Wyzwoleni rodzice, wyzwolone dzieci

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

3

Uczucia – warianty zachowań

Przez długi czas byłyśmy pewne, że samo słuchanie dziecka i potwierdzanie jego uczuć jest głównym wątkiem wzajemnych relacji. I w zasadzie tak było. Ale odkryłyśmy też, że wątek ten ma wiele wariantów i że warto by poznać je wszystkie.

Wariant 1

Niektóre dzieci tak bardzo pragną, żeby rodzice ich wysłuchali, że przekracza to wytrzymałość tych ostatnich. Trzeba znaleźć sposób na ograniczenie rozmowy, ale taki, by dzieci wiedziały, że nadal się o nie troszczymy.

Lee opowiedziała nam, że przez pięć minut słuchała, jak jej córka narzeka, że nie dostała roli w szkolnym przedstawieniu.

„Próbowałam ją pocieszyć, ale Susie w kółko do tego wracała. Nie mogłam już tego znieść. Pomyślałam sobie, że pora na podsumowanie i położenie temu kresu.

»Susie, słyszę, co mówisz. Powiedziałaś, że bardzo ci zależało na roli. Czułaś, że nadajesz się do tego tak dobrze jak inni – może nawet lepiej. Rozumiem cię, ale już nie mogę słuchać. Idę teraz do kuchni i będę robić kolację, wiedząc, jak bardzo jesteś rozczarowana i zła«”.

Wariant 2

Czasami dzieci wyrażały swoje uczucia tak napastliwym językiem, że nie mogłyśmy tego słuchać – a tym bardziej pomóc im. Każda z nas miała inną granicę tolerancji, ale pewne stwierdzenia dotykały wszystkich jednakowo.

„Mój tata wygląda jak staruszek. Dlaczego mam takiego starego tatę?”

„Moja nauczycielka to głupia baba”.

Kiedy Laurie oznajmiła Helen: „Mam nadzieję, że umrzesz”, Helen wybuchnęła: „To nie do przyjęcia! Widzę, że jesteś zła, ale musisz powiedzieć mi to w inny sposób. Przez następną godzinę chcę być sama”. Na pytanie Laurie: „Dlaczego?”, odparła: „Pomyśl!”.

Wariant 3

Niekiedy drobny upominek pomaga dziecku, kiedy czuje się nieszczęśliwe. Nigdy nie pytałyśmy, czy dziecko tego chce, czy nie, po prostu podsuwałyśmy jakiś drobiazg. Nowe kredki, balonik, paczuszka rodzynek – wręczone we właściwym momencie przemawiały prosto do serca.

Kiedy pięcioletni synek Roslyn narzekał płaczliwie: „Mama lubi wszystkich bardziej niż mnie”, matka otoczyła go ramionami i powiedziała: „Czy czujesz się niekochany? To nie jest przyjemne uczucie, o nie. Chyba już pora na pieszczoty i gorącą czekoladę”.

Kiedy syn Lee histeryzował z powodu mikroskopijnego siniaka, którego brat mu nabił, gdy się siłowali, Lee wzięła dwa kawałki lodu, owinęła je czerwoną myjką i podała mu, żeby przyłożył sobie do „rany” na ramieniu.

Wariant 4

Kiedy dzieckiem targały silne emocje, potrafiłyśmy czasami pomóc mu wyładować je w jakiś twórczy sposób. Doktor Ginott powiedział nam, że w domu zawsze powinny się znajdować potrzebne materiały – ołówki, długopisy, kredki, farby, bloki rysunkowe, tablice, pudełka, klej i tym podobne. Matki z naszej grupy wprowadziły jego słowa w czyn. Nim minął tydzień, usłyszałyśmy o wierszu wyrażającym żal z powodu śmierci ukochanego żółwia, o liście napisanym do telewizji, wyrażającym protest przeciwko zdjęciu z anteny ulubionego programu, o pełnym wściekłości rysunku przedstawiającym agresywnego chłopca z osiedla.

Jeśli dziecko było za małe albo nie chciało rysować ani pisać, matka lub ojciec mogli spełniać rolę sekretarki.

Siedmioletni syn Evelyn wrócił wściekły z całodziennej wycieczki. Jego nauczyciel powiedział, że jeśli nie zjedzie z dziesięciometrowej zjeżdżalni umieszczonej po głębszej stronie basenu, to zostanie wykluczony ze swojej grupy pływackiej i będzie musiał się kąpać w dziecięcym brodziku.

Kiedy Stevie perorował, jego ojciec szybko wziął długopis i zaczął pisać. Gdy Stevie zamilkł, żeby zaczerpnąć oddech, ojciec powiedział: „Musiałeś być wściekły na nauczyciela. Posłuchaj, co o nim mówiłeś: »Ten ważniak myśli, że może wszystkimi rządzić. Jest podły. Nienawidzę go«”.

Stevie słuchał jak skamieniały. „Tak – powiedział z powagą – i zapisz jeszcze, że mam zamiar zepchnąć go ze zjeżdżalni i trzymać jego głowę pod wodą, aż się udusi”.

Ojciec wszystko zanotował.

„Teraz napisz, że wypuszczę całą wodę z basenu i że on spłynie przez dziurę razem z nią”.

To życzenie również zostało dopisane do listy. Kiedy ojciec przeczytał Steviemu całą przemowę, chłopiec żywo potakiwał i poprosił o ponowne przeczytanie.

„Proszę – powiedział ojciec, wręczając mu kartkę papieru. – Możesz to schować i przeczytać sobie sam, kiedy tylko zechcesz. Teraz muszę napisać list. Oddasz go jutro swojemu nauczycielowi. Jego treść będzie następująca: »Mój syn Steven – bez względu na okoliczności – nie zjedzie z dziesięciometrowej zjeżdżalni, dopóki nie uzna, że jest do tego gotowy«”.

Wariant 5

Są takie chwile, kiedy nie można rozumieć, nie można współczuć, nie można wiedzieć, co dziecko czuje. Doktor Ginott mawiał, że „trzeba pozwolić każdemu dziecku na stworzenie własnego zakątka w duszy”.

Nadal pamiętam, jak Jill w wieku czterech lat leżała na łóżku, ssąc palec, i wpatrywała się we mnie.

– Wiesz, o czym teraz myślę? – zapytała.

– Nie – odpowiedziałam.

– To dobrze – stwierdziła i wsadziła palec z powrotem do ust.

Wariant 6

Jest w życiu dziecka miejsce na dźwięk trąbki, który dodaje odwagi, zagrzewa do walki. Nazywamy to „pokrzepiającym przekazem”. Nie chodzi o stwierdzenia, których rodzice zwykle używają, sądząc, że dodają dzieciom ducha, że dają im broń, która pomaga zmierzyć się z surowymi realiami zewnętrznego świata. Nie chodzi o chłodne bezosobowe: „Nie mazgaj się, dziecko. Przeżyjesz”, ale o pełne współczucia potwierdzenie: „Tak, nie jest łatwo. Tak, jest ciężko. Szanuję twoje zmaganie i wierzę, że znajdziesz jakiś sposób”.

Helen powiedziała do Laurie: „Nawet jeśli twoja nauczycielka jest wobec ciebie złośliwa, to nadal uczysz się od niej – pomimo jej nieprzyjemnego zachowania”.

Ted powiedział do Andy’ego: „Widziałem, jak zignorowałeś to dziecko, które ci dokuczało, że nie jesteś wyższy. Wiesz, że w naszej rodzinie cenimy w ludziach ich charakter, a nie wzrost”.

Ale najbardziej poruszył mnie przypadek Nell, która kilka miesięcy temu straciła męża. Na jednym ze spotkań podzieliła się z nami swoimi problemami, które wydawały nam się nie do rozwiązania. Jej syn Kenneth był nieszczęśliwy z powodu sieroctwa. Nieustannie narzekał, nawet obwiniał ją za tę sytuację. Czuła się bezradna.

Po jej słowach zapadła przytłaczająca cisza. Czekaliśmy, aż doktor Ginott zastosuje balsam empatii. Byliśmy zdumieni, kiedy spojrzał na nią przenikliwym wzrokiem i powiedział:

– Nell, nie pozwól, żeby życie cię pokonało.

Jej oczy wypełniły się łzami. Ktoś dyskretnie zmienił temat.

Na następnych zajęciach Nell była jakby odmieniona.

– Nie jestem pewna, ale wydaje mi się, że coś się zmieniło – powiedziała. – Kiedy Kenneth zaczął znowu narzekać, przerwałam mu. Stwierdziłam: „Kenneth, wiem, że nie jest ci łatwo po śmierci taty. Jesteśmy teraz niepełną rodziną i chcielibyśmy, żeby było inaczej. Ale myślę, że już najwyższy czas zastanowić się, jak stworzyć najlepszą niepełną rodzinę”.

Tego popołudnia, nic nie mówiąc matce, Kenneth ściął zaniedbany trawnik.

4

Kiedy dziecko ma do siebie zaufanie

W miarę jak upływały tygodnie, a ja uświadamiałam sobie coraz lepiej, jaką rolę w życiu moich dzieci odgrywają uczucia, dochodziłam do całkiem nowych wniosków.

Uczucie jest faktem

Uczucia moich dzieci stały się dla mnie tak realne jak jabłka, gruszki, krzesła czy jakiekolwiek inne przedmioty. Nie mogłam już zignorować ich uczuć, tak jak nie mogłam przejść obojętnie obok barykady na środku ulicy. To prawda, że ich uczucia zmieniały się – czasami bardzo szybko – ale kiedy dzieci je odczuwały, nie istniało nic bardziej realnego.

Nie było nic niezwykłego w pytaniu: „Dlaczego bronisz Andy’ego? Zawsze bierzesz jego stronę”.

Albo: „My nigdy nigdzie nie chodzimy. Inni zawsze gdzieś wychodzą”.

Kiedyś odpowiedziałabym na tego rodzaju bezsensowne zarzuty, używając całej dostępnej logiki dorosłych ludzi:

„To nieprawda. Wiele razy biorę twoją stronę i dobrze o tym wiesz”.

Albo: „Jak możesz tak mówić? Czy w zeszłym tygodniu nie byliśmy w zoo? Masz krótką pamięć”.

Teraz z tych stwierdzeń dzieci odczytywałam inny wewnętrzny przekaz. Jeśli dziecko odczuwa coś w pewien sposób, to w danej chwili tak właśnie widzi sytuację. Zdając sobie z tego sprawę, byłam w stanie inaczej zareagować.

„Wydaje ci się, że cały czas biorę stronę Andy’ego? Rozumiem. Dziękuję, że podzieliłeś się ze mną swoimi odczuciami”.

Albo: „Twoim zdaniem nasza rodzina zbyt rzadko jeździ na wycieczki. Chciałbyś, żebyśmy częściej gdzieś wyjeżdżali. Cieszę się, że mi o tym powiedziałeś. Teraz przynajmniej wiem”.

Dwa lub więcej sprzecznych uczuć może współistnieć w jednej chwili

Kiedy sprecyzowałam tę myśl, musiałam porzucić pewien sposób zwracania się do dzieci:

„No to tęsknisz za nią czy nie?”

„Zdecyduj się: chcesz jechać na obóz czy nie?”.

Teraz inne stwierdzenia brzmiały dla mnie prawdziwie:

„Z jednej strony tęsknisz za przyjaciółką, a z drugiej cieszysz się, że się przeprowadziła”.

„Jedna cząstka ciebie chce jechać na stary obóz, inna chce zostać w domu, a jeszcze inna chce spróbować, jak będzie na nowym obozie”.

Uczucia każdego dziecka są jedyne w swoim rodzaju

Tak jak nie ma dwóch jednakowych liści na tym samym drzewie, tak nie ma dwojga dzieci, które tak samo odczuwałyby pewne rzeczy. I to właśnie tę odmienność zaczęłyśmy doceniać – odmienność, która sprawia, że każdy jest tylko sobą i nikim innym.

 

Nie mogłam już powiedzieć swoim dzieciom z irytacją: „Jak możesz nie lubić lodów? Tylko ty z całej rodziny ich nie lubisz”. Teraz z przyjemnością zauważałam jego „inność”. Nawet to, że nie lubił lodów, było elementem odróżniającym: „Twój brat uwielbia lody. Ale o tobie nie można tego powiedzieć. Wolisz cukierki”.

Próbowałam przekazać im informację, że różnice nie stanowią słabości. Koncentrowałam się na pozytywnych stronach. Zamiast mówić: „Wszyscy chłopcy zapisali się do ligi dziecięcej. Dlaczego ty musisz się wyróżniać?”, mówiłam: „Nie lubisz za bardzo baseballu. Zauważyłam, że masz inne zainteresowania”.

Kiedy uczucia zostaną nazwane i zaakceptowane, dzieci lepiej sobie uświadamiają, co czują

David powiedział: „Kiedy mówisz do mnie w ten sposób, tato, czuję się winny i wtedy muszę się bronić”.

Andy zauważył: „Mamo, czy wiesz, czemu tak się zachowuję? Dlatego że chcę, żebyś mnie zauważyła”.

Jill powiedziała: „Zrobiłam pudełko, które pokazuje, jak się czuję w danej chwili. Nazywam je pudełkiem nastrojów. Są na nim obrazki, które pokazują, kiedy jestem zła, radosna, wściekła, szczęśliwa, smutna i do niczego”.

Kiedy rodzice szanują uczucia dzieci, to dzieci uczą się szanować własne uczucia i ufać im

To oczywiste spostrzeżenie nie zawsze było dla mnie tak oczywiste. Musiałam doświadczyć pewnych rzeczy na własnej skórze, żeby zrozumieć, jak ważne jest nauczenie dzieci, aby ufały własnym odczuciom.

Pierwsze zdarzenie miało miejsce, kiedy Ted i ja odbieraliśmy rower Jill od naprawy. Miała wtedy siedem lat. Kiedy zobaczyła swój rower, od razu na niego wsiadła i pojechała przed siebie. Chwilę później pojawiła się w sklepie ze zmartwioną miną. „Hamulec jest zepsuty” – oznajmiła.

Mechanik wydawał się zniecierpliwiony. „Hamulec jest dobry. Sam naprawiałem ten rower”.

Jill spojrzała na mnie z nieszczęśliwą miną: „Ale mi się wydaje, że nie jest dobry”.

Mechanik był stanowczy: „Jest tylko trochę nie wyrobiony, to wszystko”.

Jill powiedziała nieśmiało: „Nie, jakoś śmiesznie się jedzie”.

Zapadła kłopotliwa cisza. Spojrzenie mechanika mówiło wyraźnie: „Pani dziecko to mały utrapieniec. Tylko proszę nie mówić, że pani wierzy jej, a nie mnie”.

Nie wiedziałam, co robić. Z jednej strony próbowałam nauczyć Jill, że jej wewnętrzny głos jest ważny, próbowałam jej przekazać, żeby powtarzała sobie: „Jeśli coś czuję, to jest jakaś tego przyczyna”. Z drugiej strony wykwalifikowany mechanik utrzymywał, że wszystko dobrze działa.

Nie mogłam patrzeć na jego nachmurzoną twarz. Wymamrotałam pod nosem, że na pewno ma rację i że dzieci czasami przesadzają. W tym momencie nadszedł Ted i powiedział po prostu: „Moja córka uważa, że coś jest nie w porządku z hamulcem”.

Mechanik bez słowa postawił rower na stojaku, z posępną miną zbadał koło i powiedział: „Musicie go państwo zostawić. Trzeba wymienić piasty. Hamulce są zepsute”.

Byłam tak przejęta tym, co o mały włos by się stało, że jęknęłam w duchu: „Nigdy więcej!”.

Kilka tygodni później stałyśmy z Jill na ruchliwym skrzyżowaniu, czekając na zmianę świateł. Wzięłam ją za rękę i zaczęłam przechodzić przez ulicę, ale pociągnęła mnie z powrotem. Już chciałam jej dać do zrozumienia, że mnie denerwuje, ale powstrzymałam się. Powiedziałam: „Jill, cieszę się, że ufasz swoim odczuciom, że wiesz, co jest dla ciebie bezpieczne. Przejdziemy przez jezdnię, kiedy uznasz, że można, nawet jeśli będziemy musiały długo czekać”.

Stałyśmy tam przez pięć minut, chociaż w tym czasie mogłyśmy dziesięć razy przejść przez ulicę. Jeśli ktokolwiek nas obserwował, to z pewnością pomyślał, że jestem nienormalna. Może trochę przesadziłam z tym uczeniem jej, by szanowała własne odczucia.

Nieco później zdarzyło się coś, co całkowicie odmieniło moje myślenie. Było upalne letnie popołudnie. Jill wpadła do domu jak burza, jej kostium kąpielowy był jeszcze mokry. Miała dziwny wyraz twarzy.

„Tak się dobrze bawiłyśmy w basenie z tym starszym chłopakiem” – powiedziała. „Grał z nami w berka w wodzie. Potem wziął Lindę i mnie na bok, tam, gdzie są drzewa. Zapytał mnie, czy może polizać moje palce u nóg. Powiedział, że to będzie zabawne”.

Wstrzymałam oddech. „I co potem?” – spytałam.

„Nie wiedziałam, co zrobić. Linda uważała, że to zabawne, ale ja nie chciałam, żeby to robił. Czułam się... No nie wiem”.

„Chcesz powiedzieć, że coś ci się w tym wszystkim nie podobało, chociaż nie wiedziałaś co?”

„Tak”– przytaknęła. „I dlatego przybiegłam do domu”.

Starałam się, żeby nie dostrzegła wyrazu ulgi na mojej twarzy. Powiedziałam najzwyklejszym tonem, na jaki mogłam się zdobyć: „Zaufałaś swoim uczuciom, a one podpowiedziały ci, co zrobić, prawda?”.

I wtedy pojęłam ogrom tego wszystkiego. Więc jeśli dziecko ufa samemu sobie, własnemu postrzeganiu, to jest w stanie zapewnić sobie bezpieczeństwo? I jeśli odmawiamy dziecku prawa do własnego postrzegania, to osłabiamy jego zdolność do wyczuwania niebezpieczeństwa i sprawiamy, że jest podatne na wpływy ludzi, którym wcale nie leży na sercu jego dobro?

Świat zewnętrzny podejmuje ogromny wysiłek, by dziecko przestało słyszeć swój wewnętrzny dzwonek ostrzegawczy:

„No i co z tego, że nie ma ratownika. Umiesz pływać”.

„Nie ma się czego bać. Nawet jeśli nadjedzie samochód, to zdążysz odsunąć sanki z drogi”.

„Nie bądź tchórzem. Wszystkie dzieciaki tego próbują. Od tego się nie uzależnisz”.

Czy to możliwe, że niekiedy życie dziecka zależy od tego, czy ufa ono swojemu wewnętrznemu głosowi?

Gdyby ktoś spytał mnie rok temu, jakie znaczenie ma potwierdzanie uczuć dziecka, odpowiedziałabym bez przekonania: „No cóż, to osłabia napięcie i na pewno nie wyrządza szkody”.

Teraz niech się ma na baczności zadający takie pytanie: otrzyma bardziej żarliwą odpowiedź. Mogę z całym przekonaniem stwierdzić, że mówiąc dziecku, iż nie czuje tego, co czuje, pozbawiamy je naturalnego instynktu obrony. To nie wszystko. Wprawiamy je w zakłopotanie, pozbawiamy pewności siebie, ufności we własne odczucia. Zmuszamy je do budowania fałszywego świata słów i mechanizmów obronnych, które nie mają nic wspólnego z jego wewnętrznym głosem. Oddzielamy je od jego własnego „ja”. A jeśli nie pozwalamy mu dowiedzieć się, co czuje, to przypuszczam, że nie będzie mu tak łatwo zrozumieć, co odczuwają inni ludzie.

Ale kiedy uznajemy realność uczuć dziecka, ofiarowujemy mu wspaniały dar: zdolność postępowania zgodnie z wewnętrznymi bodźcami, możliwość posiadania troskliwego serca, sposobność bycia w kontakcie z unikalną ludzką istotą – samym sobą.

5

Niech sobie radzą: dialog na temat autonomii

Helen borykała się z jakimś problemem. Zatelefonowała, żeby zapytać, czy może na chwilę wpaść. Kiedy przekroczyła próg, zauważyłam, że jest zaaferowana. Nie zdejmując płaszcza, zaczęła długi monolog:

– Janet, nie wiem, czy to zauważyłaś, ale nie mogłam wysiedzieć na wczorajszych zajęciach. Tak mnie coś zaniepokoiło w naszej dyskusji! Wiem, że to brzmi trochę dziwnie, ale miałam wrażenie, że każde słowo doktora Ginotta jest skierowane bezpośrednio do mnie. Z początku tak nie reagowałam. Ale kiedy powiedział: „Jednym z naszych podstawowych celów jest pomóc naszym dzieciom odłączyć się od nas”, pomyślałam: „To oczywiste. Nikt nie chce, żeby przerośnięte dziecko w wieku trzydziestu lat mieszkało z rodzicami!”. Ale kiedy dodał: „Miarą dobrych rodziców jest to, czego nie chcą zrobić dla swoich dzieci”, zadrżałam. „O Boże, jeśli to jest miarą dobrych rodziców, to ja po prostu nie dorastam do tego”– pomyślałam.

Zamilkła na chwilę, po czym mówiła dalej, bardziej do siebie niż do mnie.

– Z drugiej strony, jeśli za dużo robię dla swoich dzieci, to tylko dlatego, że naprawdę wierzę, że to dla ich dobra. Kiedy Billy zapomni śniadania, a ja mu go nie podrzucę do szkoły, to jest zmartwiony i głodny. Nie chce jeść tych szkolnych śniadań... Jeśli nie przepytam Laurie przed dyktandem, to źle jej pójdzie i zniechęci się. Jeśli nie zawiozę ich obojga do szkoły, kiedy jest brzydka pogoda, to się przeziębią, zawsze tak jest. – Nagle zwróciła się do mnie: – Czy robię coś okropnego? Czy nie po to dziecko ma rodziców? Ponieważ doktor Ginott powtarza często, że najbardziej pomagamy, nie pomagając, to nie jestem już tego taka pewna. Może to, co robię, wcale nie jest dla nich dobre.

Helen weszła do salonu, a ja za nią.

– Ale skąd pewność, że on ma rację? – mamrotała. – Eksperci przecież się mylą! No może jest parę rzeczy, które dzieci mogłyby robić same. Billy ma już siedem lat, ale ciągle przychodzi rano do mojego pokoju i chce, żebym mu uczesała włosy. Sam doskonale umie się uczesać, ale kiedy ja to zrobię, wygląda tak ładnie... Nie mogę uwierzyć, żeby coś tak niewinnego jak czesanie dziecka miało ograniczać jego autonomię!

Autonomia! Po ostatnich zajęciach byłam w takim stanie ducha, że sprawdziłam w słowniku, czy dobrze rozumiem znaczenie tego słowa. Chyba miałam nadzieję, że dosłowna definicja uratuje mnie z opresji. Pomyliłam się. Według Webstera autonomiczny znaczy „samodzielny, samorządny, niezależny, odrębny”. To z pewnością nie pasuje do moich dzieci. Codziennie pytają mnie, w co mają się ubrać do szkoły, a ja, co gorsza, codziennie im pomagam.

– Helen – powiedziałam – jesteś dla siebie zbyt surowa!

Zignorowała mnie.

– Do moich dzieci lepiej pasuje definicja: „rządzone przez matkę, kierowane przez matkę”. „Odrębny” – kiedy o tym myślę, to nie wiem, czy śmiać się, czy płakać. Czasami czuję się tak z nimi związana, że nie wiem, gdzie kończy się moje życie, a zaczyna ich. Laurie zdobywa sto punktów na teście, a ja się czuję tak, jakbym to ja zdobyła te sto punktów. Billy nie dostanie się do drużyny, a ja się czuję, jakbym to ja nie dostała się do drużyny. – Helen opadła ciężko na sofę. – Już wcześniej słyszałam o potrzebie autonomii. Ale zdaje się, że nie jestem w stanie zastosować tych wskazań. Jak to doktor Ginott mawia? „Rozum może tylko przyswoić to, na co pozwolą uczucia”. Widocznie moje uczucia nie pozwalają, żeby zbyt wiele trafiło do mojego rozumu.

Usiadłam obok niej. Obie zmarszczyłyśmy brwi i wlepiłyśmy wzrok w podłogę. Nie wiedziałam, co powiedzieć.

– Helen – spytałam niepewnie – czy mam przynieść swoje notatki? Myślisz, że to pomoże?

– Notatki! – wykrzyknęła. – Nie potrzebujesz notatek. Wiesz, dlaczego do ciebie przyszłam? Dlatego że widziałam, że pozwalasz, żeby twoje dzieci same sobie radziły i łatwo ci to przychodzi. Pamiętam, jak pewnego dnia w zimie Jill wróciła do domu w samej koszulce i spodenkach gimnastycznych. Gdyby Laurie coś takiego zrobiła, byłabym wściekła i zapytałabym, gdzie się podział jej płaszcz. Ale ty zachowałaś spokój. Jill powiedziała: „Mamo, kierowca autobusu powiedział mi, że oberwę w domu. Co mi zrobisz?”. Nigdy nie zapomnę, co odpowiedziałaś. Stwierdziłaś ze stoickim spokojem: „Oczekuję, że jesteś na tyle odpowiedzialna, żeby w zimne dni wkładać płaszcz!”. Było jeszcze jedno zdarzenie, którego nigdy nie zapomnę. David wpadł do domu z krzykiem: „Znowu zapomniałem zabrać skrzypce. Trzeci tydzień z rzędu! Od dzisiaj musisz mi przypominać. W każdy wtorek”. Pamiętasz, co zrobiłaś? Pokiwałaś głową ze współczuciem i powiedziałaś coś w tym stylu: „Trudno jest pamiętać o lekcji, która odbywa się raz w tygodniu, prawda? Ale znam cię. Znajdziesz jakiś sposób, żeby o tym nie zapominać”. Wiesz, co ja bym zrobiła? Zapisałabym sobie, że mam pamiętać, żeby mu przypomnieć w każdy wtorek. Chcę powiedzieć, Janet, że tobie przychodzi to w naturalny sposób.

Słuchałam Helen z zainteresowaniem. Czy mi to przychodziło w naturalny sposób? Dlaczego miałoby tak być? Cofnęłam się w myślach do swojego dzieciństwa. Moi rodzice byli imigrantami, obydwoje ciężko pracowali, byli zajęci. Matka wiecznie sprzątała i gotowała; ojciec nieustannie zabiegał o to, żeby jego mały biznes nie zbankrutował. Karmienie i ubieranie nas było dla nich wielkim wysiłkiem. Oczekiwali, że całą resztą zajmiemy się sami.

I tak też było. Sami oddawaliśmy książki do biblioteki, a kiedy musieliśmy gdzieś pojechać, to szliśmy do metra albo na autobus, sami martwiliśmy się szkolnymi problemami. Angażowaliśmy rodziców w nasze szkolne sprawy tylko wtedy, kiedy potrzebny był ich podpis pod spisem ocen. Nawet wtedy nie kładło się nacisku na nasze oceny, tylko na ich podpis. Dziś jeszcze widzę, jak mój ojciec robi miejsce na kuchennym stole, siada z namaszczeniem, po czym z dumą starannie pisze swoje nazwisko – po angielsku.

 

Moi rodzice chyba wyświadczyli mi przysługę. Nie zamierzali dawać mi autonomii. Prawdopodobnie nie wiedzieliby nawet, co znaczy to słowo; ale i tak mi ją dali – nie wiedząc o tym.

Powiedziałam o tym Helen.

– Czy zdajesz sobie sprawę, co ci ofiarowali? – spytała. – Moje dzieciństwo było zupełnie inne. Zwracałam się do matki niemal ze wszystkim – w sprawie ciuchów, ocen, wyjść, przyjaciół. Kiedy wracałam z randki, wiedziałam, że rodzice nie śpią, tylko czekają na mnie. Nie mogliby zasnąć, dopóki nie usłyszeliby pełnego sprawozdania. Czasami sobie myślę, że moje randki sprawiały im większą przyjemność niż mnie.

– To musiało być nie do zniesienia!

– Wcale nie. Nie znałam innego modelu. Ale teraz rozumiem, że twoje pochodzenie dało ci pewne korzyści. Miałaś niezależność i dlatego tak łatwo ci przekazywać to dzieciom.

– Poczekaj – powiedziałam. – Może moje pochodzenie pomogło mi, ale metod, które teraz stosuję, nie nauczyłam się od rodziców. Myślałam na przykład, że na każde pytanie trzeba udzielić odpowiedzi. Nigdy nie przyszłoby mi do głowy nie odpowiedzieć na pytania dziecka. Dopiero kiedy doktor Ginott mówił o tym, że dziecko potrzebuje przestrzeni i czasu, żeby rozeznać własne myśli, i że rodzice ze swoimi gotowymi odpowiedziami naruszają prawo dziecka do myślenia, zaczęłam się powstrzymywać.

Kiedy po raz pierwszy z rozmysłem nie odpowiedziałam na pytanie, poczułam się dziwnie. Pewnego ranka David zapytał: „Myślisz, że Tommy i Jimmy będą się ze sobą zgadzali? Obaj dziś do mnie przychodzą”. To było najbardziej prowokacyjne pytanie, jakie usłyszałam w ostatnich dniach! Miałam już dokonać analizy charakterów obu chłopców i zakończyć to opinią na temat ich znajomości, kiedy przypomniałam sobie. Ugryzłam się w język i powiedziałam: „To ciekawe pytanie. A co ty o tym sądzisz?”. Zastanawiał się przez chwilę. W końcu stwierdził: „Myślę, że na początku będą się kłócić, ale potem zostaną przyjaciółmi”.

Pomyślałam, że Helen uśmiechnie się na te słowa, ale przeliczyłam się. Wpatrywała się we mnie tak uporczywie, że musiałam mówić dalej:

– Pamiętasz historię doktora Ginotta o mężu, który nie pozwalał żonie zrobić prawa jazdy? „Kochanie, nie ma potrzeby, żebyś nabawiła się bólu głowy, prowadząc samochód. Przecież możesz mnie poprosić. Zawsze chętnie cię zawiozę wszędzie, gdzie tylko zechcesz”. Wczułam się w położenie tej kobiety i natychmiast zrozumiałam, jak nieszczęśliwe muszą być dzieci, kiedy dorośli przejmują kontrolę i nie pozwalają im na samodzielność. I pomyślałam, że rodzice na tysiąc sposobów mogą sprawić, że dziecko poczuje sie bezradne i zależne. Ale zawsze z „miłości”.

„Mamusia otworzy ci słoik, kochanie”.

„Zapnę ci guziki, kotku”.

„Mam ci pomóc w lekcjach?”

„Przygotowałam ci rzeczy, kochanie”.

To zawsze brzmi niewinnie, a rodzice mają jak najlepsze intencje, ale znaczenie jest za każdym razem takie samo: potrzebujesz mamy, nie umiesz sobie sam poradzić.

Helen, czy wiesz, że każdego ranka sprawowałam kontrolę nad wyjściem dzieci do szkoły? Czy beze mnie mogliby nie zapomnieć o zabraniu drugiego śniadania, książek, tenisówek, okularów, notatek, pieniędzy i butów? Musiałam tam być, żeby im trzymać kurtki, zapinać zamki, zawiązywać krawaty i ciągle ich popędzać. Pewnego ranka zmusiłam się do innego postępowania i zawołałam: „Powiedzcie mi, kiedy będziecie gotowi do wyjścia”. Przez dziesięć minut siedziałam na łóżku jak niepotrzebna część maszynerii. Kiedy w końcu przyszli się pożegnać, gotowi do wyjścia i zadowoleni z siebie, to fakt, że nie wszystkie guziki były pozapinane i że starszy syn włożył rękawiczki młodszego, wydał mi się nagle bez znaczenia.

Helen nadal wpatrywała się we mnie niemal z bólem. Przypomniałam sobie inny przykład:

– Powiem ci o czymś, co nigdy by się nie zdarzyło, gdybym w pełni świadomie nie stosowała nowych metod. David miał osiem lat, kiedy oznajmił, że potrzebuje pieniędzy i że ma zamiar znaleźć pracę. Z wielkim trudem powstrzymałam się, żeby nie powiedzieć mu – oczywiście jak najdelikatniej – że nikt nie zatrudni ośmiolatka. Ale to było akurat tego dnia, kiedy doktor Ginott grzmiał: „Nie odbierajcie nadziei, nie przygotowujcie na rozczarowania”. Więc powiedziałam tylko: „Rozumiem”. Trudno uwierzyć w to, co się wydarzyło w ciągu następnej godziny. David wyciągnął książki telefoniczne, opowiadał, jakiej pracy szuka, i przeglądał listę okolicznych pracodawców, dzwonił, rozmawiał z właścicielami sklepów. W końcu powiedział mi: „Wiesz, że trzeba mieć czternaście lat i pozwolenie na pracę, żeby się zatrudnić? Kiedy będę miał tyle lat, pójdę do pracy w sklepie z narzędziami. Ten właściciel jest miły, a ja lubię narzędzia”.

Czy zdajesz sobie sprawę, Helen, że niewiele brakowało, abym pozbawiła go tego doświadczenia? Moja matka powiedziałaby: „Co za niedorzeczność! Kto by pozwolił ośmioletniej dziewczynce szukać pracy?”.

Helena skrzywiła się.

– Janet, proszę, dość już. Przedtem byłam w depresji, teraz schowałabym się do mysiej dziury.

Przeszło mi przez myśl, że moje gadanie jest nie do zniesienia, ale nie potrafiłam się już pohamować.

– Wiesz, co mi sprawiało największą radość? Że już nie byłam musztrującym sierżantem. Przecież przez cały dzień wydawałam rozkazy: „Posprzątajcie klocki! Umyjcie ręce! Włóżcie kalosze! Zamknijcie drzwi!”. Tak przyjemnie jest opisać problem, zamiast wykrzykiwać rozkazy. Uwielbiam mówić: „Dzieci, drzwi są otwarte” albo: „W telewizji mówią, że jutro będzie padać!”.

Helen wstała i sięgnęła po płaszcz.

– Janet, już nie mogę cię słuchać. Czy słyszysz, co mówisz? „Radość, przyjemność, uwielbiam”. Ja nie uwielbiam. To nie leży w moim charakterze. To nie w moim stylu!

– Posłuchaj – żachnęłam się. – Nie chcę żadnych medali, ale ten „styl”, jak powiedziałaś, wymagał pewnej pracy. Czy poczujesz się lepiej, jeśli ci powiem, jak nieraz czułam się zniechęcona i niemądra? Czy chciałabyś, na przykład, wiedzieć, jak na początku nie potrafiłam nawet siedzieć cicho, kiedy ktoś zadał mojemu dziecku pytanie?

Helen usiadła z powrotem.

– To było w zeszłym roku. Przyjechała do nas ciotka Sophie i zapytała Andy’ego, ile ma lat. Przykazałam sobie: „Nie powiem za niego. Dziecko musi mieć możliwość wypowiedzenia się”. Ale kiedy zobaczyłam, że gapi się na nią z rozdziawioną buzią jak chłopek-roztropek, nie wytrzymałam. Zanim się połapałam, co robię, powiedziałam „sześć”.

– Teraz mi trochę lepiej – przyznała Helen.

– Może podniesie cię również na duchu fakt, że najtrudniej było mi zaakceptować najprostsze zasady. Czułam niemal żal do doktora Ginotta, kiedy mówił, że w naszym postępowaniu z dziećmi musimy polegać również na pomocy innych ludzi. Pamiętasz, jak powiedział: „Zadaj sobie pytanie: kto w tej sytuacji lepiej poradzi sobie z moim dzieckiem – sprzedawca, nauczyciel, dentysta, matka?”.

Wcale mi to nie odpowiadało. Który obcy człowiek może sobie lepiej poradzić z moimi dziećmi? Możesz sobie wyobrazić, jaka byłam zaszokowana, kiedy odkryłam, że najzwyklejsze stwierdzenie wypowiedziane przez obcą osobę wywiera skutek – właśnie dlatego, że pochodzi od obcej osoby – jakiego moje słowa nigdy nie wywierały. Na przykład, przez dobry miesiąc wyczyniałam słowne akrobacje, żeby skłonić Davida do pójścia do fryzjera. Nic nie skutkowało. Aż pewnego dnia wpadł do domu ze słowami: „Cześć, mamo, muszę dzisiaj iść do fryzjera”. Wiesz, czyja to była zasługa? Woźnego. Wiesz, co powiedział? „David, musisz ściąć włosy”.

Powiem ci, co jeszcze było dla mnie trudne – nadal muszę toczyć bitwy, żeby tego nie robić. Chodzi o wtrącanie się w sprawy dzieci. Mam taką ochotę pytać o najdrobniejsze rzeczy i komentować wszystko. Wiesz, czego nie mówię, kiedy Jill wraca ze szkoły? Nie pytam: „Czy nauczycielce podobało się twoje wypracowanie? Co powiedziała? Czy zadanie z matematyki, przy którym ci pomogłam, było dobrze rozwiązane? Tak ci ładnie w tej nowej sukience. Czy ktoś to zauważył?”. Czy wiesz, jaką walkę muszę staczać, żeby powiedzieć tylko: „Cześć, skarbie” i pozwolić jej, żeby sama mi opowiedziała o tym, co uzna za ważne?

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?