Onkalot

Tekst
Z serii: Death Bringer #1
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Onkalot
Onkalot
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 57,99  46,39 
Onkalot
Onkalot
Audiobook
Czyta Emilia Strzelecka
29,99  21,59 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

TRYLOGIA DEATH BRINGER

ONKALOT

ADRIANNA BIEŁOWIEC

WYDAWNICTWO CANIS MAJORIS

Seria: Zodiac Universum

Trylogia: Death Bringer

Copyright © Adrianna Biełowiec, 2020

Copyright © Wydawnictwo Canis Majoris, Szczecin 2020

ISBN

978-83-941896-4-8 (druk)

978-83-941896-6-2 (e-book)

Wydanie I

Projekt graficzny okładki i ilustracja na okładce (przód)

Valued Creations (valuedcreations.com)

Projekt okładki

Adrianna Biełowiec

Ilustracja w książce

Marta Anna Podolska

Redakcja i korekta

Anna Nowak

Redakcja techniczna

Paweł Prusinowski

Strona autorska

facebook.com/zodiacuniversum

Strona wydawnictwa

facebook.com/wydawnictwocanismajoris

Dystrybucja: E-bookowo


Dziesięć przykazań Kiritian

1. Czcij bogów jakich chcesz i ilu chcesz, możesz nawet nie czcić żadnego.

2. Wzywaj imienia boga swego, kiedy masz potrzebę. Skoro powód się pojawił, nie robisz tego nadaremno.

3. Nie musisz uczęszczać do świątyni swojej, jeśli nie masz duchowej potrzeby. Albowiem serce człowieka jest jedyną prawdziwą siedzibą wiary.

4. Kochaj matkę swoją i ojca swego, jeśli na to zasługują.

5. Ponad wszystko szanuj życie i zdrowie swoje, jak i bliźniego swego. Nie oszczędzaj jednak wrogów i tych wszystkich, którzy chcą ci szkodzić.

6. Nie cudzołóż.

7. Kradnij, jeśli musisz.

8. Mów jedynie prawdę.

9. Nie pożądaj żony bliźniego swego. Aczkolwiek możesz używać sobie na wrogach z planet podbitych.

10. Nie szkodź w żaden sposób bliźniemu swemu. Jeśli sytuacja tego wymaga, gnęb ludy podległe.

Preludium

Anna Sandstorm przypatrywała się przez moment niewielkiej jadeitowej figurce myśliwca, następnie wyciągnęła rączkę, by popukać w marmurową podstawkę. Po chwili statuetka zniknęła w objęciach dziewczynki, zupełnie jakby była jedną z jej tautoriowych maskotek – wykonanych z bezpiecznego dla najmłodszych syntetyku – którymi uwielbiała się bawić.

– Zostaw, bo zepsujesz! To nie twoje! – huknęła Julka Croft, próbując naśladować ton głosu swojej matki.

Ania zmarszczyła nosek i zacisnęła wargi. Popatrzyła ze złością na koleżankę intensywnie zielonymi oczętami, po czym, pisnąwszy z niezadowoleniem, odwróciła się, oczywiście ani myśląc o odstawieniu nowej zabawki.

– Dawaj! – Julka wykonała gest slumsowego dziecka usiłującego ukraść bogatemu przechodniowi biżuterię, lecz Sandstorm sprawnie wykonała unik.

– Nniiiieeeeeeeeee! Iiiiiiiiii! – zaprotestowała.

Gdy do salonu gościnnego pana Carlosa Drunkensteina wszedł jego dziesięcioletni syn Beliar, w towarzystwie dwóch młodszych kolegów, zastał nastroszoną Julię klęczącą na dywanie i masującą kolano. Naburmuszona Ania siedziała na komodzie pod oknem i poprawiała sandał, który przesunął się, gdy wymierzyła kopniaka natrętnej koleżance. Do piersi przyciskała figurkę myśliwca.

– Debilka! – syknęła Julka. Ania w kontrze pokazała jej język.

– Ja cię... Znów oberwałaś od czterolatki! – Arek Croft zarechotał na widok sponiewieranej siostry.

– Nieprawda!

Jarret Nelson, trzeci z chłopców, pomógł jej wstać, choć dziwiło go, czemu Julka sama się nie podniesie. Nic się przecież nie stało. On ciągle bił się z kumplami i nie ryczał na podłodze, gdy ktoś mu strzelił z kapcia.

Beliar Drunkenstein zrobił sfrustrowaną minę. Podszedł do zajmującego całą frontową ścianę pancernego okna z widokiem na prywatne lotnisko ojca. Zlustrował kilka lataczy gości, którymi ci następnego dnia o świcie mieli odlecieć wraz z gospodarzem na jakąś odprawę, po czym zbliżył się do siedzącej na komodzie Sandstorm, wymachującej energicznie nogami. Uśmiechnął się przyjaźnie. Mimo że urodzony w trudnych czasach, kiedy to należący do opozycji dorośli stale zmagali się z okupującymi Zodiac Universum Kiritianami, zwanymi też Nieśmiertelnymi albo Zarażonymi, Beliara cechowała pogoda ducha i otwartość. Bardzo lubił Anię. Chociaż była najmłodszą członkinią ich pięcioosobowej paczki, wykazywała się nieustępliwością i wręcz ognistym temperamentem. Zawsze stawiała na swoim, choćby miało się to zakończyć naganą niani-androidki Agaty, a nawet klapsem w tyłek. Nigdy też nie płakała. Złościła się, wyrywała, gryzła, kładła na podłogę i uderzała weń stopami z gniewu, ale nie trwoniła łez. Stanowiła całkowite przeciwieństwo wszystko wyolbrzymiającej i wiecznie poszkodowanej Julki Beksalali, panny „Wszyscy Skaczcie Wokół Mnie”.

Ania odpowiedziała chłopcu uśmiechem, tyle że wstydliwym. Spąsowiała na policzkach i wtuliła twarz w bufiasty rękaw żółtej sukienki.

– Oddasz? – Drunkenstein wyciągnął rękę. Sandstorm przytuliła mocniej jadeitowe cudeńko i wydała pomruk protestu. Niezrażony chłopiec przykucnął i uśmiechnął się ponownie. – No dobra, weź sobie na trochę. Jeśli jednak chcesz tego myśliwca na zawsze, musisz się spytać o zgodę mojego ojca, ale na pewno ci da. Wiesz, że to model prototypu?

– Co to jest plototip? – O dziwo, Ania oddała mu figurkę. Beliar wpatrzył się w nią niczym modelarz w świeżo sklejone dzieło, obracając na wszystkie strony.

– Prototyp – wyraźnie powtórzył i zaakcentował słowo – to taka nowa rzecz, którą się testuje i sprawdza, jak ona działa. A jeśli działa dobrze, to zaczyna się potem produkować więcej takich rzeczy. Tato jest konstruktorem maszyn latających i dostawcą nowych technologii dla rebeliantów, a ten tutaj myśliwiec to jego projekt. Ma mieć oznaczenie XRS-14. Za kilka lat nasze wojska będą powszechnie takimi latać.

– Ja tesz bendem latać!

Chłopiec parsknął śmiechem.

– Jesteś za mała.

– Ale jak ulosnę. Chcem być pilotem jak mój tata Kysan i Callos.

– Krystian i Carlos – poprawił Beliar. Spędzając z Anną sporo czasu, postanowił, że będzie pracować nad jej wymową. Starał się też nie mówić do niej naiwnie. – Choć twój tata urodził się na planecie Calcaris w Uniwersum Wagi, ma przodków na Ziemi. To kolebka wszystkich ludzi, którzy skolonizowali Zodiac Universum. Masz polsko-amerykańskie pochodzenie z jego strony, Aniu, a azjatyckie ze strony matki Hanako. Wiesz, ja też chcę być rebelianckim pilotem. Ojciec twierdzi, że mam cechy dowódcze i jest mi pisane kierowanie dywizjonami, może nawet całą flotą. W każdym razie za parę lat będę spuszczać wpierdol Kiritianom. Ohh... – Zatkał dłonią usta i obejrzał się, chcąc sprawdzić, czy androidka Agata przypadkiem nie kręci się w pobliżu. Na szczęście w salonie poza nim i Anią przebywali tylko Jarret, Arek oraz Julka, która przestała się już dąsać i teraz we trójkę wygłupiali się na kanapie, okładając poduszkami.

Sandstorm była jednak w wieku, w którym nowo usłyszane wyrazy chłonęła niczym gąbka wodę.

– Co to jest wpierdol, Beli? – zapytała niesłychanie poważnie. I nad wyraz poprawnie.

– Nie, nic. Zapomnij. – Drunkenstein żartobliwie strząsnął z jej twarz pasemko ciemnokasztanowych włosów. Dziewczynka, chichocząc, w odwecie chwyciła go za blond grzywkę i uniosła ją, strosząc mu na głowie „koguta”.

– Cześć, dzieciaki. Co tam słychać u was? Dobrze się bawicie?

Pięć buziek obróciło się ku Carlosowi Drunkensteinowi, wchodzącemu do salonu w towarzystwie Krystiana, ojca Jarreta i rodziców Croftów. Za grupką rebelianckich pilotów wmaszerowała zgrabna androidka Agata, ubrana w stylowy, archaiczny, czarno-biały strój pokojówki, na głowie miała kok podtrzymywany karbowaną wstążką. Niosła tacę z salaterkami wypełnionymi galaretką.

Ania podbiegła do taty i wtuliła się w szarosrebrne spodnie jego uniformu. Beliar wykorzystał okazję i odstawił miniaturkę myśliwca na wyższą półkę szafki, by dziewczynka nie mogła jej później dosięgnąć, o ile już o niej nie zapomniała.

– Co jest, słońce? – Krystian schylił się, starł kciukiem zabrudzenie z policzka córki. Następnie przyklęknął i odsunął ją na długość ramienia, odgarnął jej z oczu naelektryzowane włosy. Przypatrywał się chwilkę dziecku, nim ponownie zabrał głos: – Posłuchaj mnie teraz uważnie. Tatuś musi dzisiaj odlecieć, chociaż mieliśmy dopiero rano, czyli za tyle godzin. – Wysunął palec wskazujący prawej ręki. – Trochę nam się zmieniły plany, ale szybko wrócę do ciebie.

– Ja chcem do mamy.

Dźwięk tych słów sprawił, że wymuszony uśmiech zgasł na twarzy pilota; z ust wyrwało się ciche westchnienie. Jego partnerka Hanako, która podczas przelotnego z nim romansu poczęła Annę, zginęła ponad roku terreński temu – jednak nie z rąk kiritiańskich hegemonów, którzy sterroryzowali większość zamieszkałych globów Drogi Mlecznej i Andromedy, lecz gnieżdżących się na planecie H14 członków sekty likanów. Jej wyznawcy wszczepiali sobie implanty imitujące wilcze ślepia, kły i pazury, albo wręcz wykorzystywali geny czczonych przez siebie drapieżników, by bardziej upodobnić się do mitycznych wilkołaków. Nie przepadali za rebeliantami, którzy osiedli się na H14 i zrobili z cichej, zapomnianej planety swoją główną bazę wypadową. Jak jednak powiedzieć o tym nieznającej norm rządzących wszechświatem czterolatce? Krystian skorzystał z najstarszej strategii w dziejach ludzkości na takie przypadki: skłamał, twierdząc, że matka odleciała i kiedyś wróci. „Wróci w czasach”, gdy Anna zrozumie sprawę bez ponoszenia psychicznych konsekwencji. Albo wkurzy się na niego za to, że oszukiwał ją przez tyle lat.

 

– Już ci mówiłem, że mama jest dla nas niedostępna. Podczas mojej nieobecności najlepiej ci będzie w rezydencji pana Carlosa. – Mimo zmęczenia i problemów dotyczących Kiritian, jak również mnóstwa innych spraw trapiących opozycję, Krystian starał się wyglądać pogodnie, przynajmniej w obecności córki. Uśmiechnął się krzywo, trochę rozbrajająco. – Zobacz. – Skinął brodą ku rodzeństwu Croft, które także słuchało wskazówek rodziców. – Julia i Arek również zostaną u pana Carlosa. Będzie też Jarret. I Beliar. Agata się wami zajmie, tak jak zwykle.

– Czemu nie mogem być w domu? – Ania podrapała się w nos. – Na naszej panecie?

– Bo na Calcaris nie jest zbyt bezpiecznie. W pobliżu mogą pojawić się źli Kiritianie. Postanowiliśmy z resztą rodziców, że przez jakiś czas pozostaniecie w domu Beliara.

– Na H14 tesz mogom przylecieć Kitiljanie.

– O, widzę, że ładnie zapamiętałaś nazwę planety. – Mężczyzna klepnął Anię delikatnie w policzek, co ją trochę rozchmurzyło. – H14 jest bezpieczna. Kiritianie na nią nie przylecą, bo jest tu dużo ludzi opozycji. A ci źli najeźdźcy boją się dobrych rebeliantów. – Zawsze czuł się okropnie, gdy kłamał małej jak z nut. – Zresztą nawet jakby się zjawili, Agata ich stąd wyrzuci. – Poparł swoje słowa kolejnym sztucznym uśmiechem.

– Mogem lecieć z tobom?

Krystian ostentacyjnie posmutniał.

– Niestety nie. Mamy zlot na górzystym biegunie północnym, gdzie jest bardzo zimno. Tłumaczyłem ci kiedyś, dlaczego musimy organizować spotkania za każdym razem gdzie indziej. I to jeszcze w miejscach, gdzie są zakłócenia elektromagnetyczne, na przykład w specyficznie zbudowanych górach. Pojutrze, czyli za tyle dni – rozstawił dwa palce niczym w przedkolonialnym geście pokoju – będę z powrotem. W międzyczasie Agata się wami zajmie. Lubisz Agatę, prawda?

Dziewczynka przytaknęła parę razy.

Krystian wziął córkę na ręce i mocno przytulił. Przed postawieniem na ziemi żartobliwie zwichrzył jej grzywkę nad drobnymi brwiami.

– Trzymaj się, żabo. – Odchodząc, puścił do niej oko.

Ania przyglądała się, jak tata kładzie dłonie na ramionach rodziców Julii i Arka i coś do nich mówi.

Pożegnawszy się ze swoimi pociechami, rebelianci wyszli na korytarz, gdzie odczepili kaski z klamer magnetycznych, po czym ruszyli holem ku marmurowym schodom prowadzącym na parter. Tam do grupy przyłączyły się kolejne osoby. Niebawem dzieci oglądały przez okno, jak na lotnisku budzi się do życia tuzin lataczy. Niewielkie, zwrotne maszyny, najmniejsze rebelianckie jednostki o charakterze bojowym, wykonały pionowy start. Wzniosły się ku wieczornemu niebu naznaczonemu pomarańczem i czerwienią przez zachodzącą gwiazdę K'ajolom, utworzyły klucz, a chwilę później nie było już po nich śladu. Mimo że Kiritianie nie mieli pojęcia o istnieniu jednostek opozycji na pokrytej dżunglami przy równiku i górami na biegunach H14 – przynajmniej tak twierdził wywiad rebeliancki – wszystkie maszyny latające włączały pola maskujące, uniemożliwiające zarówno sensoryczną, jak i skanerową identyfikację. Nie była to wprawdzie idealna ochrona przeciwko Nieśmiertelnym dysponującym najlepszą technologią w Zodiac Universum – rebelianci ukradli im ją w przeszłości, ale teraz, w roku 2936, dysponowali leciwą wersją – jednak dawała jako takie poczucie bezpieczeństwa. Dzieci nie mogły więc śledzić lotu oddalającego się klucza, który po prostu zniknął, jakby w sekundzie przebył tysiące kilometrów, wygenerowawszy tunel podprzestrzenny. Tak wyglądała najszybsza forma transportu między znacznie oddalonymi od siebie punktami w przestrzeni kosmicznej. W przeciwieństwie do bogatych Kiritian była jednak rzadko stosowana u rebeliantów zaciskających z ich powodu pasa. Sam napęd podprzestrzenny, zwany fachowo silnikiem Alcubierre'a, stworzyli kiritiańscy naukowcy z zespołu doktora Maksimusa Figama, którzy urzeczywistnili i zmodyfikowali projekt pochodzący sprzed setek lat, bo aż z końca dwudziestego wieku, gdy jedyną zamieszkaną przez ludzi planetą była Ziemia. Ten właśnie wynalazek umożliwił błyskawiczny podbój przez Nieśmiertelnych osiemnastu z dwudziestu dziewięciu skolonizowanych planet, wchodzących w skład Zodiac Universum; wcześniej ekspansja zwykłych kolonistów z Ziemi szła dłużej i oporniej.

– Proszę, częstujcie się. – Agata chrząknęła znacząco, następnie wskazała pucharki deserowe. – Croft, a cóż ty masz na nodze? Znowu się biłyście?

Zanim Ania sięgnęła po galaretkę, przyglądała się, jak ledwo wykwitły siniak na kolanie Julki znika niemiłosiernie szybko po zastosowaniu przez androidkę kleju molekularnego. Poczuła wyrzuty sumienia, że tak mocno kopnęła koleżankę.

– Dobra, smyki, teraz muszę się oddalić i sprzątnąć pokoje na górze, a wy bawcie się grzecznie w salonie. – Pokojówka schowała zbędny już medykament do przenośnej apteczki. – I proszę więcej bez bijatyk.

– A możemy chodzić po domu? – zapytał Beliar, zatrzymawszy łyżkę w połowie drogi do ust.

– Oczywiście, tylko nie idźcie do skrzydła administracyjnego ani sali odpraw. Pan Drunkenstein sobie tego nie życzy. Zresztą już o tym wiecie.

– Jasne. A w hangarze możemy się bawić?

Agata popatrzyła krzywo na chłopca, który przybrał minę niewiniątka.

– Możecie, ale macie niczego nie dotykać. I trzymajcie się z dala od dyspozytorni – dodała ostrzej.

– To jak mamy się bawić, skoro nic nie możemy dotykać? – Beliar wyszczerzył ubrudzone deserem zęby w głupawym uśmiechu.

Agata oparła pięści na biodrach.

– Beliar, nie żartuj sobie. Jesteś najstarszy, więc zajmij się należycie kolegami i koleżankami. Będę zaglądać do was co jakiś czas. Informujcie mnie przez interkom, gdybyście czegoś potrzebowali.

Pokojówka opuściła salon. Oddalała się holem, a siedząca wokół stołu piątka tkwiła w bezruchu, bacznie nasłuchując i patrząc na siebie wymownie. Gdy odgłos kroków wreszcie ucichł, chłopcy skoczyli ku drzwiom i wystawili głowy na korytarz.

– Dobra, poszła – Jarret oznajmił ochoczo.

Rzucili się w kierunku okna, by zerknąć na lądowisko, gdzie zaczęło pojawiać się coraz więcej nocnego oświetlenia, chociaż do całkowitego zachodu K'ajolom pozostało jeszcze trochę czasu. W podrównikowej strefie klimatycznej, gdzie mieściła się enklawa Carlosa Drunkensteina, panował okres późnojesienny, jednak nawet najniższe temperatury zimowe rzadko wynosiły tu mniej niż pięć stopni Celsjusza. Nieliczni kręcący się po lądowisku pracownicy chodzili poubierani w przewiewne uniformy robocze z nanorurek. Na wieczór wszystkie używane za dnia maszyny odstawiano do hangaru. Kolejnych lotów także nie przewidywano, ostatnim w dziennym rozkładzie był ten, w który wybrał się Carlos z załogą. Beliar dowiedział się o tym przypadkiem, podsłuchując rozmowę z wieżą kontroli lotów. Tak więc do rana powinni mieć spokój. Przynajmniej do czasu, gdy Agata nie zagoni ich do łóżek, a to nastąpi dopiero za kilka godzin.

– Jesteś pewien, Beli, że nikt nie będzie tam łaził? – Arek ruchem brody wskazał punktowiec hangaru.

– Chyba nie, przecież często się tam bawimy i nikt się nie czepia.

– Zapomniałeś o gościach z monitoringu – Jarret mruknął ponuro. – I co zrobimy z cellulą? – Miał na myśli komórkę wizyjną wielkości paznokcia, zwaną też płytką minikamery, przesyłającą wizję do kapripodu czy innego odbiornika ochrony.

– To! – Julka zaprezentowała dumnie kartkę syntetycznego papieru z bazgrołami i karykaturą Agaty, narysowaną kolorowymi kredkami. W czasach, gdy Kiritianie byli w stanie z łatwością przechwytywać komunikaty płynące przez eter, papier ponownie wrócił do łask, stał się najbezpieczniejszą formą korespondencji. Tyle że obecnie używany był masą całkowicie sztuczną, niewytwarzaną z drewna jak w czasach sprzed kolonizacji kosmosu.

– Ale głupie – prychnął Arek.

– Sam jesteś głupi!

– Dobra, chodźcie. – Beliar ruszył ku wyjściu. Przystanął w połowie pomieszczenia. – Tylko pamiętajcie, macie nikomu nic nie mówić. Julka, nie wygadasz się?

– Nie – odparła oschle dziewczynka.

– A ty, Ania?

Sandstorm energicznie zaprzeczyła ruchem głowy.

– Fajnie. Starajcie się zachowywać naturalnie. Niech dorośli myślą, że idziemy się bawić jak zwykle. Żadnego nerwowego rozglądania się na boki.

Dzieci pokonały tę samą drogę co kwadrans wcześniej rodzice. Będąc już na obrzeżach płyty lądowiska, skierowały się w stronę bocznego wejścia do hangaru. Wychodzący z hali pracownik techniczny uśmiechnął się i pozdrowił je kapitańskim gestem, unosząc dłoń do skroni. Ania pomachała mu wesoło.

Dzieciaki, oczarowane opowieściami pilotów o walce wśród chmur i w przestrzeni kosmicznej przeciwko Kiritianom, często bawiły się w hangarze pomiędzy maszynami latającymi. Nigdy nie wyrządzały szkód, dlatego od pewnego czasu mogły przychodzić tu same. Beliar wykazywał się wystarczającą odpowiedzialnością, by upilnować dwójkę młodszych o dwa lata chłopców, siedmioletnią Julkę, jak i Anię. Zresztą przestronny prostokątny hangar stale był monitorowany przez cellulę, której zasięg optyczny obejmował również zacienione skrzyniami katy. A wszystko za sprawą trybu siatki wizyjnej, dzięki której mechanizm komórki był w stanie wygenerować obserwatorowi obraz znajdujący się za każdą geometrią wewnątrz hali.

Teraz jednak sprawa wyglądała inaczej. Dzieci ułożyły wcześniej konkretny plan, który niebawem zamierzały wprowadzić w życie. Dlatego trudno im było zachowywać się naturalnie.

Upewniwszy się, że są w hangarze sami, Beliar wspiął się po drabinie technicznej i przymocował drutami przed obiektywem celluli kartkę z bazgrołami Julki. Ochroniarz pracujący w monitoringu zauważył natychmiast dość nietypowy mankament, uśmiechnął się pobłażliwie i pokręcił głową, pewny, że jak zwykle chodzi o wygłupy pomysłowych maluchów. Dlatego nie przeszło mu nawet przez myśl, że zależy im na uzyskaniu cennych chwil prywatności, co może mieć katastrofalne skutki.

Minąwszy sylwetki myśliwców, transporterów i małych szturmowców, grupka podeszła do jednej z czterech stalowych płyt, gdzie stały przykryte brezentowymi płachtami prototypowe obiekty, zmontowane na podstawie projektów Carlosa Drunkensteina. Chwyciwszy oburącz za rogi materiału, wolno, jakby z namaszczeniem, Beliar zaczął zsuwać brezent na wypolerowane przez roboty sprzątające podłoże.

– Pomóżcie mi.

Z Jarretem i Arkiem wspólnymi siłami zaczęli ściągać oporny materiał z maszyny. Zaniepokojona Julia zerkała nerwowo w stronę dwóch wejść technicznych mimo zapewnień Beliara, że nikt nie będzie się przejmował ich grupą.

Pootwierali usta, kiedy ich oczom ukazał się wielki, idealnie kulisty biały obiekt.

– Raju! – szepnął Jarret. Ania powtórzyła to samo.

– To sześcioosobowy transporter desantowy – rzekł Beliar, dumny z dokonań ojca. – Nowość technologiczna, której nie znają jeszcze Kiritianie.

– Co masz na myśli? – zapytała Julka, chociaż kompletnie nie miała pojęcia, o czym mówi młody Drunkenstein. Chciała jednak pokazać usilnie, że też interesuje się techniką i wcale nie jest głupią, kolorową laleczką, jak przezywają ją koledzy.

– To, że Kiritianie nie zobaczą go na skanerach, póki nie zdobędą takiego obiektu, nie przeskanują i nie wprowadzą do swoich systemów specyfikacji. Nie bez znaczenia są też kształt i lakier.

– To, że Biała Kula jest niewykrywalna – odparł jednocześnie Croft.

– Biała Kula? – Beliar zamrugał.

– Tak ją nazwiemy. – Arek zaczął chodzić dookoła transportera, przesuwając dłonią po gładkiej, jakby kevlarowej powierzchni z wyjątkiem krawędzi, skąd wysuwały się drzwiczki kabiny. – Nie widzę, by miała jakieś numery. Trzeba ją ochrzcić.

– Nazwa Biała Kula jest w porządku – powiedziała Julia. – Możemy już iść? Agata nas zabije, jeśli tu przyjdzie. Będziemy mieli roczny szlaban. Ej, co robicie?!

Chłopcy nie zwracali uwagi na protestującą dziewczynkę, która w dodatku ostentacyjnie tupnęła nogą. Popatrzyli po sobie chytrze i natychmiast pognali do dyspozytorni. Beliar aktywował panel kontrolny i użył go do otworzenia przypominających płatek kwiatu drzwiczek Białej Kuli. Te unosiły się bezdźwięcznie, aż wskazały dolną krawędzią grodź wylotową stropu.

Chwilę później podnieceni chłopcy równocześnie starali się wejść do wnętrza maszyny.

– Ja pierwszy! – huknął Arek.

– Nie ma mowy! – zawołał Jarret, uciskany w plecy przez napierającego Beliara.

– Uspokójcie się w końcu! – Julia chwyciła brata za koszulę, próbowała utrzymać w miejscu, jednak bezskutecznie. Razem z Anią zajrzały niepewnie do oświetlonego na błękitno wnętrza Białej Kuli. Zadowoleni chłopcy zdążyli się już rozgościć w trzech z sześciu rozlokowanych promieniście, gładkich niczym obudowa transportera fotelach. Nałożyli nawet toporne natorśniki ochronne. Z wnęki pośrodku posadzki wysunął się automatycznie walcowaty panel sterowania.

 

– Właźcie, jest fajnie – zachęcał Jarret dziewczynki.

Pomimo dezaprobaty Julki, ciągłego wybrzydzania i straszenia Agatą, Ania weszła do środka. Zajęła miejsce po prawej stronie Beliara i uśmiechnęła się, przygryzając dolną wargę.

– Masz się nie wypaplać, jasne? – rzekł Arek. – Bo dostaniesz w zęby.

– Nie powiem! – Sandstorm obdarowała go kosym spojrzeniem, nad którym ciasno zbiegły się drobniutkie brwi, a czoło przecięła zmarszczka. Croft omal nie roześmiał się na ten widok, bo Ania skojarzyła mu się z wkurzonym chomikiem.

Beliar nasunął natorśnik na jej drobne ciało, prawie równie wielki jak ona.

– Teraz ty – zwrócił się do drugiej z dziewczynek, nadal stojącej z nadąsaną miną przy wejściu. – Daj spokój... Jak wszyscy, to wszyscy.

Julia w końcu dała się namówić i weszła do maszyny. Drunkenstein zasunął drzwiczki przy pomocy podświetlonej płytki sterowniczej; kadłub transportera uszczelnił się hermetycznie. Dzieci szybko wpadły w błogi nastrój, nawet Julia. Udawały, że lecą z jednej planety na drugą.

W pewnej chwili w błękitnych oczach Arka pojawiły się figlarne iskierki.

– A Biała Kula lata samodzielnie jak patrolowiec, czy tylko wypada z desantowców? – zapytał Beliara.

– Lata, a co?

– Może ją wypróbujemy?! – zagrzmiał wesoło Croft.

– Ej, dobra! – Twarz Jarreta rozpromieniła się niczym młoda gwiazda.

– Wiecie co. Właściwie, czemu nie? – Beliar uśmiechnął się jak diablątko.

– Głupi jesteście! – fuknęła Julka. – Nie umiemy przecież pilotować! Zabijemy się! Dostaniemy lanie! Ja nie chcę!

– Jeśli się zabijemy, to nie dostaniemy. Trupów nie biją. – Jarret zamierzał palnąć koleżankę w czoło, jednak nie sięgnął przytrzymywany natorśnikiem. Ania zachichotała.

– Ja umiem prowadzić – oznajmił poważnie Beliar. – Kilka razy latałem z ojcem na patrole, pozwalał mi nawet pilotować. A system nawigacyjny Białej Kuli niewiele się różni od obecnie używanych w jednostkach desantowych. Patrz, Julka – wysunął rękę w kierunku panelu kontrolnego. – Wszystko wygląda niby skomplikowanie, ale to czysta automatyka. Wprowadzasz tylko dotykiem namiary liczbowe w to seledynowe pole: numer planety, sektor, kwadrat sektora i punkt docelowy, a SI transportera bezpiecznie cię tam przenosi, chyba że przejdziesz na sterowanie ręczne. I tyle. Łatwizna. Wrócić też będę umiał, znam namiary rezydencji ojca na pamięć.

– A jaki numer ma H14? – zapytał Arek.

– Sześć. – Beliar wystukał pierwszą liczbę. Zerknął na Anię i uśmiechnął się promiennie. – Chcesz lecieć na wycieczkę?

– Pewnie! – dziewczynka zawołała z entuzjazmem.

– Rodzice nas zabiją – mruknęła płaczliwie Julka. Opuściła głowę tak, że kaskada falowanych blond włosów całkowicie zasłoniła jej twarz.

– Jak nie chcesz, możesz nie lecieć, tchórzliwa lalko. – Na twarzy Arka zagościł złośliwy uśmiech. – Idź się bawić misiami i klockami.

– Nie jestem lalką! – Czupryna Julii wściekle poleciała do góry. Jarret zląkł się koleżanki, bo przez moment wyglądała niczym wkurzona Agata, która świetnie symulowała ludzkie emocje.

– Zatem postanowione demokratyczną większością głosów. – Beliar uniósł pięść, stuknął nią w dłonie kolegów. Wprowadził do systemu czwórkę. Podobno stanowiła namiar na dżunglę tropikalną gęsto porastającą cały równik. Pomysł wycieczki do egzotycznego lasu, gdzie można było zobaczyć fantazyjne i kolorowe rośliny jak w oranżerii Carlosa, wydał się całkiem dobry. Co wpisać dalej – nie miał pojęcia. Pozwolił więc działać Arkowi i Jarretowi, którzy wybrali piątkę i ósemkę. Co za różnica, w jakim miejscu wylądują w puszczy? Każda okolica będzie wspaniała.

– Dokąd w ogóle lecimy? – zainteresowała się Julia.

– Chuj wie – wypalił Arek. Beliar żachnął się, przeniósł wymowne spojrzenie na Anię.

– Powiem mamie, że przeklinasz! – wybuchła Croft.

– Ej, co się czepiasz, siostruniu! Matka ciągle tak mówi, jak czegoś nie wie, więc to chyba nie jest nic złego.

– Dobra, teraz cicho. – Beliar uderzeniem pięści aktywował procedurę startu.

Czując wibracje i słysząc narastający szum budzącego się do życia silnika, Julia napięła wszystkie mięśnie. Zacisnęła zęby, a dłońmi złapała mocno natorśnik, aż rozbolały ją nadgarstki.

– Wszyscy umrzemy, wszyscy umrzemy, wszyscy umrzemy...

– Raz się ponoć żyje, nie? – rzucił wesoło Jarret.

– Nie wolno przecież odlatywać, tak bez mówienia nikomu... Agataaaa! Maaaamooooo!

Ania milczała. Podobnie jak reszta była poruszona pierwszymi wrażeniami lotniczymi bez udziału dorosłych. Poczuła gwałtowny napływ adrenaliny, gdy przez maszynę zaczęły przechodzić regularne drgania. Udzielał się jej też entuzjazm kolegów, którzy śmiali się coraz głośniej, gwizdali i przedrzeźniali spanikowaną Julkę. Sandstorm nie bała się absolutnie, wręcz przeciwnie – była zadowolona z faktu, że niebawem spotka ich fantastyczna przygoda, nawet jeśli oznaczała złamanie wszystkich zasad bezpieczeństwa, wbijanych im nachalnie do głów przez starszych.

Wyposażona w silnik antygrawitacyjny Biała Kula zaczęła, wolno i miękko, unosić się skosem ku jednej ze sztolni wentylacyjnych, zamykanych jedynie przy zagrożeniach czy złych warunkach atmosferycznych. Tak mały obiekt nie wymagał otwierania całej śluzy.

Dzieci umilkły. Patrzyły po sobie wystraszone, słysząc stłumiony, hipnotyzujący skowyt gongów, które włączały się za każdym razem, gdy coś opuszczało hangar. Kompletnie o tym zapomniały. Nikt jednak nie próbował zatrzymać Białej Kuli, wszystko działo się zbyt prędko, a młodzi podróżni bez problemu znaleźli się na zewnątrz.

Beliarowi, który mniej więcej pojął działanie panelu kontrolnego, udało się uruchomić termowizyjny skaner terenu. Wraz z Arkiem przypatrywali się, jak ktoś wybiega z rezydencji Drunkensteinów, gdy maszyna wisiała już wysoko nad lądowiskiem. Błękitno-zielony kolor trybu wskazywał, że musiał to być android. Ludzie mieli barwy w spektrum żółci aż po czerwień, w zależności od temperatury ciała, działania promieniowania czy natężenia emocji.

– Agata! – chłopcy zawołali równocześnie. W małej prywatnej jednostce rebelianckiej pracował tylko jeden android.

Termalny obraz otoczenia zmienił się natychmiast, maszyna wystrzeliła bowiem przez siebie. Pojawiły się chaotyczne odczyty, gdy toczyła się w chmurach niczym rzucona kula kręglowa – jak zapanować nad rotacją, Beliar jeszcze nie ogarnął. Na ekranie co chwilę wyświetlały się nic nieznaczące dla osób niewyszkolonych w interpretacji obrazów lotniczych plamy, słupki i zygzaki. Termowizja wskazywała na brak żywej duszy w promieniu wielu kilometrów.

– Zaraz ktoś za nami poleci i sprowadzi do bazy – powiedział Arek. – Trochę się boję.

Drunkenstein odpowiedział pytaniem:

– Pamiętasz, co mój ojciec powtarzał w kółko na temat bezpieczeństwa? Pierwsza zasada, jakiej powinien przestrzegać każdy rebeliant, kierujący statkiem czy okrętem?

– By startować dopiero wtedy, gdy będziemy mieć pewność, że nie wykryje nas elektronika wroga?

– To też. A ta ważniejsza kwestia?

– No, nie wiem.

– Przestrzegał, żeby zawsze aktywować wokół kadłuba ekran ochronny. Właśnie to zrobiłem. Dla ludzkich oczu jesteśmy niewidzialni, tak samo jak dla prawie wszystkich typów skanerów. Ostatnia kwestia dotyczy oczywiście Kiritian. Koewolucyjnie ciągle są przed nami o krok.

– O, matko... Skąd ty tyle wiesz i znasz takie dziwne słowa? – Julia zapytała z przekąsem, lecz w duchu podziwiała bystrość Beliara. Czasem zdarzało jej się złościć, gdy kompletnie nic nie rozumiała z erudycji kolegów.

Drunkenstein uśmiechnął się pogodnie.

– Interesuję się tym. Zresztą chcę iść śladami ojca, muszę się więc sporo uczyć.

Ania, jako córka rebelianta, wielokrotnie pokonywała statkami powietrznymi spore odległości, parę razy była też w kosmosie. Ale z tak ekstremalnym lotem miała do czynienia po raz pierwszy w swym krótkim życiu. Z doznawanych wrażeń zrobiło jej się gorąco. Zaczęła czuć, że jej żołądek wyprawia dziwne rzeczy. Na czole pojawiły się kropelki potu, bynajmniej niespowodowane temperaturą doskonale klimatyzowanej kabiny. Dziewczynka zrobiła zeza, wysunęła zaśliniony język. Spostrzegła, że twarze kolegów są blade, natomiast Jarret był wręcz zielony. Każde z nich wyglądało jak po wypiciu „mającego dużo zdrowia i witamin” napoju energetycznego Agaty.