Zły człowiekTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Zły człowiek
Zły człowiek
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 79,80  63,84 
Zły człowiek
Audio
Zły człowiek
Audiobook
39,90  29,53 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

5

Samotny powrót do domu, który zbudowało się z jedyną prawdziwą miłością, sprawia, że odechciewa mi się nawet oddychać. Stoję w olbrzymim przedpokoju i jedyne, czego pragnę, to żeby serce przestało bić, płuca skończyły przyjmować powietrze, a mózg wreszcie się wyłączył. Ból zżera moje ciało. Czuję się słaby, żałosny i bezsilny. Koszmar ledwie się zaczął, a ja chciałbym, żeby już dobiegł końca. Wszystko tutaj mi ją przypomina. Głównie te nieprzyzwoicie drogie meble, które razem kupowaliśmy. Malwina godzinami ciągała mnie po luksusowych warszawskich sklepach, wybierając to, co miało stanowić namacalny dowód naszego sukcesu. Marudziłem, narzekałem, że cholernie się nudzę, że moglibyśmy zlecić dekorowanie wnętrza jakiemuś profesjonaliście, a sami spędzić uroczy weekend w górach albo na przykład w jej ulubionej Wenecji. Kłóciliśmy się przy tym niemiłosiernie. Nie o ceny, bo te nie grały roli, ani o rodzaj mebli, bo zwisało mi, czy w salonie stanie kanapa z zielonej czy szarej skóry. Nie obchodziło mnie, jakiego koloru będzie kuchnia, czy wyposażymy ją w kuchenkę indukcyjną, piekarnik i mikrofalówkę czy może w coś innego. Mnie denerwował tylko czas, który musiałem spędzać w salonach. Teraz, gdy jej nie ma, uświadamiam sobie, że to były bardzo dobre dni.

W sypialni jest jeszcze gorzej. Choć przez dom przewinęło się wielu gości, nikt nie miał wstępu do naszej sypialni. To miejsce należało tylko do nas i dzieci. Patrząc na dwa łóżeczka chłopców i łóżko Karolci przylegających z obu stron do naszego olbrzymiego łoża, nie jestem już w stanie powstrzymać łez. Płaczę, przypominając sobie naszą zawziętą rozmowę o Karolci.

– Czy to ci się podoba, czy nie, jest moją córką – mówiła Malwina. – Pogódź się z tym, inaczej całe życie będziesz miał do mnie żal, a ja i tak nie przestanę jej kochać. Chcesz być ze mną, zaakceptuj ją jako własną albo jedyne, co będzie nas łączyć, to interesy.

Przy takich argumentach byłem bezsilny, ale nie umiałem pogodzić się z tym, że dziecko nie jest moje.

Malwina objęła mnie.

– Daj jej szansę, a zobaczysz, że nie pożałujesz – szepnęła.

I nie pożałowałem. Wróciliśmy do siebie, a wkrótce potem moja ukochana ponownie zaszła w ciążę. Tym razem to ja byłem ojcem.

Nie wiem, jak długo tak siedzę i wspominam, zanim wreszcie dociera do mnie, że nie mogę się załamywać, nie mogę umrzeć, nie mogę się poddać. Muszę być twardy, jestem im to winien.

Powoli zwlekam się z łóżka. Za oknem robi się coraz ciemniej. Lada chwila zapadnie noc. Muszę wyjść z sypialni. To najgorsze pomieszczenie w całym domu. Podchodzę do drzwi, gdy mój wzrok pada na toaletkę Malwiny. Spędzała przed nią mnóstwo czasu, szczególnie o poranku lub przed wyjściem na imprezę. Na ten widok znów ściska mi się serce, chcę stąd wybiec, wybiec i już nigdy więcej nie wrócić, ale coś każe mi sięgnąć po złoty łańcuszek z wisiorkiem przypominającym nieśmiertelnik. Są na nim wygrawerowane daty narodzin dzieci. Jest otwierany – w środku Malwina trzyma malutkie zdjęcie całej naszej piątki. Zrobiliśmy je pół roku temu w fotobudce w Łebie. Po chwili wahania zakładam łańcuszek na szyję i szybko wychodzę.

Cuchnę potem, parującym alkoholem i dymem. Powinienem się umyć, ale na myśl o kosmetykach Malwiny stojących w łazience idę prosto do swojego gabinetu. To moje królestwo. Nie ma tu ekstrawagancji jak w całym domu, dominuje za to klasyka – antyczne biurko, kanapa z brązowej skóry, barek zamknięty w globusie, do tego komputer stacjonarny i monitor. W rogu obok wejścia stoi olbrzymi regał z dziewięcioma szafkami ułożonymi w trzech rzędach. Waży ponad trzysta kilo. Zależało mi na wadze z jednego powodu – w razie włamana nikt nie wyniósłby tak ciężkiego mebla, a dostanie się do wnętrza szafek jest praktycznie niemożliwe. Są pancerne, podbite specjalną blachą, jedynie materiały wybuchowe mogłyby tu coś zdziałać. Otwiera się go, używając odpowiedniej kombinacji odblokowującej zamki. Najpierw kładę się na podłodze i sięgam pod regał, gdzie wymacuję nierówność, którą następnie wciskam. Kolejny ukryty przycisk znajduje się w górnej części środkowej szafki. Potem wystarczy jeszcze wsadzić rękę w niewielką szparę pomiędzy regałem a ścianą i po przesunięciu prostokątnego metalowego wihajstra słychać huk opadającej blokady. Użycie systemu w innej kolejności by nie zadziałało – świetne zabezpieczenie zarówno przed złodziejami, jak i dziećmi.

Otwieram najniższą szafkę po prawej stronie. Leży tam stos telefonów komórkowych i kart gotowych do użycia. Nie są to jakieś tanie, zwykłe komórki, tylko smartfony najnowszej generacji, szybkie i ze świetnymi aparatami. Karty też są konkretne. Każda ma limit internetu sięgający półtora giga. Kretyński rząd wymyślił sobie rejestrowanie każdego telefonu na kartę w ramach ustawy antyterrorystycznej. Nie wiem, co tym idiotom chodziło po głowie, kiedy wprowadzali przepis w życie, ale bynajmniej nie zmniejszyło to liczby używanych przez nas telefonów. Różnica polega na tym, że nie mogę już wysłać kilku pracowników, by za gotówkę kupili sto aparatów, tylko muszę znaleźć sto osób z dowodami osobistymi. Głównie korzystam z żulerni i melanżerii. Żule za flaszkę przepalanki są gotowi obciągnąć pierwszemu napotkanemu człowiekowi, więc zwykle każdy z nich bez gadania kupuje po pięć telefonów w różnych sieciach. Dotąd policja się ich nie czepiała, głównie dlatego, że trudno ich namierzyć lub zidentyfikować, a zdjęcia w dowodach zrobiono, zanim jeszcze poświęcili domy, pracę i rodziny dla wódy. Melanżeria natomiast żyje z zasiłku, od niedawna z 500+ i pomocy społecznej. Lwią część czasu spędza pod monopolami na zażartych dyskusjach dotyczących polityki i rozwoju naszego miasta. Typowy przedstawiciel melanżerii ma dwójkę lub trójkę dzieci, kolejne w drodze, żonę na macierzyńskim, a sam jest zarejestrowany w urzędzie pracy jako bezrobotny. Nie zdaje sobie sprawy, że to Polska, a nie Szwecja, i prędzej czy później forsa zacznie się kurczyć. Szczególnie gdy żonie skończy się macierzyński i nie będzie mogła znaleźć pracy, ale na razie jest panem osiedla, więc ciężko go przekupić flaszką, a że nic mnie tak nie wkurwia jak darmozjady żyjące z mojej ciężkiej pracy, każę moim chłopcom stosować inne sposoby. Zastraszają, ewentualnie w ramach humanitaryzmu dają pięć dyszek za każdą akcję plus pokrywają koszty operacyjne na zakup sprzętu. Ci inteligentni biorą hajs i załatwiają, co trzeba. Wiedzą, że nie warto z nami zadzierać. Poza tym, gdyby kiedyś zachciało im się u nas pracować, szybciej mogliby liczyć na zatrudnienie. Nasza firma nie narzeka na kryzys, brak popytu, recesje czy inne wymówki. Natomiast ci głupsi przedstawiciele melanżerii najpierw muszą oberwać bejsbolem po kulasach albo pięścią po żebrach, ewentualnie poczuć na skroni lufę pistoletu. Potem i tak kupują mi telefony, tyle że nie dostają nic za fatygę.

W domku spłonęła moja prywatna komórka, ale to nic. Na podłodze rozkładam pięć telefonów, tyle samo kart i otwieram górną szafkę. Tam leży elegancki notatnik w skórzanej oprawie, jedno z najcenniejszych źródeł informacji. Podczas gdy cały świat przechodzi na wersję cyfrową, ja kontakty trzymam w jednym notatniku. Dzięki temu nigdy nie martwię się nagłą koniecznością porzucenia komórki, a takie sytuacje zdarzały się dość często. Pierwsze strony notatnika zajmuje wizytownik. Przeglądam uważnie kolejne wizytówki sędziów, naczelnika urzędu celnego, prawników i lekarzy. Tę, której szukam, schowałem tu bardzo dawno temu. Nie zamierzałem z niej nigdy korzystać, ale życie zweryfikowało moje zamiary. Wkładam kartę do telefonu i wybieram numer.

– Halo? – Po czwartym sygnale zgłasza się zaspany głos po drugiej stronie.

– Doktor Szymczyk? – pytam niezwykle uprzejmym tonem.

– Tak. Kto mówi?

– Sebastian Krawczyk. Nie wiem, czy mnie pan pamięta. Spotkaliśmy się półtora roku temu na imprezie dla klientów AMG.

To była bardzo wykwintna impreza. Mercedes zorganizował ją dla stałych klientów, którzy kupowali tylko najdroższe modele AMG. Można powiedzieć, że w hotelu Rialto w Warszawie zjawiły się VIP-y VIP-ów. Zaproszenie dostała Malwina. Tamtego dnia obowiązywał strój wieczorowy. Malwina miała piękną złotą sukienkę z odsłoniętymi plecami, a ja uznałem, że skoro to my zostawiamy firmie AMG swoje miliony, ubiorę się tak, jak mi się żywnie podoba. I poszedłem w dżinsach, bluzie oraz skórzanej kurtce. Strasznie się o to pokłóciliśmy, więc znaczną część imprezy spędziłem samotnie, sącząc delikatne winko, podczas gdy przedstawiciel niemieckiego zarządu firmy łamaną polszczyzną dukał podziękowania za to, że kupujemy ich auta. W pewnym momencie irytacja sztywną imprezą wzięła górę, musiałem zapalić jointa. W pokoju do palenia cygar tylko ja nie nosiłem krawata i nie wyjąłem cygara, jednak o dziwo panowie nie byli zgorszeni moją obecnością. Spokojnie pykali kubanki, kontynuując rozmowy. Jeden z nich odważył się do mnie podejść. Był to niewysoki gość o ciemnej karnacji.

– Mogę temu zaradzić – powiedział na powitanie.

Wiedziałem, o co mu chodzi. Gapił się na mój policzek z chorą fascynacją.

– Jestem w stanie panu pomóc. – Dla pewności wskazał palcem bąble. – Nie będzie dużo kosztować, choć powiem szczerze, że przy takich – gdy nachylił się nad moją gębą, miałem ochotę zdzielić go prawym sierpowym, a potem skopać do nieprzytomności – nazwijmy to poparzeniach może dałoby radę ubiegać się o refundację. Przecież to nie jest wada wrodzona. Pan uległ wypadkowi wiele lat temu, mam rację?

Byłem blisko eksplozji, na szczęście trawa zmieniła mnie w potulnego baranka. Roześmiałem się głośno i objąłem nieznanego mi wówczas człowieka.

– Nie wiem, kim ty, kurwa, jesteś, ale jedno muszę przyznać. Masz olbrzymie jaja, że mi to mówisz.

Puściłem go, a on od razu poprawił sobie włosy.

– Ja tylko pozwalam sobie złożyć panu ofertę. – Sięgnął do kieszeni marynarki po wizytówkę. – Witold Szymczyk, chirurg plastyczny. Nieskromnie dodam, że zdaniem klientów najlepszy w Warszawie. Oraz właściciel prywatnej kliniki.

 

Powiedziałem mu wtedy, że za nic nie dałbym sobie pokroić twarzy. Uszanował moją decyzję, ale się nie odczepił. Pogadaliśmy chwilę o samochodach, różnicach między życiem w Częstochowie i Warszawie, w końcu poczęstowałem go towarem. Choć wyglądał na sztywnego dupka, zjarał prawie całego skręta i świetnie się trzymał. Rozmowa kleiła nam się coraz lepiej, opowiadał o celebrytach i ludziach z pierwszych stron gazet, którzy w jego klinice poprawiali sobie to i owo. Naszą konwersację przerwało pojawienie się Malwiny. Wyjęła z torebki nabitą lufkę, bo nigdy nie była fanką bibułek, i rozbawieni trawą gadaliśmy dalej w trójkę. Szymczyk za wszelką cenę próbował przekonać Malwinę, że wystarczy marne pięćdziesiąt, może osiemdziesiąt kawałków, by moja buźka wyglądała lepiej niż po urodzeniu. Była zainteresowana, podpytywała go o szczegóły zabiegu, a ja na koniec zostawiłem mu swoją wizytówkę z oficjalnym adresem mailowym. Odtąd na święta wysyłał mi wiadomości z życzeniami.

– Oczywiście, że pana pamiętam, panie Sebastianie – mówi Szymczyk radosnym głosem. – Czyżby pani Malwina namówiła pana w końcu na zabieg?

Malwina potraktowała jego propozycję bardzo poważnie. Choć wiedziała, ile blizna dla mnie znaczy, wiele razy poruszała ten temat, a ja zawsze wybuchałem złością. Dlaczego się nie zgodziłem? Malwina była piękną kobietą, spotykała się z samymi przystojniakami, nie licząc mnie. Logiczne wydawało się, że facet o tak wątpliwej urodzie jak ja nigdy nie spełni pewnych standardów. Mogłem zrobić jej tę przyjemność. Teraz już było na to za późno...

– Mam dla pana pewną propozycję, doktorze. Taką... nie do końca oficjalną. Oczywiście cena może być odpowiednia.

Pomysł, na który przed chwilą wpadłem, z pewnością okaże się niezwykle bolesny, ale żaden ból i tak nie może równać się z tym, co teraz czuję.

6

Kolejny numer, który wybieram, też mam zapisany w notesie, ale nie muszę go nawet sprawdzać. Wyrył się w mojej głowie na dobre. Ten człowiek na pewno nie śpi, a jego pomoc jest nie do przecenienia. Czekając na połączenie, słucham idiotycznej piosenki Donatana i Cleo pieprzących coś o Słowianach i ostrożnie dotykam wisiorek na mojej szyi.

Najchętniej odwiedziłbym wszystkich podejrzanych z kałachem i wyrzeźbił dziury w ich brzuchach lub, w zależności od humoru, torturował godzinami. Po tak otwartej wendetcie poszedłbym siedzieć, ewentualnie został zastrzelony podczas próby zdjęcia mnie przez antyterrorkę. W sumie brzmi nieźle, rozwalić ich wszystkich, a potem dać się zabić w brawurowej akcji. Bez rodziny i tak nie mam po co żyć. Ale wtedy zabójca Malwiny i dzieci byłby połowicznym zwycięzcą. Udałoby mu się mnie zniszczyć, a na to nie pozwolę.

– Słucham?! – Bezczelnie ordynarny ton przerywa wreszcie współczesny polski pop.

Na wyświetlaczu pojawił mu się obcy numer, więc facet pewnie założył, że to jakiś upierdliwy akwizytor nawiedza go w niedzielę po zmroku.

– To ja – mówię. Nie muszę się przedstawiać. Zna mój głos. – Wiesz już coś?

Milknie. W tle słychać głosy, krzyki i szlochy, które zagłusza wreszcie wycie policyjnego koguta. Im dłużej mój rozmówca milczy, tym dźwięki stają się bardziej ciche.

– Jestem w Zawadach – odpowiada półgłosem. – Szukają cię.

Nie zaskoczył mnie. Domyślam się, że częstochowska kawaleria zabezpiecza właśnie miejsce wybuchu, a Sebastian Krawczyk, ksywa Mutant, jest kimś, z kim najbardziej chciałaby teraz porozmawiać. Nie martwię się tym. Mój prawnik z pewnością dobrze wykonuje swoją pracę.

– Musimy pogadać.

Znów chwila przerwy.

– Jeszcze nie teraz. Spotkajmy się tam, gdzie nikt nie wie, wtorek wpół do siódmej rano.

Koniec połączenia.

Człowiek, do którego dzwoniłem, wie, co robi. Ufam mu, bo sporo kosztuje mnie jego zaufanie. W następnej kolejności zamierzam skontaktować się z Wisienką. Chcę czy nie, muszę zadbać o swój towar. Marne trzy kilo zioła z wesela nic nie znaczą, za to w moich magazynach leży prawie półtorej tony suszu. Jeśli trafnie wytypowałem zamachowców, ich główną motywacją może być właśnie ten towar. Włączam komputer stacjonarny i czekając, aż system odpali, przeglądam swój notatnik. Oprócz numerów telefonów i wizytówek mam tam zapisane tak zwane neutralne adresy mailowe. Są bezpieczne, nie używamy ich do rozmów o interesach ani do wydawania bezpośrednich poleceń. Pod zakładką z literą W odnajduję adres Wisienki. Szybko zakładam fikcyjny mail, korzystając z jednorazowej komórki. Choć jestem przeciwnikiem cyfryzacji, wszechobecna kontrola zmusza nas do solidnego kombinowania. Dziesięć, piętnaście lat temu prowadzenie interesów było znacznie prostsze... Piszę: „Zapraszamy do wzięcia udziału w loterii. Do wygrania trzy tysiące złotych. Żeby przyłączyć się do zabawy, wystarczy napisać «potwierdzam» i wysłać w wiadomości zwrotnej”. Wiadomość zwrotna przychodzi po niespełna minucie. Od wybuchu w Zawadach Wisienka musi cały czas sprawdzać swoją pocztę. Wyjmuję kartę, zgniatam ją i rzucam komórką o ścianę.

Pięć minut później siedzę przy biurku i z komputera loguję się na forum fanów gry piłkarskiej FIFA. Wątek ten co zawsze: „Fifa – gdzie grać PC czy konsola?” Odnajduję komentarz użytkownika Cherry sprzed pięciu miesięcy. Klikam na jego profil i wysyłam prywatną wiadomość. System komunikacji jest bezbłędny i praktycznie niewykrywalny, głównie dlatego, że uczestniczy w nim raptem kilka osób – Pływak, Wiewióra, Rembrandt, Britney, Wisienka, były naczelnik urzędu celnego, wicedyrektor skarbówki, a do niedawna jeszcze Malwina i Jabłonka. Pomysł zrodził się kilka lat temu, gdy Rembrandt, wielki fan gry na konsolach, zorganizował w Częstochowie turniej w Fifę z pulą nagród sięgającą czterdziestu kawałków. Wzięła w nim udział masa forumowiczów. Chodziło głównie o wypranie kasy, ale wyniosłem z niego coś ekstra.

Wiadomość, którą wysyłam Wisience, brzmi: „Sprawy zabezpieczone? Co powiedziałem ci wczoraj w aucie?” Ostatnie pytanie jest kontrolne na wypadek, gdyby ten, kto zabił Malwinę, poszedł za ciosem, przewidział moje ruchy i w następnej kolejności zajął się Wisienką. Jedynym minusem takiej formy komunikacji jest czas. Na zwykłych czatach czy za pomocą esemesów wiadomości przychodzą dużo szybciej.

„Schowane w bezpiecznym miejscu. Dostałam opierdol za zbyt skrupulatne raporty. I tak na nic się zdały, jestem gówno warta...”

Tak, podobnie jak Jabłonka dała dupy i jest współodpowiedzialna za śmierć moich bliskich, jednak nie komentuję, tylko od razu przechodzę do konkretów: „Weź kilku najbardziej zaufanych ludzi. Pojedziecie na obrzeża miasta, okolica ulic Złotej i Legionów. Tam znajdziesz starą halę magazynowo-produkcyjną. Będzie pod nią stał czerwony tir marki MAN z naczepą. Terenu pilnuje trzech cieci. Są uzbrojeni w kałachy. Dwóch siedzi w budce na zewnątrz, jeden w kantorku przy rampie rozładunkowej. Zabij wszystkich. W budce są kluczyki do tira, hala zabezpieczona kłódkami. Szyfr 5238741. Załadujesz całe półtorej tony towaru i wywieziesz do Szarlejki. Hala jest wyposażona w wózki widłowe, więc w kilka osób uporacie się z tym w miarę szybko. W Szarlejce przy ulicy Polnej 124 stoi stary dom z wielką szopą. Właściciele to starsze małżeństwo. Powiesz, że przysłał cię pan Mutant. Nie będą zadawać pytań. Auto schowasz w szopie. Kluczyki zostawisz przy nadkolu. Nie próbuj przypadkiem pożyczać czegoś dla siebie. To zły pomysł. Najważniejsze: do Szarlejki pojedź sama! Koniecznie zabij cieci pilnujących hali. Włącz kilka jednorazówek i podaj mi numery, żeby miał z tobą kontakt. Dalsze instrukcje dostaniesz później”.

Zabijając swoich ludzi, wyślę wiadomość zarówno zabójcy Malwiny, jak i policji. Niech się głowią, kto skroił Mutantowi towar o rynkowej wartości przekraczającej cztery bańki. Poza tym to zabezpieczenie finansowe, gdyby coś poszło nie tak lub gliny jakimś cudem dostały pozwolenie zablokowania moich aktywów. Zioło w całości należy do mnie. Najchętniej zwinąłbym wspólny towar należący do Grupy. Ma wartość kilkunastu milionów euro, ale zbyt dobrze go strzegą, by powierzyć jego zdobycie Wisience. Chatka w Szarlejce na zachodnich obrzeżach Częstochowy jest bezpieczna. Starsze małżeństwo do końca życia będzie mi dozgonnie wdzięczne. Mają syna Wacława, kompletnego nieudacznika. Skończył zawodówkę i większą część życia pracował jako wózkowy w hipermarkecie. Od czasu do czasu lubił się napić, głównie w klubach należących do Grupy. Raz padł przy barze. Niby nic niezwykłego, dzwon jakich wiele, sęk w tym, że był sam. Ochroniarze oczywiście wywalili go za drzwi. Akurat tamtej nocy wpadłem do klubu golnąć dwa szybkie z jedną cizią. To wersja oficjalna, bo tak naprawdę wziąłem ją do klubu z nadzieją, że spotkam Malwinę i zaszpanuję świeżo wyrwaną sztuką. Chciałem jak zwykle zaparkować pod samym wejściem, ale nieprzytomny koleś blokował mi miejsce. Starszy mężczyzna próbował go właśnie podnieść.

– Zabierz go pan stąd albo zaparkuję na nim – warknąłem.

– Staram się – westchnął zrezygnowany. – To dobry chłopak, tylko trochę przygłupi. Za późno zdecydowaliśmy się na dziecko i mamy tego konsekwencje. Na jego obronę dodam, że dzisiaj naprawdę miał powód, by się schlać.

– Każdy codziennie ma jakiś powód – odburknąłem groźnie.

Starszy facet chwycił nieprzytomnego za chabety, usiłując pociągnąć wzdłuż chodnika. Wyglądali przy tym żałośnie.

– Ale nie każdy codziennie dowiaduje się, że jest chory na białaczkę! – krzyknął, stękając. – No dawaj, Wacek, podnieś się!

– Współczuję – powiedziałem bez ironii. Zawsze czułem sympatię do ludzi, którzy dowiadują się o ciężkich chorobach bliskich. Z problemami można sobie radzić, sposób ich rozwiązania zależy od silnej woli, charakteru i determinacji. Wobec choroby często nawet najtwardszy wojownik jest bez szans.

– Sam sobie współczuję – odparł mężczyzna, a nieprzytomny chłopak wyślizgnął mu się z rąk. – Leczenie jest cholernie drogie, on gówno zarabia, a mnie na nie nie stać. Będę musiał sprzedać dom, który sam wybudowałem trzydzieści lat temu, i przenieść się do jakiejś klitki na blokowisku. – Szarpnął syna za lewą rękę. – Panie, pomóż mi pan przeciągnąć tę łajzę. Będzie szybciej.

Nie mam pewności, czemu zamiast go zjebać, ewentualnie zmotywować widokiem glocka, chwyciłem chłopaka za drugą rękę.

– Skoro to taka łajza, w dodatku darmozjad, czemu chcesz sprzedać dom? – spytałem, ciągnąc Wacka po chodniku w stronę poloneza.

– Głupie pytanie. A co mam niby zrobić? Przecież to mój syn. Muszę mu pomóc bez względu na to, jaki z niego leń i nieudacznik.

Pozazdrościłem temu zalanemu chłopakowi. Mój ojciec w życiu by się dla mnie nie poświęcił. Zrobiło mi się żal człowieka. Był gotów sprzedać dom, byle zapewnić synowi zdrowie. Dlatego zaprosiłem go do swojego biura na zapleczu. Chwilę pogadaliśmy, strzelił ze mną kielicha, opowiedział o sobie i swoim gospodarstwie, a ja zaoferowałem mu dwieście tysięcy w gotówce na leczenie syna w zamian za wykorzystanie od czasu do czasu jego szopy, domu i garażu. Rzadko korzystałem z jego usług, głównie gdy przemycałem coś tylko dla siebie. Nikt z grupy nie wiedział o mojej tajnej miejscówce, nawet Malwina. Ostatnim, co schowałem w Szarlejce, były pociski moździerzowe podczas mojej pierwszej i jedynej próby handlu bronią wojskową. Jednego mogłem być pewien – towar, który tam trafiał, był całkowicie bezpieczny.

Wisienka odpisała na wiadomość: „Będzie wykonane. Zanim wstanie słońce, towar znajdzie się w Szarlejce. Bez obaw, prędzej dałabym sobie uciąć rękę, niż okraść człowieka, który mi zaufał w najgorszym momencie mojej pracy. Podaję numery 516887414, 504896325, 506922113, 604857364. Pierwsze dwa włączę dzisiaj, reszta zostaje na zapas. Jeszcze jakieś instrukcje?”

Każę jej zapłacić ludziom w Szarlejce dziesięć kawałków i dezaktywować konto na forum. Od tej pory będziemy się kontaktować tylko telefonicznie. Zapisuję numery na kartce, gaszę komputer i wychodzę z gabinetu. Do wtorku wyczerpałem wszystkie możliwości działania. Pozostał pusty dom i doba wyobrażania sobie, co dokładnie zrobię tym, których podejrzewam o zamach. Tak, mam cały ich krąg, a w mojej branży nie mogę bawić się w udowadnianie winy, dlatego żeby mieć pewność, muszę załatwić wszystkich.