Zabójcze ŚwiętaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

PAULINA ŚWIST

Paulina Świst – pseudonim literacki pisarki urodzonej w 1986 roku w Gliwicach. Z wykształcenia prawnik, prowadzi kancelarię adwokacką we Wrocławiu. Pełniła i pełni funkcję obrońcy w wielu postępowaniach sądowych: od spraw drobnych kradzieży, aż po procesy zorganizowanej przestępczości. Dla dobra klientów oraz własnego bezpieczeństwa musi ukrywać się pod pseudonimem. Wszystkie jej książki osiągnęły status bestsellerów (Prokurator, Komisarz, Podejrzany, Karuzela).

Dzień zaczął się wybornie. Najpierw złamałam obcas w ulubionych kozakach, potem dostałam zdjęcie z fotoradaru, następnie pokłóciłam się z matką, a wisienką albo – jak mówił Tomasz Hajto – truskawką na torcie okazał się telefon od mojego klienta, że muszę się u niego pilnie stawić. Jeszcze rok temu zabiłabym śmiechem każdego dzwoniącego do mnie w Wigilię z takim żądaniem, ale Mariusz Przytuła, pseudonim „Szary”, nie miał poczucia humoru. To po pierwsze. Po drugie przez ostatni rok postawiłam sobie za cel zaharować się na śmierć i przyjmowałam absolutnie wszystkie sprawy. W tym takich chorych pojebów jak Szary, bo nie miałam jakichkolwiek złudzeń – był psychopatą. A z nimi się po prostu nie dyskutowało. Dlatego też zaledwie pół godziny po tym telefonie stawiłam się „u niego”, czyli przed ogromną, metalową bramą aresztu śledczego przy ulicy Wrocławskiej w Bytomiu. Nacisnęłam domofon.

– Słucham. – Usłyszałam burkliwy głos.

– Obrońca Mariusza Przytuły. Na widzenie. – Starałam się brzmieć sympatycznie.

– Dziś?

– No tak. – Zatarłam zmarznięte ręce.

– W Wigilię? – Strażnik najwyraźniej nie dowierzał. Tak bardzo przypominał w tej chwili moją matkę, że nie zdołałam się powstrzymać.

– Nie, nie w Wigilię. Wpadnę w przyszłą środę, a teraz tylko się anonsuje.

– Aha. Proszę czekać. – Chyba dotarło do niego, że żartuję, ale nie brzmiał na rozbawionego.

No więc czekałam, stojąc jak skończony debil pod tabliczką „Areszt Śledczy w Bytomiu”. Poranek był pochmurny i szpetny. Plucha, dwa stopnie, marznący śnieg z deszczem. Okropny dzień. „Czy kiedy byłam dzieckiem naprawdę wszystkie święta przypominały te z reklam coca-coli, czy wspomnienia i sentymenty zatarły to, że zawsze było chujowo?” – zastanawiałam się. Nagle jakiś idiota w czarnym SUV-ie wjechał pod areszt tak szybko, że ochlapał mi cały płaszcz. Nie zdążyłam nawet zobaczyć jego gęby, zanim brama się otworzyła. Chciałam przejść bokiem, ale strażnik zaprzeczył ruchem głowy. Czyli miałam czekać dalej.

* * *

„Jeśli spróbujesz być w domu później niż o 14.00, to nie będzie seksu przez najbliższe dwa miesiące!” – przeczytałem wyrzut mojej wspaniałej królewny. „Zresztą co ty masz zamiar robić w więzieniu w Wigilię?”

„Grilla” – odpisałem i wyłączyłem telefon. Jezu, muszę z nią nareszcie zerwać, przecież nie da się z taką marudą wytrzymać. Jolanta, moja wspaniała dziewczyna, okazała się wcielonym złem, ale to oblicze poznałem, dopiero kiedy z nią zamieszkałem. Humoru nie poprawił mi fakt, że przed chwilą nieomal rozjechałem swoją byłą. Ona była adwokatem, ja policjantem, a Śląsk nie był wcale taki duży, jaki się wydawał, ale przez rok udawało mi się uniknąć tego spotkania. Ewka, dla odmiany, od pierwszego dnia, kiedy ją poznałem, była wredną cholerą. Miała, jak mawiał mój dziadek, pysk jak wrota. Była zgryźliwa, wredna i sarkastyczna. Ale serce miała miękkie, w przeciwieństwie do Jolki, która nie miała go wcale.

– Cześć, Robert. – Wpakowałem się do stróżówki. – Weź przetrzymaj na chwilę tę laskę przed bramą, co?

– Chętnie, ale nie wiem, przez ile czasu mi się uda, bo potem mamy jakieś śmieszne spotkanie opłatkowe. – Robert uśmiechnął się szeroko. – Strasznie pyskata ta babka. Kto to? – Wpisał mnie w papiery.

– Mecenas Ewa Śliwińska, moja była.

– Stary, może i jest pyskata, ale wygląda zajebiście. – Wskazał ręką na obraz z kamery. – Czemu była?

Nie powiedział tego głośno, ale wiem, o czym pomyślał. Jola była od niej o trzy klasy brzydsza, poza tym kiedy ostatnio wpadł do mnie na browar, był świadkiem dramy, którą nakręciła. Takiej naprawdę konkretnej: z płaczem, wrzaskiem i teatralnym wyjściem z domu. Dlatego, że powiedziałem jej, że jajecznica była niedobra. Ja się z tego śmiałem, przywykłem, ale Robert wyglądał na zaskoczonego. „Stary, jaka wariatka. Uciekaj!” – skwitował. A ja uznawałem to za karę. Chyba mnie Bóg opuścił, że przez takiego psychola rozstałem się z Ewą. Znów w głowie rozległ się głos mojego dziadka: „Jak osłowi jest za dobrze, to idzie na lód tańczyć”…

– Zadaję sobie to pytanie od dobrych paru miesięcy. – Też popatrzyłem na obraz z kamery. Ewa stała przed bramą i patrzyła w kamerę z miną: „zgińcie!”. Nie mogłem się nie uśmiechnąć.

– To może coś z tym zrób? – Robert był gorącym zwolennikiem tego, żebym kopnął Jolkę w dupę, i najwyraźniej zwietrzył, że to może być dobra droga. – Spróbuj się z nią pogodzić.

– Stary, próbowałem. Nie ma szans. Dlatego przetrzymaj ją, ile tylko się da… Bo inaczej może być rzeź.

– Widocznie próbowałeś źle. Wszystkie laski lubią kwiatki i błyskotki. Trzeba było jej jakieś kolczyki kupić. I przeprosić, koniecznie z dużym bukietem róż.

Uśmiechnąłem się pod nosem. Choć nadal miałem do siebie pretensje o to, że to spieprzyłem, nie byłem w stanie nie dostrzegać zabawnej strony tej sytuacji.

– Ależ tak zrobiłem, mój drogi kolego. Powiedziałem, że nie wiem, co mi odjebało. Że Jolka to był tylko seks, a co więcej, że nigdy nie umawialiśmy się z Ewą na wyłączność, więc nie miałem pojęcia, że podchodzi do tego tak poważnie. Powiedziałem też, żeby o tym zapomniała i do mnie wróciła, bo za nią tęsknię. I wiesz, o co mnie zapytała?

– O co? – Robert wpatrywał się we mnie z zainteresowaniem.

– Uważaj to będzie cytat: „Z chuja spadłeś?”.

Robert zaczął się śmiać jak wariat.

– Dobra, idź załatw to przesłuchanie. Przetrzymam ją trochę.

* * *

– Proszę. – Strażnik otworzył bramę i wpuścił mnie na dziedziniec. Po półgodzinie!

Udałam się za nim do jego kanciapy. Sprawdził moją legitymację, wpisał dane do księgi i popatrzył na moją torbę. Była ogromna.

– Co pani ma w tej torebce?

Brakowało tam tylko kurwy i krokodyla, ale nie był to powód, dla którego miał robić taką minę i jeszcze bardziej przedłużać moje i tak nadzwyczaj długie oczekiwanie!

– Czosnek, gorący kubek, pół chleba, rabarbar i płetwy – odpowiedziałam, zanim zastanowiłam się, czy warto go prowokować.

* * *

Pokój widzeń był duży, stało w nim kilka stolików. Oprócz tego były trzy małe pomieszczenia oddzielone dodatkowymi drzwiami. Zazwyczaj policjanci prowadzili tam przesłuchania. Dziś wszystkie były puste. Wszedłem do jednej z pakamer, powiesiłem kurtkę na krześle i poczekałem, aż przyprowadzą kapusia. Miałem dosłuchać go na jakieś moim zdaniem średnio istotne okoliczności. Ale prokurator był perfekcjonistą i sobie tego życzył, w dodatku życzył sobie tego „na wczoraj”.

– Gdyby dalsze informacje były konieczne, to proszę znowu wpaść – powiedział typ i uśmiechnął się jak typowy Mirek, handlarz autami.

– Mam nadzieję, że nie – odburknąłem z wrodzoną sobie szczerością i wykręciłem numer na stacjonarnym telefonie połączonym tylko z centrum dowodzenia. – Skończyłem.

Strażnik zjawił się po kilku minutach i wyprowadził kolesia.

– Wrócę po pana za parę chwil – obiecał i zamknął drzwi.

Usiadłem na krześle i wpatrywałem się bezmyślnie w kraty w oknie. Ciekawe, kogo broni Ewa, że przychodzi tu w Wigilię. To musiał być ktoś ważny, bez powodu nie byłaby tu chyba w święta. Wywaliła mnie z Facebooka, nie miałem z nią kontaktu od roku, nie wiedziałem, co się u niej dzieje. Usłyszałem, jak ktoś otwiera drzwi, a po chwili głos Ewy. Nie dało się go pomylić z żadnym innym. Głęboki, zachrypnięty, ale seksowny jak cholera.

* * *

Słusznie przewidziałam, że strażnik da mi popalić za moje głupie teksty. Najpierw grzebał się z papierami, a potem z drobiazgowością godną lepszej sprawy przetrzepał mi torebkę.

– Witamy w Bytomiu – powiedział takim tonem, że byłam pewna, że na klienta poczekam jeszcze dwie godziny.

Powoli skierowałam się w stronę ewidencji.

– Mamy duże obłożenie. Policja przeprowadza czynności. Godzina czekania minimum. I to nie dlatego, że jestem złośliwy – powiedział kolejny strażnik.

Nie skomentowałam, choć byłam pewna, że to właśnie dlatego. Usiadłam na krześle i zaczęłam wpatrywać się w ścianę. Chyba trochę go wzruszyło, że się poddałam, bo kazał mi czekać tylko czterdzieści pięć minut. Potem wskazał mi ręką boczny korytarz, przeszłam przez kolejną bramkę i nareszcie stanęłam pod salą widzeń.

– Mam nadzieję, że przyprowadzenie Szarego, nie zajmie panu kolejnej godziny – rzuciłam do strażnika i wparowałam do pomieszczenia. Usiadłam przy stoliku i zrzuciłam kurtkę.

– Cześć, Młoda. – Usłyszałam za plecami i zamarłam. Wszędzie poznałabym ten radiowy głos. Mikołaj Skrocki. Miłość mojego życia. Skoro dorobił się tego zaszczytnego miana, to od razu było wiadomo, z jakim rodzajem faceta mamy do czynienia. Opiekuńczy, miły, pomocny i odpowiedzialny? Nigdy w życiu! Niegrzeczny i niedojrzały pojeb o skłonności do destrukcji? Oczywiście, że tak! Obróciłam się powoli. Wyglądał jeszcze seksowniej, niż wtedy kiedy ostatnio go widziałam. Chociaż był zmęczony, spięty i miał podkrążone oczy. Pewnie zapieprza dziesiątą zmianę z rzędu. W takich chwilach zwykle potrafiłam go nieco wyluzować. No cóż, w tej chwili jego stresująca praca to już nie mój problem.

 

– Cześć. – Opanowałam się, zanim zalała mnie fala wspomnień. – Wyglądasz jak kupa gówna. Jolka daje ci popalić?

– Tak. Moja dziewczyna jest kompletnie popierdolona. Tak jak przewidziałaś – powiedział z kamienną twarzą.

– Nie trzeba być do tego wróżką. – Nie darowałam sobie. – Poczekaj, będę zgadywać. – Uśmiechnęłam się. – Czas zabawy się skończył. I seksu też. Teraz masz sprzedać motocykl, kupić pierścionek i zrobić jej dwoje dzieci?

– Troje. Dwóch chłopców i córkę. – Uśmiechnął się szeroko. – Ale tu się już pogodziła z porażką. Aktualnie mnie nienawidzi, bo nie chcę wynająć większego mieszkania.

– Za wiele miejsca to ty tam nie masz – rzuciłam swobodnie. Pamiętałam jego chatę doskonale, zaliczyliśmy każdy jej metr kwadratowy. – Czemu jej po prostu nie wypierdolisz? – Nie powstrzymałam się.

– Powiedz tylko słowo, a nie ma jej za pięć minut. – Znów się wyszczerzył.

* * *

– Prędzej świnie zaczną latać, buraku – zwróciła się do mnie moim starym tekstem. Zawsze kiedy mnie wkurzała, nazywałem ją burakiem. Nie wiem, skąd mi się to wzięło, ale strasznie ją to bawiło, więc tak zostało. Wyobraziłem sobie, co by się stało, gdybym nazwał tak Jolkę. „Buraku? Tak się zwracasz do swojej dziewczyny?” – rozległ mi się w uszach piskliwy, pretensjonalny ton.

– Wielka szkoda. – Uniosłem brew. – Dawniej na święta byłaś dużo milsza. Do dziś mam gdzieś te puzzle…

Z rozbawieniem obserwowałem, jak się rumieni. Dwa lata temu powiedziałem jej, że na święta zwykle daję się namówić swoim siostrzeńcom, żeby jechać na MotoMikołaje – imprezę motocyklową. Była to fajna, świąteczna tradycja, podczas której dzieci dostawały cukierki i mogły pooglądać z bliska maszyny. Najwyraźniej słuchała mnie z uwagą, bo potem dostałem na święta puzzle. Obrazek przedstawiał jej nagą fotkę: tylko w czapce mikołaja i butach na moto.

– Coś kojarzę. Ułożyłeś je z Jolką czy to ją przerosło? Z tego, co pamiętam, miały sześćdziesiąt dziewięć elementów, a jej twarz zawsze wyglądała na nieskalaną myślą.

* * *

Patrzyłam, jak się śmieje, i czułam, jakby ktoś wbijał mi szpikulec prosto w moje żałosne serce. Ależ ja za nim tęskniłam! Czułam, że zaraz rozkleję się tak, że nie będzie ze mnie co zbierać, dlatego bardzo się ucieszyłam, kiedy usłyszałam dźwięki za drzwiami. Mikołaj cofnął się do pokoju dla policjantów. Skoro przyprowadzono mi Szarego, to znaczyło, że Miki zaraz wyjdzie. Strażnik otworzył drzwi i pochylił się nad kratą, która była dodatkowym zabezpieczeniem.

– Last Christmas I gave you my heart… – darł się Szary, który stał za strażnikiem. Był zdrowy psychicznie, choć jego zachowanie rzadko na to wskazywało.

– Szary, przestań. – Strażnik nadal walczył z kluczem. – Nie ma potrzeby robienia hecy. Jest już twoja pani adwokat. Zaraz sobie spokojnie usiądziesz... – przemawiał do niego jak do niesfornego dziecka.

– Fakt, dawno nie siedziałem. – Szary puścił mi oko i wydarł się jeszcze głośniej: – But the very next day you gave it away…!

Strażnik stracił cierpliwość. I do kraty, i do Szarego. Obrócił się gwałtownie w jego stronę.

– Co za dużo, to niezdrowo – powiedział i zamarł. Ja też, kiedy tylko zobaczyłam, co się dzieje na schodach za ich plecami.

– No, nareszcie! – Szary odwrócił się w stronę biegnących do niego więźniów. – Nie znałem trzeciego wersu, liczyłem, że się pośpieszycie.

– Czy wyście powariowali? – Głos strażnika był drżący. Nie miałam cienia wątpliwości, że bardzo się boi. – Co tu się dzieje?

– W historii nazywamy to po prostu buntem. – Szary uśmiechnął się, ale jego oczy pozostały zimne. – A teraz ściągaj mi kajdanki, to może nie pozwolę im się z tobą zabawić. – Wskazał ręką tłoczących się na schodach więźniów czekających tylko na jego sygnał. Zrozumiałam, że jego głośny śpiew to też był znak, że jest już pod salą widzeń i mogą ruszać. Nie miałam tylko pojęcia, jak udało im się uwolnić, było ich co najmniej dwudziestu. Strażnik bez cienia protestu zdjął mu kajdanki.

– Zabrać go – zwrócił się Szary do swoich kolegów, a potem przyjrzał mi się z ciekawością. – Dziękuję bardzo, pani mecenas. Wiedziałem, że mogę na panią liczyć. Chwilowo może tu być nieprzyjemnie, więc pozwolę sobie wrócić po panią później. – Wyjął klucz z kraty i uśmiechnął się sadystycznie. – Albo przyślę po panią kolegów. Zastanowię się. – Upewnił się, że niewypowiedziana groźba, abym się nie wtrącała, dotarła do mnie, a potem zamknął drzwi.

* * *

Zawsze miałem w życiu szczęście. Zrozumiałem to w momencie, kiedy się zorientowałem, co się dzieje za drzwiami. Cofnąłem się do pakamery tylko po kurtkę, co niewątpliwie uratowało mi dupę. Gdyby Szary się skroił, że ktoś oprócz Ewy jest w pokoju widzeń, a zwłaszcza że tym kimś jest policjant, to właśnie sprawdzałbym, czy istnieje życie pozagrobowe. Ewka weszła do pokoju i wpatrywała się we mnie ze strachem.

– Gdyby cię zauważył... – zaczęła.

– Nie zauważył – uciąłem krótko. Nie chciałem, żeby się rozkleiła. Była mi potrzebna w dobrej formie.

– A co zrobimy, jak wrócą? I jak zawiadomimy służby, przecież ktoś musi coś zrobić? Jakiś szturm?

– Yhym, ostrzelają ich z F-trzydzieści pięć, jak tylko je kupimy od Trumpa. – Zaczynałem być złośliwy, ale tak właśnie działała na mnie sytuacja zagrożenia. – Nikt nie będzie szturmował, wyślą tu psychologa policyjnego i będą się z nimi pierdolić jak z łodzią podwodną. Tak, żeby nic się im nie stało i żeby, broń Boże, nikt nie pozwał aresztu o naruszenie dóbr osobistych.

– To co zrobimy? Ty ich powstrzymasz? Nie za dużo Szklanej pułapki się, Miki, naoglądałeś? – Też zaczęła być wredna. Kolejny temat, na który zawsze się spinaliśmy. Ona była wielkim zwolennikiem praw człowieka, w tym więźnia, ja miałem je generalnie gdzieś, kiedy zagrażały bezpieczeństwu normalnych ludzi. Ale ten pomysł nie wydał mi się zły. To znaczy nie pomysł, by ich powstrzymać. Aż taki jebnięty nie byłem. Chciałem zabrać stąd siebie i ją, a potem spieprzać w podskokach. Dzięki jej nawiązaniu do Szklanej pułapki, już wiedziałem, od czego zacząć.

– Jesteś genialna. – Pocałowałem ją w czoło, zanim zdążyła się uchylić, i przeniosłem stół do pakamery. Potem władowałem się na niego. – Podaj mi krzesło – powiedziałem, a ona błyskawicznie to zrobiła. Wiedziała, kiedy lepiej wykonywać moje polecenia i się nie odzywać. – Mam kolegę na bramie, Roberta…

– Poznałam go. Nie lubię – wtrąciła.

– Nie miej żalu. – Waliłem krzesłem mocniej. Z dziedzińca dochodziły dzikie ryki. Miałem nadzieję, że w związku z tym więźniowie są na tyle zajęci samosądami i innymi przyjemnościami, że nie odnotują hałasu. – Był upierdliwy, bo go o to prosiłem. Nie chciałem się z tobą widzieć.

– Raz w życiu jesteśmy zgodni. – Usłyszałem wściekły ton z dołu. – Też wolałabym mieć ospę, niż oglądać twoją gębę.

Zachichotałem. Boże, jak mi brakowało tych jej zaczepek!

– A zawsze mówiłaś, że mam piękne, niebieskie oczy. – Ściana zaczynała ustępować.

– Kaprawe, złośliwe ślepia… – Domyśliła się, co robię i zaczęła mi pomagać, waląc drugim krzesłem nieco niżej.

– No i właśnie Robert mi kiedyś mówił przy browarze, jak mało było środków na remont jednostki i jaka kiepska firma wygrała ten przetarg. Wspomniał też, że większość ścianek w nowej części to ścianki działowe z karton-gipsu, tylko dla picu jakoś wzmocnionego. – Uderzyłem mocniej i wielka płyta nareszcie pękła. – I że z sali widzeń można przejść do kibla na korytarzu w ciągu paru minut. – Uśmiechnąłem się szeroko. – Yippee-ki-yay, motherfucker.

* * *

– Zmieścisz się? – zapytał, patrząc złośliwie na mój biust.

– Odwykłeś od lasek, które mają cycki, prawda? – Nie darowałam sobie pojazdu po jego płaskiej dziewczynie, przepychając łeb i biust przez powstałą dziurę. Trochę mi pomógł i po chwili byłam w toalecie. Zaraz za mną z wielkim trudem przepchał się Mikołaj, jeszcze bardziej rozwalając ścianę swoimi imponującymi barkami. Przed oczami stanęło mi, jak wyglądał bez koszuli, i aż zamrugałam, by odpędzić wizję tych silnych łap i ramion pokrytych tatuażami.

– Ten kraj jest nieprawdopodobny. Jak można dopuścić do czegoś takiego? – Otrzepałam ciuchy, by nie zauważył, co się ze mną dzieje, ale po tym, jak zmrużył oczy, zorientowałam się, że wcale mi się to nie udało. Na szczęście odpuścił temat.

– Po drodze do wyjścia są jeszcze kraty. Nikomu, w normalnej sytuacji nic by to nie dało. Zresztą na dole powinien być strażnik, który coś by usłyszał. Ale teraz mam wrażenie, że po pierwsze kraty są otwarte, a po drugie strażnicy mają zupełnie inne zajęcia.

Jakby na potwierdzenie z zewnątrz dobiegły nas jakieś okrzyki.

– Zostań tu – syknął cicho Mikołaj i podszedł do okna. – Właśnie wchodzą do budynku ewidencji, kilku strażników leży pobitych i związanych pod wejściem, ale pewnie zabrali im klucze. Jest ich stanowczo za mało, ale taki musiał być plan. Robert wspominał coś o spotkaniu opłatkowym.

– Szary nie jest głupi. Jestem pewna, że świetnie się przygotował do tego numeru. Nawet mnie tak wytresował, że był pewny, że przyjdę – rzuciłam ze złością. – O to mu chodziło, chciał być w tym budynku, kiedy zacznie się atak. Czyli muszą nie mieć dojścia do pawilonu głównego, tam gdzie jest większość cel.

– Mamy problem. – Odwrócił się od okna. – Zaraz będziemy mieli towarzystwo.

– Ilu? – zapytałam, ale po jego minie już wiedziałam, że nie jest wesoło.

– Trzech.

* * *

Jedynym moim atutem był element zaskoczenia. Wyglądali na wyluzowanych. Wcale im się nie dziwiłem, w końcu szli sobie odbić długi czas postu. Nie mogłem teraz myśleć o tym, co jej zrobią, jeśli tylko będą mieli okazję. Byłem pewny jednego: albo dam radę, albo po prostu mnie zajebią. To była jedna z tych sytuacji, z których można było wrócić z tarczą lub na niej. Wyjrzałem z kibla i oceniłem dostępne opcje. Podejdą do drzwi sali, które nadal były zamknięte. Korytarz był wąski, a w górę prowadziły schody. Za nimi zakręt i kolejne drzwi, przez które wprowadzano więźniów na widzenia. Rozjebałem jedyną oświetlającą korytarz żarówkę. Zapanował półmrok, wyciągnąłem za rękę Ewkę z kibla, potem wepchnąłem ją po schodach na samą górę i stanąłem przed nią. Usłyszałem głosy z dołu.

– Ciemno tu jak w dupie, światło zaś wysiadło. – Usłyszałem głos. Sylwetki były dość niewyraźne, ale nie wyglądali mi na chucherka.

– A do czego ci światło potrzebne? – rozrechotał się drugi.

– Popatrzyłbym sobie w trakcie.

– Popatrzysz kiedy indziej. Teraz szybka akcja, bo Szary się wkurwi. Kazał przyprowadzić ją w jednym kawałku.

– I przyprowadzimy, ale z nieco zwiększonym przebiegiem. – Usłyszałem i poczułem, jak żyłka na szyi zaczyna mi pulsować.

Jeden z nich wyjął zapalniczkę i odpalił papierosa. To wystarczyło bym ocenił sytuację. „Wóz albo przewóz” – pomyślałem i zbiegłem po schodach. Na pierwszy ogień poszedł ten, który właśnie wyjmował klucze – z całej siły wyrąbałem jego głową drzwi. Potem kopnąłem palacza tak, że z rumorem spadł ze schodów. Został jeden, ale był w takim szoku, że szybko powaliłem go na ziemię i zarąbałem z byka w nos tak mocno, by mieć pewność, że szybko nie wstanie. To jeszcze nie był koniec.

– Ewka, obszukaj ich. Bierz klucze – rzuciłem do niej i zbiegłem w dół. W samą porę, gdyż trzeci z nich starał się właśnie wyjąć krótkofalówkę.

* * *

Podbiegłam do leżących gości i szybko ich przeszukałam. Jeden z nich miał przy sobie klucze. Zabrałam je i po omacku zeszłam w stronę Mikołaja. Na dole było nieco widniej, zauważałam zarysy postaci. Mikołaj walił w faceta jak w worek treningowy. Dobrze wiedziałam, że to buzująca we mnie adrenalina sprawia, że mam ochotę mu się oświadczyć i być jego niewolnikiem do końca życia. W końcu właśnie mi je uratował. I uchronił mnie przed zbiorowym gwałtem. Zadał ostatni cios i popatrzył na mnie.

– Mieli krótkofalówki? – zapytał przez zęby, wstając znad jęczącego faceta.

– Nie. Mieli tylko to. – Podałam mu klucze.

Przed nami była ciężka, metalowa krata. Zgodnie z jego przewidywaniami otwarta.

– Tych na górze nie będzie słychać, ale ten w razie czego może nam narobić kłopotu – zastanowił się.

Bez słowa ściągnęłam pończochy i mu je podałam.

– Ładne. – Uśmiechnął się. Wepchnął więźniowi jedną do ust, a drugą związał mu ręce za plecami.

* * *

Zerknąłem na klucze i od razu wiedziałem, że nie ma tam tego, którego najbardziej potrzebuję, czyli do głównej bramy. To sprawiało, że mój elokwentny plan – uciec z nią z tego miejsca, natychmiast i jak najdalej – nie miał najmniejszych szans powodzenia.

 

Przestroiłem krótkofalówkę na policyjną częstotliwość, ale najwyraźniej już o wszystkim wiedzieli, bo Szary właśnie przedstawiał swoje żądania.

– Helikopter. Wasz pilot zostaje na miejscu, mam tu swojego i wolę lecieć z nim. Śmigłowiec zatankowany, żadnych numerów. Pieniądze mam, a wy nie, więc nie kłopoczcie się okupem. Na Pyrzowicach ma czekać samolot. Kiedy tylko będę tam, gdzie chcę, to dam znać moim chłopakom i wszystkich uwolnią. Nie wiecie, którzy to, i ciężko wam będzie ocenić, kto z tysiąca ludzi na terenie tej jednostki mi pomagał, a kto nie. Oczywiście strażnicy część poznają, ale głównie tę, którą zabieram ze sobą, albo tę, która niewiele ma do stracenia. Monitoring już wam nie działa, a to, co na nim było, przepadło.

– Panie Przytuła, zdaje pan sobie sprawę, że te żądania są bardzo wygórowane – zaczął policyjny psycholog takim głosem, że byłem absolutnie pewien, że właśnie narobił ze strachu w kalesonki.

– Wysłali kogoś takiego na rozmowy z Szarym? – Ewka też nie dowierzała.

– A kogo mieli wysłać? W tym kraju nie ma terrorystów, nie ma więc kto z nimi negocjować, a ten chłopaczek może i ma wykształcenie, ale na co dzień zajmuje się pewnie tłumaczeniem policjantom, czemu zostawiły ich żony.

– Bo się puszczają na lewo i prawo?

Wiedziałem, że durne odzywki to jej sposób na walkę ze stresem, więc nie skomentowałem. Szary znów zabrał głos.

– Oj tam, oj tam. Pan nie przesadza. Mógłbym chcieć jeszcze dziesięciu milionów dolarów i wtedy dopiero byłby kwik. Ale teraz uważajcie, bo zaczyna się robić zabawnie. Pewnie zastanawiacie się, co się tu dzieje i skąd moja pewność siebie. Lwia część waszej kadry jest w jednym pomieszczeniu, bo postanowili podzielić się opłatkiem i zaśpiewać razem Lulajże, Jezuniu. Najpierw ich tam zamknęliśmy, a potem poinformowaliśmy, żeby nie próbowali wychodzić, bo założyliśmy na drzwiach bombę. Od dwóch lat jeden z waszych strażników przymykał oko na paczki, które dostawałem. Opłacało mu się to. A tam było od zajebania semtexu. Twardo stałem na stanowisku, że to dodatkowa glina na zajęcia z garncarstwa, ale szczerze wam powiem, że nigdy nie kręciło mnie lepienie waz. No, to tyle ode mnie. Macie godzinę. Aaa, i jeszcze jedno. Siedzę i się nudzę. Będę więc odpalał po jednym strażniku co dziesięć minut, chyba że zobaczę wasze działania. A żeby nie przyszło wam do głowy uznać, że to ich ryzyko zawodowe, to mam tu jeszcze panią adwokat. Ją też odpalę, ale najpierw postaram się, by się wszyscy dobrze z nią zabawili, a filmy z tego będę wrzucał na waszego Facebooka, żeby cały świat się dowiedział, jak chujowo jesteście zorganizowani. Fajny plan, nie? – zachichotał. – Ja Wisła, ja Wisła! Grab, bez odbioru! – rzucił tonem Lidki z Czterech pancernych.

* * *

– No popatrz, a ja myślałam, że on mnie lubi. – Cała się trzęsłam. Mikołaj nic nie powiedział, tylko mnie przytulił. A potem przestawił częstotliwość na tę, którą porozumiewali się więźniowie.

– Zapierdalaj po tego pilota. Nie wiem, gdzie mają klucze do głównego budynku, lej ich tak długo, aż któryś ci powie! Że też nie mógł się załapać na pracę poza zakładem jak reszta! – Głos Szarego już nie był taki spokojny.

Zrozumiałam, skąd uwolniła się pierwsza grupa więźniów. Musieli przejąć kontrolę podczas powrotu transportu z pracy na wolności.

– Dobrze, Szary, przeszukuję stróżówkę – padła odpowiedź. Uniosłam głowę i zerknęłam przez okno. Rzeczywiście, w stróżówce paliło się światło.

– Długo jeszcze, Karol? – Tym razem pytanie skierowane było do kolesia, który leżał kilka metrów od nas, bo zaczął coś pojękiwać, ale moja pończocha skutecznie uniemożliwiała mu gadkę.

– Mamy niewiele czasu. Szary zaraz wyśle tu kogoś, by to sprawdzić. – Mikołaj wstał. – Nie mam żadnego pomysłu. Jeśli rzeczywiście podłożył tę bombę, to nie będę w stanie nic zrobić.

Widziałam, jak silnie ma zaciśniętą szczękę. Dobrze go znałam, domyśliłam się, że na tym spotkaniu musi być jego kolega. I wtedy mnie natchnęło.

– Cela sto siedem, pawilon B. Antoni Noga.

– Co? – Patrzył na mnie, jakby mi odbiło.

– Antoni Noga to mój klient. Saper. Ma do odsiedzenia jeszcze pięć lat, nie grypsuje, porządny chłop. Głęboko wierzę, że jest niewinny, ale sprawa jest na etapie kasacji. Pomoże nam, powiedz mu, że tu jestem i że to będzie argument na jego korzyść. Nawet jeśli wyrok się utrzyma, z pewnością zasłuży na prawo łaski. I powiedz mu, że jeśli nie uda mi się go po tym wyciągnąć, to zeżrę własną togę.

Popatrzył na mnie z niedowierzaniem.

– Pozna po tym tekście, że to ja. Często mu to mówiłam. – Uśmiechnęłam się.

– Pójdzie na to? – Przyglądał mi się z niepokojem.

– A mamy inne wyjście?

* * *

Stanąłem przy drzwiach, a potem, schylając się obok muru, przebiegłem dziesięć metrów, które dzieliły mnie od stróżówki. Część związanych strażników patrzyła na mnie z błaganiem o pomoc, ale nic nie mogłem dla nich w tej chwili zrobić.

– A to sobie je pozamykali… Jak w więzieniu. – Usłyszałem chichot i zajrzałem do środka. Facet dorwał się do jakiegoś sejfu i pochylony nad nim przebierał w kluczach. – Ale nareszcie, mam. – Więzień obrócił się do mnie, myśląc pewnie, że jestem którymś z jego kumpli.

– Dziękuję, stary. – Walnąłem go z całej siły w ryj. A potem zabrałem mu krótkofalówkę, broń, którą najwyraźniej zakosił strażnikom, i klucze. Zamknąłem go w stróżówce i rozwiązałem strażnika, który wyglądał na najprzytomniejszego.

– Mikołaj Skrocki. KWP Katowice – przedstawiłem się krótko. – Rozwiąż kolegów, uzbrójcie się, w co się da, i czekajcie tu. Żadnych ruchów, póki nie wrócę, rozumiesz?

– Tak – odparł.

– Cela sto siedem?

– Za dwiema bramami, pierwsza po prawej.

Ruszyłem w stronę budynku.

* * *

Zobaczyłam, że Mikiemu udało się wejść do głównego pawilonu, i odetchnęłam z ulgą. Po kilku minutach wyszedł, prowadząc obok siebie Nogę.

– Co tam się, kurwa, dzieje? – zatrzeszczała krótkofalówka. Szary był coraz bardziej zniecierpliwiony. – Sprawdź to, Arek, jesteś najbliżej wyjścia.

Uświadomiłam sobie, że jeśli ktoś teraz wyjdzie, to zobaczy Mikołaja jak na dłoni. Zerknęłam w stronę strażników, ale nadal nie byli uzbrojeni. Zresztą większość była w szoku. Mogłam zrobić tylko jedno. Wybiegłam z budynku i stanęłam prosto w oślepiającym blasku latarki bandziora, który właśnie wyszedł z drzwi budynku ewidencji.

– A gdzie Karol i reszta? – Popatrzył na mnie czujnie.

– Chyba ich nieco wymęczyłam – powiedziałam z głupim uśmiechem. – Poza tym załatwili skądś litra, chyba ze stróżówki i nie chcieli się z wami dzielić. Uciekłam im, mówiąc, że idę do toalety. Odprowadzisz mnie do Szarego? – Podbiegłam na schody i otarłam się o niego. Myślałam, że puszczę pawia, ale zrobiłabym teraz wszystko, byle nie zauważył Mikołaja stojącego na środku ciemnego dziedzińca. – Mam dla niego propozycję.

Na szczęście nie grzeszył specjalnym intelektem, bo zaczął się głośno i obleśnie śmiać.

– Chodź. – Przepuścił mnie w drzwiach i klepnął w tyłek.

* * *

– Idiotka. Pierdolona idiotka – wysyczałem.

– Pani mecenas bywa narwana – powiedział spokojnie Noga. Widać było, że był żołnierzem i przeżył niejedno, bo zachowywał o wiele zimniejszą krew niż ja. – Ale to ma plusy, nie zrobiła tego bez powodu. Wykorzystajmy moment, kiedy ich trochę zajmie i w tym czasie idźmy do socjalnej świetlicy uwolnić strażników. Z pewnością mają broń – mówił sensownie.

– A jak ich zajmie? Myśli, że ich przegada? – Byłem wściekły, ale już działałem. Kiwnąłem ręką w stronę strażników.

– Każda bomba z semtexu zajmie mi parę minut. Poza tym nie może ich być zbyt wielu, w transporcie było około dwudziestu.

– Kilku wyeliminowałem.

– A kilku Szary z pewnością ma przy sobie. Buta go zgubi, nie przewiduje kłopotów.

Wbiegliśmy do budynku. Na szczęście świetlica była na parterze, a przed nią tylko dwóch gości, którzy zajęci byli oglądaniem telewizji. Błyskawicznie ich obezwładniliśmy, strażnicy zaczęli wyrównywać z nimi rachunki, a Antoni zajął się ładunkiem.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?