Powinnaś zadzwonić do Starej i chociaż nakreślić jej sprawę. Minęło już trochę czasu, musisz z nią porozmawiać. O tym, że Wojtek cię zdradza, wiedziałaś nie od dziś. Zrób coś ze sobą! – Ostatnie zdanie wykrzyczała prosto w kołdrę, pod którą szybko schowałam głowę.

Całą noc leżałam w jednej pozycji. Próbowałam zamknąć oczy, ale po chwili same się otwierały. Byłam potwornie głodna. Mój brzuch wydawał odgłosy nadchodzącej burzy, kiszki skręcały się to w jedną, to w drugą stronę. Nie miałam wyjścia – musiałam wstać.

Szłam po omacku, nie zapalałam światła. Do kuchni prowadził mnie znajomy zapach ziółek parzonych wieczorem przez Mariolę. Przyjemna sosnowa woń, ciut słodsza od mięty, sprawiała, że lekko wirowało mi w głowie. Powietrze w domu było przyjemnie ciepłe i delikatne. Kiedy znalazłam się w kuchni, stanęłam na jej środku i patrzyłam na wirujące płatki śniegu za oknem. Nagle poczułam na ramionach przeraźliwy chłód, jakby ktoś położył na mnie zimne ręce. Przebiegł mnie dreszcz. Coś mignęło poniżej linii pasa, zaświeciło i kolejny raz dało o sobie znać. Serce mocniej zaczęło mi bić, bo pierścień znów świecił. Spojrzałam na drżącą rękę. Cyrkonie przybrały seledynowoniebieski odcień, skrzyły się tym magicznym światłem, od którego nie mogłam oderwać oczu. Obracałam go na palcu i czułam się jak zahipnotyzowana. Był piękny i nie wiedzieć czemu chciał, żebym poszła do dużego pokoju i otworzyła szafę wiekowego kredensu… Więc złapałam kromkę starego chleba i udałam się tam, gdzie prowadziła mnie intuicja.

Otworzyłam szufladę i wyjęłam zdjęcia, które jeszcze całkiem niedawno miałam w rękach. Patrzyłam na babcię, na mamę. Wielu ludzi z fotografii nie znałam. Jedni mieli pogodny wyraz twarzy, inni wyglądali na całkowicie zgorzkniałych. Ich zmarszczki zapadały się do wewnątrz, były jakby ściśnięte od bólu. Byłam ciekawa, czy te osoby jeszcze żyją, przecież każde z nich to oddzielna historia czyichś narodzin, miłości, zdrad… „No właśnie, zdrad…” – powtórzyłam na głos i znów zaczęły drżeć mi ręce. Machinalnie wzięłam kolejną fotografię, na której był uwieczniony sad letnią porą. Gałęzie uginały się pod ciężarem dużych, dorodnych jabłek. Piękne, rozłożyste liście zdobiły korony drzew. Mimo że fotografia była czarno-biała, oczyma wyobraźni widziałam, jak musiało być tam pięknie. Te wszystkie rośliny pachniały latem, słońcem i dojrzałymi owocami. Zatęskniłam za takim widokiem, aż serce mocniej zacisnęło się w piersi. Dotykałam opuszkami palców poszarpanych brzegów zdjęcia, były jakby nadgryzione przez upływający czas. Bezwiednie odwróciłam je na drugą stronę. Na pobrudzonym kawałku papieru widniały jakieś cyfry. Zmrużyłam oczy, żeby lepiej zobaczyć. Pismo, choć bardzo staranne, było dosyć niewyraźne.

– Hilary 89 624 45 67… Nie, to niemożliwe – powiedziałam na głos i kątem oka dostrzegłam jaskrawy blask pierścienia.

A może powinnam znów spróbować się z nim skontaktować? Może ten numer telefonu jest właściwy? Nie, to zupełnie nieprawdopodobne, przecież ja tego człowieka właściwie nie znam, pamiętam go jak przez mgłę…

Nie wiem, czemu nie odłożyłam fotografii na miejsce. Widok tych pięknych, harmonijnych drzew napawał również mnie jakimś nieopisanym spokojem. Poszłam do sypialni, schowałam zdjęcie pod poduszkę i położyłam się spać.

Pierwszy raz od kilku dni spałam jak dziecko. Sen przyszedł szybko i rozgościł się we mnie do tego stopnia, że Mariola nie była w stanie mnie obudzić. Pomyślała, że najadłam się jakichś środków nasennych, i się przestraszyła. Szarpała mnie za ramiona, dopiero policzek, który mi wymierzyła, podniósł mnie na nogi. Może to za sprawą herbaty, którą zrobiła wieczorem, udało mi się w końcu przespać całą noc? Przecież nie mogłam dopuścić do siebie tak irracjonalnej myśli, że przyczyną mogło być to tajemnicze zdjęcie. A może to sprawka babci? Ale do tej pory nie udawało mi się zasnąć, nawet z pierścieniem na palcu.

Trochę się uspokoiłam, ale nie mogłam powstrzymać łez. Znów zalała mnie fala wspomnień. Jak on mógł zrobić mi coś takiego? Czy w ogóle myślał o moich uczuciach? Czułam się bezsilna, bezradna. Co miałam teraz zrobić? Nie chciałam zachowywać się jak histeryczka, nie chciałam się z nikim kłócić, chciałam pozbyć się tych natrętnych myśli z głowy. Ale one cały czas zamęczały moje ciało a najbardziej duszę. Dlaczego on mi to zrobił?

Wyjęłam spod poduszki zdjęcie sadu. Ten tak naturalny widok poruszał mnie od środka. Chciałabym tam być. Chciałabym usłyszeć szelest tych drzew. Ciekawe, jak ten sad wygląda zimą. Czy jest przysypany śniegiem, czy na zamarznięte drzewa przylatują ptaki?

Miałam ochotę sprawdzić, czy numer, który widniał na odwrocie fotografii, jest aktywny. Nie bałam się konfrontacji z przeszłością, po prostu nie wiedziałam, czy chcę poświęcić swój czas na odgrzebywanie starej historii. Nie wiedziałam, czy mam na to siłę.

Siedziałam na brzegu łóżka. Oddychałam ciężko. Wiele lat temu, kiedy miałam mamę i tatę, wszystko wydawało się prostsze. To oni stali na straży rodzinnych tajemnic, pilnowali, żeby nie ujrzały światła dziennego. Oni podejmowali decyzje, które ważyły na całym naszym życiu. Oni dźwigali to brzemię. Mnie to nie obchodziło. Miałam własny dom, męża, córkę, milion spraw do załatwienia. Pracę, w której się realizowałam. A teraz? Co ja mam teraz?