Zły człowiekTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Zły człowiek
Zły człowiek
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 79,80  63,84 
Zły człowiek
Audio
Zły człowiek
Audiobook
39,90  29,53 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

7

Przepijam cały poniedziałek. Odłączam się od świata i zatapiam w bolesnych wspomnieniach. Wóda wyżera myśli, potęguje ból, a następnie go znieczula. Kończę w środku nocy, kiedy nie mam sił zwlec się z kanapy. Rano postanawiam: koniec żałoby, czas być bossem.

Biorę lodowaty prysznic, starając się nie patrzeć na półkę z kosmetykami Malwiny. Po prysznicu oddycha mi się lepiej. Spinam włosy w kucyk podobny do tego, który homo nie wiadomo zrobili mi na wesele. Nie zamierzam już zasłaniać blizn. Chcę, żeby ludzie dokładnie widzieli moją twarz. Jestem przerażającym człowiekiem, niech się boją. Zjadam jajecznicę i popijam ją colą. Pół godziny później ponownie zaglądam do notatnika, jednak ta wizytówka schowana jest głęboko. Nigdy nie przypuszczałem, że w ogóle jej użyję.

Dzwonię. Choć jest bardzo wczesny ranek, koleś odbiera natychmiast. Przedstawiam się i wyznaczam miejsce na spotkanie. Nie może odmówić. Wkładam spodnie dresowe i luźny T-shirt, który maskuje kamizelkę kuloodporną. Nie nosiłem jej od lat i zdążyłem zapomnieć, jak nieprzyjemne to uczucie, ale zabójca może spróbować ponownie, a ja nie dam mu satysfakcji. Do pasa przypinam kaburę z glockiem. Drugi, niewielki pistolet montuję przy nogawce spodni. Do skórzanej saszetki chowam cztery telefony i dwadzieścia tysięcy w gotówce w dwóch plikach po dyszce. Kartkę z zapisanymi numerami Wisienki wkładam do kieszeni. Jeszcze tylko zegarek, stary timex, który Malwina kupiła mi na siedemnaste urodziny, kałasznikow spod stołu i breloczek. Są na nim klucze do wszystkich naszych lokali, salonów fryzjerskich, myjni, magazynów i parkingów strzeżonych. Kluczowy kombos to pomysł Malwiny. Uważała, że w razie problemów dobrze mieć w sejfie jeden komplet kluczy.

Wsiadam do audi A8 i jadę pod bramę.

– Coś się działo? – pytam Prasówkę, gdy na mój widok wychodzi ze swojej budki.

– Mendy przyjechały tylko raz. Powiedziałem, że od wyjazdu na ślub szefa nie widziałem. Chcieli, żebym ich wpuścił – śmieje się, jakby to rzeczywiście było zabawne. – Na zmianie Szarika też się nic nie działo, ale jest coś jeszcze... – zawiesza głos. – Powiedziałbym wcześniej, tylko sam szef kazał sobie nie przeszkadzać i...

– Do rzeczy, Prasówka. Mam pilne spotkanie.

– Dzisiaj w nocy przyjechali tu pan Rembrandt i pani Wiewióra. – Wzdryga się, wymawiając ksywkę Wiolety. – Chcieli się z szefem widzieć. Powiedziałem, że szefa nie ma. Byli pod wpływem, pani Wiewióra bez przerwy oblizywała nóż myśliwski, naciskali. Wiedzieli o powrocie szefa do domu, więc zmyśliłem, że wpadł szef na kwadrans, potem wyjechał i więcej się nie pojawił.

– Bardzo dobrze, Prasówka, bardzo dobrze. Tej wersji się trzymaj. Mówili, czego chcieli?

– Pan Rembrandt powiedział, cytuję: „jak już wytrzeźwieje po zwale i się pojawi, niech natychmiast do mnie zadzwoni. Chyba że nie interesuje go, że ktoś mu dymnął półtorej tony zieleni”.

Już wiedzą. Zginęli moi ludzie, zniknął mój towar niepowiązany z interesami grupy, a te kanalie już wiedzą...

– Dzięki. Nie widziałeś mnie. Siedź tu i rób swoje.

8

Miejsce spotkania to ławka w parku 3 Maja. Park zaczyna się tuż przy Jasnej Górze i ciągnie w dół w kierunku III Alei. Parkuję na Wieluńskiej, ulicy samych restauracji, hoteli i zakładów fryzjerskich. Celowo spotykamy się tak wcześnie – o wpół do siódmej w tej okolicy nie ma żywej duszy. Obok mojej fury stoi stara alfa romeo 145 z rdzą zżerającą spory kawałek tylnego zderzaka. Jej właściciel dostał ode mnie tyle szmalu, że spokojnie mógłby zjawić się bentleyem z szoferem, który przy każdym kroku całowałby go po dupie, jednak woli się nie wychylać. Poza tym twierdzi, że całą kasę odkłada dla dzieci. Dopóki nie urodzili się chłopcy, uważałem to za głupotę.

„Nie myśl o dzieciach, nie jesteś jeszcze gotowy się z tym mierzyć” – powtarzam w głowie, zmierzając do parku.

Idę z AK47 w dłoni. Chuj, że ktoś może mnie z tym zobaczyć. Bardziej obawiam się, że ten, kto zaczął sonatę w Zawadach, może chcieć szybko dokończyć robotę. Łatwo się nie dam.

Stefan Morawiński siedzi na ławce opodal wejścia. Rzuca okruchy chleba gołębiom. Jest ode mnie sporo starszy. Ledwie przekroczyłem trzydziestkę, on zbliża się do pięćdziesiątki. Ma siwe włosy, brodę i jak zawsze smutną minę człowieka, który widział w życiu za dużo. Jest gliną, znamy się od lat. Zdradził mi kiedyś, że koledzy w firmie nazywają go Barszczyk od nazwiska policjanta nieudacznika z serialu Pitbull. Nie mają pojęcia, że ten ich Barszczyk ma zajebiste gumowe ucho i genialny sposób na jego wykorzystanie. Poznaliśmy go wspólnie z Pływakiem w – jak to zwykle bywa – całkowicie przypadkowych okolicznościach w barze z obiadami domowymi. Wcinał schabowego z ziemniakami, spod koszuli wystawał mu gnat, a na stole leżała odznaka. To Pływak nie mógł się powstrzymać i pierwszy do niego zagadał. Zblatował go, ale współpraca nie układała im się najlepiej, pewnie dlatego, że jako jedyny z Grupy ma lekko uświnione papiery, dwa lata zawiasów za rozbój, przez co traktuje policję z pogardą. Przejąłem więc Morawińskiego. Gość jest konkretny, a dyskrecja to jego drugie imię. Zawsze mnie interesowało, czemu postanowił sprzedać policyjnych braci i zostać wtyką kolesi poznanych w jadłodajni, jednak nigdy nie pytałem. Wścibstwo mogłoby zepsuć nasz układ.

– Powiedziałbym, że mi przykro, ale nic by to nie zmieniło – mówi ściszonym głosem, rzucając ostatni okruch chleba z papierowej torebki.

Siadam obok niego. Odkładam kałacha i wsadzam sobie szluga do ust, ale nie zapalam.

– Nie jestem w stanie wyobrazić sobie, jak się czujesz... – ciągnie.

Sięgam do saszetki po dziesięć kawałków, rozglądam się na wszelki wypadek i wciskam mu do ręki. Błyskawicznie chowa gotówkę do torebki.

– Mów, co wiesz.

– Niewielki ładunek wybuchowy. – Wyjmuje z kieszeni swoje fajki, przypala sobie i mnie. – Prawdopodobnie umieszczony pod zlewem w kuchni. Miał wyjebać domek, nie robiąc żadnych szkód poza jego obrębem. Robota profesjonalisty.

– Cwaniak. Wiedział, że kuchnia jest ostatnim miejscem, do którego zajrzymy. Kogo podejrzewacie?

– W pierwszej kolejności padło na ciebie – wzdycha z ironią. – Ja wiem, że to nie ty. Za bardzo ją kochałeś, dzieci też...

– Ja to wiem, ty to wiesz, oni tego nie wiedzą.

– Pływak był tak nagrzany, że nie udało mu się zmyć, zanim przyjechaliśmy. Powiedział im, że prędzej wszedłbyś na komendę z kałachem w ręce, niż zabił Mambę. Uwierzyli. Zeznał też, że wyciągnął cię na kielicha, prawdopodobnie ratując ci tym życie.

– Czyli już wiedzą, że bomba była przeznaczona dla mnie... Macie prawdziwego podejrzanego?

– Prawdę mówiąc nie i na razie nie ma z tym wielkiej napinki. – Powoli zaciąga się papierosem.

– Jak to?! – podnoszę głos. – Ktoś wysadził w powietrze trójkę dzieciaków, a wy nie macie napinki?!

– Gdyby chodziło o zwykłe dzieci, pewnie uwijalibyśmy się jak mrówki, ale chodzi o was... – Rzuca w połowie wypaloną fajkę, dogasza ją sandałem. – Od lat próbujemy rozpracować liderów Grupy Pokoju. – Tak nas nazywają, bynajmniej nie przez nasze pokojowe zamiary. – My i CBŚ, na zmianę. Wiesz, że od pięciu lat ściśle z nimi współpracujemy, a ja jestem członkiem specjalnej grupy mającej na celu zdjęcie was z ulicy? Nie kluczowym, ale jednak członkiem.

Kiwam twierdząco głową. Morawiński cudem dostał się do grupy zadaniowej, głównie dlatego, że poparli go koledzy. Człowiek „przynieś kawę, wypełnij za mnie raport, idź pogadaj z dowództwem” zawsze jest mile widziany. Chłopaki nie mają pojęcia, że kopia każdego raportu trafia bezpośrednio do mnie.

– Mimo to wciąż nie mamy na was nic, a tu ktoś odpala Mambę, jedną z liderek Grupy odpowiadającą za księgowość. Jak ci się wydaje, co sobie pomyśleli?

– Bez głównej księgowej zrobi nam się gorąco?

– To też, choć w firmie dominuje przekonanie: odpalili jeden łeb z zarządu, znaczy, że szykuje się konflikt. Świetnie, niech wystrzelają się nawzajem, my tylko posprzątamy.

– Kurwa mać, tam były dzieci! – Wstaję, ściskając AK47.

Morawiński nawet nie drgnie.

– Twoje i Mamby. Wiem, jak to brzmi, ale naszym ten stan rzeczy odpowiada. Straciłeś żonę i dzieci, Grupa straciła księgową i członkinię zarządu. Oznacza to, że pod wpływem presji zaczniecie popełniać błędy, może oskarżać się nawzajem. Wszyscy po cichu liczą, że będziesz następny. Nawet nie mają specjalnego parcia, żeby wezwać cię na przesłuchanie. Wolą, żebyś hasał po ulicach, a nuż nadziejesz się na minę. Uspokój się i usiądź. – Wskazuje palcem miejsce obok siebie.

– Czyli nic nie robicie? – Wcale nie spokojniejszy siadam na ławce.

– Bez przesady. Prowadzimy śledztwo. Wydaje mi się, że nasze FBI coś ukrywa. Wczoraj w nocy mieli zebranie, zaprosili tylko dwóch detektywów, mnie pominęli. Nikt nic nie chce powiedzieć.

– Co mogą ukrywać?

– Może sami odpowiadają za wybuch? To tylko moja teoria, ale po tylu latach bezowocnego śledztwa ludziom puszczają nerwy. Dowiem się.

Wątpię. Nikt z CBŚ ani z policji nie dostałby się na moje wesele, choć niczego nie mogę wykluczyć. Mimo to trzymam się swojej listy podejrzanych.

– Zrób to, byle szybko – odpowiadam. – Sowicie cię wynagrodzę.

– Na dzisiaj dowództwo zwołało odprawę. Odbędzie się w południe, powinny też przyjść raporty od techników. Nie szalej, czekaj spokojnie.

– Media już wiedzą, kto zginął w wybuchu?

– Niby skąd? – Wzrusza ramionami. – Połowa gości zniknęła przed naszym przyjazdem, żaden pyska nie otworzy, a w naszym zespole nie ma przecieków. – Ostatni wyraz kwituje chytrym uśmiechem.

– Nie podejrzewacie, że mógł to zrobić ktoś z Grupy?

 

– Bunt na waszym pokładzie? Padały takie hasła, ale patrząc przez pryzmat wielu lat działalności Grupy Pokoju, jest to mało prawdopodobne.

– Czemu?

– Popraw mnie, jeśli się mylę, ale to właśnie dzięki lojalności i patologicznemu wręcz zgraniu żadne z was nie skończyło w pierdlu ani w plastikowym worku. Kwestię Walendziaków rozwiązaliście... – Milknie. Sprawa Walendziaków do dziś jest przekleństwem na Komendzie Miejskiej i przestrogą dla wszystkich odważnych próbujących szczęścia. – Oficjalnie w ogóle nie mieliście problemów z organami ścigania, nie licząc wyroku w zawiasach Pływaka za pijacką burdę w wakacje kilka lat temu. W każdym razie jego możemy wykluczyć. Twierdzi, że uratował ci życie.

– Był nawalony jak orangutan, mogło mu się coś popierdolić i wyciągnął mnie z domku przypadkiem. Jak ma zwały, traci łeb, sam coś o tym wiesz. Nie możemy go wykluczyć.

Morawiński patrzy na mnie ze zdziwieniem.

– Wklep sobie numer, z którego puszczę ci zaraz głuchego. To bezpieczny telefon. Gdy tylko czegoś się dowiesz, natychmiast dawaj znać.

– Ja sobie tu jeszcze pokarmię ptaszki, a ty idź – mówi rozkazującym tonem. – Obiecuję, że znajdę ścierwo, które odwaliło trójkę dzieci. Masz na to moje słowo.

– Spiesz się, inaczej naprawdę będziecie mieć tę swoją upragnioną wojnę. – Wstaję z ławki i zaciskam palce na kałasznikowie. – Masz dobę.

9

Z Wieluńskiej jadę na Drogowców do całodobowego Tesco. To jedyny hipermarket w mieście otwarty non stop. Kupuję dyktafon, a potem udaję się do jednej z najstarszych siedzib naszej firmy. Piętrowy budynek o przeznaczeniu handlowo-usługowym znajduje się w bramie przy samym centrum Częstochowy. Jest otoczony starymi blokami, ciasnym parkingiem i zniszczonymi garażami, a w środku mieści się klub, kiedyś istna mordownia dla szukających wrażeń nastolatków. Miejsce, w którym nikt nie pytał o dowód, lewy alkohol lał się strumieniami, a dzieciaki poznawały uroki życia na fazie. Zmiana pokoleń i obyczajów spowodowała, że musieliśmy nieco się przebranżowić. Teraz w lokalu odbywają się głównie koncerty młodzieżowych idoli. Jarać szlugi można tylko na jednej sali, klientela jest znacznie grzeczniejsza, więcej czasu spędza, szczerząc gęby do fotek na parkiecie, niż upijając się do nieprzytomności. Od dawna nie odwiedzam tego miejsca, choć formalnie wciąż należy do mnie. Głównie zajmują się nim Pływak z Rembrandtem. Właśnie dlatego umówiłem się tutaj. To ostatnie miejsce, w którym mógłbym być. Liczę, że z podobnego założenia wychodzi ten, kto chce mnie sprzątnąć.

Rozmowa z Morawińskim nie wniosła nic nowego. Zamierzam rozwiązać sprawę w ciągu maksymalnie dwóch, trzech dni. Wątpię, żeby policji tak szybko udało się znaleźć człowieka odpowiedzialnego za wybuch. Pozostaje trzymać się własnego planu zniszczenia wszystkich mogących odpowiadać za śmierć Malwiny i dzieci. Bomba zrobiona przez zawodowca... Wielkie mi odkrycie. Każdy członek Grupy ma dostęp do ludzi produkujących takie bombki. Przez siedemnaście lat poznaliśmy wystarczająco wielu ekspertów z każdej dziedziny zbrodniczego życia. Wszyscy chętnie nawiązywali z nami współpracę. Nic dziwnego, zawsze płacimy dobrze i potrafimy zachować dyskrecję. W swoim notatniku mam namiary na kilku unabomberów, jak zwykliśmy nazywać specjalistów od wybuchów. Sęk w tym, że żaden nie zdradzi swojego klienta. Lojalność działa w dwie strony i jest ważniejsza niż szmal. Podkurwiony tą myślą parkuję audi na dziurawej kostce przed wejściem do klubu.

Przed drzwiami stoi człowiek, z którym się umówiłem. Przyjeżdżam dziesięć minut przed czasem, a on i tak już czeka. Pewnie przylazł dobre pół godziny wcześniej. Mój telefon musiał być dla niego bardziej zaskakujący, niż gdyby zadzwonił papież albo prezydent Rosji. Jak każdy przedstawiciel bezstresowo wychowywanego pokolenia gapi się na ekran telefonu. W uszach ma słuchawki, przez prawe ramię przerzucił plecak. Podnosi łeb znad komórki dopiero wtedy, gdy przypadkiem zauważa, że wysiadłem. Momentalnie poważnieje. Prostuje się niczym żołnierz stający na baczność przed swoim generałem. Jeszcze brakuje, żeby zaczął salutować.

– Dzień dobry, panie Sebastianie. – W jego głosie słychać szacunek. Chowa słuchawki do kieszeni dżinsów. – Pana telefon to dla mnie zaszczyt. – Wyciąga dłoń na powitanie.

Marcin Pieszczek od dawna pisze na swoim blogu o przestępczym półświatku, rządzie, szemranych firmach budujących fortuny w oparciu o współpracę z politykami i różnych typach spod ciemnej gwiazdy. Jego blog polskiprzekret.pl cieszy się olbrzymią popularnością. Gość jest upierdliwy i przeszkadza ludziom w spokojnym prowadzeniu interesów, ale o dziwo wciąż chodzi po świecie w jednym kawałku. Swego czasu rozpisywał się o Grupie Pokoju. Malwina regularnie czytała jego artykuły. Świetnie się przy tym bawiła, bo choć przez swoich czytelników uważany jest za rzetelnego, naprawdę gówno wie o polskiej mafii. Jego newsy są wyssane z palca albo mijają się z rzeczywistością, za to świetnie się je czyta. Doprawia je ciekawymi fotkami, dzięki czemu liczba podnieconych odbiorców stale rośnie. Choć wygląda jak leszcz – chudy, w obcisłych rureczkach, z modnie przystrzyżoną brodą i pedalską fryzurką z przedziałkiem – to chłopak ma jaja. Spotkałem go raz trzy lata temu w należącej do Grupy siedmiostanowiskowej myjni samochodowej, naszej cudownej maszynce do prania kasy. Bez krępacji przyszedł do mojego biura, powiedział, że prowadzi duży blog o mafii i poprosił mnie o wywiad. Byłem totalnie zaskoczony jego tupetem. Zamiast kazać Jabłonce pięściami wybić mu wywiad z głowy, kulturalnie odmówiłem. Chłopak się nie poddawał, za wszelką cenę próbował namówić mnie do zmiany zdania. Twierdził, że nie potępia naszej działalności, tylko ją podziwia. Nawet wcisnął mi swoją wizytówkę, czym ostatecznie wyprowadził mnie z równowagi. Wściekły chwyciłem go za kark, przeciągnąłem z biura na stanowisko do mycia samochodów i potraktowałem płynnym woskiem. Więcej nie miałem z nim kontaktu. Wizytówkę zachowałem.

– Sebastianem jestem dla najbliższych. – Spoglądam na jego rękę jak na kawałek gówna, którym chce mnie poczęstować. Rozumie przekaz i cofa dłoń. – Dla ciebie Mutant.

Wymijam go i podchodzę do drzwi. Z saszetki wyciągam pęk z kluczami, odnajduję te podpisane „Psycho” od starej nazwy klubu i otwieram mój przybytek.

– Oczywiście, panie Mutancie. Obstawiam, że w środku nie czekają pana ludzie z woskiem samochodowym?

Zamiast odpowiedzieć na jego idiotyczny żart, wchodzę do środka. Pieszczek idzie w ślad za mną. W lokalu panuje grobowa ciemność. Okna zasłaniają rolety, do środka nie przebija się nawet promyczek słońca. Nos drażni silny smród alkoholu z ledwie wyczuwalną wonią środków czyszczących. Uruchamiam oświetlenie, włączam klimatyzator. Wystrój jest obrzydliwy. Ściany pobazgrane graffiti wedle pomysłu Rembrandta, meble koloru czerwonego i światło w odcieniach fioletu. W porównaniu z topowymi klubami należącymi do Grupy ten prezentuje się niczym ubogi krewny. Gestem zapraszam Pieszczka do stolika niedaleko baru. Wyjmuję z lodówki dwa piwa, otwieram i siadam obok niego.

– Dziękuję, nie piję przed śniadaniem – mówi niezwykle uprzejmym głosem. Aż mam ochotę dać mu w ryja.

– Zachowujesz się jak pizda. – Pociągam solidny łyk browca. – Ja nie gadam z pizdami, więc albo chlasz, albo wypierdalasz.

Wierci wzrokiem dziurę w carlsbergu, potem zerka na telefon, jakby szukał w nim podpowiedzi, co ma robić dalej. Wreszcie się przełamuje i chwyta za butelkę. Upija mały łyk, krzywiąc się niczym niemowlak, któremu ktoś zastąpił mleko słoną wodą.

– Czy pana niespodziewany telefon jest związany z wybuchem w Zawadach?

Słuchając jego oficjalnego tonu, czuję się, jakbym rozmawiał z urzędnikiem.

– Przestań pierdolić jak popaprany i mów, co wiesz o wybuchu! – Uderzam pięścią o stolik, a Pieszczek głośno przełyka ślinę.

– Tak naprawdę to nic. Nagrywałem wesele dronem, który wzięliście za policyjny. Nawet pozdrowiliście mnie z Mambą środkowym palcem. Po uroczystości pojechałem za całym kordonem. Brama nie pozwoliła mi wjechać do środka, a bałem się używać tam drona, więc wróciłem do domu.

Paradoksalnie gdybym nie prowadził tak wzmożonej ochrony, być może jego dron nagrałby człowieka wchodzącego do naszego domku. Albo gdybym zezwolił na działający monitoring. Albo gdyby... Gdybanie jest bez przyszłości.

– Kompletnie nic nie nakręciłeś? – pytam z ukrytą nadzieją w głosie.

Kręci głową.

– Nic a nic. Nie jestem głupi. Wiem, jaką Grupa ma obsesję na punkcie prywatności. Życie mi miłe, panie Mutancie.

Stukam swoją butelką w jego, zmuszając go tym sposobem do picia. Udaje mi się. Pije, mniej się krzywiąc niż za pierwszym razem.

– O samej eksplozji dowiedziałem się z lokalnego radia wczoraj po południu. Podali oficjalny komunikat, że doszło do wybuchu na weselu bossa Grupy Pokoju, ale ze względu na dobro śledztwa policja nie podaje żadnych szczegółów. Oddział do walki z mafią jest zajebiście szczelny. Nikt nie puścił farby. Tak między nami uważam, że macie wtykę w oddziale – kończy z chytrą miną i tym razem on łapie butelkę, stuka w moją i pociąga łyk.

– Nie chcą, żeby szczegóły dostały się do mediów, bo wiedzą, że trójka małych dzieci spłonęła żywcem, ale im jest to na rękę, bo pozbyli się problemu, czyli mojej żony!

Ponownie walę pięścią w blat stołu. Pieszczek podskakuje, uderzając się denkiem w dziąsło. Odstawia butelkę i wlepia we mnie wzrok.

– Zginęła pana rodzina? – mówi ze zdumieniem. – Nie miałem o tym pojęcia. Tak mi przykro... – Chwyta się za głowę. – Znaliście się prawie od zawsze. Musiał ją pan bardzo kochać... Słyszałem od jednego z DJ-ów, że dawno temu w środku nocy wyrzucił pan wszystkich klientów z Metra i obsypał parkiet różami tylko po to, żeby zaimponować Mambie. Jedynie ktoś nieludzko zakochany rezygnuje z gigantycznego zarobku w sobotnią noc i zniechęca do siebie klientów, byleby zaimponować dziewczynie.

Wiele lat temu wywaliłem klientów z mojej ulubionej dyskoteki, to prawda. Tyle że nie zrobiłem tego, by zaimponować Malwinie. Dzień wcześniej ostro zapiłem i przyłapała mnie na flircie i krótkim macanku z jakąś nastolatką. Nic specjalnego, pogadaliśmy, procenty rozbudziły fantazję, złapałem ją za biodra, może za tyłek. Nawet dobrze nie pamiętałem, ale Malwina i tak się wściekła. Kwiaty, władcze zachowanie w stosunku do ludzi, butelka szampana i seks na mokrym od rozlanych drinków barze wystarczyły, żeby ją udobruchać. Ta historia krążyła po mieście w czasach, kiedy Pieszczek był jeszcze dzieciakiem i bliżej mu było do gry na konsoli niż sobotnich wizyt w Metrze.

– Dużo o mnie wiesz – zauważam. – Ale tego, kto podłożył bombę, nie jesteś w stanie rozszyfrować.

– Wiem tylko to, co sam zaobserwuję albo dowiem się od ludzi. Grupa Pokoju fascynuje mnie, odkąd jako nastolatek przeczytałem Ojca Chrzestnego. – Kręci głową z podziwem. – Jesteście jedyną grupą przestępczą w Polsce, która nieprzerwanie prowadzi działalność od dwutysięcznego roku, a jej liderzy i założyciele wciąż cieszą się wolnością oraz ży... – Przerywa w porę, uświadamiając sobie, co mówi. – Zagalopowałem się. O wybuchu nie wiem nic, ale myślę, że ktoś z zewnątrz chce przejąć teren. Może grubasy z Warszawy albo Krakowa? Rosną w siłę, a wasz rynek wydaje się chłonny i, co najważniejsze, bezpieczny, skoro dotąd was nie zamknęli.

Dzieciak coś wie z różnych ploteczek, ale dotyczą one pierdół lub ogólników. Nie ma pojęcia, czemu Grupie nie zagraża żadna konkurencja. Mafiosi ze stolicy czy Krakowa trzymają się od nas z daleka, bo wiedzą, w jaki sposób pozbyliśmy się poprzedniego bossa częstochowskiej mafii. Krążą o tym skutecznie odstraszające legendy. Nie wchodzimy sobie w drogę z innymi grupami. Każdy doi własny rynek. Owszem, wiele lat temu mokotowscy próbowali ściągnąć od nas haracz za prowadzenie działalności na własnym terenie. Myśleli, że skoro przejęli schedę po Pruszkowie i kontrolują stolicę, grupy z mniejszych miast muszą im płacić franczyzę biznesową. Zagalopowali się nieco. Na szczęście obyło się bez rozlewu krwi. Zaproponowałem ich bossom cały rynek koki i amfy na terenie świętego miasta w zamian za odwalenie się od nas raz na zawsze. Zgodzili się bez wahania, obiecali, że w razie zagrożenia z zewnątrz możemy liczyć na ich protekcję, i na tym skończyły się nasze kontakty z największą grupą w Polsce.

– Nawet gdyby chcieli, w co szczerze wątpię, nie weszliby na teren ośrodka wypoczynkowego – odpowiadam po chwili.

– W takim razie zrobił to ktoś z Grupy?

Jak na kolesia w rurkach Pieszczek potrafi używać mózgu.

 

– Domysły to nie twoje zmartwienie, ale tak. Uważam, że zrobił to ktoś z moich, tylko jeszcze nie wiem kto i czy chciał odpalić nas oboje. – Wyjmuję fajki z kieszeni i rzucam na stół. – Przejdźmy do najważniejszego powodu naszego spotkania.

Częstuję chłopaka szlugiem, ale ten odmawia. Wyciąga za to z plecaka elektroniczne fajkogówno.

– Jarasz ten syf? To tak jakbyś wolał trzepanie wacka od prawdziwego dupczenia.

Pieszczek wzrusza ramionami i puszcza w moją stronę chmurę waniliowego dymu.

– Słyszałeś kiedyś o propozycji nie do odrzucenia? – pytam, a on w odpowiedzi kiwa głową, po czym blednie. Pot zaczyna mu spływać po czole. Wreszcie dotarło, że nasze spotkanie to nie przelewki. – Zamierzam taką ci przedstawić.

– Czego... Czego pan ode mnie chce? – Słyszę strach, na który liczyłem od początku naszej rozmowy. Wcześniej, choć był niepewny, chłopak zachowywał się dość odważnie.

– Spokojnie. – Upijam piwa. – Przeżyjesz, a jak się spiszesz, dużo zyskasz.

– Mam napisać artykuł? – pyta po chwili milczenia. – O śmierci pana rodziny i braku reakcji ze strony policji?

Pomysł niegłupi, ale bezużyteczny. Na oczernianiu policji mi nie zależy. Póki Morawiński robi swoje, z ich strony niewiele mi grozi, więc lepiej ich nie prowokować.

– Nie. Dostaniesz coś więcej.

Wrzucam tlący się kiep do jego butelki. Pieszczek wzdryga się na ten widok. Czeka nas długa rozmowa, a po jednym browcu z rana chłopak może być w zupełnie innej galaktyce. Lepiej, żeby został trzeźwy.

– Całe moje życie. Dowiesz się, w jaki sposób stworzyliśmy nietykalną mafię. Poznasz każdy najbrudniejszy sekret, najciemniejszą tajemnicę liderów Grupy. Dowiesz się, kogo zabiliśmy, w jaki sposób przejęliśmy rynki i czemu ciągle chodzimy wolni. – Wyjmuję z saszetki dyktafon. – Dostaniesz wywiad, którego kiedyś tak pragnąłeś.

Mam swój pomysł na rewanż za śmierć rodziny. Tyle że wcale nie musi się udać. Równie dobrze mogę skończyć martwy, ale nawet gdyby coś poszło nie tak, zamierzam dokonać zemsty choćby z zaświatów. Pieszczek ma mi w tym pomóc.

– Bardzo hojna propozycja, ale podziękuję. – Gapi się w plastikowe fajkogówno, nie umie nawet spojrzeć mi w oczy. – W swoim wywiadzie nie zamierzałem pytać pana bezpośrednio o brudne sekrety Grupy Pokoju. Taka wiedza może mnie kosztować życie. Nie chcę jej.

Nieśmiało podnosi się z krzesła, przekonany, że to on może skończyć rozmowę. Bez słowa sięgam po gnata. Kula trafia w ścianę przy parkiecie do tańczenia. Pieszczek podskakuje ze strachu, a potem stoi bez ruchu jak zahipnotyzowany.

– Ty chyba nie zrozumiałeś znaczenia zwrotu „propozycja nie do odrzucenia”. – Celuję mu w łeb. – Usiądź i więcej nie filozofuj.

Blady bez słowa wykonuje polecenie.

– Wywiad uczyni cię sławnym – dodaję. – Dostaniesz niepodważalny dowód, wystarczający, żeby cały zarząd Grupy Pokoju posłać na dożywocie. W tym mnie.

– Pan... – Zęby tak mu szczękają, że na początku nie jest w stanie nic wydusić. Wreszcie opanowuje się i robi głęboki wdech. – Pan cierpi po śmierci Mamby i potrzebuje się wygadać. Potem mnie pan zastrzeli.

– I nagrywałbym tę rozmowę dla jaj? – Patrzę na niego jak na idiotę i chowam gnata. – Są dwa wyjścia. Za dwa dni zjawię się w umówionym miejscu po dyktafon, dam ci sto tysięcy i zapomnisz o naszej rozmowie. A jeśli się nie pojawię, opublikujesz wywiad na swoim blogu. Oczywiście gdybyś próbował wziąć kasę, skopiować nagranie i później je wykorzystać, umrzesz. Liczę, że choć wyglądem przypominasz ciotę, masz mózg i wybierzesz sto tysięcy plus status bliskiego kumpla Mutanta, a nie ryzyko opublikowania wywiadu, które prędzej czy później przypłacisz życiem. Słyszałeś o sprawie Walendziaków?

Gapi się na mnie z otwartą japą i kiwa głową.

– Zrób coś inaczej, niż ci każę, a twoją rodzinę spotka podobny los. Teraz zrozumiałeś sens propozycji nie do odrzucenia?

Potakuje gorączkowo.

– No to zaczynajmy. – Walę go koleżeńsko dłonią w ramię. – I wyluzuj wreszcie. Czeka nas długa dyskusja.

Widzę, jak drżącymi rękami wyjmuje z plecaka pomiętą teczkę z logo Politechniki Częstochowskiej. W środku są kartki z jakimiś bazgrołami.

– Po co ci to? – pytam.

– Moje prywatne notatki dotyczące Grupy Pokoju. Zapisuję tu wszystko, czego się dowiaduję, swoje przemyślenia i wnioski – tłumaczy nieco spokojniejszym głosem. Wyciąga też notatnik. – Muszę robić nowe i kontrolować stare notatki, inaczej nie umiem prowadzić wywiadu – wyjaśnia, widząc moją zdziwioną minę. – Jak skończymy, oddam je panu i...

– Skończ z tym panem! Mutant i tyle.

– Od czego zaczynamy?

– To twój wywiad. Ty pytasz, ja odpowiadam.

Pieszczek chwyta za długopis, zerka do notatek. Z małymi oporami bierze do ręki dyktafon, ustawia opcję nagrywania i odkłada go na stół.