Kronika złamanych sercTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  Rozdział 1

2  Rozdział 2

3  Kronika złamanych serc

4  Rozdział 3

5  Rozdział 4

6  Rozdział 5

7  Rozdział 6

8  Kronika złamanych serc

9  Rozdział 7

10  Rozdział 8

11  Rozdział 9

12  Rozdział 10

13  Rozdział 11

14  Kronika złamanych serc

15  Rozdział 12

16  Rozdział 13

17  Rozdział 14

18  Rozdział 15

19  Rozdział 16

20  Kronika złamanych serc

21  Rozdział 17

22  Rozdział 18

23  Rozdział 19

24  Rozdział 20

25  Rozdział 21

26  Kronika złamanych serc

27  Rozdział 22

28  Rozdział 23

29  Rozdział 24

30  Rozdział 25

31  Rozdział 26

32  Kronika złamanych serc

33  Rozdział 27

34  Rozdział 28

35  Podziękowania

Tytuł oryginału: Brief Chronicle of Another Stupid Heartbreak

Przekład: Monika Nowak

Opieka redakcyjna: Maria Zalasa

Redakcja: Elżbieta Meissner / Agencja Wydawnicza SYNERGY

Korekta: Alicja Laskowska

Projekt okładki i stron tytułowych: Joanna Wasilewska / Katakanasta

Copyright © 2019 by Adi Alsaid

Copyright for the Polish edition and translation

© JK Wydawnictwo sp. z o.o. sp. k., 2020

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej publikacji nie może być powielana ani rozpowszechniana za pomocą urządzeń elektronicznych, mechanicznych, kopiujących, nagrywających i innych bez uprzedniego wyrażenia zgody przez właściciela praw.

ISBN ISBN 978-83-66380-53-0

Wydanie I, Łódź 2020

JK Wydawnictwo sp. z o.o. sp. k.

ul. Krokusowa 3

92-101 Łódź

tel. 42 676 49 69

www.wydawnictwofeeria.pl

Wersję elektroniczną przygotowano w systemie Zecer

Dla moich nastoletnich czytelników,

którzy brną przez mroczne trzęsawiska

Rozdział 1

1

POGMATWANE

W ogóle bym się tym wszystkim nie zainteresowała i uznałabym to pieprzenie głupot, gdybym w oczach zarówno Iris, jak i Cala nie zobaczyła dokładnie tego samego. Nieustannie. Kiedy Iris nuci pod nosem, idąc z nim za rękę, kiedy Cal upiera się przy zmywaniu naczyń w domu jej rodziców, kiedy ona podkreśla w książce całe akapity, a potem musi się głośno zachwycić tym, co przeczytała, a on przerywa to, co akurat robi, żeby ją wysłuchać, nawet jeśli ewidentnie nie ma pojęcia, o czym ona mówi.

Kiedy takie spojrzenie widzisz u jednego osiemnastolatka, zaczynasz go żałować. Kiedy widzisz, jak wymienia się nim dwoje, to bez względu na to, jak wielki z ciebie cynik, zaczynasz myśleć, że tylko nastolatkowie naprawdę rozumieją miłość. I to, jaka powinna być szalona.

***

Leo znowu się spóźniał.

Mój głupi, przystojny były chłopak – którego przez cały okres trwania naszego związku cechowała punktualność – nie wysłał nawet esemesa, żeby dać mi znać. Czekałam na niego w parku przy Madison Square, gdzie nawet w cieniu panował nieprzyjemny skwar, a do tego jeszcze śmierdziało śmieciami. Każda pojawiająca się w moim polu widzenia osoba to mógł być Leo, serce przyspieszało mi więc z ekscytacji, a zaraz potem doznawało rozczarowania, gdy się okazywało, że to nie on. Nie spieszył się. Cieszył się, że ode mnie odszedł. Nie miał zamiaru dać się przekonać na powrót do naszego związku.

Usłyszałam pstryk otwieranej puszki z napojem gazowanym i odwróciłam się, aby obejrzeć sobie mojego nowego współławkowicza.

Chudy, blady chłopak, okulary w modnych grubych oprawkach, na tyle przystojny, bym zapomniała o Leo i czekającym mnie długim lecie bez niego. Napił się coli i spojrzał na mnie. Z miejsca zrozumiałam, że to nie jest tylko kolejna twarz w tej bezimiennej masie ludzi, jaką w wielkim mieście widuje się co dnia. Wiedziałam, że jego twarz ze mną pozostanie, a za kilka miesięcy przypomni mi się bez żadnego konkretnego powodu; będę się tylko zastanawiała, co mogłoby się wydarzyć. Uśmiechnął się do mnie, a ja zapomniałam zarówno o tym, która godzina, jak i o fakcie, że Leo po raz drugi w tym tygodniu robi mnie w balona.

Okej, może niezupełnie zapomniałam. To wszystko kryło się na dnie mojej świadomości, tak jak przez te trzy tygodnie od początku lata, kiedy Leo odrzucił wszystko, co nas łączyło. Nie da się bez poczucia straty zostać pozbawionym miłości, gdy przez prawie rok miało się ją na wyciągnięcie ręki. Przystojna twarz, owszem, pomaga, ale niczego nie leczy.

Przed naszą ławką zatrzymała się francuska para analizująca mapę Manhattanu. Głośno ze sobą rozmawiali i zamaszyście gestykulowali, a ich wypowiedzi stanowiły zbitkę samogłosek i rezonującego francuskiego „r”. Ponownie odwróciłam głowę w prawo i nasze spojrzenia się spotkały. Chłopak uniósł brwi i uśmiechnął się do mnie, wskazując przy tym na parę, której kłótnia stawała się coraz bardziej zażarta. Też próbowałam się uśmiechnąć, ale nie ręczę za to, czy rzeczywiście mi się udało. W najlepszym razie można to było uznać za skurcz mięśni.

– Rozumiesz ich? – zapytał teatralnym szeptem.

– Słucham? – Rozmowy z nieznajomymi nie należą do łatwych.

Wskazał na parę obcokrajowców.

– Coś z tego rozumiesz?

– Nie, sorki.

– Ciekawe, o co się kłócą. – Spojrzał na nich tęsknym wzrokiem, a ja pożałowałam, że nie mogę zajrzeć mu do głowy.

– Podejrzewam, że się zgubili – rzekłam, zerkając raczej na niego niż na Francuzów.

– Myślisz, że dokąd chcą trafić? Na tej mapie zaznaczono wszystkie atrakcje dla turystów. Ulice miasta tworzą siatkę prostopadłych linii, więc całkiem łatwo się po nim przemieszczać.

– Może sprzeczają się o to, w którą stronę należy trzymać mapę. Podobno we Francji trzyma się ją ukośnie. – Chłopak się zaśmiał; ten śmiech był niczym rosnący chleb, ciepły i kleisty. – Nie mam pojęcia, co to znaczy. Sorki – dodałam, uznawszy, że zaśmiał się z grzeczności. – Może szukają czegoś bardzo szczegółowego, czego nie uwzględniono na tej mapie.

– Nie przepraszaj. To było zabawne – powiedział spokojnie i nachylił się, opierając przedramiona na kolanach. Wpatrywał się we mnie. Pociągnął mały łyk coli. – Jakoś irracjonalnie mnie zaintrygowali. Czego mogą szukać?

– Bo ja wiem? Skarbów? Miejsca, w którym zrobiono zdjęcie dłubiącemu w nosie Johnowi Lennonowi? Turyści są dziwni.

Chłopak ponownie się roześmiał, a następnie wyprostował się i oparł o ławkę. Omiótł wzrokiem park, dzięki czemu mogłam przez chwilkę podziwiać jego twarz. Goń się, Leo, pomyślałam. Patrzę na przystojnego chłopaka i nie mam z tego powodu wyrzutów sumienia.

Przeczesałam spojrzeniem poranny tłum w parku, mimo wszystko licząc na to, że jednak dostrzegę Leo. Promienie słońca przesączały się między liśćmi, rzucając u stóp Chłopaka z Ławki tańczące cienie. Jak zawsze byłam czujna, gotowa na małe podsłuchiwanko. To, co wpadało mi w ucho, próbowałam wykorzystać jako pisarską inspirację. Odkąd Leo mnie zostawił, nic innego się nie sprawdzało. Teraz słyszałam jedynie pochylonych nad mapą Francuzów.

 

– Istnieje uzasadnione prawdopodobieństwo, że wykorzystują swoje zagubienie jako przykrywkę, żeby móc rozmawiać o nas – odezwał się Chłopak z Ławki.

– Zdefiniuj słowo „uzasadnione”.

– Myślisz, że to niemożliwe? – Spojrzeliśmy na siebie w tym samym momencie. Jak to jest, że sam kontakt wzrokowy z atrakcyjnym nieznajomym wyprawia dziwne rzeczy z moimi wnętrznościami?

Spojrzałam przed siebie, żeby się nie zdradzić.

– W sumie mogłoby tak być, ale co mieliby o nas mówić?

Natychmiast przybrał wyraźny, zupełnie nieprzekonujący francuski akcent.

– O mój Boże, Céline! Ci ludzie są niewiarygodnie atrrrakcyjni! Spójrz tylko na tego chłopca na ławce. Mon Dieu, jest tak barrrdzo przystojny, że mam ochotę wydłubać sobie oczy i zaserrrwować je w rrrestauracji jak ślimaki!

Uniosłam brwi i zachichotałam, trochę się tylko martwiąc, że siedzę obok jednej z przyprawiających o gęsią skórkę osób, które potrafią ukrywać swoje prawdziwe oblicze na tyle długo, abyś pozwoliła im się do ciebie zbliżyć.

– Nie sądziłam, że tak szybko da się obrazić Francuzów, ale myślę, że właśnie ci się udało.

Nachylił się w moją stronę. Nie uśmiechał się, aczkolwiek w jego oczach dostrzegłam błysk rozbawienia.

– Nie, ty musisz być nią. Co ona mówi?

Sama nie wiem, co mnie trzymało na tej ławce. Może miałam nadzieję, że Leo jednak się zjawi, a może po prostu dobrze się bawiłam. Oderwałam wzrok od chłopaka i uważnie przyjrzałam się Francuzce. W jednej ręce trzymała mapę; miała perfekcyjny manikiur w kolorze szafirowym. Jasne włosy opadały jej na ramiona. Lekko się krzywiąc, nieprzerwanie studiowała plan miasta.

– Przysięgam, Frrrançois – zaczęłam z równie fatalnym francuskim akcentem, przez co mój towarzysz uroczo się uśmiechnął. – Mówisz tak wszędzie, gdzie pojedziemy. Pewnego dnia sama wydłubię ci te oczy i nakarrrmię nimi miejscowych.

– Na pewno będą strrrasznie szczęśliwi – odparł ze śmiechem.

Przez chwilę przyglądaliśmy się parze i do moich rozważań znowu wślizgnął się Leo. Zaczęłam myśleć o tym, jak to było widzieć go po raz pierwszy każdego dnia. O przypływie radości wywoływanej przez samą jego obecność. O tym, jak na jego widok uśmiech sam się pojawiał na mojej twarzy. Myślałam o tym, że był to zaledwie początek przyjemności, którą w moje życie wnosił Leo: jego troskliwość, poczucie humoru, sposób, w jaki jego usta lądowały na moim karku, przez co można było odnieść wrażenie, że to przycisk rozkoszy, o którym wiedział tylko on i gotowy był wciskać go raz za razem. To wszystko znikło z mojego życia trzy tygodnie temu. Wyglądało na to, że już nigdy nie wróci.

– Może powinnśmy do nich podejść i poudawać Francuzów? – zapytał Chłopak z Ławki, nachylając się lekko w moją stronę.

– Zdecydowanie. Daj mi tylko chwilę, żebym się przetransformowała w zupełnie inną osobę, z talentem aktorskim i pewnością siebie pozwalającą publicznie robić z siebie idiotkę.

– Czy mogę w jakiś sposób skomplementować pewność siebie, dzięki której już udawałaś ze mną Francuzkę, nie sugerując przy tym, że zrobiłaś z siebie idiotkę?

– Cóż, nie, jeśli ujmujesz to w taki sposób, koleś.

Chłopak parsknął śmiechem i zbliżył puszkę do ust, nie napił się jednak, lecz zachichotał raz jeszcze, po czym ją odstawił.

– Mam nadzieję, że nie zniechęciłem cię do publicznego prezentowania udawanego akcentu. Ludzkość wiele by straciła, gdybyś już nigdy nie powiedziała: „nakarrrmię nimi miejscowych”.

– No coś ty. To moje powiedzonko i nie zamierzam pozwolić, aby pozbawił mnie go jakiś nieznajomy.

– To świetnie – odparł. – Wiesz, zastanawiam się, w jakich jeszcze sytuacjach przydaje się to twoje powiedzonko.

– Jeśli raz jeszcze je skrrrytykujesz… – Ponownie przybrałam fatalny francuski akcent. – Nakarrrmię tobą miejscowych!

Chłopak po raz kolejny zaniósł się śmiechem, głośno i szczerze, a mnie aż się zachciało rzeczywiście przyswoić sobie to zdanie i sprawdzić, ile razy w ciągu dnia mogę je przywołać w rozmowie.

Miał taką minę, jakby zamierzał coś powiedzieć, ale w tym momencie między parą Francuzów doszło do kolejnej gorączkowej wymiany zdań; oboje pokazywali coś wściekle na mapie.

Chłopak z Ławki wstał i podszedł do nich. Cicho wypowiedział francuskie pardon, po czym wskazał na plan miasta i zapytał: „Mogę w czymś pomóc?”. Stał z nimi przez kilka minut, głównie gestykulując i wydając pojednawcze dźwięki, gdy tymczasem Francuzi nadal spierali się w swoim języku. W końcu grzecznie i z uśmiechem podziękowali, po czym się oddalili. A on ponownie usiadł obok mnie.

– Fajnie się zachowałeś – stwierdziłam.

– To było zaskakująco proste. – Uśmiechnął się promiennie. – Krzepiące. – Uniósł puszkę z colą i znieruchomiał, jakby w jego głowie pojawiła się myśl, której nie powinno zakłócać coś tak przyziemnego jak pragnienie. – Chyba zacznę to robić częściej.

– Pomagać turystom w odnajdywaniu skarbów? Ćwiczyć ten okropny francuski akcent?

Zachichotał, co było miłe z jego strony, bo przecież rzuciłam kolejny niemądry żart.

– Nie. Po prostu… pomagać ludziom. Fajne to było. – Nie wiedziałam, co powiedzieć, więc milczałam. – Robię to rzadziej, niż mam ochotę. Chyba tak jak wszyscy. Ale właśnie podjąłem decyzję, siedząc z tobą na tej ławce, że będę to robić częściej. Pomagać innym.

– Eee, okej. – Miałam przemożną ochotę wyjąć telefon i zapisać to słowo w słowo w aplikacji do sporządzania notatek.

– Sorki, jeśli to dziwnie zabrzmiało. Mam dziwny nastrój. I to dziwna pora.

– Czy ja wiem, dopiero co udawaliśmy, że jesteśmy parą Francuzów serwującą twoje oczy, jakby to były ślimaki – oświadczyłam. – Co w tym dziwnego?

Uśmiechnął się i pociągnął łyk coli.

– Wyobraź sobie, że dwa ostatnie lata spędziłaś w niepokonanej dwuosobowej drużynie paintballowej. Podekscytowana kolejnymi wygranymi, skopywaniem tak wielu tyłków, że masz wrażenie, że wygrywasz z życiem. Każdego dnia doświadczasz tego dreszczyku. Aż do teraz. Chyba przegramy.

Przygryzłam wargę i ukradkiem zerknęłam na jego twarz.

– Dziwne.

Très dziwne – odparł z kolejnym cierpkim uśmiechem.

Sądziłam, że może wrócimy do naszej błyskotliwej wymiany zdań, dzięki której mój wcześniejszy smutek nieco zelżał, ale Chłopak z Ławki odwrócił wzrok, pogrążony we własnych myślach.

Sprawdziłam w telefonie godzinę. Leo nie przyjdzie. Nie poczuję tej musującej radości na jego widok. Byłam dojmująco świadoma obecności siedzącego obok mnie chłopaka, a także odgłosów parku, nieustannego szumu ruchu ulicznego, odbijanej gdzieś niedaleko piłki. Na trawie po mojej lewej stronie pod drzewem przycupnęła wiewiórka. Najmocniej odczuwałam jednak ból w moim wnętrzu. Tak bardzo pragnęłam się go pozbyć, a jednocześnie w nim utonąć. Nienawidziłam Leo i jednocześnie potwornie za nim tęskniłam, a te dwa uczucia nie istniały niezależnie od siebie, lecz splątały się niczym wilgotna od potu pościel.

Chłopak wyprostował się i jęknął, unosząc głowę ku przepięknemu, błękitnemu niebu, z którego lał się idiotyczny żar. Oczy miał zamknięte, jakby odmawiał przyjęcia do wiadomości, jaka jest pogoda.

– Strasznie dziwna jest ta sprawa, którą się zajmujemy – odezwał się, nie patrząc na mnie.

– Co? Pomaganie francuskim turystom?

– Miłość – odparł po prostu, jakby nieznajomi na okrągło poruszali ze sobą takie tematy.

Minęło kilka chwil. Chłopak otworzył oczy, pociągnął jeszcze jeden łyk coli, po czym wstał i wyrzucił puszkę do pobliskiego kosza. Wrócił, wytarł okulary w brzeg koszulki i spojrzał na mnie, mrużąc przy tym oczy, bo słońce świeciło mu w twarz. A potem przeprosił, podziękował i zostawił mnie na ławce. Samą.

***

Później ja i mój przyjaciel Pete, zanim ruszyliśmy do pracy w pobliskim kinie, spotkaliśmy się w naszej ulubionej księgarni o nazwie Wątek.

– Chyba powinnaś przestać próbować się z nim spotkać – stwierdził Pete, przerzucając kartki powieści graficznej.

Pete rzadko się odzywa, ale kiedy już to robi, jego słowa są absolutnie szczere i całkowicie nietaktowne. Chyba bardziej cenię sobie szczerość niż takt, bo kiedy dwa lata temu poznaliśmy się w kinie, od razu przykleiłam się do niego i od tamtehj pory się go trzymam.

– Szkoda, że się nie zjawił, kiedy rozmawiałam z tamtym chłopakiem – powiedziałam. – Chciałam, żeby poczuł zazdrość. Wiem, że to chore. Ale tak to już jest z miłością i tym, czego ona chce. – Wzięłam do ręki jakąś książkę w twardej oprawie, przeczytałam pierwszy wers i odłożyłam. – Nie mogę uwierzyć, że nie przyszedł.

– Odpuść sobie to niedowierzanie, Lu. Jeśli dobrze liczę, to już czwarty raz.

Westchnęłam. Pete miał pewnie dosyć słuchania o Leo. Byłam to w stanie zrozumieć. Ja miałam dosyć myślenia o nim. Zdjęłam z półki kilka nowości, przekartkowałam je z roztargnieniem, przesunęłam palcami po okładkach i zerknęłam na pozostałych klientów.

– Pete?

– Tak?

– Jak myślisz, czemu Leo mnie zostawił?

Na chwilę przerwał czytanie. Odgarnął z oczu czarne włosy i zamknął książkę, wsunąwszy w nią uprzednio palec, żeby wiedzieć, na czym skończył. Spojrzał na mnie tymi swoimi zielonymi źrenicami. Mam wrażenie, że samym spojrzeniem mógłby zmuszać ludzi, aby robili to, co chce.

– Wiemy, czemu cię zostawił – odparł z lekkim irlandzkim akcentem. – Nie kochał cię równie mocno jak ty jego. – Ponownie skupił się na komiksie. – Skończę teraz czytać. Do zobaczenia w pracy.

Westchnęłam i zeszłam na dół. Pomachała do mnie Starla, nasza ulubiona księgarka. Miała trzydzieści kilka lat oraz tatuaże i nigdy nie traktowała nas jak „cholernych nastolatków”, przewracając przy tym oczami, co często czyniło wielu dorosłych. Odmachałam jej. Chętnie bym z nią pogadała, bo nie musiałam się spieszyć do pracy, ale obsługiwała właśnie klienta, pokręciłam się więc jedynie po parterze, próbując podsłuchiwać rozmowy obecnych tam osób.

Biurowe dramaty, pogawędki przez telefon, licealne plotki. Kiedy wydarzyło się to wszystko między mną i Leo, a później wyschły moje własne słowa, podsłuchiwanie stało się moim nałogiem.

Dawniej raz w tygodniu pisałam felieton, a niemal codziennie publikowałam coś na swoim blogu, pisałam dziennik, notowałam tematy na powieść, czasem jakiś wiersz i – częściej niż byłam skłonna przyznać – wstukiwałam do aplikacji w telefonie przeróżne koncepcje, na przykład na to, jak poradzić sobie ze wszystkimi bolączkami świata, albo pomysły na seriale animowane.

Od czasu rozstania nie byłam w stanie napisać ani słowa, co, oględnie mówiąc, nie cieszyło mojej redaktorki naczelnej. Już od roku byłam felietonistką „Błędnej Nazwy”, jednego z najpopularniejszych internetowych magazynów dla nastolatków. Dzień, w którym Hafsah zadzwoniła do mnie z informacją, że zostałam zatrudniona jako felietonistka działu „Miłość i randki”, był prawdopodobnie najszczęśliwszym w moim życiu. Od zawsze żywiłam przekonanie, że dopóki nikt mnie nie czyta, nie jestem pisarką. I nagle świat zadzwonił i oświadczył: „Okej, działamy razem. I wiesz co? Jesteś tym kimś, za kogo zawsze się uważałaś”.

Teraz, zamiast pisać, podsłuchiwałam. Nie wysłałam Hafsah niczego od rozstania, które miało miejsce przed trzema tygodniami, i nawet w jej e-mailach wyczuwałam, że ze zniecierpliwieniem mruży oczy i bębni wypielęgnowanymi paznokciami o blat biurka.

Nie wiem, czemu przerzuciłam się na podsłuchiwanie. Czasem czułam się jak kronikarka życia, miasta, więzi międzyludzkich. Kiedy indziej miałam wrażenie, że jestem uzależniona od opowieści i że daję normalnym ludziom szansę na zaprezentowanie swojej, choćby szczątkowej historii, nawet jeśli to tylko kilka słów w notatniku, które nigdy nie trafią do szerszego odbiorcy.

Najpewniej to wszystko bzdura. Miałam po prostu blokadę twórczą i kradłam innym słowa. Albo byłam zwyczajnie wścibska.

Przeczesałam wzrokiem tłum w poszukiwaniu potencjalnych ofiar. Facet w średnim wieku męczący pracownika księgarni o książki z żółtymi okładkami. Dwie kobiety w dziale poradników rozmawiające o aurach. Kilka pojedynczych osób z nic niezdradzającym wzrokiem utkwionym w półkach.

Wtedy ją dostrzegłam. Ładna latynoska, dwie idealne strużki tuszu spływające po policzkach ku czerwonym, pięknie wykrojonym ustom. Rozmawiała przez telefon obok regału oznaczonego jako „Thrillery W–Z”. Gdyby nie łzy, możliwe, że wyglądałaby starzej, ale głęboko współodczuwałam ten widoczny na jej twarzy smutek. Nastoletnie cierpienie. Przemknęłam do alejki tuż za nią, zdjęłam z półki przypadkową książkę i zerkałam przez szparę w regale, wytężając przy tym słuch.

 

– Nie wiem, co mam robić, okej? – Otarła policzek wierzchem dłoni. Wyjęłam z torby notatnik, który zawsze miałam przy sobie na taką właśnie okoliczność, i nagryzmoliłam na czystej kartce jej słowa, myśląc o tym, jak ich później użyję na swoim blogu, i o historii, którą mogę z nich wysnuć. Dziewczyna zacisnęła dłoń na materiale swojej sukienki, jakby to on ponosił odpowiedzialność za łzy. – Nie. Nie. Nie wiem, jak mu to powiedzieć. – Zbliżyła palec do ust i przygryzła paznokieć z poodpryskiwanym czerwonym lakierem. – No wiem, że muszę.

Wstrzymałam oddech, pragnąc, aby powiedziała coś jeszcze. Potrzebując tego.

– Muszę kończyć. Tak. Właśnie przyszedł. – Pociągnęła nosem i raz jeszcze przejechała wierzchem dłoni po policzkach, rozmazując tusz aż do skroni. – Okej, pa.

Obserwowałam, jak chowa telefon do kieszeni sukienki. Westchnęła i ze wzrokiem wbitym przed siebie próbowała jakoś się ogarnąć. Nie chciałam tracić jej z oczu, pragnęłam nią nasiąknąć, opisać ją całą, bo wyglądała dokładnie tak, jak ja się czułam. A potem obserwowałam, jak przechodzi przez księgarnię w stronę wejścia, na spotkanie z chłopakiem, z którym rozmawiałam na ławce.