Zabójcze ŚwiętaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– W takiej mgle nie wychodzimy – powiedział. Ale widział, że nie uwierzyli. – Na pozór nasze góry są niskie i bezpieczne – dodał – ale więcej tu zaginięć niż w Tatrach.

– Naprawdę? – Jacek zaśmiał się krótko i sięgnął po komórkę.

– Naprawdę. Prawdziwych zaginięć. Nieodnalezionych...

– Kurde! – Jacek się zdenerwował. – Moja komórka nie działa.

* * *

Kobieta wyszła przed chatę. Mgła wylewała się zza jej pleców niczym śnieżna lawina, tyle że jakby w zwolnionym tempie.

Pochyliła się, jakby chciała dotknąć progu, i ciężko opadła na kolana. Okręciła się i usiadła.

– Gut – wyszeptała zmęczona. – Teraz tylko czekać, tylko czekać...

Mgła płynęła jak rzeka, płasko przy ziemi. Ramiona wiedźmy wystawały ponad tą rzeką niczym skała. Kobieta wciąż poruszała dłońmi. Nie mogła przestać. Mgła musiała płynąć. Pośród gór, pośród lasu, w dolinach strumieni, pośród skał czarnych i samotnych. Poprzez dziś i jutro, i w poprzek wszystkich czasów. Aż znajdzie to, czego szuka. Aż znajdzie i przyprowadzi swojej pani nowe życie.

* * *

Trzy dni minęły jak z bicza strzelił. Seks, alkohol, wędrówki po górach. Śniegu za mało na narty, ale podobało im się na trasie do kopalni Stanisław. I na Wieczornym Zamku. Był wtorek rano, kiedy zaczęli się rozjeżdżać. Jacek lubił, kiedy rankiem zostawali w łóżku dłużej niż trzeba. Przygotował Małgorzacie śniadanie. Chyba, kurwa, naprawdę się zakochał. Podał jajecznicę, gotowaną kiełbasę, no i płatki na mleku dla Małgorzaty.

Jakoś jej nie smakowały.

– Potrzebuję czegoś kwaśnego – skrzywiła się.

– A co ty, w ciąży jesteś? – zapytał Jacek.

– Wypluj te słowa. – Uśmiechnęła się od ucha do ucha. – Piliśmy trzy dni, alkohol wypłukał sole mineralne...

– Naprawdę? – Wydawał się zaniepokojony. – Tabletki bierzesz, prawda?

– Borę, biorę – burknęła. I sięgnęła po jajecznicę. Chryste Panie, jak te góry potrafią człowieka uczynić głodnym!

A potem Jacek znosił z pokoju ich bagaże, a ona siedziała w progu. Gospodarz przyjechał po klucze. Usiadł koło niej i patrzyli na niebieskie niebo. I na modrzewie na śniegu. Wcale nie łyse, żółte. Przymroziło im igiełki, ale drzewa wciąż broniły się przed zimowym snem. Buki już dały za wygraną, ale modrzewie walczyły. Na kopułach Zielonej Kopy i Wysokiego Kamienia tworzyły jasnożółte liszaje w bezmiarze szarej zieleni świerków. Gdzieś wysoko w bezkresie nieba samolot wypluwał z siebie biały warkocz gazów.

– Nie rozwiewa się. – Krzysiek chronił oczy dłonią od niskiego słońca. – Jeśli się nie rozwiewa, to znaczy, że wiatru gdzieś tam w górze nie ma. Znaczy, że pogoda jest murowana.

– Będziemy mieli dobrą drogę w słońcu. – Dziewczyna się uśmiechnęła.

– Ale uważać trzeba. Jedziecie na wschód, więc słońce za plecami, ale ci, co jadą z naprzeciwka, będą oślepieni.

– Jacek jest dobrym kierowcą – powiedziała. – Bardzo dobrym.

I nagle przypomniał się jej zakrwawiony człowiek, którego minął na drodze przed kilkoma dniami.

– No jak? – Jacek trzasnął zamaszyście drzwiami. – Gotowa?

W rękach taszczył ich wielkie torby, przez ramię przewiesił oba laptopy.

– Widzę, że wracamy do rzeczywistości. – Spojrzała na jego wyprasowaną białą koszulę. Nie miała pojęcia, jak to robił, że zawsze był taki wyprasowany.

– Pięknie, prawda? – Rozejrzał się zadowolony. Zawsze, kiedykolwiek tylko ze sobą spali, budził się zadowolony. Jak dzieciak.

Pożegnała się szybko. Nie pozwoliła sobie na myśl, że może lepiej z takim facetem jak Krzysiek patrzeć w gwiazdy nawet na tym końcu świata, niż chodzić do łóżka z dyrektorem kreatywnym. Są myśli, których nie powinna dopuszczać do głosu dziewczyna po trzydziestce.

Zjechali z Polany w pełnym słońcu, ale kiedy tylko wjechali pomiędzy drzewa, wpadli w cień zimny i siny. Drzewa były zmrożone jesiennym szronem.

„Jakby ktoś zamroził czas” – pomyślała.

Jechali wolno. Bardzo wolno, bo Jacek szukał RMF-u. Ale radio milczało.

– Kurde, co za koniec świata! – zdenerwował się. – Nie lubię prowadzić bez muzyki!

– Patrz! – Chwyciła go za ramię.

Podniósł wzrok i odruchowo wyhamował. Za szybą stały w dwóch szeregach wysokie świerki całe srebrne od szronu. Droga biegła pośród drzew prosto w górę, jak strzelił. Ale nie było widać, jak daleko się ciągnie, bo sto metrów przed nimi na drodze stała mgła. Niebiesko-biała. I, jak mogłaby przysiąc Małgorzata, pulsująca. Nie, nie... to tylko złudzenie.

– O, ja pierdzielę! – Jacek wcisnął gaz i samochód potoczył się w górę. Pięćdziesiąt metrów, jeszcze trzydzieści. Zatrzymał się tuż przed niebiesko-białą ścianą. – Widzisz to? – Czarnecki zaśmiał się nerwowo. – Jakby ucięta nożem, nie? – Otworzył drzwi i zwolnił pas bezpieczeństwa.

– Nie wychodź – powiedziała cicho Małgorzata.

– Co mówisz?

– Nie wychodź, proszę.

– Chyba się nie boisz?

– Nie boję się, ale nie chcę wychodzić.

– E tam! – Dyrektor kreatywny trzasnął drzwiami.

Zrobił te cztery kroki szybko i zdecydowanie. Mgła była gęsta. Tak gęsta, że wzrok niknął w niej natychmiast. Nie było widać nawet pobliskich drzew.

– Kurde. – Spojrzał na bok. Drzewa stały w mrocznym cieniu wyraźne i pewne. Jakby narysowane grubą kreską w jakimś komiksie.

Ściana mgły stała na drodze niczym mur.

– Nie wierzę. – Roześmiał się. Wyciągnął rękę i włożył w biały całun. Zniknęła. Poruszył palcami. Czuł, jak się ruszają, ale widział nie dalej niż do nadgarstka. – Chodź tu, chodź zobacz to – zawołał. – Ręka mi znika.

– Nie wyjdę – krzyknęła Małgorzata.

Jej głos w samochodzie zabrzmiał niewiarygodnie głośno.

– Chyba się nie boisz czarownicy – zaśmiał się. I zrobił krok do przodu.

– Jacek! – krzyknęła.

Za późno.

Zobaczyła tylko, jak zniknął. Nagle i niespodziewanie.

– Jacek, ty świrze! – Szarpnęła drzwiczki. Z pasem nie poszło jej tak łatwo, jakby samochód nie chciał jej puścić. Palce nie potrafiły wcisnąć tej pieprzonej blokady. Uwolniła się, przebiegła wokół auta i wskoczyła za kierownicę.

Ruszyła wolno.

„Żebym tylko go nie najechała w tej mgle” – poprosiła w duchu samą siebie.

Nie była dobrym kierowcą. Prawo jazdy zdała za pierwszym razem i nawet jej się to podobało, ale nie miała wielu okazji, żeby prowadzić. Nie miała swojego auta, a w pajero, Jackowej dumie, zajmowała miejsce po prawej stronie. Czasami myślała nawet, że obiecał to żonie. „Żadna dziwka nie będzie prowadziła naszego samochodu!” – mogła sobie łatwo wyobrazić, jak Ewka robi mu awanturę. Kobiety w pewnym wieku mogą wybaczyć mężowi zdradę, ale nie pozwolą sobie na to, żeby ktokolwiek robił porządek w ich torebkach. Albo samochodach. Zresztą może źle ją oceniała... Drgnęła, kiedy mgła zamknęła się jak ocean wokół auta. Włączyła wycieraczki, ale na nic się zdały. Wciąż miała przed oczami białą pustkę. Samochód toczył się wolno, ale i tak czuła wstrząsy. Jakby już nie jechała po drodze.

– Przecież nie skręcałam nigdzie – powiedziała do siebie. – Nie skręcałam!

Rzucało nią jednak tak, jakby jechała po kamieniach. Albo może po korzeniach, nie umiała rozpoznać.

– Boże, Boże – poprosiła.

Za późno. Pajero przechyliło się nagle w przód i w lewo.

Krzyknęła. Przerzuciła na wsteczny. Wcisnęła gaz lekko, bardzo lekko. Samochód powoli zsuwał się przed siebie. Nacisnęła gaz do oporu. Wskaźnik obrotomierza skoczył gwałtownie. Auto szarpnęło jak ranne zwierzę. Silnik wył. Ale samochód powoli, bardzo powoli osuwał się w przód. Otworzyła drzwi, wciąż wciskając z całej siły gaz. Pożałowała, że nie przestawiła fotela, zanim ruszyła, może wtedy mogłaby docisnąć go jeszcze bardziej. Nagle poczuła wilgoć. Spojrzała pod nogi. Woda sączyła się do środka. Czarna. Lepka. Zimna.

– Au! – krzyknęła Małgorzata. I wtedy to poczuła. Woda śmierdziała. Śmierdziała starym, gnijącym bagnem. – Jezu! Przecież nie było tu bagna! Przecież bym pamiętała.

„Muszę uciekać” – zrozumiała dopiero wtedy, gdy woda sięgnęła jej lewego kolana.

Wyciągnęła rękę po klamkę, złapała ją, bo drzwi nie były otwarte na oścież. Szarpnęła. Ale bagno nie chciało oddać swojej zdobyczy. W każdym razie nie bez walki.

– Glurp. – Usłyszała.

I jeszcze raz. Silnik się dławił. Pajero przechyliło się w lewo. Zaparła się o kierownicę i spróbowała oprzeć na czymś lewą nogę. Ale woda zdążyła już ją pochwycić.

Łzy popłynęły Małgorzacie po twarzy, ale nie chciała się poddawać, szarpnęła jeszcze raz i drugi.

Nic.

Zaczęła wyciągać nogę powoli. Gdyby nie but, pewnie udałoby się od razu. Czarne kozaczki car shoe Prady. Osiemset złotych za parę. Zamek od stopy do połowy łydki. Trzeba je wciągać jak buty do konnej jazdy. Pieprzona Prada! Napięła wszystkie mięśnie.

Udało się. Woda zabrała but, ale stopa była wolna. Zaparła ją o ramę drzwi, wyprostowała i rozciągnięta jak struna dosięgła klamki z prawej strony.

Klamka puściła, ale ciężkie drzwi nie chciały się otworzyć. Pajero przechylało się coraz bardziej w lewo.

– No, nie odemknę – zapłakała. – Nie odemknę, Chryste.

Wtedy to zobaczyła. Przycisk elektrycznego otwierania szyby.

„Przecież silnik zalany” – pomyślała, ale wyciągnęła rękę jeszcze raz. Nacisnęła. Szyba otworzyła się szybko i gładko. Zobaczyła nad sobą błękit nieba. Mgła musiała ustąpić. Chwyciła ramę okna obiema rękami, zaparła się o kierownicę i wyczołgała. W ostatniej chwili, bo samochód właśnie się poddał i zaczął powoli lewą stroną pogrążać w topieli. Spróbowała stanąć, ale kiedy tylko odrobinę wyprostowała nogi, o mało nie zsunęła się na powrót w czeluść kabiny mitsubishi. Kucnęła i trzymała się rękami krawędzi otworu bocznej szyby. Mgły wokół nie było. I nie było lasu. Pod nią bagno, ale tuż obok, dosłownie o metr, wiła się ścieżka pośród traw białych od szronu. I na tej ścieżce ciągnął się równy szereg śladów. Poczuła, że należą do Jacka.

 

Łzy płynęły ciurkiem, ale nie wpadła w histerię. Była z siebie nawet dumna. Będzie, jeżeli skoczy. Zwinęła się jak sprężyna i odbiła z całej siły.

* * *

Stara siedziała w progu i trzymała w dłoniach końce mgły. Mgła nie była już szeroką rzeką. Nie była nawet strumieniem. Była już tylko nicią. Długą i wciąż mocną, ale już tylko nicią. I nie musiała być niczym innym. Przecież wykonała swoje zadanie. Kobieta czuła, że w sieci, którą uplotła, coś się szamoce. Coś dużego. Nie ptak. I nie jeleń. Człowiek. Przecież uplotła sieć na człowieka.

Westchnęła na myśl o tym, co musi teraz zrobić. Wiedziała, że nie można inaczej. Że traci siły. W przyrodzie było przecież tak, właśnie tak: zając pożera liście, kot pożera zająca, pies chwyta kota, wilki zaduszą psa. Ona była wilkiem. Może już ostatnim? Jej towarzyszki nie dały rady. Zadrżało im serce. Z miłości albo z lęku. Albo roztrwoniły swoją siłę, żeby zdobyć bogactwo. Albo władzę. Ale ona, przedwieczna, umiała być cierpliwa. Nie lubiła tego, co musi. Ale niewiasta musi czasem zrobić to, czego nie lubi. Niekiedy nawet ukryć się gdzieś poza czasem. Jej własny czas minął już dawno temu. Całe wieki temu schodziła do wsi w dolinach popatrzeć na mężów w stali, na kolorowe targowiska, na taniec i na śpiew. Wtedy sama chciała tańczyć. Całować. Pokochać.

– Ech. – Wzruszyła ramionami i zaczęła zwijać niteczkę mgły jak kłębek wełny. Wciąż był tak samo mały, ale przecież ciągnęła. Ciągnęła najmocniej, jak umiała. Szeptała słowa, których użyć można tylko wtedy, kiedy naprawdę można ich użyć. Nie lubiła tych słów. Ale tak to już jest w świecie ludzi. Nie wszyscy mają tak samo dobrze. Albo tak samo źle. Nie była pewna, czy teraz ona ma dobrze, czy raczej nie. Nie była przecież potworem. Musiała tylko robić swoje.

Plotła słowo za słowem. Nici, które trzymała w ręku, stawały się coraz twardsze. Coraz bardziej obce. Czuła, że słabnie. Łatwo jest złowić ptaka. Człowiek to co innego. Człowiek potrafi być silny. Potrafi zagłuszyć słowa. Ale tylko taki, który ma w sobie wiarę. Jeśli ma jej dość, umknie. Ale tylko dlatego, że była słaba. Miała do siebie żal, że czekała tak długo. Może zbyt długo.

– Wilczyca nie może płakać nad koźlęciem – powiadała jej babka, Ta Która Odeszła Pośród Gromu. Babka była mądra. Mówiła, że nadejdzie dzień, kiedy serce Plotącej Mgłę nie będzie miało dość sił, żeby zadać ból. A wtedy trzeba odejść. Może rację miały te, które odeszły, żeby spotkać miłość? Mieć prawdziwe dziecko zamiast wieczności. Wieczność jest trudna w pojedynkę.

Nić stała się twarda niczym drut.

– Gut – szepnęła. – Już blisko.

Wtedy go zobaczyła. Na końcu jej nici Jacek Czarnecki w śnieżnobiałej koszuli i odprasowanych spodniach, ubłoconych i mokrych, szedł jak we śnie.

– Tfu, urok sobaczyj. – Splunęła.

Mężczyzna nie był jej potrzebny. Coś poszło nie tak. Może dlatego, że była już słaba. Zbyt słaba na taki czar. Nawinęła nić do końca i kiedy stanął przed nią, podniosła się ciężko z progu i odrzuciła przepocone włosy.

Był od niej wyższy. Gruby. Dobrze odżywiony. Nadawałby się na biskupa. Przysunęła nos do jego piersi, a potem podniosła wyżej, ku szyi i wciągnęła powietrze. Mężczyzna ani drgnął. Plotąca nasyciła swój czar wywarem z bielunia, więc wydawało mu się, że jest szczęśliwy. Powąchała go uważniej. Z bliska. Z takiego bliska, że włoski na jej brodzie dotknęły jego skóry. Zadrżała. Dotykanie mężczyzny zawsze wywoływało u niej taki dreszcz.

Ale nie to było ważne. Poczuła od niego silną woń ciężarnej kobiety.

– Ej, to dlatego słowo cię tu wywiodło – westchnęła. – Niewiastą wieje od ciebie.

Pojęła, że musi wypleść mgłę od nowa. Nie mogła wyssać mężczyzny. Kim by się wówczas stała?

Sięgnęła za pazuchę i wyjęła kościany nóż, który podarowała jej babka. Miał dziwny, zaokrąglony kształt, nie nadawał się do cięcia, bo przecież stworzono go tylko po to, żeby wchodził w ciało i zostawiał jedną półokrągłą ranę. Z tych, które nie są bardzo bolesne, ale pozwalają, żeby krew wypłynęła szybko. Jak z ptaka.

– Nu, z toboj szto? – Popatrzyła mu w oczy bez gniewu.

Nie reagował.

Czar trzymał go mocno. Nie była aż tak słaba.

– Sidij – powiedziała.

A on usiadł. Nie bez trudu, bo brzuch nie pomaga, jeśli masz usiąść wprost na ziemi.

– Gut – pochwaliła go.

I przyjrzała się jedwabnej koszuli. Nie widziała jeszcze nigdy materii tak lśniącej i miękkiej. Nie żeby go dotknęła, ale przecież widziała, że to niezwykła rzecz. Przez moment pomyślała, że dobrze byłoby go rozebrać, ale natychmiast zganiła się w duchu. Nie może się wystawić na pokuszenie.

Podeszła bliżej i zamierzała wbić nóż w pierś Czarneckiego. Nawet nie drgnął, kiedy na koszuli pojawiła się czerwona plamka. Niewielka, bo zdążyła tylko przeciąć naskórek, kiedy zobaczyła na skraju polany właśnie ją.

Małgorzata szła po śladach swego mężczyzny.

– Gut! – ucieszyła się wiedźma. Więc jednak czar przywołał ich oboje.

– Halo! – Dobiegł ją głos dziewczyny. – Jacku!

Wiedźma nie miała już czasu do stracenia. Pchnęła nóż głębiej i powiedziała kilka szybkich słów. Krew trysnęła, sznur puścił, mężczyzna przewrócił się na ziemię i powoli w nią wsiąkał. Topniał jak śnieg.

– Jacku! – Dziewczyna biegła.

Stara obejrzała się w jej kierunku i zobaczyła, że dziewczyna jest ładna. Ma jeden but. Złożyła ręce jak do modlitwy i ugniotła ze sznura nowy czar. Słaby. Ale wystarczy. Przecież nie musi przeciągać jej przez próg czasów. Wystarczy ją po prostu spętać.

– Leć! – Wyrzuciła dłonie przed siebie.

Małgorzata zatrzymała się w pół kroku. Nie mogła uwierzyć, że Jacek znika na jej oczach.

„To bagno” – pomyślała. „Ta chata stoi na bagnie”.

– Jacku! – krzyknęła.

Usłyszał, rozwarł ramiona, jakby chciał się oprzeć pochłaniającej go topieli, zobaczyła, jak unosi głowę, ale...

Nagle zniknął.

– Och! – jęknęła.

Rozejrzała się wokół. Szron. I mgła. Mgła pełzła po ziemi niczym żmija – zygzakiem, wybierając pomiędzy kępami pomarzniętych traw najniżej położone miejsca. Zatrzymała się u stóp Małgorzaty. A potem uniosła się na kilkanaście centymetrów. Zupełnie jakby to była nie mgła, ale głowa żmii.

Dziewczyna była tak zaskoczona, że na moment zapomniała o Jacku. Nie. Nie zaskoczona. Zafascynowana. Jakby to była naprawdę kobra. Kobra, która potrafi sprawić, że nie umiesz oderwać od niej wzroku.

Nachyliła się, żeby popatrzeć z bliska.

Koniuszek mgły przekrzywił główkę na bok. Dziewczyna przyklęknęła na lewe kolano. Wyciągnęła dłoń, żeby dotknąć stworzenia, tak jakby chciała je pogłaskać. Mgła cofnęła się lekko, a potem skoczyła do gardła.

Małgorzata szarpnęła się jak spłoszony ptak. Ale już było za późno. Sznur mgły zacisnął się na grdyce z ogromną siłą. Upadła na ręce. Straciła oddech. Ale tylko na moment. Przecież jest z Warszawy, potrafi walczyć. Podniosła się z czworaków na klęczki i spróbowała wcisnąć palce pomiędzy skórę na szyi i biały całun. Nie dało rady! Wtedy stara szarpnęła. Z taką siłą, że dziewczyna upadła.

– Pójdź! – zaskrzeczała wiedźma.

Małgorzata poczuła, że coś ją ciągnie. Nieubłaganie i nieodparcie.

Zaparła się kolanami o ziemię, odgięła kręgosłup do tyłu i spróbowała pochwycić strużkę mgły obiema rękami, żeby choć trochę poluźnić nacisk. Ręce przeszły przez biały sznur, nie napotykając żadnego oporu. Stara szarpnęła, a dziewczyna nawet nie zdołała pomyśleć, co się dzieje, kiedy upadła na twarz.

„Chryste” – pomyślała. I zrozumiała, że jest za późno. Za późno, żeby się modlić. Czuła, jak zadzierzgnięta wokół szyi nić, której nie mogła uchwycić, choć ją widziała, ciągnie ją powoli i nieustępliwie w stronę chaty. Z całej siły uczepiła się dłońmi ziemi przed sobą. Poczuła, jak zamarznięta trawa rozcina naskórek. Ale nie poddawała się. Zaparła się jeszcze bardziej i przylgnęła do ziemi najmocniej, jak mogła.

– Szur, szur. – Stara przyciągała ją rytmicznie.

„Jezu!” – zawołała w duchu dziewczyna. „Nie mam siły!”

Zobaczyła, jak za jej nagimi dłońmi na szronie malują się czerwone plamy krwi. I straciła przytomność.

Stara poczuła, że teraz idzie już lżej.

– Gut – szepnęła. – Gut, gut, ptasino.

Przysiadła w progu i spokojnie zwinęła biały kłębek do samego końca. Kiedy dziewczyna była już tuż-tuż, wiedźma trzepnęła lekko dłonią, w której trzymała koniec nici, a ta opadła lekko jak piórko z szyi leżącej. Stara podniosła kłębek na wysokość oczu i dmuchnęła w niego czule, a mgła rozpłynęła się w powietrzu rześkim i ostrym.

– O! deń krasiw dziś. – Uśmiechnęła się do łąki i do odległych sinych gór. – Mocno krasiw.

Podniosła oczy ku niebu. Słońce patrzyło na nią bez sympatii. Ale i bez nienawiści. Patrzyło z pogodną akceptacją, z jaką matka patrzy na swoje dziecko, kiedy ono odkrywa, jak łatwo można zdeptać ślimaka. Albo turkucia podjadka.

– Pójdź, krasiwa moja. – Stara poczłapała w kierunku leżącej, a kiedy się nad nią pochyliła, jej sztywne, brudne szare włosy opadły wokół twarzy jak akacjowe strąki. Odgarnęła je niecierpliwie i chwyciła Małgorzatę za rękę. Poczuła puls dziewczyny. Oszalały i miałki. Jakby strużka wody płynęła po kamieniach.

– Ha... – mruknęła i swoim rogowym nożem zrobiła małą dziurkę.

Dziewczyna drgnęła. Otworzyła oczy akurat wtedy, kiedy czarownica otworzyła swoją żyłę.

– Jezu… – Szarpnęła się, ale nie dokończyła zdania, bo stara wpakowała jej swoją rozciętą żyłę prosto w usta.

– Pij! – warknęła.

Małgorzata poczuła słodki posmak cuchnącej posoki. Zwymiotowała. Stara chwyciła ją za gardło. Wbiła paznokcie w skórę i uniosła dziewczynę do góry. Na kolana. Była zadziwiająco silna. Ale teraz już nie musiała oszczędzać mocy. Była o krok.

– Pij! – Przesunęła paznokciami drugiej ręki po wytrzeszczonych ślepiach dziewczyny tak szybko, że dziewczyna ledwo zdołała zamknąć oczy.

Piekący ból przeszył Małgorzatę. Poczuła ciepło krwi na policzkach.

– Pij!

Teraz była posłuszna. Zaczęła ssać. Nerwowo. Jak głodne szczenię. Po chwili nie czuła już odrazy. Czuła spokój. I ciszę.

Stara uniosła do ust jej rozcięte przedramię i wessała się w nie jak pijawka. I trwały tak tyle czasu, ile trzeba, żeby ich krew zmieszała się ze sobą. I z krwią dziecka, które poruszyło się w dziewczynie pierwszy raz.

Zdziwiła się, ale nie przelękła. Z każdym łykiem krwi wiedźmy spływał na nią spokój i pewność, że tak jak jest, jest dobrze.

Kiedy skończyły, siedziały obok siebie na zmrożonej trawie i patrzyły, jak zrywa się wiatr. I jak zaczyna kołysać twardymi źdźbłami. I jak zamarznięte kropelki rosy uderzają o siebie cichutko. Ding-dong... ding-dong...

– Słyszysz? – szepnęła stara.

– Tak. – Małgorzata się uśmiechnęła i zafascynowana patrzyła, jak rozcięcie na jej przegubie zabliźnia się i wygładza. Jakby nigdy nie miała w sobie żadnej rany.

– Moja krew. – Stara skinęła głową. – Moja krew i twoja młodość. Moja mądrość i twoja wiedza. Moja dusza i twoja dusza.

– Będzie bardzo bolało? – Dziewczyna czuła, że to dopiero początek.

– Nie. Nie bardzo. – Stara pogłaskała ją po policzku. – Masz w sobie czędo... dziecko znaczy. Zresztą lepiej, żebyśmy były piękną niż bestią, prawda?

Małgorzata milczała.

– Piękną. Więc mnie będzie bolało bardziej. – Wiedźma uderzyła rękami o kolana. – Chodźmy.

Podniosły się i weszły do chaty.

– Dawno nie sprzątałaś. – Dziewczyna rozejrzała się po kątach. Pajęczyny, zioła, klatka z ptakami, słoje z nieprzejrzystego szkła, w których czaiło się coś mrocznego, księgi w skórzanych oprawach. Niewiele ich, ale grube. Podeszła do półki ze słojami. Podniosła jeden i przekrzywiła tak, żeby ciemny płyn odsłonił zawartość. W środku siedziało dziecko. Miało może kilka dni, kiedy tam trafiło.

– Silny czar – powiedziała stara miękko. – Kiedyś ponimiesz.

– Chcesz mojego dziecka. – Dziewczyna położyła rękę na brzuchu.

– Nie. – Stara pokręciła głową. – Twoje czędo, niewiasta będzie następną Plotącą. Świętą Dziewicą. Strażniczką Mgły i Panią Ognia. Moja wnucka.

– Jak to?

– Nie rozumiesz, córko?

– Córko?

– Tak... Nie ma innej rady. Dziewicą trzeba być, żeby panować nad mgłą. I nad ogniem. I nad wiedzą.

 

Małgorzata rozejrzała się jeszcze raz. Popatrzyła na kocioł. Stygł już. Jeszcze tylko odrobina białej mgły kręciła się wolno na samym dnie. Włożyła tam rękę i owinęła ją sobie wokół palca. Tak... poczuła jej drżenie. Mgła żyła. A dziewczyna czuła, że jeśli każe jej iść, mgła pójdzie.

– Jak to może być?

– Moja krew, twoja krew. – Stara się uśmiechnęła. – Już czas.

Usiadły na drewnianej ławie jedna naprzeciw drugiej.

Stara wyciągnęła gdzieś spod swoich spódnic flaszę z niebieskiego kryształu.

– Amethystos. – Pokazała dziewczynie. – Naczynie duszy. Wypijesz. I zrozumiesz. A potem wszystkiego nauczysz małą. – Wyciągnęła rękę i dotknęła brzucha Małgorzaty, a dziecię poruszyło się po raz drugi.

Sięgnęła po swój nóż z rogu.

Wbiła go w pierś i zakręciła trzy razy. Patrzyła w oczy swojej córki, kiedy jej dusza spływała rogowym nacięciem wprost do butli. Kropla po kropli. Czternaście kropel czarnych jak noc. Kiedy spadła ostatnia, stara osunęła się na ziemię jak wyschnięty snop.

Małgorzata wyjęła butlę z jej dłoni.

Przechyliła do ust. Ale nic się nie stało.

– Aaa! – Pogrzebała w myślach i znalazła odpowiednie słowa. Wyszeptała je szybko, nerwowo. Przytknęła butlę do ust. Czternaście kropel rozpłynęło się w jej ustach. W jej żyłach. W jej trzewiach. W jej sercu i mózgu.

Ptaki trzepotały jak oszalałe pięć dni i pięć nocy. Nie bały się już czarów. Bały się, że pomrą z głodu. Słońce wstawało i zapadało. Truchło starej rozpadało się w pył, gwiazdy wirowały, a Małgorzata spała, jakby już miała nie żyć. Widziała łąkę przed domem. Jak zarasta lasem. Jak ludzie przychodzą i odchodzą, jak karczują las, jak budują domy i huty. Poznała to miejsce. Widziała we śnie to, co było, i to, co będzie. Jak się rodzą góry i jak się rozpadają światy. A kiedy dotarła do krawędzi snu, zrozumiała, że musi zawrócić. Że dalej może iść tylko dziewica. Że jej zadaniem jest karmić ptaki i uczyć dziecko liter, których nie rozumie. Światów, których nie widziała. Wiedziała, że dusza czarownicy mieszka teraz w małej. W Maleńkiej. We wnuczce. W duszy nienarodzonej, tej, która będzie wyplatać mgłę.

– Moja krew i twoja krew. – Otworzyła oczy. – Moja mądrość i twoja wiedza. Moja dusza i twoja dusza.

Poczuła się głodna. Głodna jak wilk. W końcu kobieta w ciąży ma swoje prawa. Pomyślała o Jacku. Biedny głupek. I pomyślała o pajero. Przecież upleść czar, który go odnajdzie i wydobędzie, nie jest chyba wielkim problemem.

– Ha! – Pokiwała głową. – Ale jak go zatankować? Jak sprowadzić kanisterek ropy z dwudziestego pierwszego stulecia?

– Sójka. Użyj sójki. – Usłyszała w głowie głos starej. I głosy innych starych. Wszystkich Plotących Mgłę dziewic, jakie żyły przed nią na tej izerskiej polanie. Czternaście wiedźm. Po jednej kropli za każdą duszę.

– Muszę tu posprzątać – westchnęła. I pomyślała, czy jeśli ściągnie sobie telewizor, to da się odbierać Mam talent. Wiedźmy w jej głowie milczały. Sięgnęła pod łóżko i wyciągnęła kuszę. Czas upolować coś na obiad.

* * *

Dyrektor kreatywny Jacek Czarnecki przebudził się we mgle szarej jak oczy wilka. Leżał tuż obok drogi w mokrej ziemi. Mrok zapadał szybki i cichy.

– Kurwa jego mać – zaklął. – Co oni dają do picia w tych Izerach?

Głowa bolała go jak na wielkim kacu. Pamiętał jakieś obrazy. Miał już kiedyś tak po jakimś dopalaczu, który wymieszał z kokainą. Zapiekło go w piersi. Sięgnął ręką. Lepkie.

– Co za gówno?! – Usiadł i popatrzył na swoją dłoń. – Krew!

Wtedy sobie przypomniał.

Zerwał się na równe nogi i zaczął biec jak szalony. Żeby uciec przed tym, co działo się w jego głowie. Buty, stworzone do tego, żeby chodzić po warszawskich salonach, ale nie do tego, żeby biegać nocą po lesie, przemokły niemal od razu. Brakowało mu tchu, ale biegł, bo to, przed czym uciekał, przerażało go jak najgorszy sen.

Mgła rzedła i gdzieś za krzakami zamajaczyły światła. Usłyszał pomruk silnika.

– O, ja pierdzielę. – Przystanął i oparł się dłonią o pień drzewa. – O, ja pierdzielę.

Wiedział, że jeszcze parę kroków i będzie uratowany. Będzie między ludźmi.

Zebrał siły. Kiedy rozgarniał gałęzie, któraś rozcięła mu policzek, ale nawet nie czuł bólu. Dopadł asfaltu. Gdzieś z lewej zobaczył kolorowy neon. Zaczął biec w tamtą stronę. Mgła rzedła. Czuł ulgę.

– Bombaj – przeczytał. – Bombaj!

Zrobił jeszcze krok, kiedy nagle omiotły go światła, a on pomimo tych świateł zobaczył siebie. Siedział za kierownicą pajero i kręcił tak, żeby ominąć...

– Stój! – wrzasnął do siebie, ale tamci w samochodzie nie usłyszeli. Nie mogli usłyszeć w tym pisku opon. Pajero wyrzuciło z rury kłąb dymu i zniknęło w mroku. Jacek obrócił się akurat w tej chwili, kiedy ciężarówka wypadła zza zakrętu.

„Kurwa mać” – pomyślał i rozdarła go na strzępy. ■