Event

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Adam Walerjańczyk

Event

Zaufaj mi...

Zasługujesz na wyjątkowe życie

© Copyright by Złote Myśli Sp. z o.o. & Adam Walerjańczyk, rok 2017

Autor: Adam Walerjańczyk

Tytuł: Event

Wydanie I

ISBN: 978-83-7701-995-5

Złote Myśli Sp. z o.o.

44–100 Gliwice

ul. Kościuszki 1c

www.ZloteMysli.pl

e-mail: kontakt@zlotemysli.pl

Drukarnia Elpil sp z o. o.

ul. Artyleryjska 11

08-110 Siedlce

www.elpil.com.pl

Autor oraz Wydawnictwo „Złote Myśli” dołożyli wszelkich starań, by zawarte w tej książce informacje były kompletne i rzetelne. Nie biorą jednak żadnej odpowiedzialności ani za ich wykorzystanie, ani za związane z tym ewentualne naruszenie praw patentowych lub autorskich.

Autor oraz Wydawnictwo „Złote Myśli” nie ponoszą również żadnej odpowiedzialności za ewentualne szkody wynikłe z wykorzystania informacji zawartych w książce. Niniejsza publikacja, ani żadna jej część, nie może być kopiowana, ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana, powielana, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Wykonywanie kopii metodą kserograficzną, fotograficzną, a także kopiowanie książki na nośniku filmowym, magnetycznym lub innym powoduje naruszenie praw autorskich niniejszej publikacji.

Wszelkie prawa zastrzeżone.

All rights reserved.

Podziękowania

Najkrócej, jak potrafię.

Maćku, Jarku. Dziękuję Wam za odciążenie mnie z obowiązków i zorganizowanie pracy całego zespołu w taki sposób, żebym mógł skoncentrować się na pisaniu. Gdyby nie Wy, ta książka prawdopodobnie by nie powstała, a gdyby nawet powstała, musiałbym przez blisko cztery miesiące karmić siebie i rodzinę energią słoneczną.

Marcinie, Tobie za napisanie definicji pojęć, którymi posługuję się w treści.

Ania Sawa, Tobie za wsparcie w promocji książki, projekt okładki i całą resztę, o której jeszcze nie wiem, kiedy piszę te słowa.

Ania Poławska, Tobie za pierwsze czytanie, informację zwrotną i wstępne poprawki językowe.

Przedmowa

Event nie jest kolejnym podręcznikiem dla coachów. Niech podręczniki piszą ci, którzy robią to znacznie lepiej ode mnie. Event to historia napisana z zawodowej potrzeby pokazania, jak działają „guru rozwoju osobistego”, którzy mają świetny marketing, są ekspansywni i popularni, oraz jak działa coaching jako metoda cicha, mniej spektakularna i kolorowa, intymna, a jednocześnie skuteczna.

Książka jest fikcją literacką, została zainspirowana obserwacjami, przeczytanymi tekstami, zasłyszanymi historiami oraz wędrówką po czeluściach internetu, od linku do linku. Żadna z opisanych tu postaci nie jest autentyczna, z wyjątkiem przykładu niejakiego Juliana, który kazał się policzkować studentom SGH.

Książka nie jest też obiektywna ze względu na moje przekonania dotyczące rozwoju osobistego i kierunku, który uznaję za wartościowy. Nie przekreślam jednocześnie metod, których nie stosuję, pod warunkiem że nazywane będą po imieniu.

Miłej lektury!

Prolog
Styczeń 2016

Aleks stał jak ogłuszony. Jak zza szyby obserwował ludzi znajdujących się wokół niego w ciemnej, nie licząc mocno doświetlonej sceny, sali łódzkiej Atlas Areny i skandujących słowa, których znaczenia jeszcze nie rozumiał. Czuł jedynie, że wzbiera w nim fala entuzjazmu. Ten stan, kiedy ma się wrażenie, że za chwilę coś w człowieku eksploduje, jeśli nie znajdzie ujścia.

Dziewczyna obok, drobna, z burzą rudych loków, odwróciła wzrok od sceny i spojrzała na niego roześmianymi, pogodnymi oczami. Identyfikator, który miała na szyi, oznajmiał, że ma na imię Jagoda. Jagoda delikatnie podskakiwała z wyciągniętymi w górę rękami i wyrazem ekstazy na twarzy. Wyglądała na szczęśliwą i wzruszoną. Zresztą wszyscy wokół na takich wyglądali. On też czuł rozpływający się po jego ciele nieznany wcześniej rodzaj energii tak silnej, że również musiał zacząć krzyczeć.

— Jestem ci mega wdzięczny za te emocje, bo to ty, wy wszyscy jesteście autorami tego, co się tutaj dzieje! Przecież mogłeś teraz pić trzecie piwo przy pieprzonym grillu ze znajomymi, jak dziewięćdziesiąt procent ludzi w tym kraju, ale ty jesteś tutaj i działasz! — krzyczał ze sceny prowadzący.

— Jeeee! — odpowiedział tłum.

— Ty wiesz, że nic nie zrobi się samo, i właśnie dlatego dzisiaj zrobiłeś pierwszy krok w kierunku twojej misji, poczucia sensu tego, po co tutaj jesteś i jakie dziedzictwo po sobie zostawisz!

— Jeeee! — krzyczało ponad osiem tysięcy osób.

Prowadzący wykonał ręką gest uciszający salę. Po chwili zapadła cisza, słychać było tylko delikatną muzykę w tle i czuło się emocje, które na moment przygaszone, kotłowały się w każdej z osób stojących w tej sali. Jak w najlepszych hollywoodzkich produkcjach, w których przywódca zagrzewa do boju swoich żołnierzy albo zawodników tuż przed kluczową batalią. To ten właśnie rodzaj napięcia i skupienia widoczny był na twarzach zgromadzonych tutaj ludzi.

— Bo o to właśnie chodzi. — Mówca ściszył głos. — Nie o ciebie ani nie o mnie. O coś większego i ważniejszego od nas. Jesteś tutaj, bo ty już wiesz, że ograniczenia istnieją tylko w twojej głowie i że to ty tworzysz własną rzeczywistość. Dlatego wybierasz bycie tutaj zamiast wygodnej kanapy i oglądania kolejnego sezonu Gry o tron. Bo nie zgadzasz się na bylejakość i wiesz, że musisz wymagać od życia więcej, odważnie wyciągać rękę po swoje. I wiesz, że to dostaniesz, jeśli tylko dostatecznie mocno będziesz o to walczyć…

Widownia milczała, powietrze miało konsystencję budyniu. Ludzie wpatrywali się w oświetloną fioletowym światłem scenę, na której na wysokim barowym krześle siedział mówca. Ciemnoszare spodnie, czarne buty na skórzanej podeszwie, błękitna koszula z podwiniętymi rękawami, okulary w modnej oprawie i połyskujący subtelnie zegarek. Żadnych krzykliwych strojów, jedynie tyle, ile trzeba, żeby nie stać na tej scenie nago. Bo to nie strój o nim świadczył, ale to, co mówił, a przede wszystkim to, kim był. Obok niego flipchart zapisany luźnymi notatkami, w tle slajd z wyświetlonym na czarnym tle jednym słowem: „Napieraj”.

— Teraz już wiesz, ile masz siły. Najwyższa pora, żeby wyjść z cienia, z filtra krzywdzących przekonań o sobie, z ciasnych opinii tych wszystkich ludzi, którym się wydaje, że mają patent na twoje życie, a tak naprawdę cię nie znają. Pora zacząć robić to, o czym zawsze marzyłeś.

Mówca zamilkł, pozwalając wybrzmieć spokojnym taktom muzycznego tła.

— To jest ten moment, lepszego nie będzie — kontynuował po chwili spokojnym głosem. — Moment na przełamanie twoich barier i obalenie kłamstw, których ci naopowiadali na twój temat: że się nie nadajesz, że to niemożliwe…

Aleks spojrzał na rudowłosą Jagodę. Oczy miała szkliste, rozmazał jej się makijaż, zaplecione w koszyczek dłonie trzymała przy ustach. Muzyka w tle przybierała stopniowo na sile, stawała się bardziej dynamiczna i podniosła. Wyrobione ucho rozpoznałoby w niej Heart of Courage wytwórni Two Steps from Hell z Santa Monica w Kalifornii.

— Nadal w to wierzysz? — Mówca delikatnie podniósł ton.

Na sali wciąż panowała cisza.

— Nadal w to wierzysz? — Tym razem powiedział trochę głośniej.

Przez salę przeszedł szmer.

— Ile razy jeszcze musisz usłyszeć to pytanie, żeby odpowiedzieć? — Mówca wstał. Teraz brzmiał już stanowczo: — Nadal w to, kurwa, wierzysz?

— Nieee! — Pierwsze rzędy słychać było dość wyraźnie.

— Więc zacznij działać, bo najlepszy na to moment jest właśnie TERAZ!

Muzyka wybuchła fanfarami, chórem i perkusją.

— Gdybyś nie był gotowy, nie byłoby cię tutaj! — krzyczał mężczyzna ze sceny.— Ale jesteś, bo jesteś wartościowym człowiekiem, mądrą kobietą, silnym mężczyzną i nareszcie trzymasz swój los w swoich rękach! Nie daj sobie wmówić, że jesteś gorszy, nie wierz im, że czegoś nie możesz! Napieraj, z całą siłą, którą dzisiaj w sobie obudziłeś! Przestań szukać wzorców. — Mówca wskazał na siebie obiema rękami. — Szukaj wyłącznie swojej drogi, swojej doskonałości, bo nikt nie będzie lepszy od ciebie w byciu tobą! Zawsze to ty będziesz najlepszy, bo w skali wszechświata jesteś absolutnie unikalnym bytem, jesteś wyjątkowym człowiekiem! Jesteś ar-cy-dzie-łem!

Tłum był w ekstazie. Mówca zamilkł i stanął wyprostowany, z głową nieznacznie zadartą ku górze, nogami rozstawionymi na szerokość bioder i rękoma opuszczonymi wzdłuż ciała. Patrzył spokojnie na tłum skandujący: „Na-pie-raj!”. Aleks miał spocone dłonie, drżał na całym ciele. To wszystko było o nim. O człowieku, który wiódł poprawne albo, jak mówiło wielu, dobre życie. Życie wiecznie ustawiane i kontrolowane, najpierw przez rodziców, potem przez nauczycieli, potem przez szefów i klientów i przez własną żonę, która stale bardziej dbała o dziecko niż o niego. Koniec z tym, pomyślał. Koniec!

Marta
Marzec 2015

— Mamo… — Ton głosu siedmiolatka dochodzący z pokoju o godzinie siódmej trzydzieści dwie pozwalał się domyślać, że wyprawa do szkoły, po raz kolejny, nie odbędzie się bez przeszkód.

 

Marta zignorowała wołanie, zajęta robieniem kanapek.

— Mamo! — tym razem mały już krzyczał.

— Tak, synku? — odpowiedziała znad kanapki z pastą z tuńczyka.

— Gdzie jest ten mój ludzik?

— Jaki ludzik?

— No ten, co dostałem od cioci Beaty na urodziny.

— Który — powiedziała twierdząco.

— No ten, taki, z tym takim hełmem.

— Który, mówi się który. Ludzik, który dostałem od cioci Beaty.

A właściwie, którego, dodała w myślach.

— To gdzie on jest?

— Synku, nie wiem… — jęknęła. — Jaki ludzik?

— Który — zripostował malec.

— Ty nie bądź taki do przodu, tylko się pospiesz, bo jak zaraz nie będziesz gotowy, to nie zdążymy do szkoły. — Do kuchni wszedł Piotr. Minęło prawie dwadzieścia lat, odkąd go poznała, a jego widok nadal sprawiał jej przyjemność. Nie przytył z wiekiem, jak większość ich znajomych, był szpakowaty, ale nie łysiał. — W czymś ci pomóc?

— Znajdź mu tego ludzika albo przemów mu do rozsądku, bo za chwilę urządzi nam tutaj kolejny dżihad.

— I co, masz? — rzucił Piotr, kierując się w stronę dziecinnego pokoju.

— Nie!

Idąc do pokoju młodszego syna, minął w przejściu starszego.

— Elo — burknął czternastolatek, nie podnosząc wzroku znad ekranu smartfona.

— Cześć, synek. — Uśmiechnął się Piotr. — Idź, mamusia zrobiła ci kanapeczki z tuńczykiem.

— Bez sensu — mruknął starszy.

— Jutro sam sobie zrobisz — odparowała Marta.

— Nie no, jest spoko. Tuńczyk, spoko. — Zreflektował się starszy.

— Jaki ludzik? Ten z Lego? — spytał Piotr młodszego syna.

— No ten.

Piotr zrobił krok w kierunku syna i poczuł dotkliwy ból w środkowej części stopy. Wrzasnął. Schylił się, żeby sprawdzić, czy przyczyną bólu jest to, czego się domyślał.

— No, to hełm już mamy. A właściwie kask — powiedział, podnosząc z wykładziny miniaturowy brązowy kask budowlańca z kompletu klocków.

— O, super, o to mi chodziło — krzyknął malec. — Teraz już mi pasuje, bo tego ludzika to tutaj miałem, ale bez hełmu, to myślałem, że to inny. Olaf też przyniesie dzisiaj swojego.

— Idź na śniadanie. — Piotr siedział, rozmasowując sobie bolącą stopę, zadowolony, że potencjalny pożar został ugaszony, zanim rozhulał się na dobre.

* * *

Jak tylko Marta usłyszała trzaśnięcie drzwi samochodu, które oznajmiało, że jej mężczyźni jadą już do swoich szkół i biura, włączyła przycisk w ekspresie do kawy i patrząc w okno, czekała, aż ceramiczny młynek zmieli ziarna, a potem ciepły zapach rozejdzie się po całej kuchni. Cieszyła się ostatnim dniem urlopu, który jej pozostał po powrocie ze wspólnych wakacji. Lubiła szczególnie poranki, kiedy cały gwar wynosił się z domu i mogła wziąć sobie kawę, papierosa, tego jedynego, na którego sobie pozwalała codziennie od wielu lat, usiąść na tarasie i raczyć się kilkoma minutami, jakie miała wyłącznie dla siebie. Zamykała drzwi balkonowe od zewnątrz, wyciszała telefony i siedziała tak bezmyślnie przez kilkanaście minut. Na dłużej nie pozwalał jej kierat. Myśl, że marnuje czas, który jest przecież jedynym nieodnawialnym zasobem na tym świecie. Trzeba go potrafić planować, zarządzać nim, nie, zarządzać sobą w nim, w czasie… Ech. Już jej się pomieszało, co tam mówili na szkoleniach i co mówił jej szef.

„Naszym celem jest target” — brzmiały jej w uszach słowa dyrektora generalnego sprzedaży. Chłopca, miał szczęście pojawić się w firmie w fazie jej największego rozwoju, w związku z czym awansował z asystenta na dyrektora w ciągu zaledwie czterech lat. Nie żeby był jakiś szczególnie utalentowany; po prostu firma była na rynku nowym graczem, oferowała naprawdę innowacyjny jak na tamte czasy produkt, w związku z czym słupki sprzedaży rosły w postępie geometrycznym i miernoty obejmowały coraz wyższe stanowiska. Nie wiedziała, jakim cudem ten chłopak utrzymał się na stołku przez kolejnych dziewięć lat, ale to nie zmieniało faktu, że wciąż tam był. „Naszym celem jest target”… Co za debil, pomyślała.

O sobie wiedziała tyle, że jest naprawdę, ale to naprawdę silna i skuteczna. Zatrudniono ją dwa lata temu jako szefową działu HR głównie po to, żeby zwolniła ówczesnego prezesa, który po zmianach własnościowych nie był już w korporacji nietykalny. O jego losie ostatecznie przesądziło kilka wyłapanych przez brukową prasę i portale skandali towarzyskich, co spowodowało, że cała firma powoli traciła reputację, nie wspominając o wartości akcji. Trzeba było odciąć kończynę. Zrobiła to z chirurgiczną precyzją i, choć kosztowało ją to masę czasu i nerwów na negocjacjach i układaniu się z kilkoma znienawidzonymi pseudodziennikarzami, wiedziała, że było warto. Wyszła z tego trochę poobijana, ale jeszcze mocniejsza.

A teraz, parząc sobie koniuszki palców przeciągniętym papierosem, zastanawiała się, czy na pewno było warto. Kiedy rozwiązano kontrakt z prezesem, jej rola została zmarginalizowana. Nadal była szefową HR, ale realnie nie miała nic do powiedzenia. Rozwiązania, które proponowała, w zakresie poprawy dobrostanu pracowników, były ignorowane; w najlepszym razie dawano im formalnie zielone światło przy jednoczesnym braku wsparcia, nie tylko finansowego, ale nawet w postaci oddelegowania dodatkowych ludzi do projektów. Priorytet miały pomysły pana Naszym-Celem-Jest-Target, bo to one przynosiły firmie pieniądze, podczas gdy jej projekty generowały znienawidzone koszty.

Nie mogła się pogodzić z tym, że cały zarząd, w tym ona, poruszał się samochodami służbowymi wyposażonymi w kamery 360 stopni, fotele masujące oraz ekrany w zagłówkach, mimo że dziewięćdziesiąt procent czasu w samochodzie przebywał wyłącznie kierowca. Nie mogła zrozumieć, dlaczego lekką ręką wydaje się pieniądze na niepotrzebne, a przynajmniej nie niezbędne gadżety, a inwestycji w ludzi nie traktuje się tak, jak na to zasługiwali. „Na tym świecie niewiele się zmieni, jeśli z młodych gniewnych wyrosną starzy wkurwieni”, przypomniała sobie myśl przeczytaną gdzieś w internetach. Ona na taką właśnie wyrastała. Miała coraz mniejsze poczucie sensu tego, co robiła i za co brała, niemałe przecież, pieniądze. Tak, było to wygodne. Niewielu jej znajomych było stać na dwutygodniowe rodzinne wakacje na Martynice, ale wśród tych niewielu było dwoje, którzy żyli z prowadzenia codziennego vloga i mieli wakacje przez cały rok, rejestrując kamerą to, jak spędzają czas w najodleglejszych zakątkach świata. Tym samym pokazywali, że model świata, jaki zbudowała w swojej głowie, przy udziale najpierw rodziców, potem ludzi, którymi otaczała się na studiach, w końcu tych, których spotykała na swojej ścieżce zawodowej, nie jest ani jedynym, ani tym bardziej najlepszym modelem na życie. Nie marzyła o byciu vlogerką; w jej opinii to miejsce było zarezerwowane dla innych, bardziej śmiałych i, przede wszystkim, bezdzietnych ludzi. Jedyne, czego naprawdę teraz potrzebowała, to poczucia sensu tego, co robi. Nie znajdowała go w codziennych spotkaniach i debatowaniu nad tym, co można usprawnić, wypełnianiu kolejnych tabelek z raportami, a na koniec uzupełnianiu matki wszystkich tabelek, w której zapisywała, co znajduje się w każdej pojedynczej tabelce, żeby się nie pogubić.

Weszła do środka domu. Z zamyślenia wyrwał ją wibrujący, wyciszony wciąż telefon.

— Wysłów się — przywitała intruza uśmiechnięta, widząc, kto do niej wibruje.

— Cześć, wiem, że masz urlop, ale… — tłumaczył się człowiek po drugiej stronie.

— Wysłów się — powtórzyła. Nie miała w zwyczaju wymieniać uprzejmości, przecież o tym wiedział. Skoro ją zna i dzwoni podczas jej urlopu, niech przejdzie do rzeczy, po co marnować czas.

— Mamy zielone światło.

— To może powiedz coś, co mnie zaskoczy. Zielone światło mamy prawie zawsze.

— No… budżet, znaczy się. Dla ciebie, dla mnie i dla jeszcze jednej osoby, którą sama wybierzesz.

— Prezes zmienił leki czy co?

— Nie wiem, ale jeśli nawet, to musimy działać, zanim one przestaną działać. Te leki.

— Dobra. Co trzeba zrobić i kiedy? — Była gotowa podjąć akcję natychmiast, choć akurat ten projekt nie był jej oczkiem w głowie i podchodziła do niego sceptycznie.

— Co trzeba zrobić, to wiesz od dawna, a kiedy? Najlepiej dzisiaj. Ty tam sobie siedź i ciesz się porannym papierosem, a ja tu wszystko ogarnę i dam ci znać.

— Już po papierosie, masz szczęście.

— No właśnie czekałem z tym telefonem, żeby nie zebrać gromów za przeszkadzanie w rytuale. — Jego głos zdradzał radość. — No to biorę się do roboty i będę donosił.

— Dzięki Robert. To czekam na wieści, hej.

— No hej!

Dwadzieścia minut później Marta wpisywała w kalendarz i w jedną z tabelek datę. Po namyśle weszła na stronę internetową dostawcy usługi i, sprawdziwszy harmonogram projektu, zanotowała wszystkie daty. Pięć weekendów intensywnej nauki, w międzyczasie zadania do zrobienia, na koniec egzamin certyfikacyjny — wyglądało to na przemyślaną wizję. Lubiła się uczyć. Wątpliwości miała jedynie w związku z zakresem kompetencji, które miała rozwijać podczas szkoleń, ale Robert był tak nakręcony, że uległa jego namowom. Ostatecznie firma za to zapłaci, a jeśli jej się nie spodoba, to zainwestuje tylko czas, ten nieodnawialny zasób.

A niech tam, postanowiła od pierwszego dnia zajęć przyjąć otwartą postawę, a element oceny zostawić sobie na później. Na rynku takie kompetencje były w cenie, więc raczej nie będzie to zmarnowany czas, a przy okazji będzie mogła zweryfikować swoje wyobrażenia na temat coachingu i sprawdzić, dlaczego jej przełożony w poprzedniej firmie pogonił swojego coacha już po drugim spotkaniu. I czy to naprawdę wartościowa usługa, czy jednak hochsztaplerka i wciskanie pseudoterapeutycznych bredni za niewyobrażalne pieniądze, które biznes gotowy jest płacić, byle tylko nikt mu nie zarzucił, że nie inwestuje w rozwój pracowników.

Czas pokaże, pomyślała.

Aleks
Październik 2015

…i nie przekonasz nikogo do swoich produktów, jeśli ty sam nie będziesz wierzył w to, co sprzedajesz, a przede wszystkim w siebie samego. Ciężka praca to jedno, tylko że nie sztuką jest pracować ciężko, sztuką jest to robić mądrze. Ja sam, prowadząc swój pierwszy biznes, wykonywałem dziesiątki telefonów codziennie, próbując przekonać klientów do zakupu usług, które wtedy sprzedawałem. I jeśli mi się nawet udało, to potem najczęściej klienci albo się rozmyślali, albo negocjowali tak twardo, że przestawało mi się to opłacać. W efekcie bardzo szybko straciłem wiarę w to, że usługa, którą im proponuję, jest wartościowa, no bo skoro jej nie chcą, to znaczy, że nie jest nikomu potrzebna. Stąd był już krok do utraty wiary nie tylko w tę usługę, ale również w siebie samego — w końcu to ja tę usługę wymyśliłem. Oczywiście na etapie wymyślania roztaczałem przed sobą wizję tego, jak moje pomysły pomagają klientom, ale co z tego, skoro niewielu udało mi się do tego przekonać…

Aleks wyłączył podcast zapisany w smartfonie i zaparkował swoją służbową škodę, z trudem podjeżdżając pod absurdalnie wysoki krawężnik. Silnik zawył, koła zapiszczały, a podwozie grzmotnęło o wystającą na kilkanaście centymetrów skrzynkę telekomunikacyjną. Miał nadzieję, że samochód nie straci przez to płynów ustrojowych.

Wyłączył silnik, ogarnął wzrokiem wnętrze auta i zarejestrował ślady zakurzonych butów na plastikowym schowku. W sobotę, jak co tydzień, zawzięcie pucował najpierw szyby, lakier i felgi, a potem całe wnętrze samochodu, ale cóż, córka ma swoje prawa i ona jedna może rujnować efekty jego pedanterii. Pochylił się i przetarł frotową szmatką, na sucho, czarny plastik. Teraz było idealnie, nie licząc insektów na przedniej szybie i pewnie na światłach, zderzaku i grillu. Wziął do ręki tablet i wstukał hasło uruchamiające aplikację do zarządzania relacjami z klientami. Odszukał dane klienta, do którego właśnie przyjechał, sprawdził notatkę z poprzedniej wizyty i zastanowił się nad celem dzisiejszego spotkania. Klient nie jest jeszcze gotowy do kupna, więc sprzedaży raczej nie będzie, dlatego dzisiaj porozmawia z nim o wrażeniach z oferty, którą mu przesłał po ubiegłotygodniowych ustaleniach. Przejrzał spersonalizowaną dla tego klienta ofertę, żeby czegoś nie pomylić, zamknął tablet, wyjął kluczyki ze stacyjki, wziął torbę promocyjną i wysiadł z samochodu.

— Dzień dobry! — przywitał się, uśmiechnięty jak zawsze, wchodząc do sklepu. — Zastałem pana Janusza?

 

— Dzień dobry — odpowiedział pryszczaty, przeraźliwie chudy chłopak z długimi włosami związanymi w koczek, na samuraja. — Nie ma szefa.

— O, a kiedy będzie? Byliśmy na dzisiaj umówieni, dzwoniłem wczoraj do państwa.

— Nie wiem, wyjechał pół godziny temu — odparł samuraj, przestawiając pudełka z ryżem w sposób, który przeciętnemu klientowi wydawałby się przypadkowy, ale komuś, kto kiedykolwiek pracował w branży FMCG, był doskonale znany. Aleks marzył, żeby sprzedawcy ustawiali w ten sposób jego czekolady i batony.

— A mówił, kiedy wróci? — zapytał Aleks, któremu doświadczenie podpowiadało, że zna odpowiedź.

— Nie, szef mi się nie tłumaczy — rzucił z półuśmiechem samuraj, nie odrywając wzroku od pudełek z napisem „basmati rice”.

Jasne, pomyślał Aleks.

— A może jakiś telefon bezpośrednio do szefa?

— Nie no, ja nie mam.

— A kto może mieć? — Nie ustępował Aleks.

— To musiałby pan pytać kierowniczki, ja nie wiem.

— A gdzie znajdę kierowniczkę? — zapytał Aleks. Za każdym razem to samo, nawet cienia chęci pomocy ze strony pracownika. Czy ten człowiek naprawdę nie mógłby wykazać choć odrobiny inicjatywy? Tylko tyle, żeby powiedzieć, gdzie obecnie może się znajdować kierowniczka sklepu. Tylko tyle, nic więcej…

— Pewnie będzie w biurze.

— Jezu, on to robi celowo… — jęknął Aleks pod nosem. — A gdzie jest biuro? — zapytał głośno.

Samuraj spojrzał na niego, jakby został poproszony co najmniej o pomoc we wniesieniu lodówki na drugie piętro. Odłożył na półkę pudełka z ryżem, tym razem jaśminowym, i z ciężkim westchnieniem poczłapał w kierunku końca alejki z ryżem, kaszą i makaronami.

— Idzie pan czy nie? — rzucił w kierunku Aleksa.

Po chwili kluczenia między paletami ustawionymi na środku przejścia, koszykami z aktualnymi wyprzedażami, kartonami z na wpół rozpakowanym towarem dotarli do ciemnobrązowych drewnianych drzwi z napisem: „Dla personelu”. Samuraj otworzył drzwi i gestem ręki wskazał Aleksowi, żeby wszedł.

— Szefowo, człowiek do pani — oznajmił kobiecie siedzącej przed ekranem komputera. Kierowniczka miała na szyi zawieszone na łańcuszku okulary, które pamiętały czasy pracy w spółdzielni spożywczej w latach osiemdziesiątych. Aleks wszedł do środka.

— Dzień dobry! — powiedział, znowu się uśmiechając.

— Chwileczkę — odpowiedziała kobieta, nie odrywając oczu od monitora.

Pisała coś ze skupieniem, przenosząc co chwilę wzrok z klawiatury komputera na ekran i sprawdzając, czy po wciśnięciu klawisza „R” na klawiaturze, wyskoczy to samo „R” w dokumencie edytowanym na ekranie. W większości jej się to udawało, choć kilkakrotnie posiłkowała się przyciskiem Backspace. Przy tym cały czas używała wyłącznie palców wskazujących, na szczęście obu rąk. Po kilku minutach przeniosła najpierw wzrok, a potem prawą dłoń na mysz, by zaakceptować dokument.

— No i gotowe — mruknęła z wyrazem wysiłku na twarzy. — Co dla pana?

— Słucham? — zapytał zdezorientowany Aleks. Odniósł wrażenie, że pani kierownik znakomitą większość swojego zawodowego życia spędziła za ladą sklepową i nie udało jej się pozbyć żargonu.

— No pytam, co dla pana.

— Aaa, tak. Byłem umówiony z panem Januszem na dzisiaj, na dwunastą trzydzieści i wiem już, że szef wyjechał. Mam telefon do państwa, ale tylko ogólny, do sklepu, pod który wczoraj dzwoniłem, żeby się umówić. Chciałbym numer bezpośrednio do pana Janusza.

— A skąd pan jesteś?

— Z Piaseczna — odpowiedział machinalnie. Nie wiedział, jak one to robią, ale bał się jej tak samo jak każdej innej nieuprzejmej baby, która rejestrowała go w przychodni lekarskiej albo obsługiwała w okienku sprzedaży biletów kolejowych.

— Z jakiej firmy, się pytam?

— A tak, oczywiście. Z Chocolate World. Produkujemy czekoladę, batoniki, bombonierki, cukierki i takie różne. Mógłbym dostać ten numer?

— Ale my już mamy czekolady na sklepie — powiedziała kierowniczka, zwracając się do monitora.

No to się trafił firewall, pomyślał Aleks.

— Wiem, widziałem i jestem pewien, że dobrze się sprzedają, bo macie państwo same najlepsze marki. Pewnie pani wybiera, co?

Kobieta odwróciła wzrok od monitora i spojrzała na Aleksa z zainteresowaniem. Chwyciła przynętę.

— Szef nie lubi słodkiego, więc się na tym nie wyznaje za bardzo. Akurat czekolady to ja wybieram. A pan, jakie ma?

— Nie myśli pani chyba, że będę pani opowiadał o smaku albo o jakości. Skoro pani wybiera i wybrała pani akurat to, co macie na półce, to znaczy, że nie tylko ma pani dobry gust, ale również doskonały smak. Dlatego tylko pani może zdecydować, czy umieszczać tam kolejną markę. A nie zrobi pani tego bez spróbowania, skoro się pani zna, prawda?

— No, wie pan… — powiedziała na wpół przekonana kierowniczka.

— Wiem. Najchętniej powiedziałbym teraz: „Zamknij oczy, otwórz buzię”… — zawiesił głos i sięgnął ręką do torby. Dobrze wiedział, jak te słowa działają na pięćdziesięciokilkuletnie kobiety, którym tak mówiły ich mamy, a które same teraz często mówią tak do swoich wnuków. Bezlitośnie to wykorzystywał, choć za każdym razem grał trochę vabank.

— Hi, hi, zawsze tak mówię do mojej wnuczki, jak chcę jej dać coś dobrego. — Kierowniczka się ożywiła. — Co pan tam ma?

— Na początek czekolada gorzka z liofilizowanymi malinami. Proszę. — Wręczył kobiecie, na otwartej dłoni, kostkę czekolady, zawiniętą w promocyjny papierek.

Kobieta odwinęła papierek i włożyła całą kostkę do ust, rozgryzając ją natychmiast i błyskawicznie przełykając. Ożesz, to ci koneserka, pomyślał Aleks.

— I jak? — zapytał z pewnością w głosie.

— Wie pan — odparła, ciamkając — ja tam za tymi gorzkimi to nie przepadam, a ma pan jakąś mleczną?

— Jasne. — Aleks wyjął z torby całe pudełko czekoladek. Każda w innym papierku, ale wszystkie ułożone ze smakiem i w porządku kolorystycznym. — To dla pani.

— Ale całe? — zapytała z fałszywym zakłopotaniem kierowniczka. — No nie wiem, wie pan, dziesięć sekund w ustach, a potem dziesięć lat w biodrach.

— Ale gdzie tam, u pani? Pani to wygląda, jakby nigdy w życiu nie jadła czekolady — komplementował Aleks.

— Ależ z pana to czaruś…

— Oj tam, czaruś. Mówię, co widzę. Niech pani spróbuje w takim razie tylko tę jedną. — Wskazał na mleczną z nadzieniem nugatowym i chrupiącym solonym karmelem.

Kobieta rozpakowała czekoladkę i pochłonęła ją równie szybko jak poprzednią.

— O, ta dobra. Mmm, naprawdę. Drogie są? — Cmokała językiem o zęby, przynajmniej te, które jej zostały.

— A jak pani myśli?

— Pewnie drogie. Wie pan, ja to bym jeszcze kupiła, ale u nas klientela raczej bidna. Zawsze sprawdzają ceny i kupują to, co najtańsze. Jak nie, to idą do konkurencji.

— Jasne, rozumiem. Dlatego właśnie chciałem telefon do pana Janusza, bo to w końcu on będzie płacił za towar…

Jak tylko wypowiedział te słowa wiedział, że popełnił błąd. Kierowniczka była o krok od decyzji zakupowej, a ten tutaj wyjeżdża jej z szefem. Kobieta natychmiast się usztywniła i odsunęła delikatnie pudełko z czekoladkami od siebie.

— Tu ma pan wizytówkę. Powiem szefowi, że pan był — odparła, sięgając do szuflady i wręczając wizytówkę Aleksowi.

— Dziękuję — wyskamlał Aleks. — To ja się skontaktuję z szefem. Czekoladki proszę zatrzymać, oczywiście.

— Niech pan je zabierze. Mówiłam panu, że od nich tyję, nie słuchał pan?

— Dla wnuczki może? — Bronił się Aleks ostatkiem sił.

— Nie, dziękuję, wnuczkę i tak za bardzo rozpieszczam, wystarczy. No — zakończyła zniecierpliwiona.

— No dobrze, to ja będę dzwonił w takim razie do szefa — powiedział skruszony. — Do widzenia pani!

— Do widzenia! — odpowiedziała kobieta, już patrząc w ekran monitora.

Aleks opuścił biuro i, potykając się o rozdarty karton wystający z palety z pomidorami w puszkach, przemaszerował przez sklep. Po drodze minął metodycznie pracującego, tym razem przy chipsach, samuraja.

— Do widzenia — rzucił w jego kierunku.

Samuraj spojrzał na niego obojętnym wzrokiem, po czym wrócił do układania paczek.

* * *

Aleks wsiadł do samochodu i rzucił torbę na fotel pasażera. Włączył zapłon i podjechał do najbliższej stacji benzynowej, gdzie zamówił hot doga i colę. Stojąc przy okrągłym stoliczku przeznaczonym do szybkiej konsumpcji na miejscu, żuł bezwartościową paszę, zapijając równie bezwartościowym napojem. Patrzył na dwie kobiety obsługujące na zmianę kasy, piec do zapiekanek, rolki z hot dogami i toalety i zastanawiał się, czy ich egzystencja jest równie bezwartościowa jak jego i tych hot dogów razem z colą.

Inne książki tego autora