Wyzwoleni rodzice, wyzwolone dzieci

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Ale mimo to nie opuszczał nas niepokój. Tak trudno wyrzec się spontaniczności w relacjach z najbliższymi i najdroższymi osobami. Kamień spadł nam z serca, gdy nagle poczułyśmy się naturalnie i zręcznie. Trzeba było podjąć ryzyko, improwizować, eksperymentować. Nasze słowa nie brzmiały już identycznie ani tak jak słowa doktora Ginotta. Co prawda, stosowałyśmy te same metody, ale teraz każda z nas nadawała tej muzyce własne znaczenie.

Na tym etapie zakończyły się zajęcia. Nadszedł czas letnich wakacji, ale obiecałyśmy sobie, że jesienią będziemy się znowu spotykać.

Lato minęło, a wraz z nim wiele z naszych wypracowanych z trudem ekspertyz. Całe lato z dziećmi, dzieci nas wykończyły! Podczas gdy w lipcu miałyśmy tyle fantazji, w sierpniu potrafiłyśmy zdobyć się tylko na cierpkie uwagi. Przebywanie z dziećmi na co dzień, bez względu na to, jak wykwalifikowani są rodzice i jak czarujące dziecko, to wyczerpująca i deprymująca praca, pełna prób i sprzecznych interesów. Dzieci hałasowały, gdy my potrzebowałyśmy spokoju; wymagały zainteresowania, gdy my pragnęłyśmy samotności; były niechlujne, gdy my tęskniłyśmy za porządkiem. I to dokuczanie sobie, ciągłe sprzeczki, robienie problemu z najprostszych spraw: „Nie chcę myć zębów!”, „Dlaczego muszę wkładać piżamę?”, „Nie chcę swetra”.

W tych męczących warunkach zaczynałyśmy wracać do dawnych metod. Blask początkowego sukcesu powoli przygasał. Wyszłyśmy z wprawy.

Doktor Ginott powtarzał często, że uczenie się nowego podejścia przypomina naukę języka – francuskiego czy chińskiego. Zdaliśmy sobie sprawę, że jest to nawet trudniejsze. Ucząc się nowego języka, musiałyśmy jednocześnie „oduczyć” się innej mowy, stosowanej przez całe życie, mowy, którą przekazały nam poprzednie pokolenia.

Takie wyrażenia jak:

Dlaczego nigdy nie możesz...

Zawsze jesteś...

Ty nigdy...

Kto to zrobił?

Co się z tobą dzieje?

były jak chwasty, których nie sposób wyplenić. Wzmacniały się dzięki diabelskim sztuczkom i oplatały delikatne młode roślinki, takie jak:

Chciałbyś...

Jestem przekonana, że...

Więc naprawdę czujesz, że...

Byłoby bardzo dobrze, gdybyś...

Tak więc powróciłyśmy z wakacji z mieszanymi uczuciami – nieco sceptyczne, ale nadal pełne nadziei, że odzyskamy choć odrobinę dawnego entuzjazmu. Kiedy rozpoczęły się zajęcia, odkryłyśmy, że nie jesteśmy osamotnione w swych uczuciach. Inne kobiety wtórowały nam jak echo. „Chyba zmarnowałam to lato”, „Zdaje mi się, że zapomniałam wszystko, czego się nauczyłam”.

Doktor Ginott wysłuchał w milczeniu tych komentarzy, a potem postawił pytanie:

– Co jest naszym podstawowym celem jako rodziców?

– Polepszać relacje między rodzicami a dziećmi – rzucił ktoś.

Inna osoba stwierdziła:

– Znaleźć lepsze sposoby porozumiewania się z dziećmi.

Następna kobieta powiedziała bez namysłu:

– Oczywiście, ukształtować dzieci, które są przede wszystkim bystre, grzeczne, uprzejme, schludne i dobrze przystosowane.

Doktor Ginott miał poważny wyraz twarzy. Ta ostatnia wypowiedź wcale go nie uradowała. Pochylił się i powiedział:

– A ja uważam inaczej. Wydaje mi się, że naszym najważniejszym celem jest znalezienie sposobów, które dadzą naszym dzieciom człowieczeństwo i siłę.

Co nam przyjdzie z tego, że będziemy mieć schludne, grzeczne, czarujące dziecko, które będzie bezczynnie patrzyło, jak ludzie cierpią?

Co warte jest nasze wychowanie, jeśli jego rezultatem jest bystre dziecko – najlepszy uczeń w klasie – które wykorzystuje swój intelekt do manipulowania innymi ludźmi?

I czy istotnie pragniemy, aby nasze dzieci były tak dobrze przystosowane, że potrafiłyby się znaleźć w sytuacji, do której nie należy się przystosowywać? Niemcy tak dobrze przystosowali się do nazistowskich porządków, że wymordowali miliony współrodaków.

Zrozumcie mnie dobrze: nie mam nic przeciwko temu, żeby dziecko było grzeczne, schludne czy wykształcone. Kluczowa kwestia dla mnie to: Jakich użyto metod, aby te cele osiągnąć? Jeśli stosowano zniewagi, atak i groźby, to możemy być pewni, że dziecko nauczyło się również obrażać, atakować, grozić i ulegać, kiedy się grozi.

Jeśli, z drugiej strony, stosujemy metody humanitarne, to możemy nauczyć je czegoś znacznie ważniejszego niż kilku oderwanych zalet. Pokazujemy dziecku, jak być człowiekiem – ludzką istotą, która potrafi kierować swoim życiem stanowczo i z godnością.

Helen spojrzała na mnie z drugiego końca pokoju. To było to. Nieuchwytna idea, która tak nas poruszyła na pierwszym spotkaniu, nareszcie została określona. To był proces uczłowieczania – koncepcja, dzięki której każdy akt zwracania się do dziecka był znaczący, stawał się cząstką budulca, z którego miała się ukształtować konkretna osoba. Zaczynałam rozumieć, że mówiąc do dziecka: „Mleko się rozlało” i podając mu szmatkę, nie tylko stosowaliśmy pomysłowy sposób radzenia sobie z drobnymi niepowodzeniami. Robiliśmy więcej, mówiliśmy dziecku: „Postrzegam cię jako osobę, która jest w stanie sama sobie poradzić”.

Mówiliśmy mu:

„Gdy jest kłopot, nie obwiniamy”.

„Gdy jest kłopot, skupiamy się na rozwiązaniu”.

„Gdy jest kłopot, podajemy sobie pomocną dłoń”.

Naraz stało się dla mnie jasne, że jeśli sam proces postępowania z dzieckiem determinuje to, jakim człowiekiem się ono stanie, to już nigdy nie będę myśleć o roli matki tak jak dawniej. Co prawda, nadal gniew będzie na porządku dziennym, ale teraz widziałam wszystkie możliwości – możliwość wykuwania charakteru dziecka, możliwość afirmowania wartości, w które wierzę.

Kobieta, która wcześniej udzieliła nieprzemyślanej odpowiedzi, ponownie zabrała głos.

– Nie miałam pojęcia, że wykonuję taką odpowiedzialną pracę.

Doktor Ginott uśmiechnął się.

– Wszystko zależy od punktu widzenia. Opowiem państwu pewną historię. Do trzech robotników podszedł wieśniak. „Co robicie?” – zapytał ich. Pierwszy robotnik odpowiedział: „Zarabiam na życie”. Drugi odparł: „Kładę cegły”. Trzeci odrzekł: „Buduję katedrę”.

Zapadła cisza. Kobieta z powagą skinęła głową.

Zamyśliłam się. My również jesteśmy robotnikami. Naszą pracą jest wychowywanie dzieci. Nasze cegły – to wszystkie drobne wypowiedzi. Nasza katedra – osiągnięcie pełni człowieczeństwa przez nasze dzieci.

Dzieci to też ludzie

2

Czują to, co czują

Od samego początku doktor Ginott mówił nam wielokrotnie, jak ważne jest zaakceptowanie uczuć dzieci. Wielokrotnie i na różne sposoby komunikował nam to swoje przekonanie.

Wszystkie uczucia są dozwolone, działania są zabronione.

Nie możemy zaprzeczać sposobowi widzenia dziecka.

Tylko wtedy, gdy dziecko dobrze się czuje, może dobrze myśleć.

Tylko wtedy, gdy dziecko dobrze się czuje, może dobrze postępować.

Nie byłam nawet pewna, czy właściwie rozumiem te stwierdzenia. Czy zaakceptowanie uczuć dziecka jest istotnie aż takie ważne? A jeśli tak, jaki ma to związek z ideą uczynienia dzieci silnymi i bardziej ludzkimi?

Pamiętałam z mojego dzieciństwa, że uczucia dziecka nie miały większego znaczenia. „Ona jest tylko dzieckiem, co ona może wiedzieć? Zachowuje się tak, że pomyślałby kto, że świat się kończy”. Jako mała dziewczynka miałam silne wrażenie, że moje uczucia nie będą brane pod uwagę, dopóki nie dorosnę. Byłam przyzwyczajona do pouczeń:

„Twoje odczucia są głupie”.

„Nie masz powodu tak się martwić”.

„Robisz wielkie halo bez powodu”.

Nigdy na ten temat nie rozmyślałam. Tak było i już. A jednak teraz, jako matka, usłyszałam, że moim zadaniem jest pomaganie dzieciom w rozpoznawaniu ich prawdziwych uczuć, ponieważ z tej wiedzy mogą czerpać wiele korzyści.

„Chyba jesteś zadowolony, że sam ułożyłeś tę układankę”.

„Musisz czuć się rozczarowany, że Tommy nie mógł przyjść na twoje przyjęcie”.

Powiedziano nam również, że musimy uznawać wszystkie uczucia naszych dzieci, nawet te negatywne:

„Taka skomplikowana zabawka może zdenerwować”.

„Naprawdę nienawidzisz, kiedy ciocia Hariett szczypie cię w policzek”.

Przekonałam się, że pokazanie dziecku, co czuje, może przynosić korzyści. W pewnych sytuacjach uznanie uczuć dziecka, a nie zwalczanie ich, pozwalało załagodzić napięcia w rodzinie. Tego ranka przy śniadaniu, kiedy David powiedział: „To jajko jest za miękkie”, zrezygnowałam z długiego monologu i ze stwierdzenia, że chyba się na tym nie zna. Nie przypominałam mu, że jajko gotowało się dokładnie tak długo jak to, które zjadł poprzedniego dnia i które mu smakowało. Powiedziałam tylko: „O, wolałbyś, żeby było twardsze”. To było o wiele łatwiejsze i zapobiegło wyolbrzymianiu drobnego sporu i manifestowaniu złego humoru.

Nadal jednak nie rozumiałam wielkiej tajemnicy uznawania uczuć. I wtedy zdarzyło się coś, co pozwoliło mi zrozumieć cały proces.

Pewnego burzowego wieczoru, gdy jedliśmy kolację, nagle rozległ się huk i cały dom pogrążył się w ciemnościach. Kiedy parę sekund później rozbłysły światła, dzieci wydawały się przerażone. Pomyślałam, że najlepszym sposobem zaradzenia temu jest zbagatelizowanie ich strachu. Już miałam powiedzieć: „Hej, nie było tak źle, prawda?”, ale mój mąż Ted odezwał się pierwszy: „To było przerażające”. Dzieci wpatrywały się w niego.

Było to miłe z jego strony. Od razu podchwyciłam jego ton. „To zabawne – powiedziałam. – Kiedy w pokoju pali się światło, wszystko wydaje się takie przyjazne i znajome. Ale kiedy ten sam pokój z tymi samymi meblami pogrąży się w ciemności, nagle ogarnia nas strach. Nie wiem dlaczego. Po prostu tak to jest”.

 

Trzy pary oczu spoglądały na mnie z taką ulgą, z taką wdzięcznością, że aż mnie to wzruszyło. Powiedziałam bardzo prostą rzecz o zwykłym zdarzeniu, a jednak dla nich zdawało się to tak wiele znaczyć. Zaczęli mówić wszyscy naraz, spierając się, kto ma być pierwszy.


DAVID: Czasami mi się wydaje, że zaraz przyjdzie bandyta i mnie porwie.
ANDY: Mój fotel na biegunach wygląda w ciemnościach jak potwór.
JILL: Najbardziej się boję, kiedy gałęzie drzewa ocierają się o okno.

Słowa popłynęły. Każde z dzieci ujawniło, czego się boi, kiedy zostaje samo w ciemnym pokoju. Obydwoje słuchaliśmy i przytakiwaliśmy. Dzieci mówiły i mówiły. W końcu powiedziały wszystko.

W ciszy, która potem zapadła, wszyscy poczuliśmy, że jesteśmy kochani i że kochamy. Wydawało mi się, że dotarłam do jądra procesu mającego niezwykłą moc. Potwierdzanie uczuć dzieci nie było żadną błahostką. Czy inni rodzice zdawali sobie z tego sprawę?

Zaczęłam podsłuchiwać rozmowy pomiędzy rodzicami a dziećmi. Będąc w zoo usłyszałam:


DZIECKO: (z płaczem) Mój palec! Boli mnie!
OJCIEC: Nie może cię boleć. To tylko małe zadrapanie.

W supermarkecie usłyszałam:


DZIECKO: Gorąco mi.
MATKA: Jak może ci być gorąco? Przecież tutaj jest chłodno.

W sklepie z zabawkami:


DZIECKO: Mamusiu, popatrz na tę kaczuszkę, jaka ładna.
MATKA: To dla małych dzieci. Ty już nie potrzebujesz takich zabawek.

To było zdumiewające. Ci rodzice nie byli w stanie zrozumieć najprostszych uczuć swoich dzieci. Na pewno nie chcieli wyrządzić dzieciom szkody takimi reakcjami. A jednak w rzeczywistości powtarzali im bez końca:

„Nie myślisz tego, co mówisz”.

„Nie wiesz tego, co wiesz”.

„Nie czujesz tego, co czujesz”.

Musiałam się powstrzymywać, żeby nie klepnąć każdego z tych rodziców w ramię i nie zaproponować innej możliwości:

„Widzę, że masz zadrapanie. To czasem boli”.

„Naprawdę jest ci tu za gorąco?”

„O, naprawdę ci się podoba ta mała kaczuszka?”.

Wszystko we mnie kipiało. Nie mogłam nic powiedzieć obcym ludziom, ale mogłam chociaż poinformować przyjaciół. Musiałam rozgłosić nowinę. Zadzwoniłam do kilku starych przyjaciół, co do których miałam nadzieję, że zrozumieją moją euforię, i opowiedziałam im o ostatnich rewelacjach. Wysłuchali mnie uprzejmie, nawet z zainteresowaniem, a potem wytoczyli wszystkie „ale”.

– Ale, Janet, nie jestem nawet pewna, czy rozumiem, co masz na myśli, mówiąc: zaakceptuj uczucia, ograniczaj działania. Jak mam to zastosować w przypadku Timmy’ego?

Podałam kilka przykładów:

„Timmy, wiem, że chciałbyś zerwać bukiet tych żonkili i zanieść go do domu, ale na tabliczkach jest napisane, że w parku nie wolno zrywać kwiatów”.

„Timmy, widzę, że chciałbyś nagryźć każdą czekoladkę z pudełka tylko po to, żeby zobaczyć, co jest w środku. To wielka pokusa. Ale możesz teraz wybrać tylko jeden kawałek, a następny jutro”.

„Timmy, jesteś wściekły na Eryka za to, że zepsuł ci rower, na pewno chciałbyś go uderzyć. Wiem. Ale powiedz mu to słowami, a nie za pomocą pięści”.

Inna przyjaciółka powiedziała:

– Ale, Janet, jeśli akceptujesz uczucia dziecka, to czy tym samym nie aprobujesz ich? Moja córka nie dopuszcza nikogo do swoich zabawek. Oczywiście nie mam zamiaru akceptować takich samolubnych uczuć. Ważne jest, żeby Nancy w przyszłości potrafiła być hojna, dlatego uczę ją, że wszyscy powinni się dzielić.

Od kolejnej z moich przyjaciółek usłyszałam:

– Ale, Janet, jeśli pozwolę Rogerowi mówić, jak bardzo nienawidzi małej, to czy nie umacniam w ten sposób jego najgorszych uczuć, nie daję mu przyzwolenia na tę nienawiść?

Tak trudno było to wytłumaczyć. Próbowałam im powiedzieć, że fakt, iż pomagamy dziecku określić uczucia, nie oznacza zgody na te uczucia ani wzmacniania ich, nie oznacza też aprobaty wyrażonej takimi stwierdzeniami, jak: „Och, wspaniale Nancy, nienawidzisz się dzielić z innymi!” albo: „Cudownie, Roger, masz ochotę udusić swoją siostrę”.

Próbowałam uświadomić im, że chodzi o wysłuchanie dziecka i o odpowiedź, która wymaga prawdziwego „wczucia” się w jego emocje; że uczciwe, proste „och” albo „rozumiem” informuje dziecko: „Wszystkie twoje uczucia są ważne – te dobre i te złe. Są cząstką ciebie. Twoje uczucia nie szokują mnie ani nie przerażają”. Dopiero kiedy złośliwe albo krzywdzące emocje zostaną ujawnione, wysłuchane i zaakceptowane, dziecko może się zmienić.

Nie byłam pewna, czy mój spontaniczny zapał został doceniony, toteż nie kryłam zadowolenia, kiedy kilka dni później odebrałam dwa telefony.

„Janet, stała się rzecz niemożliwa. Dziś rano była u Nancy koleżanka i chciała, żebym powiedziała Nancy, aby pozwoliła jej się pobawić swoją nową zabawką. Po raz pierwszy w życiu zastanowiłam się, co może czuć Nancy. I zdarzyła się dziwna rzecz. Nie byłam zła na Nancy, ale bardziej wyrozumiała. Powiedziałam: »Zdaje się, że bardzo trudno jest dzielić się nową zabawką. Ludzie nie lubią dawać nikomu nowych rzeczy, i to przez długi czas«. Potem zwróciłam się do koleżanki Nancy: »Kiedy Nancy będzie do tego gotowa, da ci swoją zabawkę«. Żadna z nich nie odezwała się słowem, ale pół godziny później usłyszałam, jak Nancy mówi: »No dobrze, teraz mogę ci dać moją zabawkę!«”.

Moja druga rozmówczyni była tak samo przejęta: „Nie uwierzysz w to, Janet. Dziś rano moja mała spała, a Roger cały czas ściągał z niej kocyk. Już miałam go pacnąć i powiedzieć: »Jesteś dużym chłopcem, nie powinieneś się tak zachowywać«. Ale przypomniałam sobie, jak mi niedawno mówiłaś, że dobre uczucia nie mogą się ujawnić, dopóki dziecko nie pozbędzie się tych złych. Chwyciłam więc go tylko za rękę i powiedziałam: »Roddy, pomyślałam sobie, że siostra musi cię czasami bardzo denerwować. Nawet kiedy śpi. Na pewno to, że jest ciągle w domu, że ją widzisz, złości cię nieraz«. Rzucił mi spojrzenie pełne wdzięczności i odparł: »Jest jej zimno. Przykryj ją«. Nie do wiary, prawda?”.

Te relacje poruszyły mnie. Oznaczały, że jestem na dobrej drodze. Już samo zaakceptowanie uczuć wprowadzało zmianę. I to jaką zmianę! Zamiast poirytowanych rodziców, narzucających swój dorosły punkt widzenia nieposłusznym dzieciom, pojawili się rodzice, którzy naprawdę próbowali wysłuchać i zrozumieć, oraz dzieci, których głos został usłyszany i które czuły, że rodzice je rozumieją, dzieci, które były teraz w stanie odpowiedzieć na to z większą miłością.

Wtedy zdarzyło się coś, co wzbudziło moje wątpliwości. Mary Sue, najlepsza przyjaciółka Jill jeszcze z czasów przedszkolnych, zaczęła wyśmiewać się z niej – dokuczała jej, mówiąc, że nosi dziecinne rzeczy, szeptała coś o niej do innych chichoczących dziewcząt. Ale Jill tak ufała swojej starej przyjaciółce, że zupełnie się nie zorientowała, co się dzieje. W sobotę zadzwoniła do Mary Sue i zaprosiła ją do siebie. Wtedy wybuchła bomba. Mary Sue powiedziała Jill, że już nie chce być jej przyjaciółką i że inne dziewczęta też jej nie lubią.

Jill stała jak wryta, była zrozpaczona. W końcu odwiesiła słuchawkę i poszła do swojego pokoju. Godzinę później przechodziłam koło jej pokoju. Drzwi były otwarte, a Jill leżała na łóżku zapłakana, gapiąc się w sufit. Nagle zapragnęłam dorwać tę Mary Sue i potrząsać nią bez końca. Ten podły, samolubny bachor ośmielił się zrobić coś takiego Jill? Chciałam powiedzieć mojej córce, że brud pod jej paznokciem jest wart więcej niż cała Mary Sue. Miałam ochotę krzyknąć: „Jabłko pada niedaleko od jabłoni! Przecież jej matka to zimna hipokrytka!”. Ale najbardziej pragnęłam znaleźć siły, by ulżyć Jill w cierpieniu, znaleźć mądre, pomocne słowa.

Jakiej rady mogłam jej udzielić? Wiedziałam, że dzieci nie lubią zwykle dobrych rad. Wiedziałam również, że Jill potrzebuje czasu, żeby samodzielnie znaleźć jakieś rozwiązanie. A jednak odczuwałam potrzebę, żeby rozwiązać jej problem. Nie mogłam w tym wypadku posłużyć się empatią. Obawiałam się, że jeśli zobaczy we mnie odbicie swojego bólu, odrzucenia i samotności, będzie zupełnie zdruzgotana.

Powiedziałam najdelikatniej, jak umiałam: „Kochanie, nie możesz przejść przez życie, polegając tylko na jednym przyjacielu. Jesteś taką wspaniałą dziewczynką. Możesz mieć całe mnóstwo przyjaciół. Może zaprosiłabyś kogoś innego?”.

Jill wybuchnęła płaczem i krzyknęła: „Zawsze mi mówisz, co mam robić. Skąd wiesz, że nie chciałam tak zrobić? Teraz już nie chcę!”.

Rozmyślałam o tej sprawie przez cały dzień. Jeśli zaproponowanie rozwiązania nie było dobrym wyjściem, to co nim było? Co mogłam zrobić, żeby pomóc mojemu dziecku? Przecież nie można oczekiwać, że wyrażę jedynie swoje współczucie, a potem będę siedzieć i patrzeć, jak moja córka cierpi.

Wyglądało na to, że teoria o akceptowaniu uczuć dzieci ma pewne ograniczenia. Najwyraźniej sprawdzała się w przypadku drobnych kłopotów, takich jak zadrapany palec, zgubiona zabawka, piknik, który nie udał się z powodu deszczu. Ale co z prawdziwymi cierpieniami: śmiercią ukochanego zwierzątka, odrzuceniem przez przyjaciela? Czy jest właściwe lub nawet pomocne mówienie o tych uczuciach? Czy nie spowoduję więcej szkody niż pożytku, rozdrapując rany?

Podzieliłam się swoimi wątpliwościami na kolejnym spotkaniu. Doktor Ginott pokręcił głową.

– Chciałbym umieć – powiedział – przekonać rodziców, że cierpienie pomaga dojrzewać, że zmaganie wykuwa charakter. Rodzice tak bardzo chcą, żeby ich dzieci były szczęśliwe, że często nie dopuszczają do tego, żeby odczuwały rozczarowanie, frustrację czy żal, pozbawiając je tym samym doświadczeń, które pomagają dojrzewać. „Nie płacz” – mówią. „Kupimy ci innego psa”.

Gdyby tylko rodzice byli w stanie uwierzyć, że dodają dziecku sił, kiedy pomagają określić cierpienie, nie baliby się powiedzieć: „Tęsknisz za Księciem. Czujesz się tak, jakbyś miała złamane serce... Wiem, wiem”. To jest w istocie najlepsza pomoc, jakiej możemy udzielić dzieciom.

Kiedy dziecko zostanie zranione, nic nie jest w stanie zapewnić natychmiastowego zagojenia rany. Stosuje się środki antyseptyczne i bandaż i wiadomo, że czas zrobi swoje. Z ranami duszy jest tak samo. Możemy zapewnić pierwszą pomoc, ale musimy zdawać sobie sprawę z tego, że sam proces rekonwalescencji przebiega powoli. Możemy powiedzieć Jill: „To bardzo boli, kiedy najlepszy przyjaciel odwraca się od nas po tylu latach znajomości. To bardzo boli. To sprawia, że czujemy się nagle bardzo osamotnieni”.

Wtedy Jill może powiedzieć sobie: „Straciłam przyjaciółkę, ale za to mam matkę, która mnie rozumie”.

Byłam nieco oszołomiona tym, co usłyszałam. Nigdy dotąd nie myślałam o tych sprawach: miejsce na cierpienie w życiu dziecka... Niezwykła zdolność rodziców do niesienia ulgi poprzez zrozumienie głębi uczuć, jakich doświadcza dziecko... Rodzice, którzy nie są zdruzgotani żalem dziecka, nie zaprzeczają jego istnieniu, ale mają siłę, dostrzegają ten ból i potrafią poprzez samo wysłuchanie dziecka przekazać mu najważniejszą informację: „To można przetrzymać”. Dopóki choć jedna osoba na świecie potrafi nas naprawdę wysłuchać, naprawdę nam współczuć, wszystko można przetrzymać.

Byłam zatopiona w myślach, kiedy trzasnęły drzwi. Podniosłam głowę i zauważyłam, że mój sześcioletni Andy stoi na środku pokoju ze skrzywioną miną.

 

– Nauczycielka na mnie nakrzyczała – poskarżył się. – Podnosiłem z podłogi ołówek, a ona zaczęła krzyczeć. Powiedziała, że nie uważam. Wszyscy się na mnie gapili. Powiedziała, że mam zostać po lekcjach i że to mi da nauczkę. Kazała mi zostać. A ty nie wiedziałaś, gdzie jestem!

Serce mi zamarło. Jakie straszne przeżycie dla małego dziecka! Szybko, szybko, pocieszę go, powiem, że to nieważne, że nie ma się czym martwić. Powiem mu, żeby na przyszłość uważał na lekcjach. Całusek, ciasteczko i wszystko będzie w porządku!

Wtem przypomniałam sobie inne dziecko, które wiele lat temu w pierwszej klasie musiało stać w kącie, ponieważ rozmawiało w czasie lekcji. Przypomniałam sobie popękaną ścianę w mrocznym kącie i odgłos szurania stóp dzieci, które wracały do domu na lunch. I okropną ciszę, w której rozległ się po jakimś czasie ostry głos: „Możesz już iść do domu, Janet. Mam nadzieję, że czegoś się nauczyłaś”.

Pamiętam, że całą drogę do domu przebyłam biegiem, chciałam krzyczeć, płakać, ale przede wszystkim chciałam opowiedzieć o tym matce. „Nie gadaj tyle” – powtarzała. „Jedz, bo się spóźnisz”. Pamiętam, jak przeżuwałam i próbowałam przełknąć suchą kanapkę.

Wzięłam Andy’ego na kolana i powiedziałam:

– Człowiekowi może być przykro, kiedy nauczycielka na niego krzyczy. – Oplótł mi szyję rękoma i ukrył twarz na moim ramieniu. – I w dodatku kiedy cała klasa patrzy! Wtedy jest podwójnie przykro. I jeszcze trzeba zostać samemu po lekcjach, chociaż bardzo chce się biec do domu, tak jak wszyscy inni. Tyle przykrych, bolesnych przeżyć i wszystko naraz!

Tak bardzo pragnęłam dotrzeć do sedna przeżyć Andy’ego i pocieszyć moje popłakujące dziecko, że ze zdumieniem poczułam łzy płynące po moich policzkach oraz przepełniające mnie dziwne uczucie ulgi.

Nie wiem, jak długo tak siedzieliśmy, kołysząc się bez słów. Ale kiedy już miałam to za sobą, zrozumiałam, że jakimś cudem cofnęłam się o trzydzieści lat i pomogłam wyjść z kąta małej dziewczynce.