AwersTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– W jakim sensie? – Kobieta natychmiast złapała przynętę.

– Trochę fiksuje – rzuciła Kamila. – Wie pani, zapomina o włączonym gazie albo wpada w taki stan przygnębienia, że przez dwa dni nie można się z nią porozumieć.

– Przenosi się do własnego świata – dodałem z miną pełną troski.

– Rozumiem. Trzeba by ją dokładnie przebadać, ale wydaje mi się, że to już poważne objawy alzheimera.

– Tak, babcia ma to właśnie chyba! – ucieszyłem się, że wreszcie doszliśmy do konsensusu.

Dyrektorka popatrzyła na mnie łaskawszym wzrokiem najedzonego pytona, którego nie interesuje następny królik. Przynajmniej na razie.

– A gdyby babci się spodobało, to ile kosztuje, żeby mogła zostać na dłużej, hę? – zapytała Kamila. Znów poczułem w jej pytaniu drwinę. Zadała je dokładnie tak, jak to robi Zembi, cholera, znaczy Dżesi. Ale to mogłem zauważyć tylko ja, bo dyrektorka zobaczyła w nim coś zupełnie innego. Dlatego oczy zapłonęły jej pożądliwym blaskiem.

– Wiecie państwo, nasz ośrodek jest szczególnym miejscem. U nas tak samo jak sprawy doczesne, a może nawet bardziej, liczy się opieka duchowa. My tu przygotowujemy naszych podopiecznych na spotkanie z Panem, z którym i my się kiedyś w końcu spotkamy.

Powiedziawszy to, przeżegnała się i pocałowała jakiś pierścionek, który miała na wskazującym palcu. Mało brakowało, a parsknąłbym śmiechem, bo od razu wyczułem w tym fałsz i do tego jeszcze kiepską grę prowincjonalnej aktorki. Ale na szczęście Kamila znała mnie lepiej niż ja siebie. Wkroczyła do akcji błyskawicznie.

– Niech pani mówi ile, bo nie mamy czasu na pierdoły. Za ile możemy wam ją oddać?

Na chwilę zapadła cisza, a ja wstrzymałem oddech. Była naprawdę niezła. Bezbłędnie zagrała burą sukę. Musiałem się wtrącić.

– Moja żona nie to chciała powiedzieć. Chodzi o to, że chcemy dla babci jak najlepiej i pieniądze się nie liczą aż tak bardzo. Oczywiście szanujemy je, bo ciężko na nie pracujemy, ale wie pani, że dla ukochanej osoby jesteśmy w stanie zrobić wiele.

– Rozumiem, bardzo się cieszę. – Dyrektorka pokiwała głową. Już poczuła, że ma nas w garści. Nie wiedziała tylko, jak bardzo się myliła.

***

– Dasz sobie radę? – zapytałem, gdy pół godziny później usiadłem naprzeciwko babci w dość ascetycznie urządzonym pokoju. Niewiele było tu mebli. Tylko szafa garderobiana, metalowe łóżko z Ikei i prosty drewniany klęcznik ustawiony pod ścianą, na której powieszono ascetyczny krzyżyk z malutką figurką Chrystusa. – Nie ma tu radia ani telewizora – zauważyłem, rozglądając się dookoła.

– Nic nie szkodzi, zabrałam kryminały. – Wskazała na wielką walizkę, która wydała mi się podejrzanie ciężka, gdy niosłem ją z samochodu. – Był już u mnie jakiś oślizgły klecha i powiedział, że za dodatkową opłatą mogę mieć msze tylko dla siebie.

– O, to jak indywidualny masaż w spa. I co, wykupiłaś sobie abonament?

– Powiedziałam mu, że mam własną linię z Panem, hi, hi! Zdziwił się, więc mu pokazałam telefon i wyjaśniłam, że kiedy potrzebuję, dzwonię do niego, a on ze mną rozmawia. Nawet okiem nie mrugnął. Widać tu wszyscy mają bezpośrednie łącza z żydowskim Jahwe.

– Dlaczego z żydowskim?

– A niby z jakim? Przecież w tym antysemickim kraju wszyscy modlą się do żydowskiego Boga, do jego syna Żyda zrodzonego z Żydówki, która jest na dodatek królową Polski. Jak w tym kraju może być dobrze, skoro ludzie żyją w stałym dysonansie poznawczym. Nic dziwnego, że sobie z tym nie radzą i w końcu dostają pomieszania zmysłów, wybierając do sejmu antysemitów, łajdaków, ksenofobów, homofobów i innych popaprańców. Gdybyśmy pozostali przy wierze naszych ojców i czcili Światowida, myślę, że byłoby nam znacznie lepiej.

– Nie mów tego głośno, bo cię stąd od razu wyrzucą – upomniałem ją, wychodząc z pokoju. – I dzwoń codziennie.

Nie zadzwoniła ani razu. Dopiero w piątek o 13.50 połączyła się ze mną po raz pierwszy.

Piątek, 12 lipca

Godzina 13.45

We wtorek przez cały dzień tylko leżała na łóżku i czytała książkę. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie ta cholerna pielęgniarka, która przyłaziła tu co godzinę i pytała, czy aby czegoś nie potrzebuje. Nie potrzebowała niczego, tylko świętego spokoju. Książka Krajewskiego wciągnęła ją bez reszty i nie miała ochoty na żadne głupoty.

– Słuchaj, kochana – powiedziała do kobiety, która ubrana była w szarą zakonną sukienkę. – Nie mam na nic ochoty, a jak będę miała, to ci powiem. Jestem tu pierwszy dzień i chcę zostać sama, żeby się w spokoju nacieszyć ciszą i zagłębić w słowa Pisma. – Wskazała na książkę, którą sprytnie wsadziła w czarną, plastikową okładkę ze starego podręcznika, dzięki czemu z daleka wyglądała jak Biblia.

– Rozumiem panią, ale my mamy w obowiązkach chodzenie do każdego pokoju i pytanie przynajmniej co godzinę, czy czegoś nie trzeba, żeby nasi pensjonariusze czuli się zaopiekowani.

– No, jeśli co godzinę będziecie mi włazić w moje życie, to ja nie wiem, czy się zdecyduję przyjść do was na stałe.

– A, jak na stałe, to nie. Niech się pani nie przejmuje. Do stałych rezydentów chodzimy już tylko na badania i na posiłki. A jak ktoś jest na parterze, to mu się tylko daje jeść. Pełny spokój.

– Aha. To ja bym chciała na parter.

Pielęgniarka pokręciła głową.

– Tam nie. Pani się nie nadaje. Tam tylko ci, którzy się z Panem pojednali.

Matylda poczuła, że robi się jej zimno. Czy to znaczy, że na parterze leżą żywe trupy? Nie ma co, miła perspektywa. Mam nadzieję, że nigdy nie trafię do takiego przybytku. Lepiej już sobie w łeb palnąć, niż dać się położyć w takiej umieralni – myślała, spoglądając w pogodną twarz siostry.

– Więc nic mi nie trzeba i niech siostra w miarę możliwości da mi spokój.

– A co z kolacją?

– Kolację zjem.

– W pokoju czy w jadalni?

– Dzisiaj w pokoju. Muszę się dopiero zaaklimatyzować – wyjaśniła.

Siostra dała już jej spokój. Przyszła tylko z kolacją, na którą składała się miseczka płatków z jogurtem, pomarańczka i szklanka soku jabłkowego. Matylda była nawet zadowolona z takiego menu. Nigdy nie jadła ciężkich kolacji. Płatki z jogurtem wystarczyłyby w zupełności. Po zjedzeniu wróciła do czytania, lecz oczy same jej się zamknęły. Miała wrażenie, że zasnęła tylko na chwilę, ale gdy przebudzona spojrzała na zegarek, okazało się, że była godzina czwarta nad ranem. Zasnęła o siódmej wieczorem, czyli spała dziewięć godzin. Jak to możliwe? Od lat nie zdarzyło się jej przespać całej nocy. Zazwyczaj budziła się co dwie, trzy godziny, a tu naraz dziewięć? Przecież to niemożliwe. Może to powietrze? No tak, była w końcu nad Wisłą, w leśnej okolicy. To musiało mieć związek z dobrym snem. Obudziwszy się, zabrała się znów do książki i czytała aż do śniadania. Po śniadaniu znowu zasnęła. To jej się wydało nad wyraz dziwne.

– Jak się pani spało? – zapytała pielęgniarka. Tym razem starsza od tej wczorajszej.

– Dobrze. Dawno tak nie spałam. Chyba nadrabiam braki z domu. Tam byłam ciągle niewyspana.

– To tutejsze powietrze. Ono doskonale działa na organizmy naszych pensjonariuszy. Śpią jak zabici.

I naraz zaczęła się domyślać, w czym rzecz. Najprawdopodobniej podawano jej środki nasenne, by czuła się zrelaksowana i wypoczęta. Tydzień na prochach i będzie mogła spać tylko tutaj. Po powrocie do domu ludzie myślą, że tylko tu będzie im dobrze. Niezła sztuczka. Trzeba się przekonać, czy to rzeczywiście tak działa, bo może jest po prostu przewrażliwiona.

Wieczorem nie wypiła soku do kolacji. Popiła wodą z kranu i poszła do łóżka czytać. Czytała tak jak w domu, do jedenastej, i dopiero wtedy zgasiła światło, by pójść spać. Z zaśnięciem męczyła się jak dawniej, przez godzinę, a potem spała z przerwami przez kilka godzin. O piątej wypiła wreszcie sok i zbudziła ją dopiero siostra o dziewiątej, na śniadanie.

Teraz już wiedziała, że relaks w Niebiańskim Domu to bujda na resorach. Z rehabilitacją też nie było najlepiej. Codziennie masaż całego ciała przed południem, a po południu trening na siłowni we własnym zakresie. Tylko ta opieka duchowa rozwinięta na wysokim poziomie. Poranna msza odbywała się codziennie, podobnie jak wieczorna, a oprócz tego jeszcze w różnych porach dnia były te na specjalne zamówienie. Nie poszła na żadne nabożeństwo. Nie miała ochoty. A ksiądz się nie narzucał. Owszem, przychodził i pytał, czy nie chciałaby przyjść, ale ona wskazywała tylko na swój telefon.

– Mam bezpośrednią łączność – powtarzała i spoglądała w górę. Wobec takiej poufałości z Bogiem ksiądz musiał być całkowicie bezradny.

W końcu w nocy ze środy na czwartek postanowiła się rozejrzeć. Odczekała do drugiej i wyszła z łóżka na bosaka, żeby nie robić hałasu. Na korytarzu nie było nikogo. Wiedziała już, że nocą żadna z dyżurnych sióstr nie chodzi po pokojach. Za to ona pochodziła po zakamarkach swojego piętra, sprawdziła, gdzie są wyjścia i schody, przeliczyła wszystkie drzwi i wróciła do łóżka, zadowolona z wykonanego rekonesansu. Następnej nocy zdecydowała się pójść dalej. Spokojnie więc przeszła korytarzem w kierunku schodów. Wszędzie panowała grobowa cisza, więc wydawało się jej, że stopy klaszczą głośno o linoleum. Ale to było tylko złudzenie. Cisza aż dzwoniła w uszach. Przystanęła przy schodach. Wybrała zejście na dół. W myślach parter cały czas nazywała umieralnią, więc chciała przekonać się na własne oczy, co tam się dzieje. Wyszła na korytarz, zastanawiając się, co się stanie, gdy kogoś spotka. Nic nie będzie. Powie, że zabłądziła. Starzy ludzie przecież często się mylą i błądzą po nocy. Ona też mogła.

Na dole nie było żywego ducha. Gdy przeszła korytarz w połowie, naraz zdało się jej, że słyszy płacz. Podeszła do drzwi, za którymi rzeczywiście ktoś cicho szlochał. Nacisnęła klamkę i weszła do środka. W pokoju panował półmrok. Na lewo od drzwi stało łóżko. Ale nie takie, na jakim spała w pokoju na górze. To było inne, wyższe i bez pościeli. Leżał na nim zupełnie nagi mężczyzna. To, co od razu rzucało się w oczy, to przywiązane do boków łóżka pasy, którymi skrępowano mu nogi i ręce. Był całkowicie unieruchomiony. Podeszła do niego. Gdy ją ujrzał, natychmiast zamilkł. W jego oczach dostrzegła przerażenie.

 

– Co panu jest? – zapytała najspokojniej, jak potrafiła.

– Oni mnie zaraz zabiorą.

– Dokąd?

– Do Pana.

– Jak to? Co pan mówi?

– Wiozą mnie w ostatnią drogę. Proszę, nie pozwól im. Ja nie chcę. Boję się.

– Nigdzie pana nie zawiozą!

– Mają zastrzyki. Wstrzykną mi i pójdę ścieżką Pańską prosto na łąki niebieskie… Boże, nie chcę! – krzyknął. – Boże, nie, Boże, nie, nie, nie chcę, Boże, nie chcę, nie chcę, nie chcę!

Mężczyzna wyrzucał z siebie słowa jak w transie. Jego oczy uciekały w górę i w dół, a ręce i nogi zaczęły się wyrywać z pasów. Naraz z jego gardła wydobył się przeciągły ryk.

–Auuuuu! – zaskowyczał jak ranne zwierzę.

Odskoczyła od łóżka ku drzwiom. I wtedy te drzwi się otworzyły. Stanęła twarzą w twarz z księdzem. Ten najwyraźniej osłupiał ze zdumienia na jej widok.

– Co pani tu robi? – powiedział ostrym tonem, a krzyczący mężczyzna ucichł i zastygł jak rażony paralizatorem.

– Zabłądziłam i usłyszałam, że ktoś krzyczy.

– Niech pani idzie do swojego pokoju.

– A co z nim?

– To chory człowiek. Bardzo chory.

– Ale on…

– Czy coś mówił?

Pokręciła głową.

– Tylko wył i płakał.

– Niech pani już idzie. Ja z nim zostanę.

Popchnął ją delikatnie ku drzwiom. Gdy wychodziła, usłyszała spokojny głos księdza.

– Uspokój się już, Wiesławie. Teraz wszystko będzie dobrze. „Choćbym chodził ciemną doliną, zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną”.

Do rana już nie mogła zasnąć. Zadzwoniła więc do Marcina, lecz jego telefon milczał. Nie lubiła pisać SMS-ów, ale się przemogła. Opisała wszystko, co widziała, i wysłała wiadomość. Dzięki temu poczuła się nieco spokojniejsza. Gdy była w milicji w wydziale dochodzeniowo-śledczym, pracowała przy wielu śledztwach związanych z morderstwami. Napatrzyła się na trupy z obciętymi głowami, rękami czy nogami, widziała wisielców, ludzi zastrzelonych i utopionych. Nikt jednak nie zrobił na niej takiego wrażenia jak ten człowiek na dole, który był przekonany, że idzie na śmierć. Gdy następnego dnia zapukał do niej ksiądz, powiedziała, że ma poczekać na korytarzu, bo jest nieubrana. Chwyciła telefon i wybrała połączenie z Marcinem. Odebrał.

– Słuchaj i nie gadaj – rzuciła do słuchawki. Zdążyła jeszcze wyciszyć go całkowicie, tak by nie było słychać głosu dobiegającego z drugiej strony. Dlatego to ona musiała mówić głośno i wyraźnie, zanim chłopak zrozumie, w czym rzecz. – Proszę, niech ksiądz wejdzie.

– Nie przeszkadzam?

– Nie, proszę.

– Chciałem zapytać o to, co pani wczoraj widziała. Czy pani…?

– „Choćbym chodził ciemną doliną – weszła mu w słowo – zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną”. Dlaczego mu ksiądz recytował akurat ten psalm?

– Te słowa najlepiej trafiają do tych, którzy czują się zagubieni – stwierdził duchowny, siadając na fotelu naprzeciwko łóżka.

Godzina 13.50

– Miał pan rację, panie redaktorze Engel. Wcześniej nikt nas o tym nie powiadamiał. Dopiero gdy zadzwoniła pańska koleżanka w poniedziałek, postanowiłem to sprawdzić. Miał pan dobre przeczucie.

– Dobre? – Zrobiłem zdziwioną minę. – Chyba raczej paskudne.

Policjant siedział za starym, odrapanym biurkiem, zawalony stertą papierów, zza których wystawał korpus przedpotopowego komputera bez monitora. Klawiatury nigdzie nie było widać, więc sprzęt służył tylko do ozdoby, a nie do pracy. Echo dawnej akcji komputeryzacji biur policyjnych, która poszła nie tak, jak chcieliby jej pomysłodawcy, ale tak, jak spodziewali się policjanci, czyli jak zwykle. Za biurkiem okno, przez które widać kawałek ulicy z drzewami i parkującymi pod nimi autami. Na parapecie stał smutny, usychający kwiatek.

– No tak, zgadza się, sprawa jest paskudna. Tylko że na razie nic się z tym nie da zrobić. Na wejście do środka musimy mieć zgodę prokuratora, a dzisiaj akurat pani prokurator z Puław, pod które podlegamy, jest w Lublinie. Nic się nie da zrobić. – Podkomisarz Dzierżak rozłożył ręce i zrobił smutną minę, jakby mu rzeczywiście było przykro. Znałem takich gości dobrze. Miał to wszystko w nosie i jedyne, co dla niego było ważne, to pójść do domu i napić się piwa w spokoju.

– Dobra, bądźmy w kontakcie – powiedziałem, wstając z krzesła stojącego przed jego biurkiem. Nie było sensu dłużej gadać z tym ćwokiem. Jak dobrze pójdzie, to jutro facet zadzwoni do pani prokurator i powie jej to, co mnie: że w ostatnim czasie w ośrodku Niebiański Dom zmarły cztery osoby. Nie wiadomo jeszcze, jak wygląda sytuacja z ich rodzinami i czy przypadkiem nie zgłosił się do nich ktoś, kto chciałby je eksmitować. On tego nie wiedział, więc nie mógł zacząć działać. Ale ja wiedziałem o przynajmniej jednej podobnej sytuacji. To Kamila zadzwoniła do niejakiego Jana Opałko, który mieszkał w Kazimierzu. Jego telefon dostała od babci Matyldy, gdy odwoziliśmy ją do ośrodka.

– Skontaktuj się z nim, moja złota. To jest były komendant wojewódzki z Lublina i kolega mojego męża. Jeśli ktoś ma nam pomóc, to on na pewno da radę. Już do niego telefonowałam i powiedziałam, że ma zrobić wszystko, co trzeba. I on obiecał, że sprawdzi, co się da.

Na zebranie informacji potrzebował zaledwie jednego dnia.

– Mamy cztery zgony w ciągu ostatnich trzech miesięcy. Wszyscy martwi pensjonariusze zmarli na serce – mówił Opałko przez telefon. – Co ciekawe, cała czwórka została skremowana na polecenie ośrodka. Ponoć tego właśnie życzyli sobie zmarli. Rodziny dostały urny do pochowania.

– Ma pan namiary na te rodziny? – zapytała Kamila.

– A co by był ze mnie za gliniarz, jakbym nie miał namiarów. Koledzy się postarali. Aha, jeszcze jedno. Ta fundacja to lipa. Ona nie ma nic wspólnego z Kościołem katolickim. Nazwa Fundacja Katolicko-Narodowego Domu Modlitwy i Wiary pod wezwaniem Świętych Perpetuy i Felicyty z Kartaginy nie figuruje w żadnym rejestrze związków wyznaniowych. Ktoś sobie założył fundację na ogólnych zasadach i tyle. To są oszuści podszywający się pod Kościół…

Wczoraj udało nam się porozmawiać z córką jednej ze zmarłych osób. I to był strzał w dziesiątkę. Potwierdziła nasze przypuszczenia. Jej ojciec zapisał swoje mieszkanie w bloku na rzecz fundacji. Była oczywiście tym faktem zbulwersowana, bo mieszkanie miał przekazać wnuczce. Ale nie dostrzegła w tym żadnego przekrętu, bo wiedziała, jak bardzo religijny był ojciec. Lecz dla nas stanowiło to niezbity i ostateczny dowód, że ten Niebiański Dom to jeden wielki przekręt. Dlatego dziś przyjechaliśmy na posterunek policji w Kazimierzu. Ale policjant Dzierżak nie zamierzał nam w niczym pomagać. I pewnie pokręcilibyśmy się z kamerą tu i ówdzie, bez większego celu, tylko po to, żeby nakręcić kilka przebitek, które zawsze przydają się do reportażu, gdyby nie telefon. Wychodząc z komisariatu, usłyszałem dzwonek. Wydobyłem więc komórkę z kieszeni i spojrzałem na wyświetlacz. Dzwoniła Matylda.

– No, cześć. Nareszcie się odzywasz. Myślałem już, że coś ci się stało – rzuciłem do słuchawki pogodnym tonem. Lecz babcia nie odpowiedziała. Mimo to słyszałem jej głos. Rozmawiała z kimś. Tego kogoś słychać było niezbyt dobrze, ale ją niemal idealnie:

– Dlaczego mu ksiądz recytował akurat ten psalm?

– Te słowa najlepiej trafiają do tych, którzy czują się zagubieni.

– Co się z nim stało? Z tym człowiekiem.

– Nic. Leży w swoim łóżku. Atak już minął, więc wrócił do swojego pokoju.

– Mówił, że ktoś chce go zabić.

– Jednak rozmawiała z nim pani.

– To nie była rozmowa. Raczej monolog. Bał się. On naprawdę był przerażony.

Z samochodu wyszła Kamila. Podeszła do mnie, bo stałem cały czas przed wejściem na policyjny posterunek, nie reagując na jej gesty przywołujące mnie.

– No dalej, jedziemy czy…

Szybko podniosłem palec ku górze i wskazałem na telefon. Wzruszyła ramionami. Nic przecież nie słyszała. Położyłem więc aparat na wyciągniętej dłoni i włączyłem głośnomówiący. Na wszelki wypadek wcisnąłem też funkcję nagrywania. Kamila pochyliła się.

– Ludzie tutaj boją się, bo stają w obliczu absolutu. Każdy w końcu musi kiedyś przekroczyć granicę naszego i boskiego świata. To czeka każdego z nas.

– Ludzie będą się zawsze kurczowo trzymać życia. To chyba zrozumiałe.

– Oczywiście, ma pani rację. Ludzie chcą żyć, mimo że przestają już być potrzebni. Na przykład pani. Nie ma pani nikogo, nikt za panią nie będzie płakał, gdy pani odejdzie.

– Myli się ksiądz, mam siostrzeńca i jego żonę.

– Ach, oni? Pokazali, na co ich stać, podczas naszej rozmowy. Ta aktoreczka od siedmiu boleści zapytała wprost, ile będzie kosztowało pozbycie się pani.

Spojrzałem z uznaniem na Kamilę. Odegrała swoją rolę wzorowo. Ona natomiast nawet na mnie nie zerknęła, zapatrzona w telefon i zasłuchana.

– Bzdury ksiądz opowiada. My jesteśmy bardzo zżyci. Mój siostrzeniec nigdy by czegoś takiego…

– Nie mówiłem o nim. To ona ma na niego decydujący wpływ. Zresztą pani to doskonale wie. Musiała to pani zauważyć, droga Matyldo. To nieczuła, zimna i wyrachowana nierządnica.

– Nie bardzo księdza rozumiem…

– Myślę jednak, że bardzo dobrze mnie pani rozumie. My tu, w naszym ośrodku, w naszym Niebiańskim Domu, pomagamy ludziom. I pani też pomożemy.

– Nie potrzebuję pomocy. Sama sobie świetnie radzę, a poza tym…

– Poza tym nie ma co odkładać na później tego, co i tak musi nastąpić. Pan czeka na ciebie, więc nie można pozwolić, żeby czekał zbyt długo.

– To jakieś szaleństwo.

– Nie, to tylko pomoc. Wyciągamy do ciebie rękę. To Pan wyciąga do ciebie rękę. A ja jestem tylko jego narzędziem. Nie bój się, Matyldo. O, jest już siostra. Proszę, tu jest dla ciebie sok. Napij się. Poczujesz się lepiej.

– Nie! – Matylda krzyknęła głośno.

– Ja pierdolę! – Kamila zaklęła pod nosem. – Oni chcą zrobić jej krzywdę.

– Kto chce zrobić krzywdę? – odezwał się ktoś za nami. Tuż obok stał zadowolony z siebie podkomisarz z papierosem w zębach. Wyszedł na zewnątrz, żeby przewietrzyć płuca.

– Musimy się tam dostać. Oni chcą zabić babcię.

– Kto? – zdziwił się policjant.

– Personel w tym pieprzonym Niebiańskim Domu!

– Niemożliwe. – Pokręcił głową.

Naraz z głośnika telefonu dobiegł rozdzierający krzyk:

– Nieee! Ratunku!

– To babcia! – krzyknęła Kamila.

– Co się dzieje? – Oficer w dalszym ciągu nie wiedział, o co chodzi.

– Mordują ją! – zawołałem. – Trzeba jej pomóc!

– Ale nie mamy nakazu wejścia.

– A jak ktoś się topi, to też czekasz na pozwolenie prokuratora czy wskakujesz do wody? – Nie było czasu do stracenia. Trzeba było działać, nie czekając na policjanta.

– Kama, do auta! – Ruszyłem biegiem.

– Ja z wami! – Podkomisarz chyba rozważył wszelkie za i przeciw. Wskoczył na tylne siedzenie w chwili, w której Kamila odpalała silnik mojej starej, czerwonej beemki. Mimo że samochód miał już dwanaście lat, silnik chodził jak w nowym wozie. Wyrwała do przodu z piskiem opon. Obok policjanta siedział nasz operator Wasyl z kamerą na ramieniu. On był zawsze czujny. Nie trzeba było mu wyjaśniać, że coś się dzieje. Jego kamera pracowała na najwyższych obrotach, rejestrując wszystko, co działo się w aucie.

Ja nawet nie pomyślałem o tym, żeby zapiąć pasy. Trzymałem komórkę w dłoni, cały czas wpatrując się w wyświetlacz. Połączenie trwało w dalszym ciągu, jednak nie słyszałem najmniejszych dźwięków. Coś w pokoju babci definitywnie się zakończyło. Miałem tylko nadzieję, że nie to, o czym bałem się pomyśleć.

Kama gnała przez miasto jak szalona, a ja wpatrzony w komórkę modliłem się po cichu. Nie znałem zbyt wielu modlitw, lecz ta, którą usłyszałem przed chwilą przez telefon, zapadła mi w pamięć.

– „Choćbym chodził ciemną doliną, zła się nie ulęknę…” – Naraz spojrzałem na górny róg wyświetlacza. Miałem nieodebranych kilka SMS-ów. Nie powinienem się w tej chwili interesować jakimiś głupotami, jednak zainteresowałem się, niemal mechanicznie. Przycisnąłem ikonkę. Cztery ostatnie były od Dżesi, lecz piąty, najwcześniejszy – od babci. Musiał przyjść dzisiaj, a ja tego nie zauważyłem. Kliknąłem.

– Ja pierdzielę, babcia napisała do mnie nad ranem, a ja tego nie zauważyłem!

– Czytaj! – ponagliła mnie Kamila.

– Nie można się do ciebie dodzwonić. Byłam dziś w nocy na rekonesansie. Wczoraj też, ale dopiero dziś odkryłam parter budynku, który nazywam w myślach umieralnią. Zeszłam tam i w jednym z pomieszczeń znalazłam nagiego mężczyznę. Był przerażony. Mówił mi, że chcą go zabić, że chcą mu coś wstrzyknąć i po tym pójdzie na spotkanie z Panem. Okropne! Nakryli mnie tam. Ksiądz mnie przyłapał i kazał iść do siebie. Próbowałam się wyłgać, ale nie wiem, czy mi uwierzył. Jeśli nie, to marny mój los! Odezwij się jak najszybciej! Matylda.

 

– O ja pierdolę! – podsumował esemesową wiadomość podkomisarz. – Jedź szybciej! – ponaglił Kamilę, tak jakby sama nie wiedziała, że trzeba się spieszyć.

Na szczęście wyjechaliśmy już poza miasto i byliśmy na normalnej drodze, więc moja bryka mogła pokazać, na co ją stać. A i kierująca nią nie bała się szybkości. Po chwili strzałka prędkościomierza doszła do 180 kilometrów na godzinę.

– Tu mówi podkomisarz Dzierżak. – Policjant przyłożył swoją komórkę do ucha. – Mam podejrzenie… cholera, próbę zabójstwa w Niebiańskim Domu przy drodze na Lublin. Potrzebuję wsparcia. Jadę cywilnym autem, czerwonym bmw 320. Dajcie znać, jeśli ktoś jest na drodze, żeby nam się usunęli i jakby co, jechali za nami. Kto może, niech daje wsparcie dla mnie. Policjant potrzebuje pomocy! Powtarzam: próba zabójstwa w Niebiańskim Domu. Wkraczam do akcji za trzy minuty.

Dokładnie dwie minuty później beemka wjechała na podjazd przed Niebiańskim Domem, który wyglądał tak jak zwykle, czyli sielankowo i jednocześnie dostojnie. Dwupiętrowy budynek, pamiętający jeszcze czasy Gomułki, tonął w zieleni drzew, które otaczały go gęstym szpalerem. W tę architektoniczno-przyrodniczą harmonię nachalnie wbijał się policyjny, ostro migający kogut na dachu patrolowego nissana. Obok auta stało dwóch umundurowanych policjantów. Na widok mojego bmw natychmiast ruszyli biegiem. Gdy zaczęliśmy wszyscy wyskakiwać z samochodu, oni dopadli podkomisarza Dzierżaka. Ten, wymachując rękoma i spoglądając to na nas, to na nich, zaczął im objaśniać, co się dzieje. My tymczasem już wbiegaliśmy do środka.

Gdy wkroczyliśmy do foyer, naprzeciw nas stanęła dyrektorka, tarasując wejście własną piersią.

– A państwo co tu robią? Przecież wasza babcia ma być odebrana dopiero za kilka dni, więc nie rozumiem… I po co ta kamera? Tu nie wolno kamerować!

– Gdzie jest babcia?! – krzyknąłem, ale ten okrzyk był zupełnie niepotrzebny, bo kobieta straciła całe zainteresowanie moją skromną osobą, gdy w drzwiach pojawiła się trójka policjantów.

– To jest dyrektorka ośrodka – wskazała ją Kamila.

– Wasyl, za mną! – Rzuciłem się do drzwi prowadzących do lewego skrzydła budynku. To w nim, ale piętro wyżej, miała swój pokój Matylda. Pomyślałem więc, że jeśli gdzieś schodziła, tak jak napisała w SMS-ie, to właśnie tutaj.

Złapałem za klamkę i pociągnąłem drzwi ku sobie. Ani drgnęły. Obróciłem się za siebie. Kamila, która przez chwilę zatrzymała się z policjantami przy dyrektorce, teraz biegła do mnie. Podkomisarz Dzierżak był tuż za nią, podczas gdy jego ludzie zakładali kajdanki dyrektorce.

– Kazałem ją zatrzymać, tak na wszelki wypadek – rzekł, uśmiechając się półgębkiem. Poszedł z nami, ale sporo ryzykował. Bo jeżeli nasze informacje się nie potwierdzą, facetowi oberwie się od policyjnych szych z Lublina, które zasiadają w pierwszych rzędach podczas kościelnych uroczystości.

Albo dostanie medal – pomyślałem, gdy gdzieś tam w głębi korytarza, za drzwiami, przy których staliśmy, sanatoryjną ciszę przerwało gruchnięcie wystrzału.

Wszyscy zamarliśmy. Najszybciej otrząsnął się policjant. Sięgnął do kabury i wydobył z niej pistolet. A potem, cofnąwszy się trzy kroki, ruszył do przodu, by zaatakować barkiem drzwi. Te pod impetem uderzenia jęknęły, trzasnęły i naraz rozwarły oba swe skrzydła.

Oficer już gnał środkiem korytarza, a Kamila i ja za nim. Interwencyjną grupę zamykał Wasyl z kamerą w dłoniach. Wszystkie mijane przez nas drzwi były zamknięte, tylko jedne – na samym końcu – zapraszająco otwarte.

Policjant z trzymanym w obu dłoniach i wycelowanym w przestrzeń pokoju pistoletem stanął w pozycji strzeleckiej, mierząc do środka. My na wszelki wypadek czekaliśmy w bezpiecznej odległości.

– Kręcisz? – zapytałem operatora, chyba tylko po to, żeby się uspokoić. Wasyl zawsze kręcił.

– Odłóż broń na podłogę! – zawołał podkomisarz groźnym głosem i wtedy usłyszałem jedyny i niepowtarzalny, lekko zachrypnięty głos Matyldy.

– Nie bój się, synku. Nie zrobię ci krzywdy.

– Proszę rzucić broń!

– Jak chcesz, ale ja się umiem posługiwać moim waltherem.

– Kto pani jest?

– Pułkownik Milicji Obywatelskiej w stanie spoczynku Matylda Kaczmarek, a ten, co tu leży na podłodze, to niejaki Marcel, który właśnie próbował mi zaaplikować dawkę pavulonu, żebym się trochę rozluźniła.

Podszedłem do wejścia. Matylda w szlafroku, z pistoletem w dłoni, stojąc oparta o ścianę, mierzyła do leżącego na podłodze osiłka. Gdy nas zobaczyła, uśmiechnęła się z zadowoleniem.

– Nie spieszyliście się za bardzo. Musiałam sama sobie poradzić.

– Babcia! – zawołała Kamila i wskoczyła do środka. Po chwili nad Marcelem stały dwie kobiety złączone w czułym uścisku. Widok był dość osobliwy, bo Matylda cały czas trzymała w dłoni pistolet. Ale nie musiała już nim celować w niedoszłego mordercę. Dwaj policjanci właśnie skuwali mu przeguby kajdankami.

– A gdzie ksiądz? – zapytałem, podchodząc do Matyldy, by również ją przytulić. Ucałowałem ją w oba policzki i przez chwilę miałem wrażenie, że w kącikach jej oczu pojawiła się odrobina wilgoci. Za to oczy i policzki Kamili były całe mokre.

– Ksiądz Roman nie wytrzymał napięcia. Gdy zobaczył, że mam gnata w ręce, spieprzył. Znaczy… uciekł gdzieś.

– Daleko nie ucieknie, pani pułkownik – zapewnił ją Dzierżak. – Raz-dwa go znajdziemy. A ten pistolet, co go pani ma, to rozumiem, że zezwolenie jest?

– A co ty sobie, synku, myślisz, że pułkownik MO nie ma zezwolenia na broń? Mam, wszystko jak najbardziej aktualne. Dobrze, że zabrałam ze sobą tę moją spluwę. Przydała się. Ukryłam pod szlafrokiem w kaburze podramiennej, hi, hi. Ale się zdziwili, gdy zobaczyli, co mam w ręce. Klecha od razu dał dyla, tylko ten biedaczek nie podołał. Wypaliłam w sufit, tak na wszelki wypadek, i chyba się przestraszył, bo padł posłusznie na glebę, tak jak mu kazałam. W sumie zafundowaliście mi doskonały wypoczynek.

– Przepraszam, babciu – bąknęła Kamila, która najwyraźniej dopiero dochodziła do siebie. – Nie powinniśmy, znaczy powinniśmy szybciej…

– No coś ty, Kamilko kochana. Od lat tak dobrze się nie bawiłam. Tego mi właśnie było trzeba. Nic tak dobrze nie robi na stare lata jak odrobina adrenaliny. A wiecie, czego jeszcze mi trzeba?

Pokiwałem głową. Dobrze wiedziałem. Babcia najwyraźniej miała ochotę na to, co lubiła najbardziej na świecie, a czego powinna się wystrzegać jak diabeł święconej wody.

– Szklaneczka łyskacza dopiero w domu, babciu – potwierdziłem. – Teraz to możemy co najwyżej pójść sobie zajarać.

– Przecież ty nie palisz? – zdziwiła się Kamila.

– Raz na jakiś czas można. Zwłaszcza w takim towarzystwie. – Wskazałem na uśmiechniętą Matyldę.

– To teraz fajeczka, a wieczorem zapraszam was, znaczy ciebie i Kamilę. Opowiem wam wszystko po kolei.

Pokiwałem głową. Nie było innego wyjścia. Musieliśmy pójść i wysłuchać jej opowieści. W końcu wszyscy razem odwaliliśmy niezłą robotę. Będzie z tego kawał reporterskiego mięcha. Oczywiście o ile Wasyl wszystko nagrał. Ale o to mogłem być spokojny. Gorzej, że będę musiał wytłumaczyć Dżesice, dokąd idę i dlaczego wracam wypity. No ale przecież nie mogę wziąć jej ze sobą. Zanudziłaby się na śmierć, słuchając o naszym wspólnym śledztwie, no a poza tym niezbyt dobrze znosiła towarzystwo Kamili. Jakoś się wytłumaczę i przekonam ją, że lepiej będzie, jeśli zostanie w domu. Po co ma się Zembi denerwować. Znaczy… nie Zembi, tylko Dżesi.