Nasz ostatni dzień

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

MATEO

01:52

Jestem już prawie gotowy do wyjścia.

Pozmywałem naczynia, wymiotłem kurz i papierki po cukierkach spod kanapy, umyłem podłogę w salonie, wytarłem plamy z pasty do zębów z umywalki w łazience, ale wciąż nie mogę się zabrać za sprzątanie bałaganu, jakiego narobiłem w swoim pokoju. Wróciłem przed laptopa, gdzie czeka mnie jeszcze większe wyzwanie: inskrypcja na mój nagrobek, nie dłuższa niż osiem słów. Wolałbym już chyba wziąć się za pisanie rozprawek. Jak podsumować swoje życie w ośmiu słowach?

Umarł tam, gdzie żył: w swojej sypialni.

Co za strata życia.

Dzieci podejmują większe ryzyko niż on.

Muszę zrobić to lepiej. Wszyscy oczekiwali po mnie znacznie więcej, w tym nawet ja sam. Muszę temu sprostać. Mam ostatni dzień.

Tutaj leży Mateo: Żył dla wszystkich.

Klikam „wyślij”.

Nie ma już odwrotu. Tak, mogę edytować, ale nie tak działają obietnice, a życie dla wszystkich jest moją obietnicą złożoną światu.

Zdaję sobie sprawę, że jest bardzo wcześnie, ale coś mnie też ściska w piersi, bo jednocześnie jest też bardzo późno, przynajmniej dla Zgonera. Nie dam rady sam odejść. Nie chcę wciągać Lidii w mój Dzień Ostateczny, pożegnam się z nią i Penny, jeśli uda mi się wydostać z mieszkania, ale naprawdę nie zamierzam jej o niczym mówić. Nie chciałbym, żeby uznała mnie za zmarłego jeszcze przed moją śmiercią, ani sprawiać jej przykrości. Może wyślę do niej list pożegnalny, w którym wszystko wyjaśnię, a sam tymczasem pójdę żyć.

Niemniej potrzebuję jakiegoś motywatora, który może też być moim przyjacielem, albo przyjaciela, który posłuży też za motywator, a właśnie taką usługę świadczy aplikacja często reklamowana na Odliczaczach.

Aplikacja Ostatni Przyjaciel została zaprojektowana z myślą o Zgonersach, którzy czują się samotni, a także dla każdej dobrej duszy chętnej towarzyszyć Zgonerowi w czasie ostatnich godzin. Nie należy mylić jej z Necro, która ma służyć chętnym na jednorazową przygodę ze Zgonerem – czyli najbardziej niezobowiązujący seks, jaki może istnieć. Zawsze niepokoiła mnie ta aplikacja, nie tylko dlatego, że seks wywołuje we mnie nerwowość. Nie, Ostatni Przyjaciel został stworzony po to, by ktoś tuż przed śmiercią poczuł się wartościowy i kochany. Twórcy nie pobierają żadnych opłat od użytkowników, w przeciwieństwie do Necro, które kosztuje prawie osiem dolarów za dzień, a ja nie potrafię powstrzymać się od myśli, że człowiek jest wart więcej.

Tak czy inaczej, zupełnie jak każda potencjalna nowa przyjaźń, relacja nawiązana dzięki aplikacji może się okazać niewypałem. Kiedyś śledziłem taką jedną laskę na Odliczaczach, Zgonerka poznała Ostatniego Przyjaciela, ale rzadko wrzucała coś nowego, czasami przez kilka godzin, przez co widzowie myśleli, że już umarła. Tak naprawdę w tym czasie jeszcze żyła, i to bardzo, po prostu spędzała swój ostatni dzień tak, jak powinno się go spędzać, a po jej śmierci Ostatni Przyjaciel napisał krótką mowę pogrzebową, z której dowiedziałem się więcej o tej dziewczynie niż z jakichkolwiek jej postów. Niemniej nie zawsze jest tak słodko. Kilka miesięcy temu jakiś Zgoner ze smutnym życiem niechcący zaprzyjaźnił się z niesławnym seryjnym mordercą z Ostatniego Przyjaciela i ciężko się o tym czytało. To jeden z wielu powodów, dla których trudno mi zaufać temu światu.

Myślę, że porozumienie się z Ostatnim Przyjacielem dobrze mi zrobi. Nie wiem, czy smutniejsze jest umierać samotnie, czy w towarzystwie kogoś, kto nie tylko nic dla ciebie nie znaczy, ale prawdopodobnie też niewiele go obchodzisz.

Czas ucieka.

Muszę zaryzykować i odnaleźć w sobie odwagę, jak miliony Zgonersów przede mną. Sprawdzam w sieci stan swojego konta i widzę, że resztki mojego funduszu na college zostały z powodzeniem przelane na rachunek bieżący; to zaledwie dwa tysiące dolarów, ale więcej niż potrzebuję, żeby przeżyć ten dzień. Mogę pojechać do Areny Podróżniczej w centrum, gdzie można doświadczyć kultur i środowisk z różnych krajów i miast.

Ściągam na telefon aplikację Ostatni Przyjaciel. Nigdy nie miałem takiej prędkości pobierania; zupełnie jakby sieć zrozumiała, że cały sens jej istnienia jest taki, że komuś właśnie kończy się czas. Aplikacja posiada niebieski interfejs z animowanym szarym zegarem oraz dwiema postaciami, które zbliżają się do siebie i przybijają piątkę. Na samym środku pojawia się logo Ostatniego Przyjaciela i zaraz wjeżdża też menu.

• Umieram dzisiaj

• Nie umieram dzisiaj

Wybieram pierwszą opcję i pojawia się informacja:

W imieniu firmy Ostatni Przyjaciel sp. z o.o. chcielibyśmy powiedzieć, że bardzo nam przykro z powodu tego, co stracisz. Nasze serca są również z tymi, którzy Cię kochają, oraz tymi, których nigdy już nie poznasz. Mamy nadzieję, że znajdziesz tutaj kogoś, z kim warto spędzić ostatnie godziny życia. Uzupełnij profil, aby uzyskać najlepsze wyniki.

Serdeczne kondolencje,

OP sp. z o. o.

Pojawia się pusty formularz do wypełnienia.

Imię i nazwisko: Mateo Torrez.

Wiek: 18.

Płeć: mężczyzna.

Wzrost: 1,78 m.

Narodowość: Portorykańczyk.

Orientacja seksualna: <pomiń>

Zawód: <pomiń>

Zainteresowania: Muzyka. Wędrowanie.

Ulubione filmy/programy/książki: Drewnowilki Gabriela Reedsa; Szkocka krata to nowa czerń; seria ze Scorpiusem Hawthorne’em.

Kim byłeś za życia: Jestem jedynakiem i wychowywał mnie tata. Tylko że od dwóch tygodni jest w śpiączce i pewnie obudzi się już po tym, jak umrę. Chcę wyjść do ludzi, żeby był ze mnie dumny. Nie mogę być ciągle dzieciakiem, który nigdy się nie wychyla, bo w ten sposób tylko pozbawiłem się szansy na bycie z Wami wszystkimi – może poznałbym kogoś z Was wcześniej.

Co byś chciał zrobić przed śmiercią: Chcę jechać do szpitala i pożegnać się z tatą. A potem do najlepszej przyjaciółki, ale nie chcę jej mówić, że umieram. Później sam nie wiem. Chciałbym zostawić po sobie jakiś ślad i znaleźć przy okazji w sobie innego Mateo.

Ostatnie myśli: Odważę się.

Przesyłam odpowiedzi. Aplikacja podpowiada, żebym dodał zdjęcie. Przeglądam galerię w telefonie i znajduję tam mnóstwo fotek Penny oraz screenshotów piosenek, które polecałem Lidii. Są też takie, na których siedzę z tatą w salonie. Jest też fotografia ze szkolnego albumu, trochę to żenujące. Natykam się na selfiaka, którego zrobiłem ubrany w czapkę Luigiego wygraną w zawodach w Mario Kart. Miałem je wysłać organizatorowi, żeby umieścili je na stronie, ale uznałem, że ten chłopak wygłupiający się w czapce Luigiego nie za bardzo przypomina mnie, więc nigdy tego nie zrobiłem.

Ale myliłem się – szok, niedowierzanie. Dokładnie taką osobą zawsze chciałem być – wyluzowaną, fajną, beztroską. Nikt nie spojrzy na to zdjęcie z myślą, że nie pasuje do mnie, ponieważ żaden z użytkowników tej aplikacji mnie nie zna. Będą po mnie oczekiwać jedynie tego, co pokażę na swoim profilu.

Wysyłam zdjęcie i pojawia się ostatnie powiadomienie: Powodzenia, MATEO.

RUFUS

01:59

Rodzice zastępczy czekają na mnie na dole. Próbowali wejść tutaj, gdy tylko się dowiedzieli o wszystkim, ale Malcolm zabawił się w ochroniarza, bo wiedział, że potrzebuję jeszcze chwili. Przebieram się w strój na rower – legginsy sportowe, na nie niebieskie spodenki bejsbolowe, żeby moje klejnoty nie wystawały jak u Spider-Mana, a do tego ulubiony szary polar – bo nie wyobrażam sobie, żebym w Dniu Ostatecznym poruszał się po mieście inaczej niż na moich dwóch kółkach. Sięgam po kask, bo bezpieczeństwo przede wszystkim. Ostatni raz spoglądam na pokój. Nie rozklejam się ani nic, serio, nawet kiedy przypominam sobie, jak grałem z chłopakami w łapanie piłki. Zostawiam zapalone światło i wychodzę, nie zamykając za sobą drzwi, żeby Malcolm i Tagoe nie wahali się przed wejściem.

Malcolm posyła mi słaby uśmiech. Kiepsko mu idzie udawanie twardziela, bo wiem, że panikuje, tak samo jak wszyscy. Ja na ich miejscu też bym panikował.

– Serio obudziłeś Francisa? – pytam.

– No.

Bardzo możliwe, że umrę z rąk mojego przybranego ojca; jego budzić może tylko osobisty budzik.

Idę za Malcolmem na dół. Tagoe, Jenn Lori i Francis już tam czekają, ale żadne się nie odzywa. Pierwsze, o co chciałbym zapytać, to czy ktoś może kontaktował się z Aimee, czy przypadkiem ciocia nie zatrzymała jej w domu, ale to na pewno nieprawda.

Naprawdę mam nadzieję, że nie zmieniła zdania i nadal chce się ze mną zobaczyć.

Wszystko będzie dobrze, muszę się skupić na tych, którzy tu są.

Francis jest rozbudzony i ubrany w ulubiony/jedyny szlafrok, jakby był jakimś szefem szefów zarabiającym miliony, a nie wydającym na nas ostatnie pieniądze mechanikiem. Dobry z niego człowiek, ale wygląda dziko, bo włosy ma krzywo ostrzyżone; robi to samodzielnie, żeby zaoszczędzić, co jest głupie, bo Tagoe jest przecież mistrzem nożyczek. Nie ściemniam, gość robi niesamowite rzeczy na głowie i sukinsyn niech lepiej otworzy kiedyś własny salon fryzjerski zamiast marzyć o byciu scenarzystą. Tylko że Francis jest zbyt biały dla stylu Tagoe.

Jenn Lori wyciera oczy kołnierzykiem starej koszulki z college’u i zakłada z powrotem okulary. Siedzi na samej krawędzi krzesła, jak przy oglądaniu ulubionego slashera Tagoe, i podobnie jak wtedy wstaje, lecz nie dlatego, że na ekranie właśnie pokazują czyjś obrzydliwy samozapłon. Ściska mnie i wypłakuje mi się w ramię; pierwszy raz od odebrania telefonu od Prognozy Śmierci ktoś mnie przytulił i nie chcę jej puszczać, ale muszę. Jenn stoi obok, a ja wbijam wzrok w podłogę.

 

– Jedna gęba mniej do wykarmienia, co? – Nikt nie śmieje się z mojego żartu. Wzruszam ramionami. Nie wiem, jak mam się zachować. Nikt nigdy nie tłumaczy, jak przygotować innych na swoją śmierć, zwłaszcza kiedy ma się siedemnaście lat i dobre zdrowie. Każdy z nas już przeżył niejedną smutną chwilę i chciałbym, żeby się śmiali. – Ktoś ma ochotę na Papier, Kamień, Nożyce?

Pokazuję Nożyce, nie grając przeciwko nikomu konkretnemu. Za chwilę robię to samo, tym razem Kamieniem, ale nadal nikt nie próbuje mi się przeciwstawić.

– No dalej.

Powtarzam raz jeszcze i tym razem Malcolm zagrywa Papierem przeciwko moim Nożycom. Zajmuje nam to minutę, ale gramy wielokrotnie. Francisa i Jenn Lori łatwo pokonać. Występuję przeciwko Tagoe i jego Kamień bije moje Nożyce.

– Powtórka – oznajmia Malcolm. – Tagoe w ostatniej chwili zmienił z Papieru na Kamień.

– Rany, ze wszystkich dni miałbym oszukać Rufusa akurat dzisiaj? – Tagoe kręci głową.

Trącam go przyjacielsko.

– Bo dupek z ciebie.

Ktoś dzwoni do drzwi.

Rzucam się do nich, serce mi wali, i otwieram. Aimee ma tak czerwoną twarz, że prawie nie widać wielkiego znamienia na jej policzku.

– To jakiś żart, prawda? – rzuca.

Kręcę głową.

– Mogę ci pokazać dokładną godzinę połączenia na komórce.

– Nie chodzi mi o twój Dzień Ostateczny – odpowiada. – Tylko to. – Odsuwa się i wskazuje na dół schodów, na rozkwaszoną twarz Dziobaka. Tę samą, której poprzysiągłem do końca życia już nie oglądać.

MATEO

02:02

Nie wiem, ile aktywnych kont ma aplikacja Ostatni Przyjaciel na całym świecie, ale w tej chwili w samym tylko Nowym Jorku kilka tysięcy jest online, a patrzenie na tę długaśną listę przypomina mi tamten dzień w szkolnym audytorium na samym początku roku. Cała ta presja i nawet nie wiem, od czego właściwie zacząć. I wtedy otrzymuję wiadomość.

W mojej skrzynce znajduje się jasnoniebieska koperta, która miga, czekając, aż ją wybiorę. Wiadomość nie posiada tematu, jedynie podstawowe informacje: Wendy Mae Greene, dziewiętnaście lat, kobieta. Manhattan, Nowy Jork (3 kilometry stąd). Wchodzę na jej profil. Nie jest Zgonerką, jedynie dziewczyną, która nie śpi do późna i szuka kogoś, kogo mogłaby pocieszyć. W swoim bio opisała siebie jako „mola książkowego z obsesją na punkcie wszystkiego, co związane ze Scorpiusem Hawthorne’em” i to pewnie dlatego do mnie napisała, to nas łączy. Poza tym lubi też wędrować, „zwłaszcza późnym majem, gdy pogoda jest idealna”. Nie doczekam następnego maja, Wendy Mae. Zastanawiam się, jak długo ma ten profil i czy ktoś już jej zwrócił uwagę, że mówienie o przyszłości w ten sposób może obrażać jakiegoś Zgonera, że łatwo to zinterpretować jako chwalenie się tym, ile ma jeszcze przed sobą życia. Ignoruję to i wybieram jej zdjęcie. Wydaje się w porządku – ma jasną skórę, brązowe oczy, brązowe włosy, kolczyk w nosie i szeroki uśmiech. Otwieram wiadomość.

WENDY MAE G.: hej mateo. Spoko ksiazki czytasz i wgl. Zaloze się ze chcialbys teraz zaklecie skrycia przed smiercia, co??

Jestem pewien, że ma dobre intencje, ale z jednej strony to jej bio, z drugiej ta wiadomość sprawiają, że czuję, jakby wbijała we mnie gwoździe zamiast pocieszać mnie poklepaniem po plecach, na co liczyłem. Mimo to nie chcę być niegrzeczny.

MATEO T.: Hej, Wendy Mae. Dzięki, masz świetny gust książkowy.

WENDY MAE G.: scorpius hawthorne rzadzi… jak sie masz?

MATEO T.: Trochę mi dziwnie. Nie chcę wyjść z pokoju, ale przecież muszę.

WENDY MAE G.: a jak rozmowa z PS? bales się?

MATEO T.: Właściwie trochę spanikowałem.

WENDY MAE G.: lol. zabawne. i urocze. twoi rodzice pewnie odchodza od zmyslow co?

MATEO T.: Nie chcę być niemiły, ale muszę już iść. Miłego wieczoru, Wendy.

WENDY MAE G.: co ja takiego powiedzialam? dlaczego martwi kolesie zawsze przestaja do mnie gadac?

MATEO T.: To nic takiego, serio. Raczej trudno, żeby moi rodzice odchodzili od zmysłów, bo mamy już nie mam, a tata leży w śpiączce.

WENDY MAE G.: i skad ja niby mialam to wiedziec?

MATEO T.: Napisałem to w swoim profilu.

WENDY MAE G.: dobra, niewazne. masz w takim razie wolna chate? mialam stracic dziewictwo z chlopakiem ale chce najpierw pocwiczyc i moze bys mi w tym pomogl.

Opuszczam rozmowę, gdy Wendy wpisuje kolejną wiadomość, a dla pewności jeszcze ją blokuję. Rozumiem jej kompleksy, chyba będzie mi żal jej i jej chłopaka, jeśli zdoła go zdradzić, ale ja nie jestem jakimś cudotwórcą. Otrzymuję kolejne wiadomości, tym razem z tematami:

TEMAT: 420?

Kevin i Kelly. 21 lat. Mężczyzna.

Bronx, Nowy Jork (6 kilometrów stąd).

Zgoner(ka)? Nie.

TEMAT: MOJE KONDOLENCJE, MATEO (ŚWIETNE IMIĘ)

Philly Buser. 24 lata. Mężczyzna.

Manhattan, Nowy Jork (5 kilometrów stąd).

Zgoner(ka)? Nie.

TEMAT: sprzedajesz kanapę? w dobrym stanie?

Lee Ling. 26 lat. Mężczyzna.

Manhattan, Nowy Jork (5 kilometrów stąd).

Zgoner(ka)? Nie.

TEMAT: Umieranie ssie, co?

Elle R. 20 lat. Kobieta.

Manhattan, Nowy Jork (5 kilometrów stąd).

Zgoner(ka)? Tak.

Ignoruję wiadomość od Kevina i Kelly, bo nie interesuje mnie trawka. Kasuję też tę od Lee Linga, bo nie sprzedam kanapy, na której kiedyś w końcu tata będzie drzemał w weekendy. Za to odpowiem Philly’emu – bo napisał do mnie przed innymi.

PHILLY B.: Hej, Mateo. Jak tam leci?

MATEO T.: Hej, Robby. Czy to nie zabrzmi głupio, jak napiszę, że jakoś się trzymam?

PHILLY B.: Nie no, jestem pewien, że jest Ci trudno. Nie cieszę się na myśl, że któregoś dnia do mnie też zadzwonią. Jesteś chory albo coś? Strasznie wcześnie umierasz.

MATEO T.: Jestem zdrowy. Trochę się boję tego, jak to się stanie, ale stresuję się, że w jakiś sposób rozczaruję samego siebie, jeśli nie wyjdę z domu. Na pewno nie chcę zasmrodzić mieszkania, umierając tutaj.

PHILLY B.: Mogę Ci pomóc, Mateo.

MATEO T.: W czym pomóc?

PHILLY B.: Mogę zadbać o to, żebyś nie umarł.

MATEO T.: Nikt nie może tego obiecać.

PHILLY B.: Ja mogę. Wydajesz się całkiem spoko chłopakiem, który nie zasługuje na to, żeby umrzeć w tak młodym wieku, więc powinieneś wpaść do mnie. Będziesz musiał to zachować w tajemnicy, ale mam w spodniach lek na śmierć.

Blokuję Philly’ego i otwieram wiadomość od Elle. Może do trzech razy sztuka.

RUFUS

02:21

Aimee podchodzi i popycha mnie na lodówkę. Dziewczyna się nie cacka, bo jej rodzice byli naprawdę brutalni, kiedy napadli na sklep i pobili właściciela oraz jego dwudziestojednoletniego syna. Aimee przynajmniej nie trafi do więzienia za to, co mi robi.

– Popatrz na niego, Rufus. Coś ty sobie myślał, do cholery?

Nie chcę oglądać Dziobaka, który stoi oparty o blat kuchenny. Widziałem już efekty swojej pracy, gdy chłopak wszedł do domu – jedno oko zapuchnięte, rozcięta warga, krople zaschniętej krwi na posiniaczonym czole. Jenn Lori jest tuż obok, przyciska mu lód do twarzy. Na nią też nie mogę patrzeć, jest taka mną rozczarowana, bez względu na mój Dzień Ostateczny. Tagoe i Malcolm stoją po moich obu stronach i milczą, bo Francis już im zmył głowę za to, że poszli ze mną na miasto w nocy, żebym złoił Dziobakowi skórę.

– Już nie czujesz się taki odważny, co? – pyta Dziobak.

– Zamknij się. – Aimee obraca się gwałtownie i rzuca telefon na blat, strasząc wszystkich. – Nie idź za nami. – Otwiera drzwi do kuchni, Francis kręci się przy schodach, niby od niechcenia, żeby jednocześnie mieć na wszystko oko, ale też trzymać się trochę z tyłu i nie być zmuszonym karcić Zgonera.

Aimee ciągnie mnie za nadgarstek do salonu.

– Co ty sobie myślałeś? Że skoro zadzwonili z Prognozy Śmierci to już możesz bić, kogo chcesz?

Dziobak chyba nie powiedział jej, że łoiłem mu skórę, zanim dostałem wiadomość.

– Eee…

– No co?

– Nie ma sensu kłamać. Poszedłem do niego wcześniej.

Aimee robi krok do tyłu, jakby zobaczyła we mnie niebezpiecznego potwora, co kompletnie mnie dobija.

– Posłuchaj, Ames, spanikowałem. Jeszcze zanim do mnie zadzwonili, czułem, jakbym nie miał przed sobą żadnej przyszłości. W szkole nigdy mi nie szło, mam już prawie osiemnaście lat, straciłem ciebie. Straciłem kontrolę, bo nie wiedziałem, co począć. Czuję się dosłownie jak śmieć, a Dziobak właściwie powiedział to samo.

– Wcale nie jesteś śmieciem – mówi Aimee i zbliża się do mnie, trzęsąc się trochę; już się nie boi. Bierze mnie za rękę i siadamy na kanapie, na której powiedziała mi, że odchodzi od Plutonów, bo ciocia od strony matki ma dość siana, żeby ją zabrać do siebie. Minutę później ze mną zerwała, bo chciała zacząć od nowa. Taką gównianą radę dał jej kolega ze szkoły podstawowej, Dziobak. – Nasz związek nie miał już sensu. I nie ma sensu kłamać, jak już mówiłeś, nawet w czasie twojego ostatniego dnia. – Trzyma mnie za rękę i płacze, czego się nie spodziewałem, bo przyszła tutaj taka wkurzona. – Źle odczytałam nasze uczucie, ale to nie znaczy, że nie kocham cię jako przyjaciela. Wspierałeś mnie, gdy musiałam odreagować i powściekać się, i uszczęśliwiałeś, gdy byłam już zmęczona nienawiścią do wszystkiego i wszystkich. Śmieć by tego nie potrafił. – Ściska mnie, kładąc mi brodę na ramieniu. Zawsze wtulała się we mnie w ten sposób, gdy miała oglądać jakiś dokument historyczny.

Obejmuję ją tylko, bo nie mam nic do powiedzenia. Pragnę ją pocałować, ale nie chcę, żeby się do tego zmuszała. Za to jest teraz tak dziko blisko; odsuwam się trochę, żeby spojrzeć w jej twarz, bo może wcale nie musiałaby udawać tego ostatniego pocałunku. Patrzy na mnie, a ja nachylam się…

Tagoe wchodzi do salonu i zakrywa oczy.

– O nie! Przepraszam.

Wycofuję się.

– Nie, nic się nie stało.

– Powinniśmy ogarnąć pogrzeb – oznajmia Tagoe. – Ale nie śpiesz się. To twój dzień. Przepraszam, właściwie to nie, przecież to nie są urodziny, wręcz przeciwnie. – Znowu drży. – Przyprowadzę tutaj wszystkich. – Wychodzi.

– Nie chcę cię okupować – rzuca Aimee. Nie puszcza mnie, dopóki wszyscy się nie zbiorą.

Potrzebuję tego uścisku. Nie mogę się doczekać, aż zacznę przytulać Plutonów w ostatnim grupowym uścisku Plutonowego Układu Słonecznego po pogrzebie.

Zostaję na środku kanapy. Walczę z protestującymi płucami o kolejny oddech. Jest hardo. Malcolm siada po mojej lewej, Aimee po prawej, a Tagoe u moich stóp. Dziobak trzyma się na uboczu, robiąc coś na telefonie Aimee. Nie podoba mi się, że z niego korzysta, ale w końcu rozbiłem jego własny, więc trzymam gębę na kłódkę.

To mój pierwszy pogrzeb Zgonera – moja rodzina nie chciała urządzać swojego, bo mieliśmy siebie nawzajem i nie potrzebowaliśmy nikogo więcej, ani kolegów z pracy, ani przyjaciół. Może gdybym brał udział w innych, byłbym przygotowany na to, że Jenn Lori zwraca się bezpośrednio do mnie, a nie do innych gości. Czuję się przez to nagi i obserwowany, stają mi łzy w oczach, jak wtedy, gdy ktoś śpiewa mi „Sto lat” – serio, mam tak co roku, bez pudła.

Miałem.

– …w ogóle nie płakałeś, chociaż miałeś ku temu wszelkie powody, jakbyś próbował coś w ten sposób udowodnić. Inni… – Jenn Lori nie odwraca się w stronę Plutonów, ani trochę. Nie przerywa kontaktu wzrokowego, jakbyśmy brali udział w jakichś zawodach. Szanuję to. – Jednak miałeś takie smutne oczy, Rufusie. Nie patrzyłeś na nas przez kilka dni. Myślałam sobie wtedy, że ktoś mógłby mnie udawać, a ty byś się nie zorientował. Byłeś taki pusty, dopóki nie znalazłeś przyjaciół… I więcej.

Obracam się i widzę, że Aimee nie przestaje na mnie patrzeć. Ma w oczach ten sam smutek, jaki widziałem wtedy, gdy mnie rzuciła.

– Zawsze czuło się radość, gdy byliście razem – stwierdza Francis.

Nie mówi o dzisiaj, wiem o tym. Umieranie jest do bani, na pewno, ale dać się zamknąć w pudle, gdy życie dokoła toczy się dalej, musi być gorsze.

Francis ciągle patrzy, ale nie mówi nic więcej.

– Nie mamy całego dnia – oznajmia w końcu, przywołując Malcolma. – Teraz twoja kolej.

Malcolm staje na środku pokoju, plecami do kuchni, i się kuli. Chrząka głośno i ostro, jakby coś mu utkwiło w gardle, z ust wylatuje mu trochę śliny. Zawsze był nieogarnięty; to taki koleś, który przynosi ci wstyd, bo nie zna manier i nie panuje nad tym, co mówi. Ale potrafi też uczyć algebry i dochować tajemnicy; właśnie o tym mówiłbym na jego pogrzebie.

 

– Byłeś… jesteś naszym brachem, Roof. To jest popieprzone, totalnie i absolutnie popieprzone. – Zwiesza nisko głowę, skubie skórki u paznokci. – To do mnie powinni byli zadzwonić.

– Nie mów tak. Serio, zamknij się.

– Mówię poważnie – twierdzi Malcolm. – Nie możemy żyć wiecznie, ale niektórzy ludzie zasługują na więcej lat niż inni. Niektórzy ludzie są ważniejsi niż inni, tak już jest. Ja jestem wielkim nikim, który nie potrafi utrzymać pracy przy pakowaniu zakupów, a ty…

– Ja umieram! – przerywam mu i wstaję. Idę do Malcolma i biję go mocno w ramię. Nie zamierzam go za to przepraszać. – Umieram i nie mogę tego zmienić. Ale ty możesz przestać być wielkim nikim i ogarnąć się wreszcie, do cholery.

Tagoe też wstaje i masuje sobie kark, powstrzymując dreszcze.

– Roof, będę tęsknił za tym, jak nas gasisz. To ty powstrzymujesz mnie przed zamordowaniem Malcolma za każdym razem, kiedy podbiera mi żarcie z talerza i nie spuszcza drugi raz wody. Byłem gotowy oglądać twoją gębę do późnej starości. – Zdejmuje okulary, wycierając łzy wierzchem dłoni, którą zaraz zaciska. Podnosi wzrok, jakby czekał, aż z sufitu spadnie jakaś piñata Śmierci. – Miałeś być brachem do końca życia.

Nikt już nic nie mówi, wszyscy tylko głośniej płaczą. Odgłosy żałobników przyprawiają mnie o dzikie ciarki. Chciałbym ich pocieszyć i w ogóle, ale nie potrafię się otrząsnąć. Bardzo długo miałem wyrzuty sumienia za to, że żyję, chociaż cała moja rodzina zginęła, ale to pikuś przy tym, jak się czuję jako Zgoner, wiedząc, że opuszczę swoją ekipę.

Aimee wychodzi na środek i wszyscy wiemy, że teraz będzie srogo.

– Czy to żałosne, gdy powiem, że czuję, jakbym nie mogła się obudzić z koszmaru? Zawsze uważałam to za strasznie pretensjonalne, gdy ktoś rzucał takim tekstem: „To chyba jakiś koszmar”. No bez kitu, to naprawdę wszystko, co czujesz, kiedy wydarza się jakaś tragedia? Nie wiem, jak moim zdaniem powinni się czuć, ale teraz mogę powiedzieć, że trafili w dziesiątkę z tym złym snem. Rzucę jeszcze jednym banałem: chciałabym się obudzić. A jeśli nie mogę się obudzić, chcę zasnąć już na zawsze tak, by mieć szansę wyśnić o tobie coś pięknego. Na przykład to, jak patrzyłeś na mnie dla mnie, a nie po to, by pogapić się na to cholerstwo na mojej twarzy.

Aimee przykłada dłoń do piersi na wysokości serca i głos jej się łamie przy następnych słowach.

– To tak strasznie boli, Rufus, kiedy pomyślę, że nie będę mogła do ciebie zadzwonić ani cię przytulić, ani… – Odwraca ode mnie wzrok; mruży oczy, patrząc na coś za moimi plecami, i opuszcza rękę. – Czy ktoś wezwał policję?

Skaczę na równe nogi i widzę niebiesko-czerwone błyski przed wejściem do bliźniaka. Wpadam w panikę, która jest jednocześnie totalnie krótka i dziko długa, jak osiem wieczności. Tylko jedna osoba nie wydaje się zaskoczona. Odwracam się do Aimee, a jej wzrok podąża za moim do Dziobaka.

– Nie zrobiłeś tego – mówi Aimee, ruszając w jego stronę. Wyrywa mu z ręki telefon.

– Przecież mnie napadł! – krzyczy Dziobak. – Nie obchodzi mnie, że jest już na wylocie!

– On nie jest mięsem, które ma się przeterminować, tylko człowiekiem! – odwrzaskuje Aimee.

Jasna cholera. Nie wiedziałem, że Dziobak to zrobił, bo nigdzie stąd nie dzwonił, ale najwyraźniej wezwał do mnie policję na moim pogrzebie. Mam nadzieję, że odbierze telefon z Prognozy Śmierci w ciągu kilku następnych minut.

– Wyjdź tyłem – rzuca Tagoe, a jego dreszcze się dziko wzmagają.

– Musicie iść ze mną, też tam byliście.

– Spowolnimy ich – proponuje Malcolm. – Namówimy, żeby dali sobie spokój.

Ktoś puka do drzwi.

Jenn Lori pokazuje na kuchnię.

– Idź.

Chwytam kask i wycofuję się do kuchni, spoglądając na wszystkich Plutonów. Mój tata powiedział kiedyś, że pożegnania są „najbardziej możliwe z niemożliwych”, bo zawsze ma się ochotę ich uniknąć, ale głupio z nich zrezygnować, kiedy jest okazja. Zostałem wycyckany z moich, bo na moim pogrzebie pojawiła się niewłaściwa osoba.

Kręcę głową i wybiegam tylnym wyjściem; oddech mi przyśpiesza. Pędzę przez podwórko, którego nikt z nas nie lubił przez nieustępliwe komary i meszki, a potem przeskakuję przez ogrodzenie. Zakradam się na przód budynku, żeby sprawdzić, czy mam szansę na zabranie roweru, zanim zmyję się pieszo. Przed wejściem stoi radiowóz, obaj policjanci pewnie są w środku, może nawet już na podwórzu z tyłu, jeśli Dziobak się wygadał. Chwytam rower i biegnę z nim po chodniku, po czym wskakuję, gdy już nabiorę pędu.

Nie wiem, gdzie jadę, ale jadę.

Przeżyłem swój pogrzeb, ale żałuję, że nie jestem jeszcze trupem.