Zimowa Jutrzenka

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Skoro już tu jestem, to przynajmniej na poprawę nastroju zjem to, co lubię najbardziej. Kelnerka zapisała zamówienie w notesiku i gdy już miała odchodzić, powiedziała:

– Bardzo ładnie pani pachnie.

Odwróciła się i odeszła, nie czekając na odpowiedź. Uśmiechnęłam się sama do siebie i spojrzałam na gruby pierścień babci. Uświadomiłam sobie, że naprawdę jestem sama. Z problemem, który trawił mnie od pewnego czasu, byłam sama jak palec. W jego rozwiązaniu nie pomoże mi żadna przyjaciółka. Jeżeli w jakiś cudowny sposób sama sobie nie poradzę, to nikt za mnie tego nie zrobi. Chciałam cieszyć się życiem, ale nie umiałam, bo kurczowo trzymałam się tajemnicy, którą nosił w sobie mój mąż. Za wszelką cenę próbowałam ją odkryć. Nie miałam komu się wypłakać, nie miałam do kogo się przytulić. Oprócz mnie nie było nikogo.

Jadłam ciasto i zastanawiałam się, co dalej się wydarzy i ile jeszcze przykrości może mnie spotkać. Gdybym miała ze sobą choć komputer, mogłabym zacząć pisać artykuł, który powinnam lada dzień oddać, a tak? Siedzę i tępo patrzę w tłum ludzi, marnując czas. Tak bardzo bym chciała, żeby ktoś przyszedł do mnie i powiedział, co mam zrobić. Które drzwi otworzyć, żeby odzyskać harmonię, którą drogą iść, żeby upewnić się co do poczynań męża. Miałam ochotę wstać od stolika i zacząć krzyczeć, ale przecież nie mogłam… Miałam ochotę rzucić wszystko i już nigdy nie wrócić do domu. Tylko co by to zmieniło? W mądrych książkach pisano, że problem, który nas trawi niczym ogień i nie umiemy sobie z nim poradzić, powinniśmy „puścić”, oddając go światu do rozwiązania, a swoją uwagę skupić na czymś innym. Poczuć zaufanie do życia, uwierzyć, że to, co się przydarza, jest nam potrzebne. Tylko jak to zrobić? Jak? Tak mądrze się pisze i mówi o tym wszystkim, ale gdy to spotyka nas samych, tracimy grunt pod nogami.

Znowu poczułam, że zbiera mi się na płacz.

Nie wiedziałam, co ze sobą zrobić, więc zapłaciłam rachunek i poszłam do domu.


Miałam napisać tekst o mazurskich bożonarodzeniowych wierzeniach ludowych. Jedyne, co przychodziło mi do głowy, to wkładanie sianka pod obrus na wigilijnym stole. Gdyby żyła babcia, na pewno by mi coś podpowiedziała, pochodziła z tamtych stron. Próbowałam sobie przypomnieć Święta, które jako mała dziewczynka spędzałam razem z nią na Mazurach. Miałam w pamięci nikłe przebłyski pięknie przystrojonej choinki, jemioły wiszącej tuż pod sklepieniem domu. Pamiętam, że zamiast pasterki o północy, bladym świtem pierwszego dnia świąt chodziłyśmy z babcią na jutrznię[1] do kościoła. Było to największe religijne wydarzenie we wsi, podczas którego odgrywano głównie sceny z jasełek, dialogi, oracje odnoszące się do narodzin Chrystusa. Była wielobarwna muzyka: fleciki, cymbały, jakieś skrzypce. Pamiętam dzieci przebrane za anioły, pasterzy i setki świec. Kiedy proboszcz z niewiadomych przyczyn zniósł ten zwyczaj i w kościele odprawiana była tylko pasterka, babcia Aniela i jej sąsiedzi spotykali się w starej stodole. Palono w niej ogień dla podtrzymania ciepła, a całe misterium przybierało charakter bardziej teatralny.

A potem, kiedy rodzice wyprowadzili się do Kielc, już nie jeździliśmy do babci. Mama nie chciała, a ojciec po pracy w kopalni zawsze był tak zmęczony, że gdy tylko miał kilka dni wolnego, marzył jedynie o tym, żeby się dobrze wyspać. Babcia za wszelką cenę chciała utrzymywać z nami kontakt i to ona częściej przyjeżdżała do nas niż my do niej. Czułam, że coś jest nie tak pomiędzy mamą a babcią. Dzieliła je jakaś dziwna i nieznana mi historia. Mama nawet czasem próbowała mi ograniczyć z nią kontakt. Gdy Aniela dzwoniła i chciała ze mną rozmawiać, mama często mówiła, że nie ma mnie w domu. Dziwiło mnie to tylko wtedy, gdy byłam mała, a później, już jako nastolatka, nie zawracałam sobie tym głowy. Miałam własne środowisko, przyjaciół, pierwszych chłopaków, szkołę. Nie czułam potrzeby jeździć do babci, ale już sama mogłam odbierać telefon i z nią rozmawiać.

Mama się złościła, kiedy babcia przyjeżdżała niezapowiedziana, tłumacząc się tym, że w innym wypadku własna córka nie znalazłaby dla niej czasu albo nie wpuściłaby jej za próg. Aniela wprowadzała do naszego domu niezwykle dużo spokoju i magicznego światła. Już sama rozmowa z nią mnie uspokajała, a jej zielone oczy widzę codziennie, gdy patrzę w lusterko.

Przekręciłam pierścień na palcu kilka razy, zaparzyłam herbatę z pieprzem i już wiedziałam, o czym będzie artykuł.

Znad komputera wodziłam oczami za mężem. Widziałam, jak się porusza, schyla, popija kawę z filiżanki, znałam każdy jego gest. Miałam straszne huśtawki nastrojów: raz byłam spokojna i ufna, że tylko jestem chorobliwie o niego zazdrosna, innym razem podświadomość mówiła mi, że wcale tak nie jest. Czułam pod skórą, że nie jest ze mną szczery.

Nie wiedziałam, jak sobie z tym radzić. Gdy poszłam do psychiatry, który był także terapeutą, już po pierwszej wizycie przepisał mi tabletki uspokajające, argumentując, że mam początki nerwicy. Nie chciałam ich zażywać. Bałam się, że się uzależnię. Czułam się całkowicie bezsilna, nie radziłam sobie z życiem, ale wiedziałam jedno: że jeśli nie skończę dziś artykułu, to jutro wyrzucą mnie z pracy. Napisałam, zredagowałam, wysłałam mail z tekstem do Starej i jak zwykle nie mogłam spokojnie zasnąć.


Poranki kobiety pracującej na pełnym etacie są ciężkie. Za oknem ciemno, dziecko nie chce wstać do szkoły, kawa sama wylewa się na czyste ubranie i jak zwykle spóźniona, z niedokładnie ułożoną fryzurą, biegnie najpierw do szkoły, a potem do pracy.

Gdy tylko przekroczyłam próg wydawnictwa, zauważyłam, że wszyscy dziwnie się na mnie patrzą. Obejrzałam dokładnie swoje ubranie – nie byłam brudna; spojrzałam w lusterko – makijaż się nie rozmazał. Usiadłam przy biurku, na którym piętrzył się stos książek, gazet i różnych innych materiałów. Pomyślałam, że przydałoby się sprzątnąć, gdy usłyszałam głos Starej na korytarzu. Zostałam wezwana na dywanik.

– Pani Joanno, co się dzieje? Mam wrażenie, że od kilku tygodni jest pani jakaś nieobecna.

Nieśmiało spojrzałam na jej biurko, stała na nim niewielka biała choinka. Biała? Kto u licha, kupuje zamiast zielonego drzewka, białe plastikowe? Wszystkie zimne dyrektorki?

– Absolutnie nic się nie dzieje. Jestem chora, mam niedoleczoną anginę, stąd być może moja mniejsza efektywność – kłamałam jak z nut. – A jak mój artykuł? – spróbowałam zmienić temat.

– Mam nadzieję, że szybko dojdzie pani do siebie. Trzeba powoli zamykać listopadowy numer i składać świąteczny, jak co roku, będzie bardzo dużo pracy. – Oglądała mnie od stóp do głów. Stara była zawsze nienagannie ubrana i miałam wrażenie, że tego samego oczekuje od pracowników.

– Oczywiście, mam już kilka nowych pomysłów.

– Jakich? – Zacisnęła mocniej usta.

– Yyy… na przykład świąteczne wróżby, może astrologiczny horoskop na nowy rok? Kobietom łatwiej się żyje, gdy myślą, że wiedzą więcej, niż tak naprawdę jest. Poza tym chyba każdy chciałby znać swoją przyszłość…

Ta biała choinka była okropna, nie mogłam się skupić na tym, co mówię, rozpraszał mnie jej dziwny wygląd.

– Ja bym nie chciała wiedzieć – odparła zdecydowanie, poprawiając krótkie włosy przy dość dużych uszach – ale może faktycznie jest coś w tym, co pani mówi. A co do artykułu… Jest w nim dużo błędów, ale to się jeszcze da poprawić. Proszę załatwić do niego zdjęcia.

– Zdjęcia? – Zdziwiona, znów spojrzałam na choinkę. Miałam wrażenie, że poruszyła się kilka centymetrów i stała bliżej krawędzi biurka.

– Tak. Stare, pasujące klimatem do tekstu, najlepiej trzy albo cztery. Umieścimy je przy artykule, dodadzą mu większego splendoru. Może znajdzie pani jakieś darmowe grafiki w internecie, w razie konieczności możemy coś kupić, ale wolałabym nie. Mamy okrojony budżet w tym roku.

– Oczywiście, jeszcze dziś, najdalej jutro przedstawię kompletny materiał.

– Dobrze, to teraz proszę do pracy. Dziękuję.

Wstałam, potykając się o nóżkę fotela, na którym siedziałam. Chciałam jak najszybciej znaleźć się przy swoim biurku, zaszyć w papierach, na nikogo nie patrzeć i z nikim nie rozmawiać. W ogóle to wolałabym teraz leżeć w domu pod kołdrą. Moje zaangażowanie w pracę było zerowe. Nie chciałam dłużej tak funkcjonować, ale nie wiedziałam, jak mogłabym to zmienić. Myślałam o tym, czy Wojtek jest teraz w pracy, czy może pojechał do tej lafiryndy. Byłam ciekawa, kim ona jest, gdzie się poznali? A może on z nią pracuje?

– Cześć! Jak u Starej? – Mariola krzyknęła tuż nad moim uchem, aż przestraszona podskoczyłam. Usiadła na brzegu mojego biurka.

– Nie odzywaj się do mnie. – Nawet na nią nie spojrzałam. – Zrobiłaś mnie w konia w sobotę.

– Oj, daj spokój! Przecież nie chciałam. Pisałam do ciebie, co ja na to poradzę, że wiadomość nie dotarła. Ty lepiej mów, jak z Wojtkiem, wiesz coś więcej? – Szturchnęła mnie w ramię, dając znać, żebym na nią spojrzała.

– Przeszukałam jego telefon, ale nic nie znalazłam. Zupełnie nie wiem, jak go skontrolować. Nie mam już na to siły. Najchętniej rzuciłabym się w śnieg za oknem i poczekała, aż mnie zasypie. – Schowałam głowę w ręce, zasłaniając twarz.

– Przestań tak mówić! Chodź na kawę do bufetu. Mam na niego sposób!

– Na Wojtka? – spytałam z niedowierzaniem.

– Tak! Ta sobotnia impreza bardzo się przydała, szczególnie w twojej kwestii. Chodź na kawę! – Próbowała podnieść mnie z krzesła. Zaczepiła swoimi długimi tipsami o moje czarne rajstopy i zrobiła w nich dziurę.

 

– Och, przepraszam! Asiu, nie chciałam! Ale to teraz tak modnie mieć dziury w ubraniach. – Zaczęła się śmiać, bo oczko z wolna zaczęło wędrować pod spódnicę.

– No ładnie! Serdecznie dziękuję i za kawę, i za dziurę! Nigdzie nie idę, bo muszę szukać zdjęć do artykułu, im szybciej to zrobię, tym lepiej dla mnie.

– Robota poczeka! Chodź! – Poderwała mnie z krzesła i chwyciła za rękę.

Nigdy nie umiałam się na nią gniewać. Choć wystawiła mnie do wiatru, to sam jej radosny sposób bycia, wygląd i to, jak kolorowo się ubierała, rekompensowały wszystkie jej niedociągnięcia. Miło było na nią patrzeć i jej słuchać. Świergotała jak wiosenny ptaszek. Zarażała optymizmem wszystkich dookoła. Dziś miała na sobie dżinsy z naszytymi cekinowymi czerwonymi gwiazdkami i zielony, dość jaskrawy, obcisły sweter. Kolorystyka ubrania zawsze pasowała do krótko obciętych blond włosów, kończących się tuż przy uszach. Wyglądała jak bożonarodzeniowy cukierek, który miało się ochotę od razu odwinąć z papierka i zjeść. W przeciwieństwie do mnie była bardzo zgrabna. Ja już jako nastolatka miałam masywniejsze uda i piersi dużo większe niż moje rówieśnice. Z wiekiem biust stawał się jeszcze bardziej wydatny. Wojtek zawsze uważał, że to mój urodowy atut. Ale tak było kiedyś, teraz już w ogóle mnie nie dotykał. Lubiłam, jak całował moją szyję, ręce… Teraz już nikt nie będzie tego robił, moje ciało wyschnie. Znów napłynęły mi łzy do oczu. Znów czułam się jak porzucony pies. Całkowicie bezpańska.

– Aśka! Ocknij się i nie rycz! – Mariola postawiła przed moim nosem kubek gorącej herbaty z cytryną i pomarańczą. Pachniała cynamonem i goździkami, czyli tym, czym powinna o tej porze roku.

– Dziękuję. Ostatnio cały czas płaczę, łzy same cisną mi się do oczu. Nie umiem nad tym zapanować.

– Nie użalaj się nad sobą. Masz tu pieprz, wiem, że lubisz – powiedziała i sypnęła mi z pieprzniczki prosto do kubka. Zawsze tak robiła. Ten drobny gest z jej strony wywołał uśmiech na mojej twarzy. – A jak w tym wszystkim zachowuje się Hania?

– Ona chyba nic nie zauważa. W przeciwieństwie do mnie jest bardzo spokojna. Wojtek lubi i umie się z nią bawić. Dużo z nią rozmawia, ze mną prawie w ogóle. Mariola, nic z tego nie rozumiem. Intuicja podpowiada mi najgorszy scenariusz, ale nie wiem, co robić. Przecież nie wynajmę detektywa!

– Ha! – Roześmiała się w głos i klasnęła w ręce. – Sama będziesz detektywem! Pokaż mi swój telefon.

– Po co?

– Zaraz zobaczysz, no daj! – Prawie wyrwała mi aparat z ręki. – Używasz Google Maps?

– Oczywiście, chyba każdy teraz tego używa. Bez tej aplikacji nie da się jeździć nawet po Kielcach, a co dopiero gdzieś dalej.

– A Wojtek też używa?

– No tak. A niby jak miałby jeździć po Polsce? Bez mapy? Przecież on cały czas jest w rozjazdach. Nie ma lepszej nawigacji niż Google Maps, sama o tym wiesz. – Z politowaniem spojrzałam na nią i postukałam się w czoło.

– No to bingo! Wiesz, że jest coś takiego w Google Maps jak udostępnianie lokalizacji? Jeśli klikniesz w ten przycisk, zobacz, o tu – pokazała mi palcem – i dodasz na przykład mnie – wybrała z kontaktów przypisanych do poczty mailowej, która bezpośrednio łączyła się z mapą Google – to dostaniesz na maila link z komunikatem, gdzie się teraz znajduję. Rozumiesz?

– Co? – Nie mogłam wyjść ze zdumienia. – Czyli jeśli sobie to włączę, to mogę cię szpiegować? Przecież to jest niemożliwe.

– Możliwe, kochana, możliwe. Żyjemy w takich czasach, że nawet jeśli nie będzie miał włączonego internetu, to po jakimś czasie ta mapa i tak się zaktualizuje.

– Przecież to jest jakiś koszmar! W ten sposób można kontrolować, gdzie są dzieci, małżonkowie… To jest jak smycz! – Byłam i oburzona, i zaskoczona.

– Co więcej, moja droga Joanno, kliknij teraz tu… – Pokazała palcem funkcję „twoja oś czasu” i stuknęła w nią palcem. – Zobacz, to jest mapa, która pokazuje ci, gdzie byłaś wczoraj, przedwczoraj, miesiąc temu, rok temu. Tu jest kalendarz, gdy wpiszesz jakąkolwiek datę, pokaże się twoja mapa, zobaczysz wszystkie miejsca, w których byłaś.

Na kolorowej mapie zaznaczony był adres mojego domu, sklepu, kawiarni, w której byłam w sobotę. Im więcej Mariola do mnie mówiła, tym bardziej otwierałam oczy ze zdumienia i nie mogłam pojąć, że w tak łatwy sposób sieci komórkowe mogą namierzać ludzi. Wystarczy, że mam w telefonie aplikację Google Maps i już.

– Ale ja tego nie chcę! – krzyknęłam. – Ja tego nie włączałam! Jak to wyłączyć?

– Możesz usunąć historię dnia, ale gdyby ktoś chciał cię namierzyć, to i tak może to zrobić. Najbezpieczniej jest w ogóle nie mieć tej aplikacji.

– Ale bez tego nie da się żyć! Kiedy jest się kierowcą, to się nie da. A myślisz, że Wojtek o tym wie? O tej funkcji?

– Pewnie więcej niż kobieta… – Wywróciła oczami pod sam sufit. – Ale jeśli klikniesz na „udostępnianie lokalizacji”, to on tego komunikatu nie dostanie. Nie będzie o tym wiedział, chyba że zajrzy do tej zakładki. Wtedy pojawi się komunikat, że lokalizacja jest udostępniana właśnie tobie.

– Czyli jest ryzyko?

– Ty już i tak nie masz nic do stracenia. – Puściła do mnie oko.

– Kurwa… Masz rację – zaklęłam na głos. – Naucz mnie, jak to się włącza i następnym razem chyba spróbuję. O ile uda mi się dorwać jego telefon. – Bez namysłu zaczęłam nerwowo obgryzać paznokcie.

– Możesz nawet zrobić tak, żeby dostawać powiadomienia o jego lokalizacji na swój numer telefonu. Wystarczy go wpisać w odpowiednie miejsce.

– Mariolka, to, co mówisz, jest dla mnie całkowicie niepojęte. – Wypiłam kolejny łyk herbaty. – Żebym nie popełniła jakiegoś błędu, ustawmy moją lokalizację na twoim telefonie.

– Nie ma sprawy!

Podała mi swój aparat. Zgodnie z jej wskazówkami, zrobiłam, co trzeba i już po chwili moja przyjaciółka dostała komunikat, że ja, Joanna, znajduję się w budynku na ulicy Żytniej, czyli tam, gdzie mieści się główne biuro wydawnictwa.

Byłam oszołomiona i lekko zdruzgotana wiadomościami o najnowszych technikach informatycznych. Z jednej strony takie udogodnienia mogą pomóc, szczególnie kiedy człowiek gubi się w obcym mieście albo za granicą, ale druga strona medalu jest już mniej atrakcyjna. Perspektywa całkowitej kontroli nad bezpieczeństwem dziecka kusi, ale w ten sposób pozbawia się go wolności i niezależności.

Porozmawiałyśmy z Mariolą jeszcze chwilę, trochę wypłakałam się w jej rękaw. Dobrze, że nie chciała mnie na siłę uspokajać, teraz potrzebowałam jedynie wyjaśnienia sytuacji, która całkowicie wysysała ze mnie energię.

Po powrocie do redakcji usiadłam do pracy. W bałaganie, który panował na moim biurku, nie mogłam się skupić. Nic nie szło tak jak powinno, myślałam o wszystkim, tylko nie o artykule, nie mogłam znaleźć żadnych zdjęć, więc jedyne, co należało zrobić w tej sytuacji, to sprzątnąć. Wyrzucałam wszystko, o czym kiedyś myślałam, że może mi się przydać, a od dawna w ogóle z tego nie korzystałam. Stare notatki, gazety, materiały prasowe, przeterminowane kosmetyki, które dostałam w celu opisania ich w gazecie, po prostu wszystko. W szafie przy moim biurku znalazłam dwie pary butów, a nawet jesienną kurtkę, o której w ogóle zapomniałam, że ją mam. Rzeczy, które miałam zabrać do domu, włożyłam do jednego worka, a do drugiego śmieci. Wyczyściłam specjalnym płynem swój komputer, biurko, lampkę. Wreszcie podlałam kwiaty, które stały w doniczkach na parapecie z drugiej strony mojego biurka. Były w opłakanym stanie, całkowicie zakurzone. Przypominały moje życie. Niby je ktoś podlewał od czasu do czasu, ale nie było nikogo, kto zająłby się nimi z miłością. Jak mogłam do tego dopuścić? Miały jałową, wyschniętą ziemię. Chyba nigdy ich nie nawoziłam. Liście aloesu były uschnięte, powinnam była już dawno je uciąć, ze storczykiem działo się dokładnie to samo. Inne koleżanki ustawiły na biurkach ozdoby świąteczne, nawet Stara miała brzydką choinkę, ja nie pomyślałam o niczym. Jakby ktoś zupełnie pozbawił mnie radości z nadchodzącego świątecznego czasu. Nie chciało mi się wieszać lampek, szukać bombek, zapalać świeczek, choć tak bardzo lubiłam ich zapach i widok tego maleńkiego płomienia. Co się ze mną stało?

– Pani Joanno, czy są już zdjęcia? – Głos Starej dobiegł znad worka ze śmieciami. W ferworze sprzątania zapomniałam o nich!

– Jeszcze nie, ale będą na jutro! – obiecałam, sama w to nie wierząc.

– Mam nadzieję, proszę się z tym pospieszyć.

Przestraszyłam się nie na żarty. Zdjęć szukałam cały dzień. Te najładniejsze, klimatyczne, wyglądające na stare, były bardzo drogie, a te z darmowych stron kompletnie nie nadawały się do druku. Poprosiłam o pomoc koleżankę, graficzkę, przygotowała kilka wersji zdjęć, ale nie podobały się Starej. Chciała coś innego, chyba nawet sama nie wiedziała, co. Byłam załamana. Chodziło mi po głowie, że gdzieś w drewnianym kredensie mam albumy rodzinne i stare zdjęcia babci. Ten kredens był moją ostatnią nadzieją.

Odebrałam Hanię ze szkoły bardzo późno. Na dworze panował nieprzyjemny mrok i trzeba było mocno uważać na ośnieżonych drogach. Córka zrobiła mi w samochodzie awanturę, że cisną ją buty, że ma zimne ręce, że za późno odbieram ją ze szkoły. Generalnie wszystko układało się nie tak. Była mocno pobudzona i niespokojna. Pomyślałam, że po prostu jest głodna. Zaparkowałam pod domem i szybko zrobiłyśmy zakupy w pobliskim warzywniaku. Lubiłam do niego chodzić. Sklepik był skromnie urządzony, ale przytulny. Wybór warzyw i owoców był bardzo duży, a do tego właścicielka sprzedawała zioła i kwiaty z naturalnych upraw. Taki mały, zielony ogród na tle zimowego miasta. Pachniało tu przyprawami, wonie przywodziły na myśl śródziemnomorskie powietrze. I coś jeszcze. Może rozgościł się tu spokój właścicielki? Już miałam płacić za zakupy, ale w kącie dostrzegłam piękny krzaczek z dojrzewającą na nim papryczką chili. Nie mogłam oderwać od niego oczu. Krzew był wysoki na ponad pół metra, z pięknymi zielonymi liśćmi i maleńkimi czerwonymi papryczkami, które wyglądały jak bombki na choince. A może raczej jak czerwone zwisające sople? Roślina tak bardzo nie pasowała do aury za oknem i tego całego przedświątecznego rejwachu, że zapragnęłam ją mieć. Ja też nigdzie nie pasowałam. Kupiłam więc to zielone cudo i z nikłym uśmiechem na ustach pomaszerowałyśmy do domu.

Wstawiłam wodę i wzięłam się za gotowanie makaronu z sosem śmietanowym. To była jedyna potrawa, którą moje dziecko zjadało z apetytem. Podsmażona cebulka, trochę mleczka kokosowego, ser pleśniowy dla wzmocnienia smaku i oczywiście śmietana. Wszystko podsmażyłam na patelni i po chwili danie było gotowe. Nie dodawałam mięsa. Nie wiedzieć czemu, Hania za nim nie przepadała.

Do potrawy dodałam jeszcze troszkę wanilii, delikatnie zeskrobanej z laski, i odrobinę pokrojonej papryczki chili, tylko tyle, ile potrzeba do wzmocnienia smaku. Mieszałam sos drewnianą łyżką i już po kilku chwilach poczułam ten wyjątkowy zapach. Wanilia i chili – idealne dopełnienie, podobnie jak wanilia i pieprz. Kiedy miałam czas, uwielbiałam gotować, najbardziej te potrawy, które lubiła Hania.

– Mamo! Tata powiedział, że nie odbierze mnie jutro ze szkoły, bo wyjeżdża – powiedziała naburmuszona Hania i od razu pomaszerowała do salonu. Szybko nałożyłam porcję makaronu z sosem, postawiłam przed nią na stole i poszłam do męża.

– Hania mówi, że wyjeżdżasz. – Zdziwiona zajrzałam do sypialni przez uchylone drzwi.

– Tak, niestety, znowu muszę jechać, ale obiecuję ci, że to już ostatni raz w tym miesiącu. – Zrobił maślane oczy w moim kierunku i złożył ręce jak do modlitwy.

– I nie mówisz mi tego z wyprzedzeniem? Przecież znowu będę musiała sama zajmować się Hanią! Zawozić, przywozić, odrabiać lekcje… Ja też mam pracę! Będę musiała się wcześniej z niej zwalniać, żeby zdążyć odebrać dziecko ze szkoły. Na ile jedziesz i gdzie?! – prawie wykrzyczałam, a w duszy czułam, że będę musiała dziś w nocy dobrać się do jego telefonu. Z emocji poczułam, jak skronie zaczynają mi pulsować.

– Najprawdopodobniej jutro już po wizycie w biurze jadę do Gdańska. Chcą tam jakiś węzeł komunikacyjny budować. Muszę to najpierw zobaczyć, zanim zaczniemy składać dokumenty przetargowe.

– Na ile dni?! – teraz już krzyknęłam.

– Tylko trzy i nie krzycz na mnie! – On też podniósł głos. – Dobrze wiesz, jaką mam pracę!

Odwrócił się w stronę szafy, schował telefon do kieszeni i zaczął pakować walizkę.

Co mogłam zrobić? Wszcząć awanturę, zabronić mu jechać? Wyjść z domu i wrócić po kilku dniach? Poszłam do kuchni i uświadomiłam sobie, że nic, absolutnie nic nie mogę zrobić. Obserwowałam Wojtka, jak chodzi po domu i się pakuje. Był całkowicie niewzruszony, a ja wiedziałam, po prostu czułam, że pojedzie do niej. Znów łzy napływały mi pod powieki i zbierały się tam niczym ryby w stawie. Nie chciałam pozwolić im wypłynąć, więc zacisnęłam zęby, a na usta przywołałam sztuczny uśmiech. Zrobiłyśmy z Hanią wieczorną toaletę i kiedy zasnął już cały dom, otworzyłam stary kredens, by poszukać zdjęć.

 

Przejrzałam kilka szuflad, ale z marnym skutkiem. Zaczęłam się już obawiać, że schowałam zdjęcia w zupełnie innym miejscu. Na półkach leżała czysta, uprasowana pościel. Pomiędzy jej niektóre warstwy zawsze wkładałam mydełko lawendowe, lubiłam, gdy zapach kołdry i poduszek przywoływał na myśl obrazy z dzieciństwa. Wsunęłam prawą rękę jeszcze głębiej, aż dotknęłam tylnej ściany kredensu i w końcu pod palcami wyczułam duży, metalowy przedmiot. Dwudziestoletnie pudełko po śliwkach w czekoladzie przywiezionych zza Muru Berlińskiego. Do dziś pamiętam smak tych cukierków. Teraz w puzderku znajdowały się najcenniejsze dla mnie skarby, czyli zdjęcia rodzinne. Nie oglądałam ich już kilka lat, widocznie nie miałam takiej potrzeby.

Gdy położyłam rękę na wypukłym wieczku, zdawało mi się, że za chwilę otworzę drzwi do innych światów, gdzie czary i magia dnia codziennego promieniowały ciepłem i beztroską radością. Trzymałam w rękach zdjęcia i choć były czarno-białe, w mojej głowie pojawiły się kolorowe obrazy. Koncentrowała się w nich jakaś ezoteryczna wiedza, strzeżona jedynie przez upływający czas. Zapach kurzu wymieszany z lawendą tworzył atmosferę spokoju i magii. Dotykałam koronkowych brzegów zdjęć, widziałam na nich ludzi, którzy ciężką pracą własnych rąk budowali domy, uprawiali ogrody, mieli bezpośredni kontakt z ziemią, która ich żywiła. Aż w końcu, przekładając jedną fotografię po drugiej, zobaczyłam ją – moją babcię. Stała na tle mazurskiego lasu i wycierała ręce w fartuch, na głowie miała kwiecistą chustę, spod której wypadały kosmyki ciemnych włosów, a wokół jej oczu rysowała się delikatna siatka zmarszczek. Patrzyłam na nią i słyszałam, jak do mnie mówi: „Nie bój się, idź i walcz, przecież jesteś kobietą”. To głos, którego wcale nie było, ale który jednak chciałam słyszeć. Gładziłam to zdjęcie ręką i miałam wrażenie, że cyrkonie wprawione w babciny pierścień, który teraz nosiłam, z minuty na minutę skrzą się coraz mocniej. Odbijały światło zapalonego żyrandola, ale zdawało się, że świecą jakimś kosmicznym światłem. Jakby zdjęcia dawały im energię potrzebną do emitowania tego blasku. A może tak właśnie było? Może pierścień babci Anieli miał nadprzyrodzoną moc i chciał być z jej duszą cały czas w kontakcie?

W końcu dokopałam się do fotografii jutrzni. Moje oczy patrzyły na obrazek, ale jakby go nie widziały, jakby były zasnute mgłą. Mała dziewczynka w zimowym kombinezonie, na który włożony był jeszcze przyduży kożuch. Czapka uszanka zasłaniała mi oczy, ale uśmiech, który rysował się na twarzy dziecka, był niewiarygodny. Obok mnie stała babcia w bardzo podobnym kożuchu, trzymała w ręku pochodnię. Za nami rosły mężczyzna przebrany za anioła. Znalazłam jeszcze kilka innych zdjęć z tego wydarzenia. Kobiety, które do puchatych czapek miały przyszyte grube i długie wstążki, dzieci siedzące w stodole na sankach. Pamiętam, że kiedy jutrznia została przeniesiona do stodoły, nikt nie przynosił z domu krzeseł; albo się stało, albo siadało na sankach czy w dużych saniach, którymi wcześniej docierało się na miejsce. Drzwi stodoły, zbite z kilkunastu długich i grubych desek, były na tyle duże, że mógł przejechać przez nie nawet ciągnik, nie było więc problemu z wprowadzeniem do środka sań. W końcu wyciągnęłam ostatnie i największe zdjęcie, na którym była moja mama jako nastoletnia dziewczynka i babcia. Siedziały na ganku przed domem, dookoła nich chodziły kury wydziobujące ziarna. Kwitły drzewka owocowe, więc fotografia musiała być zrobiona późną wiosną. Pamiętałam ten dom bardzo dokładnie. Czerwona cegła, kaflowy piec, a od strony ogrodu mała weranda. Ciekawe, co się teraz tam dzieje? Odwróciłam zdjęcie i zobaczyłam pismo Anieli. Dobrze wiedziałam, że dla mojej mamy ta fotografia była najważniejsza, bo na jej odwrocie piękną kaligrafią był spisany testament. Mama i jej brat dziedziczyli ten dom stojący w mazurskiej wsi o magicznej nazwie Jutrzenka. Wieś leżała pomiędzy dwoma wielkimi jeziorami, prawie w samym sercu Puszczy Napiwodzko-Ramuckiej. Po śmierci Anieli domem opiekował się Hilary. Mama w ogóle tam nie jeździła. Nigdy nie dowiedziałam się, dlaczego.

Przeglądałam zdjęcia z jeszcze większą uwagą niż wcześniej. Na żadnym nie było wuja. Kilka lat temu próbowałam się z nim skontaktować, ale chyba miałam nieaktualny numer telefonu. Potem, gdy zmarła mama, chciałam go poinformować o pogrzebie, dzwoniłam więc do sołtysa wsi, w której mieszkał Hilary, ale nikt nie odbierał. W końcu dałam sobie spokój. Ciekawe, co się z nim teraz dzieje?

Nagle blask cyrkonii na pierścieniu stał się tak oślepiający, że aż zamknęłam oczy. Gdy je otworzyłam, mocno mnie bolały. Pomyślałam, że muszę skończyć z tą nostalgią i zejść na ziemię. Udostępnianie lokalizacji w Wojtka telefonie przecież samo się nie włączy. Schowałam zdjęcia i zabrałam te, które przydadzą mi się jutro w pracy, a potem poszłam do sypialni.

Wojtek spał snem niedźwiedzia. Mocno i twardo. Co jakiś czas pochrapywał; wytrącało mnie to z równowagi, ale nie miałam wyjścia, musiałam znaleźć jego telefon. W swoim włączyłam latarkę i bezszelestnie przemieszczałam się po pokoju. Telefon leżał na nocnej szafce. Chwyciłam go drżącą ze strachu ręką i cichuteńko wyszłam. Dla pewności zamknęłam się z nim w łazience. Jakież było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że mąż zmienił wzór odblokowywania! Spróbowałam kilka razy, ale nie zadziałało. Bezwładnie osunęłam się plecami po ścianie i usiadłam na podłodze. Znów dopadł mnie paniczny strach i jednocześnie tęsknota za Wojtkiem. On naprawdę coś kombinował, inaczej nie zmieniłby kodu. Schowałam głowę między kolana i z nerwów zaczęłam drugą ręką kręcić babcinym pierścieniem wokół palca, na którym się znajdował. Jaki może być wzór? „Babciu, pomóż mi…” – znów wyszeptałam, nie wiadomo do kogo bardziej, do siebie czy do niej. A może pierwsza litera imienia naszej córki? Narysowałam na szkiełku literę H. Bingo! Udało się! Serce waliło mi jak oszalałe, ręce się trzęsły, a nogi miałam jak z waty. Znalazłam aplikację Google Maps, udostępniłam swój numer telefonu, lokalizację i już po chwili dostałam pierwszy esemes. Wyciszyłam dźwięk powiadomień o nadchodzących wiadomościach i z duszą na ramieniu poszłam odłożyć telefon. Po tym wszystkim trudno mi było spać z Wojtkiem w jednym łóżku. Bałam się, że się obudzi i zobaczy, że udostępniłam jego lokalizację. Ale niby czemu miałby to zrobić? Tylko ja o tym wiedziałam. Wojtek żyje w przeświadczeniu, że ja i nowinki technologiczne nie idziemy ze sobą w parze. Ale jeśli trzeba? Jeśli sytuacja tego wymaga, kobieta jest w stanie poradzić sobie dosłownie ze wszystkim.

Poszłam do dużego pokoju i mimo że rozkładaną kanapę miałam tylko dla siebie, i tak nie mogłam zasnąć. Nad ranem udało mi się zdrzemnąć, ale gdy tylko usłyszałam, że Wojtek chodzi po domu, od razu otworzyłam oczy. Przestraszona, schowałam się cała pod kołdrę i modliłam się, żeby nie zauważył tego, co ustawiłam w jego telefonie. Wyszedł z domu bardzo szybko, nawet nie zajrzał do mnie do salonu. Kiedy przekręcił klucz w zamku, znowu się rozpłakałam.


Powiadomienia o jego lokalizacji przychodziły na mój telefon co godzinę. Mariola z wrażenia aż dosiadła się do mojego biurka i udawałyśmy przez cały dzień, że pracujemy nad jakimś artykułem. Stara zaakceptowała zdjęcia i była bardzo poruszona moimi wspomnieniami związanymi z babcią. Miałam wrażenie, że po tej rozmowie zyskałam w jej oczach.

Cały dzień byłam nadzwyczaj pogodna, co chwilę chodziłam do łazienki i poprawiałam makijaż; gdy patrzyłam w lustro, miałam wrażenie, że maluję na twarzy znaki ochronne. Brwi jakby mocniej pociągnięte brązową kredką, wyraźnie zaznaczony róż na policzkach i czerwony kolor ust podkreślony szminką. Czułam każdym porem skóry, że coś się wydarzy. Nie wiem, czemu to zrobiłam, może podpowiedział mi to instynkt, którego zaczęłam słuchać, ale poprosiłam przyjaciółkę, żeby przenocowała dzisiaj u mnie. W razie potwierdzenia moich podejrzeń musiałam mieć z kim zostawić Hanię.