Misja Odrodzenie

Tekst
Z serii: Death Bringer #2
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

TRYLOGIA DEATH BRINGER

MISJA ODRODZENIE

ADRIANNA BIEŁOWIEC

WYDAWNICTWO CANIS MAJORIS

Seria: Zodiac Universum

Trylogia: Death Bringer

Tom II

Copyright © Adrianna Biełowiec, 2021

Copyright © Wydawnictwo Canis Majoris, Szczecin 2021

ISBN

978-83-941896-7-9 (druk)

978-83-941896-8-6 (e-book)

Wydanie I

Ilustracje na okładce

Thomas Budach, Barbara Groves (brokencandlebookdesigns.com)

Ilustracje w książce

Marta Anna Podolska, Adrianna Biełowiec

Redakcja techniczna

Paweł Prusinowski

Redakcja

Anna Nowak

Korekta

Andrea Smolarz

Strona autorska i wydawnictwa

facebook.com/zodiacuniversum

facebook.com/wydawnictwocanismajoris

Dystrybucja: E-bookowo


Do walki idziesz

Z tym żałosnym ciałem

Biometalem kruchym

Co strzału nie powstrzyma

Zostań lepiej sługą naszym

Zanim z lepszym w końcu zadrzesz

Diarduk ponad tkanką

Mech nad organiką

Co zepsute to naprawisz

Co stracone – wnet odzyskasz

Kunhikar znaczy wieczność

Czas nie skosi naszych serc

Wśród gatunków my królami

Kaci i panowie ponad wieki

Nadkolektywem połączeni.

Pieśń wojenna Kandrok

Rok 2955

Przez pierwsze dni spędzone w K’otz’ib’aja Alejandro Cortez najbardziej obawiał się utraty pracy w zespole wykwalifikowanych genetyków. Przyczyny niepokoju były typowe jak u większości młodych rozpoczynających poważną karierę zawodową: że mimo starań potknie się i spartaczy robotę albo stanie się ofiarą intrygi nielubiącego go współpracownika. Istniało jeszcze nieśmiertelne niczym Kiritianie, choć niespisane, prawo Murphy’ego, zakładające, że gdy człowiekowi coś wreszcie się uda i wskrzesi w nim promyk nadziei, poleci to zaraz na łeb na szyję. W przypadku Corteza oznaczałoby to powrót do bezrobocia, tak przynajmniej uważał. W narodzie Kiritian podobno każdy obywatel był potrzebny i pracował w zawodzie dopasowanym do jego cech psychofizycznych, lecz pochodzącemu z niskiej warstwy społecznej planety Kalwarii (zwanej Ziemią Gangsterów) Cortezowi początkowo trudno było w to uwierzyć. Aż za dobrze pamiętał słowa odersów, czyli osób niebędących Kiritianami, którzy mówili o nich sporo negatywnych rzeczy.

Studia na Uniwersytecie Genetyki i Bioinżynierii na Marsie Andro skończył z wyróżnieniem. Pobierał nawet stypendium naukowe, lecz jako absolwent przez wiele lat nie mógł znaleźć pracy powiązanej z kierunkiem. Imał się godnych pożałowania zajęć, byle mieć na życie garstkę uinali. Nie rozumiał, dlaczego tak się dzieje. Spełniał wszystkie wymogi rekrutacyjne na aplikowane stanowiska. Jednak próba rozpoczęcia kariery zawsze rozgrywała się według utartego schematu: Andro marnował czas i fundusze na międzyplanetarne podróże i rozmowy na żywo, by czekać potem tygodniami na obiecany kontakt z pracodawcą, co nigdy nie następowało. „Dziękujemy za rozmowę, odezwiemy się do pana po przesłuchaniu reszty kandydatów, bez względu na to, czy będziemy chcieli pana zatrudnić czy nie”. Podobno od tysiącleci rekrutacje wyglądały tak samo – brakowało w nich logiki i poszanowania szukających pracy.

W końcu jednak musiała nastąpić matematyczna przeciwwaga w postaci należnego sukcesu. I to jeszcze jakiego! Za stanowisko, jakie zaproponowano Cortezowi, każdy oders skrycie gotów był zabić, lecz tylko wybrańcy o określonych cechach dostępowali zaszczytu całkowitej odmiany swojego życia.

A Andro posiadał te cechy.

Długo nie mógł otrząsnąć się z szoku po tym, gdy dowiedział się, że przyjęto go do sektora medycznego w samej stolicy Nieśmiertelnych. Było to niczym dostanie się na wierzchołek Olympus Mons, gdy przez całe życie spacerowało się po pagórkach wysokości domu. Wchodziło na niskie szczyty tylko po to, by za każdym razem potknąć się i haniebnie sturlać ze skarpy. A tu nagle przytrafiło się coś takiego! Ubiegając się o posadę u Kiritian, Andro dawał sobie na nią mniejsze szanse niż na ujrzenie zamarzniętej gwiazdy. Nawet śmiał się z siebie, że ma niezłe poczucie humoru, startując do takiej ligi. A tu proszę – życie potrafi zaskakiwać. Sam Forkis zatrudnił go do najlepszej ekipy naukowej w Zodiac Universum, podczas gdy pośledni jajogłowi z poślednich planet odrzucili jego kandydaturę. Tu nie mogła zajść pomyłka. Pierwszy Dygnitarz Galaktyczny znał się na ludziach, jako telepata potrafił bowiem czytać w myślach. Niektórzy uważali, że przeszywa spojrzeniem duszę. Inaczej nie stworzyłby homogenicznego społeczeństwa i nie wyniósł Kiritian na szczyty władzy. Forkis w trakcie grupowej bądź indywidualnej rekrutacji przyjmował ludzi bezgranicznie oddanych i lojalnych, a odsyłał każdego, kto wzbudzał w nim choć cień wątpliwości. Ci ostatni czasem nie wracali do domów, tylko w niewyjaśnionych okolicznościach znikali gdzieś w zimnych, pustych odmętach kosmosu. Dlatego kilka dekad po objęciu przez Forkisa władzy żaden szpicel czy zdrajca nie ubiegał się już o stanowisko u Nieśmiertelnych.

Jak każdy nowy członek kiritiańskiej społeczności Alejandro miał prawo wyboru, kiedy chce zostać zarażony superwirusem. Nie musiał się śpieszyć z podjęciem decyzji, mógł to zrobić równie dobrze za tydzień, jak i za dwie dekady. Jego myśli całkowicie pochłonął więc aspekt aklimatyzacji w nowym otoczeniu.

Kiritianie...

Będzie pracować wśród Kiritian na planecie Morascrik!

A niedawno martwił się, czym zapłaci za rachunki. Z lekkim zakłopotaniem zorientował się, że nie ma dla niego znaczenia moralność Nieśmiertelnych. Raczej nie zaliczali się do potworów, za jakich uważali ich niemogący doścignąć ich militarnie i społecznie rebelianci. Szufladkowanie wśród Kiritian nie istniało, achij jako indywiduum był równie ważny co batalion, gdyż każda jednostka mogła wywołać efekt motyla. Jakże odmiennie przedstawiali ich niemający z nimi nic wspólnego odersi, nakręcani propagandą pobitych rebeliantów.

Praca na nowej posadzie przerosła wszelkie oczekiwania młodego genetyka: najnowocześniejsza technologia, brak niekorzystnych dla zdrowia czynników otoczenia, dogodne godziny pracy, bezproblemowe przerwy, posiłki dopasowane do potrzeb biologicznych i kulturowych spożywającego, zaawansowana opieka zdrowotna, miłe towarzystwo. Własne mieszkanie.

Idylla nie mogła trwać jednak wiecznie.

Któregoś ranka Cortez skonstatował ze zdumieniem, że przeklęty Sariel Jelinek również pracuje w tym samym budynku. Wcześniej go nie widywał, bo Sariel przebywał tymczasowo na drugiej półkuli. Przed kolonizacją planet powiadano, że świat jest mały, lecz aforyzm ten z powodzeniem dało się odnieść do Zodiac Universum. Jelonek (jak go przezywał) stał się wrogiem numer jeden Corteza na studiach na Marsie, a iskrą zapalną, która podpaliła naelektryzowaną przestrzeń między nimi, była Marianna, dawny obiekt westchnień ich obu, obecnie żona Jelinka. Nie znosił Sariela również za to, że ten otrzymywał trzykrotnie wyższe od niego stypendium naukowe nie za uczciwą pracę, ale liżydupstwo i oszukiwanie. Wisienką na torcie upokorzenia stała się bójka w pubie na stacji orbitalnej, gdzie Sariel zdrowo znokautował Alejandra. Duma została zraniona, ego podupadło, lecz Cortez pocieszał się myślą, że po zakończeniu nauki Jelinka raczej już nie zobaczy.

Ale wyszło jak zwykle.

Cortez pracował w dziale genetyki K’otz’ib’aja, Sariel od kilku miesięcy miał pod auspicjami pomieszczenie z medykamentami pierwszej pomocy. W praktyce oznaczało to, że mogli się widywać na korytarzu parę razy na dobę. Zdarzyło się im zamienić ze sobą parę zdań. Pierwsza rozmowa rozwinęła się w efekcie zdziwienia osób dojrzałych, że ich ścieżki znów się skrzyżowały, i obeszło się bez szczeniackich epizodów. Druga zakończyła się sprzeczką i dotyczyła Marianny. Przy trzeciej Sariel oskarżył Andra o kradzież skrzynki bionanitów z gabinetu ratownictwa medycznego. Mijały dni, a zguba się nie znalazła. Cortez został głównym podejrzanym, bo tylko jego widziano nieopodal pojemnika w feralnej godzinie. Kiritianie nie korzystali z monitoringu czy innej formy inwigilacji własnych obywateli ze względu na pełne zaufanie. Metoda się sprawdzała, rzadko dochodziło do pomniejszych incydentów jak teraz z Andrem, który nie mógł udowodnić swojej niewinności, a do skorzystania z serum prawdy nikt na razie posuwać się nie chciał. O informowaniu Forkisa w ogóle nie mogło być mowy.

Z drugiej strony brak wizji sprzyjał zemście, myślał Andro, popijając w kantynie czwarte piwo. Uśmiechnął się do niebiańskiego płynu na dnie kufla. Jeśli wszystko dobrze rozegra, załatwi Jelinka na dobre.

Każdy Kiritianin miał dostęp do punktowców pierwszej pomocy. Andro doskonale znał jeden z tych obiektów, połączony z placówką naukową, w której pracował. Nieraz z niego korzystał, gdy potrzebował czegoś na kaca, bionanitów lub kleju molekularnego błyskawicznie zasklepiającego drobne rany. Dlatego orientował się, gdzie, kiedy i ilu pracowników może spotkać.

Tego wieczoru w sektorze powinny być trzy osoby, każda na innym poziomie. Po opuszczeniu kantyny niezbyt szybkim krokiem i dopracowaniu planu Cortez wszedł do budynku sekcji naukowej i ruszył labiryntem przyciemnionych korytarzy w kierunku pomieszczenia, gdzie Sariel urzędował za dnia. Kiritianie od dziesięcioleci nie prowadzili żadnej wojny i rzadko chorowali, więc istniała nikła szansa, że nagle wpadnie któryś po pomoc. Opiekuna poziomu Andro także nie zauważył. Przypuszczał, że dla zmitrężenia nocki poszedł pogawędzić z kolegą na inne piętro.

 

Jego pomysł był infantylny, ale w stanie odurzenia wydawał się zabawny: pozamienia miejscami trochę medykamentów, ale w granicach rozsądku, by nikomu nie zaszkodzić. To powinno wystarczyć, by Sariela ukarano.

Wszedł do pomieszczenia medycznego przez przezroczyste, automatycznie rozsuwane drzwi. Różnica temperatur między cieplejszym korytarzem a chłodnym gabinetem, w połączeniu z alkoholem we krwi, zapachami leków i chemikaliów sprawiły, że zakręciło mu się w głowie. Podpierając się ściany, spoglądał na kapsuły pourazowe, regały pełne specyfików, jajowate lodówki, fiolki zanurzone w zbiornikach, oznaczone symbolami szafki.

– Cześć, ślicznotki. – Podszedłszy do zbrojnoszklanej gablotki, wyszczerzył się do dhurnstalowych buteleczek okutanych mglistym gazem. Spostrzegł, że wiele preparatów wygląda tak samo, a o ich przynależności do danej klasy decyduje niezrozumiały dla niego porządek, a nie kod czy etykieta.

Zabrał się do „pracy”. Otwierał drzwiczki, opróżniał pojemniki i zamieniał ich zawartości. Uporawszy się z szafką, przykucnął i przeszedł do kolejnej. Beknięcie zdjęło mu z twarzy sardoniczny uśmiech.

– Będziesz miał za swoje, Jelonku. Za mało tu miejsca dla nas obu.

Nie zauważył ramienia wyłączonego robota i przy wstawaniu przygrzmocił barkiem w chwytak. Spanikował, sądząc, że zderzył się z kimś, kto po cichu zaszedł go od tyłu. Stracił równowagę i poleciał na podłogę razem z automatem, przewracając kilka cylindrycznych pojemników. Ich zawartość zasypała go niczym chmara białego robactwa. Cortez zamknął oczy, skrzywił się i zwinął jak embrion, przeczekując metaliczny jazgot, jakby walił mu się na głowę cały budynek. Gdy wszystko umilkło, próbował wstać, ale postawił stopę na wałkowatym obiekcie i znów rąbnął na posadzkę jak długi.

Leżał przez chwilę obok robota, rozwalony niczym marionetka odcięta ze sznurków, i jęczał obolały.

– Na dupę Connora... – Głowa zaczęła pulsować mu dokładnie tak, jak stanie się to na porannym kacu, o ile nie weźmie czegoś na usunięcie alkoholu z krwi.

Wreszcie się podniósł. Znieruchomiał, nasłuchując. Mijały pełne napięcia sekundy. Wypuścił nagromadzone w płucach powietrze. Miał ogromne szczęście, że nikt nie usłyszał hałasu – albo ktoś tu dopiero przylezie. Czasu było więc niewiele.

Spojrzał na swoje dzieło i załamał ręce.

– Po prostu uroczo.

Postawiwszy z mozołem robota na nogi, klęknął i zaczął ładować garściami kapsułki do pojemników jak leci, byle szybko doprowadzić pomieszczenie do – z grubsza – pierwotnego stanu. Co chwilę nerwowo oglądał się w stronę drzwi.

– Gne… um… orium B1, gneumorium B2, protozon F4, inhibi… spermato A2. – Andro czytał nieliczne oznaczenia na pojemnikach. – Co to, kurde, jest? Nie mój stopień wtajemniczenia. Spermato... plemniki jakieś? W sekcji pierwszej pomocy? Ej, chyba to nie gabinet Jelonka. Nosz diabli by to… kurde bele... wszystkie kanciapy wokół wyglądają tak samo...

Mimo otępienia denerwował się coraz bardziej. Był młodym genetykiem, a nie lekarzem pierwszej pomocy, dopiero zaczął pracę wśród Nieśmiertelnych, więc nie znał trzech czwartych medykamentów w pomieszczeniu. Jakich doświadczy konsekwencji, jeśli zniszczył coś drogiego i rzadkiego? Kiritianie słyną z dobrego zdrowia z powodu błyskawicznie udzielanej pomocy medycznej i łatwej eliminacji wszystkich skatalogowanych schorzeń, lecz czasem może oznaczać to stałe przyjmowanie leku przez pacjenta. A jeśli on właśnie pozbawił kogoś takiego leku, którego wytworzenie trwało bardzo długo?

Układając ostatnie pojemniki drżącymi dłońmi, usłyszał charakterystyczny stukot wojskowych butów w głębi korytarza. Dwie osoby prowadziły nerwowy dialog, sens słów tłumiła wciąż znaczna odległość.

Idąc na czworaka, Cortez czym prędzej wgramolił się za ustawione w zaciemnionym rogu skrzynie z ostatniej dostawy. Czuł, że serce bije mu głośno i mocno niczym syrena alarmowa; hałas z piersi byłby w stanie ściągnąć Kiritian wprost do jego prowizorycznej kryjówki. Przynajmniej gabinet nie wyglądał już jak po bitwie na fiolki.

Drzwi uchyliły się z cichym szczęknięciem. Ktoś ciężkim krokiem wszedł do środka.

– Nie rozumiem, po co te tajemnice, Fork – rzekł lekko zirytowany męski głos.

Fork...

Andro zbladł, jakby zaraz miał zemdleć. Lodowaty pot wystąpił na jego czole i plecach, a gorąco ogarnęło resztę ciała, jakby krew zmieniła się we wrzątek, tworząc otrzeźwiającą mieszankę. Imię tylko jednej osoby w K’otz’ib’aja zaczynało się od „Fork”. Xajb’a Kej. Forkis. Imperator. Pierwszy Dygnitarz Galaktyczny. Nieźle się wpierdzieliłeś, zapijaczony idioto, pomyślał spanikowany, walcząc z oddechem o zachowywanie próżniowej ciszy.

Jego przypuszczenia potwierdziły się, gdy padła odpowiedź charakterystycznym barytonem:

– Ile razy mam powtarzać, że nie ma o czym mówić, Necronie?

Forkis i Kiret „Necron” Biffter. Kiritianin Numer Jeden i Kiritianin Numer Dwa. Szef i jego zastępca. Uzurpator i liktor, choć jednocześnie przyjaciele. Gorzej już być nie mogło! Po kaszlnięciu, którego brzmienie nie pasowało do Forkisa ani Necrona, Cortez rozpoznał, że w pomieszczeniu znajdowała się jeszcze jakaś osoba, prawdopodobnie medyk poziomu.

– To nie przestępstwo, że w apartamencie trzyma się drapieżniki – powiedział dowcipnie Kiret. Żarty nie były jego mocną stroną, a jeśli ktoś już się z nich śmiał, to jedynie z grzeczności. – Gdybyś tylko wiedział, szefie, co ludzie potrafią szmuglować. – Zaśmiał się, chcąc rozluźnić sytuację, a gdy to mu nie wyszło, dodał poważnie: – Po prostu tego nie rozumiem. Podrapał cię głupi futrzak, a panikujesz, jakby był zarażony jakimś nowym wirusem, który w dobę wybije całą Morascrik. Nie ma obecnie w Zodiac Universum patogenu, z którym Kiritianie nie uporaliby się w godzinę.

Forkis westchnął nerwowo.

– Już ci mówiłem, że nie mam żadnego kota! Daj mi wreszcie spokój, człowieku!

– To niby skąd to jest? Sam się podrapałeś? Wybacz, ale żyję setki lat i chyba umiem rozpoznawać rany po pazurach.

– Świetnie, ale po ciężką gwiazdę naciskasz? – warknął Forkis.

– No jak tam chcesz, już się zamykam – Biffter powiedział pojednawczo. Zachrzęściła lekka zbroja, gdy uniósł ramiona, parodiując gest poddania się.

– Ktoś tu nieźle nabałaganił, nic nie jest równo ustawione – mruczał medyk. – Niech ja tylko sobie rano pogadam z achij pracującym na ostatniej zmianie.

Andro usłyszał niepokojący dźwięk – grzebania w jednym z feralnych cylindrów z ampułkami. Dotąd wpatrywał się w numer najbliższej skrzyni, z przyciśniętą do niej twarzą, i zdawał na słuch, więc nie widział puronaksowej osłony po prawej stronie. Gdy bolący kark zmusił go do odwrócenia głowy, ujrzał odbicie Bifftera, Forkisa oraz medyka poziomu, wstrzykującego coś w wyciągnięte z karwasza ramię imperatora.

– Ostatnim razem, gdy podawano mi bionanity gneumorium, piekło jak wstrzykiwanie kwasu. Teraz nie czuję nic – skomentował Forkis.

– Ma pan wyjątkowo silny organizm – zauważył medyk. – Stawiam na pamięć komórkową. Już miewałem przypadki, że osoby, którym podano kilka razy nanity regeneracyjne, przestały w końcu czuć skutki wpuszczania ich do krwiobiegu. W każdym razie rana zagoi się szybciej niż po użyciu kleju molekularnego. Osobiście wolę nanoboty niż maź z modyfikantów komórek macierzystych.

– Dziękuję. – Forkis wstał, rozmasował lekko szczypiące miejsce ukucia. Nasunął karwasz i zwrócił się do Kireta: – Zadowolony? Chodźmy na to twoje przesłuchanie, nim Gareth zamęczy więźnia na śmierć.

Mężczyźni wymienili jeszcze parę zdań i wkrótce wyszli. Nieruchomy Andro czuł się, jakby nie oddychał przez cały czas ich pobytu w pomieszczeniu. Piekły go płuca, w czaszce szumiało, lecz przynajmniej wróciła zbawienna błoga cisza. Pojął z niepokojem, jak ogromne miał szczęście. Gdyby został odkryty, imperator wyczytałby wszystko z jego myśli; finał kretyńskiego pomysłu byłby oczywisty.

Odczekał chwilę, by upewnić się, że rzeczywiście został sam na piętrze, następnie pośpiesznie opuścił lokum.

Wracając do siebie, modlił się, by jego wybryk nie zagroził zdrowiu Forkisa.

1. Zaskakująca prośba Necrona

Rok 2957

Wonne, tropikalne powietrze równika planety Chulimal, przemianowanej przez ludzi na H14, zawsze działało kojąco na nozdrza Q’ualela. Kojarzyło mu się z domem, świetlaną przeszłością i dobroczynnym wpływem zapomnianych bogów. Obecnie także ze stabilnością, choć prawie wszystko, co kochał, odebrały umoczone we krwi Onkalotów ręce pierwszych kolonistów. Mimo że jego jedyny przyjaciel, Forkis, zginął w zamachu terrorystycznym wiele miesięcy temu, do życia Q’ualela znów wrócił spokój; podobny błogostan objął całe Zodiac Universum. Aggro nie życzył Forkisowi śmierci. Chciał, by wycofał się z trwającej stulecia zemsty, a nie zginął od bomby rebelianta Beliara Drunkensteina. Przynajmniej Forkis zaznał wiecznego odpoczynku, pomyślał, rozkoszując się promieniami zbliżającej się do zenitu gwiazdy K’ajolom, muskającej jego jaguarze futro przez gęste korony drzew.

Z łukiem gotowym do strzału czekał cierpliwie na krowiaka; łapa nie drgnęła mu nawet na cięciwie. Przypominające krzyżówkę okapi i hodowlanej krowy zwierzę miało niezwykle wyczulony słuch. John Schindler, do którego Aggro wrócił po śmierci Forkisa, mógł dać mu błystalnego kałasznikowa, wolał on jednak polować jak jego przodkowie: przy użyciu prymitywnych narzędzi i neurotoksyn, czasem samego ciała. Były to sposoby w pewnym sensie rytualne, jak i bardziej emocjonujące niż zabijanie strzałem z ludzkiej broni ze stuprocentową celnością.

Opasły, rogaty zwierz o pasiastych kończynach wyszedł leniwie na niewielką polanę w pobliżu sadzawki. Przystanął, uniósł łeb, zastrzygł uszami, po czym pochylił się i zajął piciem wody. Ukryty po nawietrznej człekojaguar bezszelestnie przesunął łuk, grot celował teraz pod łopatkę zwierzęcia, gdzie biło serce.

Nim Aggro zdążył uwolnić strzałę, z trybu niewidzialności wyłoniła się monumentalna sylwetka maszyny. Wysunięte antygrawitacyjne napędy oporowe zatrzęsły całą dżunglą. Zdmuchnięte fragmenty roślin spadły na łowcę i jego niedoszłą zdobycz.

– Na wszystkich bogów – skomentował Onkalot.

Krowiak zaczął uciekać zaskakująco szybko jak na swoją wagę i krótkie łapy. Niebawem zniknął z widoku, zatapiając się w zielonej gęstwinie. Kiritiański okręt, który znacznie wytracił prędkość, kierował się w stronę gospodarstwa rolnego Schindlera.

Zaniepokojonego Q’ualela dzieliło od celu kilka kilometrów dżungli, upuścił łuk i zaczął pędzić co tchu w stronę gospodarstwa.

***

Aggro dotarł na wzgórze przy granicy lasu, skąd rozciągał się widok na kilkuhektarowe ziemie Schindlerów. Oparłszy się o paproć drzewiastą dla złapania tchu, spojrzał na podbrzusze czarnej jak obsydian korwety. Bez wątpienia okręt był kiritiański – tylko na kadłubach jednostek Nieśmiertelnych nie widniały oznaczenia, co miało podczas bitew utrudniać nieprzyjaciołom określenie hierarchii maszyn.

Korweta osiadła, powodując silne zawirowania ciężkiego, gorącego powietrza. Wiele drzew poszło w drzazgi, bo przy swoich stu metrach długości nie zmieściła się na obszarze, który John wykorzystywał na lądowisko dla transportera rolniczego.

Zanim Aggro podszedł do dziobu, załoga zdążyła wyjść z przeciwnej strony korwety. Nieopodal otwartej śluzy stało kilku Kiritian. Jeden miał zsunięty nad karkiem fragmentaryczny hełm – od razu rzucała się w oczy łysina mężczyzny – i rozmawiał z Schindlerem trzymającym strzelbę energetyczną z lufą opuszczoną ku ziemi. Wyglądało to komicznie. Jak każdy rozsądny rolnik mieszkający w dziczy John nie wychodził do nieznajomych z gołymi rękoma, jednak broń o mocy motyki kierowanej przeciw gwieździe raczej nie robiła wrażenia na Nieśmiertelnych. Za plecami gospodarza kręcił się jak boso po żarze jego syn Darius; Eredal z matką stały na tarasie i zaniepokojone czekały na dalszy bieg wydarzeń. Onkalota opuściły wcześniejsze obawy. Zachowanie Kiritian nie zdradzało złych zamiarów, ale i tak trudno było odgadnąć, po co tu przylecieli.

– Aggro! – Eredal zaczęła zmierzać w stronę człekojaguara. Zawołaniem przykuła uwagę wszystkich obecnych. Wtuliła się w jego futro. Q’ualel wyczuwał wyraźnie intensywne bicie jej serca, a jeszcze silniej magnoliową woń włosów, umytych szamponem domowej roboty.

– Co się dzieje? – zapytał.

 

Dziewczyna cofnęła ręce.

– Myślałam, że ty mi to powiesz. Pierwszy Dygnitarz Galaktyczny do ciebie przyleciał. To ten łysy facet – dodała z nabożnym lękiem.

Przy pochylni korwety rzeczywiście stał Kiret „Necron” Biffter, którego Aggro wcześniej nie skojarzył, zbyt zdezorientowany, by zwracać uwagę na szczegóły wyglądu przybyłych. Ponadto nie pamiętał dobrze twarzy nowego imperatora, noszącego jak każdy achij nieoznakowaną zbroję. Wyglądało to bez wątpienia dziwnie, że najwyższa głowa Nieśmiertelnych pofatygowała się i przyleciała na Chulimal. Najwyraźniej Necron, zupełnie jak Xajb’a Kej, niektóre sprawy wolał załatwiać osobiście, a nie wysyłać podwładnych. Dobrze świadczyło o nim również to, że nie miał oporów przy kontaktach z niższymi warstwami społecznymi, jak teraz swobodnie rozmawiając z Schindlerami.

– Q’ualel – rzekł Kiret, uśmiechając się lekko. Przywitali się, ściskając sobie przedramiona, gdy Aggro już podszedł. – Dobrze znów cię widzieć.

– Wzajemnie, Pierwszy Dygnitarzu Galaktyczny. Chociaż muszę przyznać, że bardzo mnie pan zaskoczył tą wizytą, żeby nie mówić – przeraził.

Kiret spoważniał.

– Chciałbym pogadać na osobności.

Gdyby Schindlerów odwiedził ktoś z mniejszymi prerogatywami, Aggro upierałby się, by rozmawiać przy przybranej, apolitycznej rodzinie, ponieważ nie miał przed nią żadnych tajemnic. Jednak w grę wchodziła najwyższa głowa w uniwersach, do tego poważny wyraz twarzy mężczyzny nie pozostawiał wątpliwości, że wolałby dyskutować bez świadków. Onkalot obejrzał się na Johna. Ten wzruszył ramionami i skierował się w stronę domu.

– Dzieciaki, chodźcie. Dajcie panom porozmawiać – zawołał.

Eredal spełniła polecenie ojca, ale dopiero, gdy Aggro uspokajająco skinął jej głową. Gorzej wyglądała sprawa z dwunastoletnim Dariusem, który, pomijając kilka wypadów handlowych na bazary orbitalne, całe życie spędził w gospodarstwie i jego okolicach.

– Obiecałeś mi, że obejrzę statek! – zaprotestował, tęsknie spoglądając w stronę wspaniałej maszyny i niesamowitych zbroi achij.

– Uściślając, to jest okręt, a nie statek – sprostował pogodnie Kiret. – Ma charakter bojowy, jednak rozumiem, że odersom trudno jest odróżniać jedne od drugich, bo wiele naszych statków też ma wyposażenie nadające się do walki, jak transportery bojowe.

– Niczego takiego nie obiecywałem – burknął rolnik. – Bierz tyłek w troki, Dariusie, i szoruj do domu! Nie mieszaj się w sprawy, które nas, zwykłych ludzi, przerastają.

– To nie będzie problem – odparł imperator. – Niech młody sobie popatrzy, skoro trafiła mu się okazja.

– Naprawdę mogę? – Dariusowi omal oczy nie wypadły z czaszki, tak bardzo je wytrzeszczył.

– Nie! – warknął ojciec.

– Jasne – zachichotał Biffter.

– Kochanie? – John próbował znaleźć wsparcie u żony stojącej na tarasie.

– Jeśli to bezpieczne i rzeczywiście nie sprawi problemu, to właściwie czemu nie – postawiła kropkę nad „i”. – Pan Biffter ma rację: może to być jedyna okazja, by Darius obejrzał sobie od środka kiritiańską korwetę.

Eredal uśmiechnęła się, patrząc na symulowany taniec radości brata i pełną zdumienia minę ojca; kąciki warg Aggroteha też powędrowały w górę.

– Wiedziałem, kochanie, że mogę na ciebie liczyć – wycedził John. – Idź, smarku jeden. – Chciał pchnąć syna, lecz nie zdążył go dotknąć, gdyż wniebowzięty chłopak wystrzelił jak z działa.

– Oprowadzę gówniarza, sir – rzekł przy uchu Bifftera wyszczerzony kapral Tsar Seymour, jeden z towarzyszących mu achij. Niebawem zniknął w hangarze razem z chłopcem.

– Przejdźmy się w tamtą stronę – zaproponował Kiretowi Aggro. – Chyba że też mam wejść na okręt.

– Po tylu godzinach podróży chętnie pooddycham świeżym powietrzem Chulimal – odparł Necron. – Nogi mi trochę odpoczną przy tej waszej słabszej grawitacji. Operator maszynowni stworzył dla korwety zbyt wielką masę z cząsteczek atoplaksalnych.

– Zapraszam zatem na punkt widokowy, to niedaleko.

Ruszyli nieśpiesznie ubitą drogą między prostokątami pól, potem szli ścieżką wijącą się między tropikalną roślinnością. Kiret spojrzał na ciemniejące niebo, by przypatrzeć się częściowemu zaćmieniu K’ajolom, zwanej po onkalocku Rodzicielem; niewielka planeta skalista przepływała akurat między Chulimal a życiodajną gwiazdą. Na wschodzie ukazał się ledwo widoczny sierp jednego z dwóch księżyców H14. Powietrze przesycała przyjemna woń świeżego torfu i purpurowych kwiatów o nieznanej Biffterowi nazwie, kwitnących w okrajku dżungli. Wziął zbyt głęboki oddech i zakręciło mu się w głowie, wykonał gwałtowny krok.

– W porządku, proszę pana? – Aggro przytrzymał go za ramię.

– Przestań mi „panować”, byłeś przecież przyjacielem Forkisa – Kiret rzekł z uśmiechem. – Macie inną grawitację niż my na Morascrik, również więcej tlenu. U nas przez aktywność sejsmiczną i wulkany ciągle czuć siarkę. Jestem przyzwyczajony do takiego powietrza i teraz muszę przestawić się na warunki H14. Jednak nie są one na tyle drastyczne dla mojego organizmu, bym musiał zakładać maskę oddechową. Zresztą nie zagościmy tu długo.

– Możemy porozmawiać bardziej nieoficjalnie?

– Na to właśnie liczę. Pytaj, o co chcesz, Aggro.

– Jak sobie radzisz po objęciu władzy? Jak trzyma się Anna Sandstorm?

Nie uszło jego uwadze, że na obliczu i w oczach Kireta zagościło przelotne zmieszanie. Imperator namyślał się, nim odpowiedział:

– Jakoś się trzymam. Sandstorm jest zdrowa, dalej wchodzi w skład Rady Pięciu. Chciała tu przylecieć zamiast mnie, długo ją przekonywałem, by została w K’otz’ib’aja, ponieważ do zadania należy podejść... mniej emocjonalnie. Zaraz ci wszystko wyjaśnię. Powiedz, czy interesujesz się sytuacją polityczną w Zodiac Universum, czy zdecydowałeś się wrócić do spokojnego życia w niewiedzy?

– Polityką interesuję się tylko tyle, by wiedzieć, czy Chulimal nie grozi jakieś niebezpieczeństwo. W przeciwieństwie do Forkisa jestem typem Onkalota, który ceni sobie spokój. Dlaczego pytasz mnie o te sprawy? Zauważyłem twoją konsternację, gdy zapytałem o wdowę Sandstorm.

Doszli do oplecionej roślinnością, kamiennej altany wzniesionej przed krawędzią urwiska. Odpoczywających chroniła przed gorącem K’ajolom wiata o ośmiobocznym dachu. Dodatkowy cień dawało skupisko pochyłych palm. Za barierkami rozciągał się widok na dywan dżungli, ograniczonej od wschodu ścianą wysokich skał, a od zachodu – rzeką turkusowej barwy.

Kiret ostukał palcami w rękawicy nieaktywne za dnia lampiony, następnie odwrócił się plecami do Aggroteha i oparł o barierkę. Wpatrywał się przez chwilę w korony dalekich drzew i słuchał ptasich wrzasków, nim przemówił:

– Kiritianie znani są z prawdomówności, więc jasno i prosto ci powiem, na czym sprawa stoi. Jesteś osobą politycznie i społecznie neutralną, więc nic nie zrobisz z informacjami, które zaraz usłyszysz, a musisz je usłyszeć, jeśli chcesz zrozumieć sens naszych zamierzeń. Jest źle – rzekłszy to, Necron przekręcił się i skierował zmartwione oblicze ku rozmówcy. – Armia Kiritian rozpada się na moich oczach. Forkis dysponował wielkimi możliwościami, mając przy sobie żywy artefakt Starożytnych Onkalotów, czy jak się oni tam nazywali, którego technologia nadal pozostaje dla nas niezrozumiała. Także posiadał doskonale ci znaną telepatię. Z tego powodu przez stulecia wśród Nieśmiertelnych nie było zdrajców, a każdy nasz achij zachowywał stuprocentową szczerość, bojąc się odtrącenia, a nawet kary śmierci. Lecz to nie strach spinał społeczeństwo, ale bardziej kult i splendor jednostki. Kiritianie są jednak ludźmi, a każdy człowiek ma zakodowaną w genach niesubordynację, która dochodzi do głosu, gdy nie jest wystarczająco kontrolowany. – Rozkruszył kawałek kory. – Czasem wystarczy ledwo rozluźnić pętlę na szyi, a nawet najdoskonalszy system zaczyna się sypać jak suchy zamek z piasku. Do ciężkiej gwiazdy, zaczynam gadać jak dyktator. – Zaczął się przechadzać z lewa na prawo; skrzypiały suche liście pokrywające bazaltową podłogę. – Kiedy w ramach sukcesji zrzekłem się funkcji namiestnika na rzecz Pierwszego Dygnitarza Galaktycznego, sądziłem, że dam radę iść śladami Forkisa i kontynuować jego politykę. – Przystanął przed człekojaguarem, pokręcił głową, spoglądając w jego piwnoczerwone oczy. – Ale ja nie jestem Forkisem, Aggro. Marny ze mnie epigon. Mam inne idee, inne słabości, inną osobowość. To on stał się ikoną, obrósł legendą, a nie ja. Byłem tylko jego prawą ręką, liktorem, przydupasem, jak niektórzy mówili pokątnie. Nie mam jego charyzmy ani niczego, czym mógłbym utrzymać Kiritian w niezmienionym stanie. W nasze szeregi wdzierają się zdrajcy, może nim być każdy nowo wcielony do armii. Systemy infiltracji nie działają tak sprawnie, jak wrodzona umiejętność Forkisa. Nawet skanując mózgowie kandydata, nie będzie stuprocentowej pewności, czy nie mamy do czynienia z infiltratorem bądź drugim Beliarem Drunkensteinem. Ale niepewni achij to nie wszystko. Niedawno doszło do rozłamu między tymi, którzy chcą mnie widzieć na tronie K’otz’ib’aja, a przeciwnikami, uważającymi, że miałki ze mnie przywódca narodu. Jedna planeta już się odłączyła z sojuszu i niewykluczone, że kolejne pójdą jej śladem. Stara kiritiańska polityka siły nie jest już stosowana, więc nie będę krwawo rozprawiać się z tymi, którzy chcą żyć według własnych reguł. Wielu ma do mnie o to żal, z generałem Vandringenem na czele. Po śmierci Forkisa radni zaczęli się sprzeczać między sobą o wszystko, co działo się na posiedzeniach. Każda rozprawa teraz to burdel. Wracając jeszcze do Anny Sandstorm. Utrzymała stanowisko tylko dzięki mnie, bo wciąż ode mnie zależy, kto wchodzi w skład Rady, a ja nie miałem żadnych powodów, by usuwać z niej byłą opozycjonistkę. Jest bystra i do tego energiczna, lecz problemem stała się jej przeszłość. Reszta radnych ma ją za zdrajczynię, która opuściła swoich ludzi, i uważają, że w każdej chwili może zrobić to samo z Kiritianami. Forkis miał nad Anną pełną kontrolę. Nie dał jej władzy dlatego, że była jego zabawką, lecz wszystko wykalkulował jeszcze podczas pobytu na planecie Aj. Rebelianci z Nefrydy oficjalnie przestali istnieć, złożyli broń i obecnie znajdują się pod auspicjami Kiritian, jednak gdy spostrzegą, że ich nadzorcę toczy wewnętrzna choroba, mogą się zorganizować i wbić nam dodatkowy gwóźdź do trumny.