Alfa JedenTekst

Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © by Adrianna Biełowiec, Szczecin 2017


Wszelkie prawa zastrzeżone. Rozpowszechnianie i kopiowanie całości lub części niniejszej publikacji jest zabronione bez zgody autora. Zabrania się publicznego udostępniania tekstu w dowolnej formie.


Tytuł ebooka: Alfa Jeden


ISBN 978–83–941896–1–7


Wydanie II


Redaktor techniczny: Paweł Prusinowski


Redakcja i korekta: Joanna Uchman


Kontakt: abielowiec@interia.pl


Do finalnej wersji książki przyczyniło się wiele osób, podając swoje sugestie i podpowiedzi. Od redaktorów Fabryki Słów i czytelników Nowej Fantastyki, po wojskowych, pracowników sektora IT, jak i czytelników sf, którzy nie szczędzili krytyki i nie zostawili na tekście suchej nitki. Za każdą pomoc, nawet w kwestii wyrazu, wszystkim tym osobom bardzo dziękuję.

Rozdział 1
Projekt "Likwidator"

– Słucham? – Doktor Edgar Strzelbowski odwrócił się od ekranu kapripodu i zerknął na wbudowany w ścianę monitor, mieszczący się tuż przy wejściu do gabinetu. Spodziewał się ujrzeć za drzwiami sylwetkę doktora Alexandra Kantolaka, dlatego nie krył zdziwienia, gdy zamiast roześmianej twarzy cherlawego kolegi po fachu, zobaczył Mateusza, niepewnie zerkającego w komórkę wizjera.

Mateusz był tu nowy. Do placówki badawczej Inion Vertex przyleciał transporterem zaledwie przed tygodniem i choć zdążył zapoznać się dostatecznie z obowiązującymi na terenie obiektu zasadami, nadal zachowywał się niczym spłoszony szaraczek – jak typowy asystent niepewny swoich przywilejów w pierwszej poważniejszej pracy. Młodzieniec przestępował niecierpliwie z nogi na nogę i zerkał nerwowo z lewa na prawo, jakby przybył do Edgara jedynie po to, by oznajmić mu, że któryś z obiektów eksperymentalnych znów wydostał się z boksu i hasa teraz beztrosko po budynkach Wydziału Genetyki i Rozwoju Osobniczego.

– Eh… Czego chcą tym razem? – Młody albinos podniósł się leniwie z fotela, przeczesał dłonią białe włosy, podszedł do drzwi i rozsunął je, wpuszczając do gabinetu błękitne światło lamp łukowatego korytarza i słodkawą woń różanej herbaty, którą ktoś musiał zaparzyć w pobliżu.

– Doktor Dawid Jakowlew kazał ci przekazać, że zaraz zaczynają – rzekł Mateusz, zaglądając z zaciekawieniem do przepełnionego elektroniką gabinetu Edgara. Zaczepił wzrok na drobniutkiej skrzynce kapripodu, który prawie dwie setki lat temu został następcą komputera. – Coś mu nawaliło w elektroniku1 i nie mógł cię poinformować osobiście.

Na wzmiankę o Jakowlewie, Strzelbowski szerzej otworzył piwne, prawie purpurowe oczy. Zerknąwszy na ścienny zegar atomowy, wydał z siebie pełne frustracji westchnienie. Była godzina 16:20, dnia 7 marca 2448 roku.

– Cholera, pośpieszyli się aż dwadzieścia minut? – mruknął, po czym wrócił do biurka, by wyłączyć sprzęt. Niebawem opuścił pomieszczenie, zatrzasnął drzwi, zablokował zamek magnetyczny i klepnął asystenta w plecy. – Idziemy.

Kiedy szli zamaszystym krokiem przez główny korytarz socjalnego sektora B, z mijanych pomieszczeń i przecznic wychodziły kolejne osoby, by dołączyć do powiększającej się rzeki pracowników naukowych, jakby wszyscy zmierzali na ważne konsylium.

– A miała to być kameralna impreza – Edgar rzekł do Mateusza tonem żartu, gdy wraz z siedmioosobową grupą wchodzili do pięcioosobowej windy, którą podjechali piętro wyżej, gdzie mieściła się dyspozytornia Wydziału. Opuściwszy kabinę, przeszli kawałek stalowym, oświetlonym na indygo holem, skręcili parę razy. A gdy wreszcie za ich plecami szczęknęły drzwi dyspozytorni, tymczasowo przekształconej w pomieszczenie kontrolne najnowszego projektu, sympatycznie wyglądająca androidka przywitała Strzelbowskiego z uniżonością i poprosiła, by zajął wskazane przez nią miejsce.

Dyspozytornia centrum naukowego, jedna z pięciu izb kontrolnych placówki Inion Vertex, lecz jedyna w Wydziale Genetyki i Rozwoju Osobniczego, nie była dużym pomieszczeniem. Miała około dwudziestu metrów długości i dziesięć szerokości, lecz mimo to pracownicy Wydziału, jak również ciekawscy gapie z budynków niepowiązanych z genetyką, ściągali do niej hurmą, korzystając z luźnych godzin pracy, jakie dano wszystkim tego przełomowego dnia. Pomieszczenie pozbawione było okien, tak więc gdyby któryś pracownik dyspozytorni zapragnął w chwilach relaksu popatrzyć na spękane, czerwone stepy okalające placówkę, a na nocnej zmianie poobserwować księżyce Phalagiona, musiałby udać się do innej części budynku. Wzdłuż stanowisk z kapripodami znajdowało się dwadzieścia siedem cieniutkich jak antyczna fotografia monitorów holograficznych, odbierających fonię i obraz z komórek rozmieszczonych w technogotyckim kompleksie zwanym Asfarią. Zespół obserwowanych budynków wzniesiono na dwukilometrowej asteroidzie, obrobionej działami impulsowymi dzięki funduszom eksploatującej nowe światy korporacji Starlight. Ta sama Korporacja sponsorowała badania we wszystkich pięciu wydziałach Inion Vertex: Genetyki i Rozwoju Osobniczego, Bioniki, Fauny i Flory Phalagiona, Broni oraz Geologii i Klimatologii. Węglowo-krzemianowa planetoida pierwotnie dryfowała w rozrzedzonym pasie asteroid, znajdującym się dwie dziesiąte jednostki astronomicznej2 od globu Phalagion, jednak kiedy wiertnicy i górnicy Korporacji wyżłobili groty w jej wnętrzu i zainstalowano tam napędy o sile ciągu tysięcy meganiutonów, planetoidę udało się przetransportować bliżej i umieścić w odległości piętnastu milionów kilometrów od planety. Od tego czasu nietypowy satelita służył Korporacji za arenę doświadczalną. Napędy Asfarii świetnie zdały egzamin, a korekty trajektorii dokonywano rzadko. Obecnie naukowo-militarna korporacja Starlight, jako jedna z dwóch komórek, była w stanie dokonywać tego typu rzeczy, dysponowała bowiem ogromnym nakładem finansowym oraz technologią równie nowoczesną, co Vomisa, z którą konkurowała o dominację nad skolonizowanymi sektorami Drogi Mlecznej. Vomisa nie zajmowała się jednak technologią cywilną – tę planetę nazywano potocznie układem odpornościowym ludzkości, gdyż szkoleni na niej żołnierze odpowiadali za bezpieczeństwo wielu kolonii.

– Ja nie wchodzę. – Mateusz przystanął na progu pomieszczenia bardziej z powodu niskiego stopnia naukowego, niż ze względu na ścisk i gorąco panujące wewnątrz. Haker przywykł do tego, że bez przepustki nikomu nie wolno było przebywać w dyspozytorni. Teraz czuł się nieswojo, mając okazję wejść do środka bez przechodzenia procedury kontrolnej.

Parę lat starszy od Mateusza Edgar skwitował zachowanie chłopaka lekkim uśmiechem. Pchnął go w plecy.

– Właź.

Podeszli do rzędu krzeseł ustawionych przy stanowiskach z kapripodami, gdzie Edgar, jako jeden z głównych członków projektu "Likwidator", miał zarezerwowane miejsce obok kierownika – czterdziestosześcioletniego rosyjskiego doktora habilitowanego Dawida Jakowlewa.

Powiewając białym kitlem, doktor Jakowlew, człowiek o leptosomicznej sylwetce i przerzedzonych brązowych włosach okraszonych przy uszach pasemkami siwizny, zjawił się kilka minut później. Wyprosił z tłocznego pomieszczenia kilkanaście rozdokazywanych młodzików i kazał dwóm wartującym androidom pilnować drzwi, by nikt więcej nie przekroczył progu przepełnionej dyspozytorni. Każdy, kto chciał śledzić eksperyment na żywo, mógł wejść na serwer placówki z prywatnego kapripodu, a nawet elektronika, i obejrzeć relację filmową, jednak naukowcy i tak woleli obserwować przekaz z Asfarii we wspólnym gronie. Projekt "Likwidator" był tajny, wiedziały o nim wtajemniczone osoby Korporacji, inwigilowani pracownicy Inion Vertex oraz zaproszeni ziemscy delegaci, tymczasowo przebywający w placówce militarnej Falkon, mieszczącej się dwa kilometry na wschód od kompleksu naukowego Inion Vertex. Mimo licznych obserwatorów, Jakowlew nie obawiał się przecieku. Serwer znajdował się pod kontrolą najlepszych informatyków wojskowych i hakerów Starlightu, ponadto liczący prawie pięćset pracowników Inion Vertex był odseparowany od ucywilizowanego wszechświata nie tylko odległością kosmiczną – rzadko który pracownik opuszczał placówkę częściej niż raz na kilka lat, a jeśli już wylatywał z planety, obowiązywało go prawo milczenia, nawet pod karą śmierci z rąk agentów Korporacji. Tak więc Dawid ignorował gapiów z innych Wydziałów, niecierpliwie czekających na przekaz z Asfarii. Niech korzystają z okazji i patrzą, jeśli mają ochotę, pomyślał, bo w kolejnych fazach projektu dostęp do kapripodów dyspozytorni będą mieli wyłącznie czterej członkowie „Likwidatora”.

Alexander Kantolak i Raven Petersen, młodzi doktorzy wchodzący wraz z Edgarem Strzelbowskim i Jakowlewem w skład zespołu, przybyli jako ostatni, zajęli miejsca na prawo od kierownika i wymownie skinęli głowami, potwierdzając gotowość.

Szuranie krzeseł, łomot butów o stalową posadzkę, klekot urządzeń, niezbyt cicho prowadzone rozmowy, komplikacje związane z ostatnimi badaniami nad entraserem, czipem najnowszej generacji – wszystko to rozpraszało myśli Edgara i sprawiało, że nie mógł skupić się dostatecznie na celu wizyty i wychwycić powagi sytuacji. Jak miał ją zresztą poczuć, skoro ta banda rozbisurmanionych dzieciaków wokół zachowywała się, jakby przyszła oglądać mającą się wkrótce rozpocząć jatkę niczym transmisję z meczu piłkarskiego?

 

W pomieszczeniu zapanowała cisza jak w próżni dopiero, gdy donośnie: "Proszę o spokój!" Jakowlewa rozbrzmiało w głośniku. Strzelbowskiego ogarnął niepokój, podobny do tego, jaki miewają pacjenci przed ciężką operacją. Właśnie w pełni uświadomił sobie, po co tu przyszedł i czym będzie zajmować się przez najbliższe miesiące. Dotychczas starał się ignorować te niewygodne myśli, bądź, pochłonięty pracą, po prostu nie pozwalał im wejść sobie do głowy. Obawiał się, że presja czekającego go zadania, zadania kolidującego z jego moralnością, naruszy cieniutką strunę wrażliwości w jego wnętrzu, choć to nie Strzelbowskiego miał dotyczyć eksperyment, lecz Enrila, zwanego oficjalnie obiektem Alfa Jeden. Czyli A1 w żargonie kochających znaki i cyfry naukowców.

W czasie ostatnich trzech lat spędzonych w wydziałach Genetyki oraz Bioniki, Edgar miał okazję zobaczyć Enrila zaledwie dwukrotnie. Za pierwszym razem oglądał go pogrążonego w nieświadomości, podłączonego do aparatury i zawieszonego w płynie organicznym komory lęgowej na kilka miesięcy przed "narodzinami". Drugi raz ujrzał obiekt w trakcie badań w centrum medycznym, także nieświadomego otoczenia. Stworzony in vitro mężczyzna nie zrobił w obu przypadkach na Edgarze najmniejszego wrażenia, w końcu laboratoryjna hodowla ludzi nie była niczym niezwykłym od dziesięcioleci. Jednak teraz, kiedy laboranci Wydziału Genetyki przekazali pałeczkę członkom "Likwidatora", doktor będzie miał niejedną okazję do obejrzenia Enrila w pełnym majestacie. A na pewno będzie na co popatrzeć. Obiekt A1 był bowiem człowiekiem zmodyfikowanym genetycznie na życzenie armii Republiki Europejskiej, której siedmiu przedstawicieli – sześciu oficerów z generałem Relagardem Czurmą na czele – siedziało w rzędzie za plecami Edgara, czekając na pierwsze wyniki pracy Jakowlewa. To właśnie armia Republiki zainicjowała całą aferę wokół projektu, zamawiając go u będącej zwycięzcą przetargu Korporacji Starlight, a wykonawcą została placówka Inion Vertex.

– Możemy zaczynać – Dawid rzekł zdawkowym tonem. Splótł ramiona na piersi i wlepił spojrzenie w holograficzny monitor przed sobą, na którym widać było główne podwoje Asfarii, wykonane z karbonizowanej stali, okute tytanem, do tego zabezpieczone antabami. Generał Czurma przytaknął Jakowlewowi aprobująco.

Doktorzy Alexander i Raven mamrotali coś między sobą podnieconymi, lecz przyciszonymi głosami; Edgar uśmiechnął się pocieszająco do Mateusza, na którego bladym obliczu utrwalił się wyraz głębokiego niepokoju. I nie tylko na jego, zauważył Strzelbowski: większość spragnionych wrażeń pracowników placówki, których rola w projekcie ograniczała się do obserwacji i dumania nad potęgą współczesnej genetyki, wpatrywało się w monitory z obliczami będącymi wiernymi kopiami oblicza Lenarta.



Pułkownik-dezerter Artur pierwszy odzyskał przytomność. Gdy tylko dźwignął się na czworaka, jego głowę przeszyły szrapnele tak straszliwego bólu, że był pewien, iż znów grzmotnie na stalową nawierzchnię i pogrąży się w tej pieprzonej nieświadomości, przez którą wywieziono go cholera wie dokąd. Ostatnim zdarzeniem, jakie Artur pamiętał, była brutalna walka ze strażnikami więziennymi przy wrotach śluzy promu Korporacji. Szczególnie wykarbował mu się w pamięci moment, w którym Juval chwycił za głowę jakiegoś frajera i poderżnął mu gardło składakiem przemyconym w cholewce glana. Zdarzenie nie mogło być narkotykowym majakiem, uświadomił sobie pułkownik, ponieważ nieprzytomny marsjański najemnik leżał nieopodal, rozwalony niczym wyjątkowo narąbany żul, a na jego dłoniach wciąż widniały czerwone, skrzepłe ślady. Wyschnięta krew pokrywała również połowę twarzy Juvala, w którą przygrzał lufą impulsatora kompan zarżniętego strażnika.

Ciekawe, od jak dawna ich czwórka leżała nieprzytomna w tym… Gdzie oni właściwie byli?, dociekał pułkownik. Dokąd, kurwa, zabrał ich ten cholerny prom Starlightu, po opuszczeniu płyty kosmodromu!? Wykonawszy kilka kroków i pozbywszy się wreszcie niebieskich punkcików sprzed oczu, Artur rozejrzał się z zaciekawieniem po przestrzennym pomieszczeniu. Znajdował się w metalowej hali o kształcie walca i średnicy przynajmniej sześćdziesięciu metrów, może nawet osiemdziesięciu – mężczyźnie wciąż dawały się we znaki skutki działania środka usypiającego, przez co miał problemy z interpretacją obrazu w trójwymiarze. Nie wliczając najniższej kondygnacji, gdzie stał dezerter, pomieszczenie było dwupoziomowe, a poszczególne poziomy tworzyły biegnące naokoło, przytulone do ściany żelbetowo-stalowe pierścienie, szerokie na kilka metrów. Kładki nie miały balustradek, z jednej na drugą dało się przejść wąskimi, metalowymi schodkami. Na obydwu piętrach łypało podejrzliwie kilka wejść prowadzących w półmrok korytarzy. Przez środek hali, od posadzki do wyłożonego promieniście tramami stropu, z których zwisały łańcuchy o nieznanym przeznaczeniu, leciał cylinder wykonany ze stali i duraluminium. Kiedy Artur obchodził go dookoła, co rusz zerkając nieufnie ku paszczom zagadkowych korytarzy i podwojom hali, spostrzegł, że pusta w środku tuba cylindra tworzy szyb windy. Na piętra podjeżdżało się platformą elewatora, następnie wysiadało na podesty, które łączyły się pochylniami z pierścieniowatymi kładkami. Tę najniższą podtrzymywały kwadratowe kolumny. Chłodne światło ampli i lamp płytkowych, wbudowanych w strop i gzymsy, nadawało matowym powierzchniom ponurej barwy szarego błękitu.

– Ej! – Baryton Artura rozszedł się echem po hali. To odbiło się kilkukrotnie od ścian, nim umilkło. Mężczyzna zachichotał nerwowo. Cała ta kuriozalna geometria kojarzyła mu się z arkadią dla cyrkowców i małp, ponadto z niczym sensownym. Brakowało  okien, przez które można by spróbować określić położenie. Obecność drogich, lekkich, a zarazem najodporniejszych mechanicznie stopów świadczyła, że mogli znajdować się na jakieś stacji kosmicznej, ewentualnie w laboratorium broni. Lecz z pewnością nie było to arizańskie więzienie ani żadne inne, do jakiego Starlight mogłaby ich przetransferować.

– Wstawaj, szmato! – Podszedłszy do Juvala, dezerter kopnął go w żebra wojskowym buciorem. Kiedy leżący przeklął, natychmiast odzyskawszy przytomność, Artur nieufnie przymrużył oczy. Zauważył bowiem dwa szczegóły, które wcześniej umknęły jego znarkotyzowanej uwadze. Pierwszym było to, że przy każdym leżącym znajdował się gnat, drugim – mieli pod sobą toporną platformę, która zjeżdżała prawdopodobnie szybem do podziemia. – Patrzcie, gdzie pizdy nas wywiozły!

Juval w pełni odzyskał świadomość, lecz zamiast wstać z zimnego podłoża, leżał jeszcze chwilkę, gapiąc się nieprzytomnie na zwisające ze stropu łańcuchy, przypominające szkielety węży.

Przemytniczka Katie i płatny morderca Gabriel podnieśli się przed najemnikiem. Oboje czuli się jak skacowani.

– Nie zasypiaj, durniu! – Pułkownik pochylił się nad leżącym i zaserwował mu mocnego policzka, spostrzegłszy, że najemnik ponownie zamknął oczy. Juval błyskawicznym ruchem ręki chwycił mężczyznę za nadgarstek i wykręcił mu go.

– Kurczę, przez chwilę wyglądałeś, jakbyś miał wykorkować. – Uśmiechnąwszy się szyderczo, Artur wyrwał się z silnego uścisku i pomógł Juvalowi wstać.

– No dobra. Więc gdzie jesteśmy? – Katie przetarła pięściami oczy. – Czemu widzę wszystko, jakby ktoś ocharał mi gały?

– Środek usypiający, a w bonusie amnezja. Miałem to samo ze wzrokiem. – Pułkownik wzruszył ramionami. – Za kilka chwil dojdziesz do siebie, moja ty trucicielko.

Błękitne oczy dziewczyny błysnęły jadowicie, kiedy posyłała dezerterowi w odpowiedzi krzywy, subtelny uśmieszek, znaczący mniej więcej: "Chyba lekko przesadzasz, przyjacielu". Zanim trafiła do arizańskiego więzienia o zaostrzonym rygorze, Katie utrzymywała się z przemytu narkotyków. Czasem udawało jej się sprzedać jakąś trudno dostępną na czarnym rynku toksynę, lecz kiedy interesy nie szły najlepiej i pojawiały się komplikacje, nachalni klienci kończyli z pożądanym towarem we krwi, który dopiero szczegółowa autopsja, dokonywana przez doświadczonych medyków, była w stanie oznaczyć. Tym sposobem dziewczyna uśmierciła w życiu ledwo dziesięć osób, plus cztery zabiła z broni palnej, co było śmiesznym wynikiem przy dwustu żołnierzach, jakich pułkownik-dezerter wydał nieprzyjaciołom na odstrzał.

W trakcie, gdy Katie, Artur i Juval debatowali nad miejscem, do jakiego mogli zostać przeniesieni, Gabriel nie wniósł do dyskusji ani słowa, jedynie skrzywił się z niesmakiem, ujrzawszy u stóp naładowany karabin plazmowy. Zamiast tego ciężkiego, rozrzutnego, szybko nagrzewającego się badziewia wolałby dotykać gładzi ukochanego karabinu snajperskiego, którym w kolonii River Styks tak wiele głów przemienił w krwawą breję. Niemniej były snajper zawodowy, obecnie płatny morderca, podniósł broń. Lepszy tandetny gnat niż żaden, pomyślał. Dobra, ale którym cieciom dupy z głowami się pozamieniały, że dali więźniom pukawki? A może Gabriel powinien raczej zapytać: do czego będzie im ta broń potrzebna? Oto jest pytanie.

Wyjąwszy nóż myśliwski z nylonowego pokrowca, Juval zaczął przyglądać się dokładnie szybowi windy. Opukał ostrzem ścianę, posyłając wokół serię jazgotu. W międzyczasie Katie zbliżyła się podwoi wejściowych i, spostrzegłszy, że nie ma przy nich żadnego zamka, zastukała pięściami w utwardzoną stal.

– To bez sensu. – Cofnęła się i obróciła ku reszcie. – Ma ktoś jakiś pomysł?

Gabriel potrząsnął przecząco głową, przypatrując się wejściu do pobliskiego korytarza na kładce pierwszego poziomu.

– Bez sensu… – Artur parsknął szyderczo. – To jest dopiero bez sensu! – Podniósłszy z posadzki ośmiolufową mitraliezę magronową3, zamaszystym krokiem podszedł do dziewczyny i podstawił jej broń pod nos. – Siekacz dla weteranów ciężkiej piechoty! Naładowany energią do pełna! Mam niby rozpierdolić nią tę blaszaną łajbę czy co!?

– Może nasi anonimowi broniodawcy chcą, byśmy pozabijali się nawzajem – zadrwił Gabriel. Nikt mu nie odpowiedział na klarowną ironię, choć każdy z osobna zaczął się zastanawiać nad taką ewentualnością. Bo na co komu giwery w bezludnej stacji kosmicznej, czy cholera wie, dokąd ich wywieźli?

Juval przykucnął przy paralizatorze jonowym, ostatniej leżącej broni, wziął ją oburącz, następnie przejechał dłonią po gładkim jak szkło, chromowanym łożu. Również i ta broń, podobnie jak mitralieza Artura, karabin plazmowy Gabriela oraz fibius maszynowy Katie, który dziewczyna wcześniej podniosła z posadzki, miała wyświetlony na kwarcowym liczniku maksymalny zasób amunicji.

– Inaczej po co mieliby dawać nam te zabawki? – ciągnął Gabriel.

– Skąd mam, kurwa, to wiedzieć, człowieku!? – szczeknął Artur, odwracając się ku byłemu snajperowi.

– Może faktycznie mamy pozabijać się nawzajem? – Juval zdobył się na lekki uśmiech i uniósł lufę. – W takim razie ja zaczynam.

– Wiesz, śmieszne – strofowała go Katie, choć jej również nie przychodziły do głowy inne możliwości, mimo iż pomysł o wzajemnej eliminacji wydawał się być idiotyczny i kompletnie bezpodstawny. Lecz czy aby na pewno? Problem skomplikował się jeszcze bardziej, gdy uświadomiła sobie, że prócz obdarowania ich bronią najlepszej klasy, Juvalowi nie odebrano noża, a Gabriel miał przytroczone do paska swoje sztylety, które skonfiskowano mu przecież na długo przed wtrąceniem do karceru. Kobieta na próżno próbowała sięgnąć pamięcią poza mury arizańskiego więzienia. W ogóle nic nie pamiętała, poza pojedynczymi obrazami odnoszącymi się do jej zwichrowanej osobowości, scenami wyrwanymi z życiowego wzorca niczym kartki z pełnej detali powieści. – Wam również szwankuje pamięć, jak mi?

– Może to chwilowa amnezja – zauważył Juval, obarczony tym samym mankamentem, co Katie. – Efekt dysonansu synaptycznego. Tymczasowe poczucie zagubienia, które jednak mija samoczynnie po godzinach. Kilkakrotnie doświadczyłem takich zaników pamięci, gdy psy dokądś mnie transportowały. – Wzruszył ramionami. – Sądzę, że nie ma się czym przejmować.

Artur oparł dłoń o skrzydło wierzei i zaczął wpatrywać się weń.

– Nie znam się za dobrze na medycynie – mruknął – jestem prostym człowiekiem…

 

– To wiemy – zadrwił Gabriel. Pułkownik zignorował go.

– …ale przypuszczam, że to amnezja selekcyjna, czy jak się to nazywa. Niektórzy medycy, zwłaszcza jajogłowi ze Starlightu, potrafią robić luki w pamięci. Na przykład wymazują komuś wspomnienia z 1 grudnia 2440.

– Tak, również słyszałam o czymś takim.

– Czekajcie – Juval uniósł dłoń, skupiając na sobie spojrzenia reszty. – Jesteście pewni, że prom, do jakiego nas wprowadzono, należał do Starlightu?

Gabrielowi wydawało się, że usłyszał szurnięcie, jakby ktoś przejechał po terakocie podeszwą buta. Oddaliwszy się od towarzyszy, zerknął w stronę wyższej kładki, przelatywał wzrokiem wzdłuż jej wklęsłej krawędzi, póki nie zatrzymał go na wejściu w półmroczny korytarz.

– Widziałam na kadłubie kretyński symbol jednorożca – rzekła Katie. – Czerwona tarcza, a na niej czarny łeb z profilu: to musiał być prom Korporacji. Tylko nie pytajcie mnie, po wuja pana Starlight miałaby wywozić nas na wygwizdowo, i czemu w ogóle nami się interesuje, bo nie mam, kurwa, pojęcia! Nigdy nie miałam do czynienia z Korporacją.

– Ani ja. – Artur splunął.

– Zatem…

Cokolwiek Juval zamierzał powiedzieć, stłamsił to w sobie. Żachnął się, gdy gapiący się na coś w zdumieniu Gabriel dźgnął go łokciem w bok, podszedłszy do najemnika.

Snajper wskazał lufą plazmówki wejście do korytarza. Zdumiona czwórka wstrzymała oddechy i zastygła w oczekiwaniu, jak skamieniała.

Kładką drugiego poziomu, praktycznie przy jej krawędzi, kroczył pomału jakiś człowiek. Utrzymywał niechętne, zarazem zaciekawione spojrzenie na zbitej w dole grupce. Mężczyzna o bladej karnacji był bardziej młodzieńcem niż osobą dorosłą. Jeśli nie poddano go zwodzącej oczy terapii genetycznej, nie mógł mieć więcej niż trzydzieści lat. Czarne, wycieniowane z przodu włosy przysłaniały część wąskiej twarzy podobnej do oblicza wilka, skąd spozierały przymrużone oczy. Nie słychać było, jak człowiek się przemieszcza: odgłos kroków tłumiły skutecznie wysokie, skóropodobne buty z szarymi ornamentami na cholewkach. Egzoszkielet torsu nieznajomego stanowiło lekkie, elastyczne, metalopodobne opancerzenie, ręce od nadgarstków po łokcie chroniły karwasze, barki – naramienniki z nanorurek. Kolejne zabezpieczenia bojowe znajdowały się na goleniach i udach. Mężczyzna trzymał w okutanej czarną rękawicą dłoni kolbę jakiejś broń, lecz nawet Artur, który spędził w armii połowę życia, nie potrafił zidentyfikować tego modelu karabinu o wąskim łożu i długiej lufie, zahaczającej o snajperską. Prócz karabinu człowiek miał przymocowane po obu stronach skórzanego paska pokrowce z kordami.

– No proszę, czyżby kolejny wyrzutek? – syknęła Katie.

– Na demona mordu ten patyczak raczej nie wygląda – prychnął Juval, wskazując brodą obcego.

– Czekajcie. – Pułkownik powstrzymał ramieniem wysuwającą się naprzód kobietę. Następnie zwrócił się do przybysza, który przykucnął przy krawędzi kładki, jakby zauważył nań coś interesującego: – Ej! Coś ty za jeden?! Orientujesz się może, co to za miejsce?! – Machnął niedbale ręką ku wierzejom.

Człowiek nie odpowiedział. Przez kilka chwil tkwił nieruchomo na tle błękitnej aury świateł, podobny do drapieżnika taksującego odległość dzielącą go od ofiary, jakby zamierzał pokonać dystans potężnym skokiem.

– Ogłuchłeś, czubie? Mówimy do ciebie! – warknął snajper.

Z jakiegoś powodu, jakiego Katie nie była w stanie określić, cofnęła się o krok, nadepnęła Juvalowi na stopę. Irracjonalny niepokój zrodził się w zakamarkach żołądka, szybko rozchodził się po organizmie. Coś takiego nie zdarzyło jej się wcześniej, gdyż jako pozbawiona skrupułów kobieta nie bała się praktycznie nikogo. Czyżby owo nieodgadnione spojrzenie dziwnych oczu nieznajomego tak na nią działało? A może miękkie ruchy nieprzewidywalnego mordercy? Albo ta beznamiętna maska, wykuta niczym z alabastru, przystojna i przerażająca zarazem? Katie dostrzegła kątem oka, że nie ona jedna czuje się nieswojo w obecności nieznajomego, co przyniosło jej nieznaczną ulgę. Artur i Juval, a nawet nieugięty Gabriel, bojący się tylko pustki we własnej kieszeni, mieli wyraźnie wymalowane na twarzach przejawy niepokoju. Dziwny i żałosny był to widok u delikwentów odsiadujących swe wybryki w więzieniu o najostrzejszym rygorze całego sektora.

Zdziwienie kryminalistów osiągnęło apogeum, gdy z wszystkich stron jednocześnie zagrzmiał głęboki, sugestywny, elektronicznie zniekształcony dwugłos, jakby sam Lucyfer przemawiał z piekła:

– Oni są moimi wrogami, Enrilu. Zniszcz ich, Bóg ci rozkazuje.

– To jakiś pierdzielony psychiatryk! – wypalił Artur.

Człowiek nazwany Enrilem chwycił odłożoną broń i wyprostował się. Przez moment wpatrywał się przenikliwie w amplę gzymsu, jakby odkrył tam źródło wypływającego basu, po czym skierował oblicze o pytającym wyrazie ku zdezorientowanym więźniom.

Artur spostrzegł, że mężczyzna się waha przed wykonaniem polecenia. Coś go niechybnie powstrzymywało.

– Co to, kurwa, ma być?! – Juvalowi wyrwało się na całe gardło. Zdjął palec z kabłąka paralizatora, który trzymał tam nieświadomie od pewnego czasu, i dotknął języczka spustu. Niech tylko koleś wykona podejrzany ruch…

W odpowiedzi Enril uniósł oburącz swą skomplikowaną broń, kierując lufę ku piersi najemnika.

– Pieprzyć to! Gość i tak nam się nie przyda! – Pewny dalszego przebiegu wydarzeń, Artur postanowił stłamsić je w zarodku na swój ulubiony sposób: uniósł mitraliezę i posłał w stronę celu pomarańczową kanonadę.

Magron podtopił ścianę: Enril przesunął się z rączością błyskawicy, unikając trafienia. Przekoziołkował i znieruchomiał w półszpagacie. Trzymaną blisko piersi broń wymierzył w adwersarza, lecz nie wystrzelił.

Furkocząca turbina mitraliezy wyhamowywała. Oczy zaskoczonego pułkownika niemalże wyszły mu z czaszki.

Zdumieni krótkim pokazem sprawności i refleksu Enrila, delikwenci przez chwilę nie byli w stanie wykonać jakiegokolwiek ruchu. Nieznajomy uniknął salwy z taką szybkością, że mogłoby się wydawać, iż portował się z miejsca na miejsce. Albo czas zwolnił dla niego.

Z broni Enrila wystrzelił nagle monochromatyczny promień błękitnego światła.

Zanim dotarło do pułkownika, że bladolicy człowiek podjął defensywę, padał na twarz z przestrzelonym gardłem i oczyma wybałuszonymi w utrzymującym się wyrazie bezdennego zdziwienia. Był martwy, gdy jego ciało zadudniło o posadzkę, rozbryzgując wokół krew tętniczą. Ciężka mitralieza grzmotnęła głucho obok denata.

– Wiedziałam! Pierdolony android! – Katie odsunęła się od rozrastającej się kałuży czerwieni.

Juval rzucił się ku szybowi windy, zamierzając wykorzystać ją jako osłonę i spróbować stamtąd zdjąć Enrila. Niestety nie zdążył. Nim doskoczył do upatrzonego miejsca, łomotnął na posadzkę z rozwalonymi narządami: mózgiem, sercem, wątrobą i żołądkiem – Enril wiedział doskonale, gdzie trafiać, by zabić na miejscu.

Zaraz po marsjańskim najemniku zginęła Katie, w sposób podobny do poprzedników. Zdążyła przekląć, posłać pod adresem "androida" pełne wściekłości i agresji spojrzenie, lecz puścić krótkiej serii posrebrzanych kul z fibiusa kobiecie już się nie udało. Padła trupem w pobliżu ciała pułkownika, trzymając się za gardło zesztywniałą ręką, jakby nawet po śmierci próbowała zatamować obfite krwawienie.

Gabriel wiedział, że jego życie wisi na włosku. Był bliski nieznanej mu dotychczas eksplozji paniki, czuł narastającą wilgoć między nogami, niemniej próbował zmusić mózg do racjonalnego myślenia. Było to trudne, zwłaszcza że serce waliło  szaleńczo w piersi, jakby chciało zbiec w cholerę i pozostawić właściciela, jak stoi.

Nie rozumiejąc, co nim kieruje w tym krytycznym momencie, być może świadomość faktu, że poprzednicy zginęli, gdyż zamierzali zabić obcego, snajper położył plazmówkę – a raczej wyśliznęła mu się z drżących rąk – przy butach. Wyprostował się i chwycił w dłonie rękojeści sztyletów. Czekał.

Pierwszą reakcją Enrila było ciekawskie przekrzywienie głowy, lecz chwilę potem również odrzucił broń i złapał głownie stalowych kordów, następnie wyciągnął je z pokrowców. Dał susa na mostek łączący kładkę z podestem elewatora, skąd skoczył na dół – pokonując kilka metrów równie łatwo, jak dziecko schodek. Zamortyzował upadek przewrotem w przód i zanim Gabriel zdążył wstrzymać oddech ze zdumienia, przerazić się bliskością nieprzyjaciela i unieść dygoczące ostrza sztyletów do kiepskiej defensywy, człowiek szedł już po niego pewnym krokiem, zataczając koła kordami.

Anonimowe wezwanie zostało przyjęte.

Gabriel tkwił przez moment nieruchomo, kompletnie zbity z tropu; Enril zatrzymał się i zaczął wpatrywać weń zielenią wilczych oczu. W snajperze aż wrzało z zazdrości. Jego przeciwnik wydawał się być spokojny i rozluźniony – stał swobodnie w lekkim rozkroku, z rękoma opuszczonymi wzdłuż tułowia, a jego bladego oblicza nie znaczyły najmniejsze ślady zaniepokojenia.

Gabriel zerknął na zamordowanych towarzyszy. Przebiegłych, budzących niepokój wśród współwięźniów Arizy, doświadczonych w manipulowaniu ludźmi drani, że przez ostatnie miesiące ich czwórka tworzyła więzienną elitę. Nikt im nie podskoczył. Obawiali się ich nawet uzbrojeni strażnicy, mimo pól siłowych chroniących karcery, wieżyczek automatycznych z czujnikami i kamer, których więcej było w ośrodku niż karaluchów w zakamarkach ignorowanych przez klinery4. A teraz ci oto niezwyciężeni ludzie leżeli nieruchomo na posadzce. Martwi. Pokonani przez odzianego w czerń, anemicznego patałacha. Pod ciałami zdążyły się rozrosnąć kałuże krwi, podobne w chłodnym błękicie oświetlenia hali do smolnych wycieków. Gabriel nie żałował denatów, oj nie… Nic z tych rzeczy. Poziom współczucia wynosił zero, jednak przerażało go i bolało to, że byli elitarni współwięźniowie dali się pokonać z łatwością robaków zmiażdżonych buciorem. Że zamordowano trzech wypaczonych Robin Hoodów Układu Słonecznego.

1Rodzaj PDA (ang. Personal Digital Assistant).
2Jednostka astronomiczna 1au równa się ok. 150 milionów kilometrów. 1 au wynosi średnia odległość Ziemi od Słońca.
3Magron – rodzaj energii gazopodobnej o właściwościach topiących. Stworzony przez naukowców Starlightu.
4Robot sprzątający.