Nasz ostatni dzień

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Wcale mnie nie „pokonałeś”, okej? Aimee nie rzuciła mnie ze względu na ciebie, więc wybij to sobie z głowy, i to szybko. Kochała mnie, sprawy się skomplikowały i w końcu przyjęłaby mnie z powrotem. – Jestem tego pewien; Malcolm i Tagoe myślą tak samo. Nachylam się bliżej, patrząc Dziobakowi prosto w zdrowe oko. – Lepiej, żebym cię nie widział przez resztę swojego życia. – Jasne, niewiele go już zostało. Ale ten gość jest zdrowo rąbnięty i może zrobić coś głupiego. – Czaisz?

Dziobak kiwa głową.

Puszczam jego gardło i wyjmuję jego telefon z kieszeni. Rzucam nim o ścianę, ekran rozsypuje się na kawałki. Malcolm jeszcze je miażdży butami.

– Wynoś się stąd.

Malcolm łapie mnie za ramię.

– Nie puszczaj go. On ma znajomości.

Dziobak idzie tuż przy ścianie, wystraszony, jakby szedł przy oknie na wysokim piętrze.

Strącam dłoń kumpla z ramienia.

– Powiedziałem, żebyś się stąd wynosił.

Dziobak przyśpiesza, biegnie zygzakiem. Nie ogląda się nawet raz, żeby sprawdzić, czy go nie gonimy. Nie zatrzymuje się też, żeby zabrać swoje komiksy i plecak.

– A czy on nie ma jakichś znajomości w gangu? – pyta Malcolm. – Co, jeśli przyjdą się na tobie zemścić?

– To nie jest prawdziwy gang, a jego wyrzucili. Nie ma sensu bać się gangu, który wziąłby pod swoje skrzydła kogoś takiego jak Dziobak. Nie może nawet zadzwonić do nich czy do Aimee. Zadbaliśmy o to. – Nie chciałbym, żeby dodzwonił się do Aimee przede mną. Muszę się przed nią najpierw wytłumaczyć, sam nie wiem, może nie będzie chciała mnie widzieć, gdy się już dowie. Nieważne, że to mój Dzień Ostateczny.

– Ci z Prognozy Śmierci też już nie mogą do niego zadzwonić – stwierdza Tagoe, jego szyja drga dwa razy.

– Nie miałem zamiaru go zabijać.

Moi kumple milczą. Widzieli, jak go tłukę, jakbym nie miał wyłącznika.

Nie przestaję się trząść.

Mogłem go zabić, nawet jeśli nie chciałem. Nie wiem, czy potrafiłbym żyć z tym, że go ukatrupiłem. Nie, to kłamstwo i dobrze o tym wiem, po prostu staram się być twardzielem. Ale nie jestem. Ledwo udało mi się przeżyć fakt, że nie umarłem z resztą rodziny – a to przecież nie była moja wina. Nie ma mowy, żebym pogodził się z tym, że pobiłem kogoś na śmierć.

Ruszam w kierunku naszych rowerów. Moja kierownica wplątała się w koło Tagoe po tym, jak goniliśmy Dziobaka i zeskoczyliśmy szybko, żeby go powalić.

– Nie możecie ze mną jechać – mówię, podnosząc rower. – Rozumiecie to, prawda?

– Nie, jesteśmy z tobą, tylko…

– Nie ma mowy – przerywam mu. – Jestem jak tykająca bomba i nawet jeśli nie wybuchniecie razem ze mną, możecie się poparzyć. Może nawet dosłownie.

– Nie możesz się nas pozbyć – stwierdza Malcolm. – Idziemy tam, gdzie ty.

Tagoe kiwa głową, ale ta przechyla mu się na prawo, jakby jego ciało sprzeciwiało się instynktowi, by ruszyć moim śladem. Zaraz znowu przytakuję, tym razem bez przeszkód.

– Wy dwaj jesteście jak moje cienie, bez kitu – mówię.

– To dlatego, że jesteśmy czarni? – rzuca Malcolm.

– Dlatego, że ciągle za mną chodzicie – wyjaśniam. – Lojalni do końca.

Do końca.

To ich zamyka. Wsiadamy na rowery i wyjeżdżamy na jezdnię, nasze koła podskakują ciągle na wybojach. Wybrałem zły dzień, żeby zapomnieć kasku.

Tagoe i Malcolm nie mogą zostać ze mną cały dzień, wiem to. Ale jesteśmy Plutonami, braćmi z tego samego domu zastępczego, i nie odwrócimy się od siebie.

– Wracajmy do domu – mówię.

I wracamy.

MATEO

01:06

Wchodzę prosto do mojego pokoju – to by było na tyle, jeżeli chodzi o postanowienie, by nigdy już tutaj nie wracać – i natychmiast robi mi się lepiej, jakbym dostał dodatkowe życie w grze przed walką z naprawdę trudnym bossem. Nie traktuję swojej śmierci naiwnie. Wiem, że nastąpi. Ale nie muszę wychodzić jej na spotkanie. Kupię sobie trochę czasu, dłuższe życie to jedyna rzecz, jakiej naprawdę pragnąłem, a teraz mam moc, by nie zaprzepaścić tego marzenia, wychodząc na zewnątrz, zwłaszcza o tak późnej porze.

Skaczę na łóżko z tego rodzaju ulgą, jaka pojawia się jedynie wtedy, gdy budzisz się do szkoły i zdajesz sobie sprawę, że jest sobota. Zarzucam sobie koc na ramiona i włączam z powrotem laptopa. Ignoruję wiadomość od Prognozy Śmierci z zapisem mojej rozmowy z Andreą i kontynuuję czytanie postów Odliczaczy, które zacząłem przed odebraniem telefonu.

Przeglądam wpisy dwudziestodwulatka o imieniu Keith. Nie zawierają zbyt wielu szczegółów na temat jego życia, poza tym, że był samotnikiem, który wolał biegać ze swoim golden retrieverem Turbo zamiast chodzić na imprezy z kumplami. Chciał znaleźć Turbo nowy dom, ponieważ jego zdaniem ojciec odda go pierwszej lepszej osobie, a to mógłby być ktoś naprawdę przypadkowy, bo Turbo jest piękny. Nawet ja bym go adoptował, chociaż mam silną alergię na psy. Zanim jednak Keith oddał swojego zwierzaka, razem z Turbo po raz ostatni odwiedzili swoje ulubione miejsca i przekaz skończył się w Central Parku.

Nie wiem, w jaki sposób zmarł Keith. Nie wiem, czy Turbo wyszedł z tego żywy, czy może odszedł razem z Keithem. Nie wiem, co byłoby lepsze dla Keitha albo Turbo. Nie wiem. Mógłbym sprawdzić, czy doszło do jakichś napadów albo morderstw w Central Parku wczoraj w okolicach siedemnastej czterdzieści, bo wtedy zniknął obraz, ale dla mojego zdrowia psychicznego będzie lepiej, jeśli pozostanie to tajemnicą. Otwieram folder z muzyką i włączam odgłosy kosmosu.

Kilka lat temu zespół z NASA zaprojektował specjalne narzędzie do nagrywania dźwięków różnych planet. Wiem, mnie też to zdziwiło, zwłaszcza w kontekście powtarzanego we wszystkich filmach zdania, jak to w kosmosie nie słychać dźwięku. Ten dźwięk jednak istnieje, tyle że w postaci magnetycznych wibracji. NASA przekonwertowało te wibracje na dźwięki słyszalne dla człowieka i chociaż chowałem się w swoim pokoju, natknąłem się na coś magicznego z wszechświata, co wielu innych ludzi by przegapiło, gdy tylko wiadomość o tym przestałaby się klikać w internecie. Niektóre planety brzmią złowieszczo, jak soundtrack z filmu science fiction, którego akcja rozgrywa się w jakimś obcym świecie – obcym w sensie z ufoludkami, nie po prostu gdzie indziej niż na Ziemi. Neptun brzmi jak szybki nurt, Saturn przerażająco wyje i jego już nie słucham, tak samo jak Urana, choć przy jego gwiżdżących wiatrach łatwo sobie wyobrazić statki kosmiczne strzelające do siebie laserami. Odgłosy planet to świetny początek rozmowy, gdy się ma z kim pogadać, a jeśli się nie ma, służą doskonale jako biały szum ułatwiający zasypianie.

Odwracam uwagę od Dnia Ostatecznego czytaniem kolejnych wpisów Odliczaczy i słuchaniem odgłosów Ziemi, która zawsze przypomina mi kojące ćwierkanie ptaków i rozmawiające wieloryby, ale też wydaje się trochę dziwna, jakby było w niej coś podejrzanego, czego nie potrafię do końca zidentyfikować. Trochę jak w przypadku Plutona, który brzmi jednocześnie jak szum muszli i syczenie węża.

Przełączam na Neptuna.

RUFUS

01:18

Jedziemy do Plutona w środku nocy.

Pluton to nazwa, jaką wymyśliliśmy dla naszego domu zastępczego, w którym mieszkamy, odkąd nasi bliscy umarli albo się od nas odwrócili. Pluton został zdegradowany do planety karłowatej, ale my nigdy nie uważaliśmy się za gorszych.

Minęły cztery miesiące, odkąd jestem sam, ale Tagoe i Malcolm zżywają się ze sobą znacznie dłużej. Rodzice Malcolma zginęli w pożarze domu, który spowodował jakiś niezidentyfikowany podpalacz. Kimkolwiek był ten człowiek, Malcolm ma nadzieję, że już smaży się w piekle za odebranie mu rodziców. Chłopak miał wtedy zaledwie trzynaście lat i problemy, przez które nawet system ledwo go przyjął. Tagoe został porzucony przez matkę jeszcze jako dzieciak, a jego ojciec zwinął się trzy lata temu, kiedy nie potrafił poradzić sobie z rosnącą stertą niezapłaconych rachunków. Tagoe dowiedział się miesiąc później, że facet popełnił samobójstwo. Nawet jednej łzy za niego nie uronił, nie zapytał, jak to się stało i gdzie.

Jeszcze zanim dowiedziałem się, że umieram, wiedziałem, że mój nowy dom, Pluton, nie będzie nim zbyt długo. Zbliżają się moje osiemnaste urodziny – to samo dotyczy Tagoe i Malcolma, obaj urodzili się w listopadzie. Mam iść do college’u, tak jak Tagoe, i pomyśleliśmy, że Malcolm pomieszka u nas, ogarniając sobie życie. Kto wie, co będzie teraz. Nie podoba mi się, że już umywam ręce od tych problemów. Na razie jednak liczy się tylko to, że jesteśmy razem. Mam kumpli u boku, tak samo jak każdego dnia, odkąd pojawiłem się w tym domu. Czy było dobrze, czy źle, zawsze stali po mojej lewej i prawej stronie.

Nie zamierzałem się zatrzymywać, ale robię to na widok kościoła, do którego przyszedłem miesiąc po tamtym wypadku – to był nasz pierwszy wspólny weekend z Aimee. Budynek jest ogromny, z białawymi cegłami i ciemnoczerwonymi iglicami. Chciałbym zrobić zdjęcie witraży, ale flesz może zepsuć kolory. Nieważne, bo jeśli fotka jest warta wrzucenia na Instagram, i tak dodaję ten klasyczny, czarno-biały filtr. Prawdziwy problem polega na tym, że nie uważam, by zdjęcie kościoła zrobione przez takiego niedowiarka jak ja nadawało się na pamiątkę po mnie dla moich siedemdziesięciu obserwatorów (o hasztagu nie ma mowy).

– Co tam, Roof?

– To kościół, w którym Aimee grała dla mnie na fortepianie – mówię. Aimee jest dość wierzącą katoliczką, ale nigdy niczego na mnie nie wymuszała. Rozmawialiśmy o muzyce, a ja wspomniałem, że lubiłem parę rzeczy z muzyki klasycznej, którą Olivia puszczała sobie do nauki. Aimee chciała, żebym usłyszał to na żywo – i pragnęła też sama dla mnie zagrać. – Muszę jej powiedzieć, że umieram.

 

Tagoe przechodzi dreszcz. Na bank świerzbi go, żeby przypomnieć mi, że Aimee chciała ode mnie odpocząć, jednak tego rodzaju życzenia idą w odstawkę w Dniu Ostatecznym.

Schodzę z roweru, opieram go na nóżce. Nie oddalam się od nich za bardzo, po prostu zbliżam do wejścia akurat w chwili, gdy jakiś ksiądz wyprowadza ze środka płaczącą kobietę. Nieznajoma stuka o siebie pierścionkami z topazem; moja mama kiedyś oddała takie do lombardu, żeby kupić Olivii bilety na koncert z okazji jej trzynastych urodzin. Ta kobieta z pewnością jest Zgonerką albo zna kogoś takiego. Cmentarna szychta działa tutaj na poważnie. Malcolm i Tagoe ciągle drwią z kościołów, które potępiają Prognozę Śmierci i jej „bezbożne wizje od samego Szatana”, ale super, że niektóre zakonnice i księża pracują długo po północy, dając Zgonersom szansę na pokutę, chrzest i wszystkie te dobre rzeczy.

Jeśli Bóg istnieje, jak wierzyła moja mama, mam nadzieję, że ją teraz wspiera.

Dzwonię do Aimee. Mija sześć sygnałów, a potem odzywa się poczta głosowa. Dzwonię jeszcze raz i dzieje się to samo. Próbuję znowu i teraz poczta włącza się już tylko po trzech sygnałach. Aimee mnie ignoruje.

Wpisuję wiadomość: Dzwonili do mnie z Prognozy Śmierci. Może Ty też powinnaś.

Nie no, nie mogę być takim dupkiem i wysłać jej tego.

Poprawiam się: Dzwonili do mnie z Prognozy Śmierci. Możesz się odezwać?

Nie mija minuta i moja komórka się odzywa, tym razem jednak normalnym dzwonkiem, nie tym przerażającym od Prognozy. Wyświetla się numer Aimee.

– Hej.

– Ty tak na serio? – pyta.

Gdybym żartował, udusiłaby mnie za coś takiego. Tagoe kiedyś próbował w ten sposób zdobyć jej uwagę i Aimee szybko go zgasiła.

– Tak. Muszę się z tobą zobaczyć.

– Gdzie jesteś? – Nie słychać w jej głosie złości i nie próbuje się rozłączyć jak ostatnio.

– Właściwie to jestem przy tym kościele, do którego mnie zabrałaś. – Jest tu dziko spokojnie, mógłbym przesiedzieć tu cały dzień i może dożyć jutra. – Są ze mną Malcolm i Tagoe.

– Dlaczego nie jesteście w Plutonie? Co robicie na mieście w poniedziałek w nocy?

Potrzebuję więcej czasu, żeby odpowiedzieć na to pytanie. Może kolejne osiemdziesiąt lat, ale nie mam tylu, a nie chcę się z tym teraz mierzyć.

– Wracamy właśnie do Plutona. Możemy spotkać się na miejscu?

– Słucham? Nie. Zostań w kościele, przyjadę do ciebie.

– Nie umrę przed dotarciem tam, uwierz…

– Nie jesteś niepokonany, głupku! – Aimee teraz płacze, a głos jej się trzęsie jak wtedy, gdy byliśmy bez kurtek i złapał nas deszcz. – O rany, przepraszam, ale czy ty wiesz, ilu Zgonersów składa takie obietnice, a potem ginie pod fortepianem?

– Domyślam się, że niewielu – odpowiadam. – Zmiażdżenie przez spadający fortepian nie wydaje mi się plasować zbyt wysoko w statystykach, a do tego jeszcze pozostaje kwestia obietnicy…

– To nie jest śmieszne, Rufus. Ubieram się, a ty się nie ruszaj stamtąd. Będę za góra pół godziny.

Mam nadzieję, że będzie potrafiła mi wszystko wybaczyć, tę noc również. Muszę dotrzeć do niej, zanim zrobi to Dziobak, i przedstawić jej swoją wersję. Jestem pewien, że Dziobak wróci do domu, ogarnie się i zadzwoni do Aimee z telefonu brata, żeby opowiedzieć jej, jakim jestem potworem. Lepiej żeby jednak nie dzwonił na policję, inaczej swój Dzień Ostateczny spędzę za kratkami albo może znajdę się po złej stronie pałki jakiegoś funkcjonariusza. Nie chcę myśleć o żadnej z tych rzeczy, chcę tylko spotkać się z Aimee i pożegnać się z Plutonami jako przyjaciel, którego znają, a nie potwór, jakim byłem dzisiaj.

– Spotkajmy się w domu. Po prostu… przyjedź do mnie. Cześć, Aimee.

Rozłączam się, zanim zdąży zaprotestować. Wsiadam na rower, a ona cały czas dzwoni.

– Jaki jest plan? – pyta Malcolm.

– Wracamy do Plutona – odpowiadam. – Urządzicie mi pogrzeb.

Sprawdzam godzinę. Wpół do drugiej.

Wciąż jest czas, żeby pozostali Plutoni otrzymali powiadomienie. Nie życzę im go, ale może nie będę musiał umierać sam.

A może właśnie tak musi być.

MATEO

01:32

Przeglądanie Odliczaczy nie napawa optymizmem. A jednak nie potrafię tego olać, bo każdy zarejestrowany Zgoner ma historię, którą chce się podzielić. Jeśli ktoś umieszcza swoją podróż w internecie, poświęcasz mu uwagę – nawet jeśli wiesz, że na końcu wszyscy giną.

Jeśli nie zamierzam wychodzić na dwór, mogę przynajmniej wspierać innych w sieci.

Na stronie znajduje się pięć kategorii: popularne, nowe, lokalne, promowane, przypadkowe – a ja przeglądam najpierw te lokalne, żeby sprawdzić, czy nikogo nie rozpoznaję… Całe szczęście nie.

Chyba byłoby miło mieć dzisiaj towarzystwo.

Wybieram przypadkowego Zgonera. Nazwa użytkownika: Geoff_Nevada88. Geoff otrzymał swoje powiadomienie cztery minuty po północy i już wyszedł na świat, kierując się do ulubionego baru, skąd ma nadzieję nie zostać wyrzuconym, bo jest dwudziestolatkiem, który zgubił fałszywe dokumenty. Na pewno nie będzie problemu. Przypinam sobie jego relację i otrzymam powiadomienie, gdy pojawi się jakaś aktualizacja.

Przełączam na inny feed. Nazwa użytkownika: Web MavenMarc. Marc to były menadżer mediów społecznościowych u producenta napojów gazowanych, o czym wspomina dwa razy w jednym akapicie, i nie jest pewien, czy jego córka dotrze do niego na czas. Czuję, jakby ten facet stał przede mną i pstrykał mi palcami przed twarzą.

Wiem, że muszę się zobaczyć z ojcem, nawet jeśli jest nieprzytomny. Musi wiedzieć, że dotarłem do niego, zanim nadszedł mój czas.

Odstawiam laptopa, ignorując powiadomienia z różnych przypiętych kont, i maszeruję prosto do jego sypialni. Nie posłał łóżka tamtego dnia, gdy wyszedł do pracy, ale od tego czasu już to za niego zrobiłem, pamiętając o wsunięciu brzegu koca pod poduszki, tak jak lubi. Siadam na krawędzi łóżka – po prawej stronie, bo podobno mama wolała lewą, a chociaż jej dawno już nie ma, on wciąż żyje dwustronnie i nigdy jej nie wypisał ze swojego otoczenia – i sięgam po ramkę ze zdjęciem taty, na którym pomaga mi zdmuchnąć świeczki z tortu z Toy Story podczas moich szóstych urodzin. Cóż, właściwie to tylko tata dmucha. Ja po prostu śmieję się z niego, a on stwierdził, że właśnie przez ten radosny wyraz na mojej twarzy trzyma tę fotografię cały czas na widoku.

Wiem, że to jest trochę dziwne, ale tata jest dla mnie tak samo bliskim przyjacielem jak Lidia. Nigdy bym nie przyznał się do tego głośno, bo ludzie na pewno by się ze mnie śmiali, a jednak zawsze mieliśmy świetną relację. Nie idealną, jestem pewien, że nawet najlepiej dobrane pary – w mojej szkole, w tym mieście, na drugim krańcu świata – cierpią z powodu jakichś głupich albo ważnych rzeczy, które grożą ich rozstaniem, ale zawsze znajdują sposób, żeby to przezwyciężyć. A mnie i taty nigdy nie łączyła jedna z tych relacji, w których ludzie się kłócą i nigdy więcej ze sobą nie rozmawiają; nie jak ci Zgonersi w niektórych postach na Odliczaczach, którzy nienawidzą swoich ojców tak bardzo, że nie odwiedzili ich na łożu śmierci albo nie chcieli pogodzić się z nimi, gdy nadeszła ich kolej. Wyjmuję zdjęcie z ramki, składam i chowam do kieszeni – zagięcia nie będą tacie przeszkadzać, tak mi się wydaje – i wstaję, żeby pojechać do szpitala i pożegnać się, zostawiając to zdjęcie u jego boku, żeby zobaczył je, gdy się już obudzi. Chcę mieć pewność, że poczuje szybko spokój zwyczajnego dnia, zanim ktoś powie mu, że odszedłem.

Wychodzę z jego sypialni, czując się naładowany energią przed wyprawą, kiedy mój wzrok pada na stertę naczyń w zlewie. Powinienem je umyć, żeby po powrocie nie powitały taty brudne talerze i kubki z zaschniętymi resztkami gorącej czekolady, którą ostatnio namiętnie pijałem.

Przysięgam, że to nie jest wymówka, żeby nie wyjść z mieszkania.

Poważnie.

RUFUS

01:41

Zwykle pędzimy ulicami na rowerach, jakbyśmy ścigali się bez hamulców, ale nie dzisiaj. Mamy oczy dookoła głowy i zatrzymujemy się na każdym czerwonym świetle, tak jak teraz, nawet kiedy na ulicy nie ma żadnych samochodów. Stoimy na tej samej przecznicy, co ten klub dla Zgonersów, Cmentarz Clinta. Przed wejściem utworzyła się kolejka dwudziestoparolatków i panuje tam prawdziwy chaos. Bramkarze muszą tu nieźle zarabiać za użeranie się ze Zgonersami i ich przyjaciółmi, którzy chcą ostatni raz poszaleć na parkiecie.

Taka jedna brunetka, dziko śliczna, zaczyna wrzeszczeć, kiedy jakiś koleś podbija do niej z wymęczonym tekstem („Może przeżyjesz kolejny dzień dzięki zastrzykowi z mojej witaminy, mała”), a jej przyjaciółka grozi mu, machając torebką, dopóki ten się nie wycofa. Biedna dziewczyna nie ma chwili spokoju od podrywaczy nawet w dniu swojej śmierci.

Wreszcie światło zmienia się na zielone i jedziemy dalej, parę minut później docierając do Plutona. Dom zastępczy to bliźniak ze zdewastowanym frontem – tu brakuje cegieł, tam widnieje kolorowe graffiti z nieczytelnym napisem. W oknach na dole są kraty; nie dlatego, że jesteśmy kryminalistami czy coś, ale żeby nikt się nie włamał i nie okradł bandy dzieciaków, które i tak już dużo straciły. Zostawiamy rowery przy schodach i biegniemy do drzwi wejściowych. Wpadamy do środka, kierując się do salonu i nie przejmując dudnieniem butów o podłogę wyłożoną biało-czarnymi kafelkami jak szachownica. Chociaż na ścianach widać wiele tablic z informacjami na temat seksu, testów na HIV, aborcji i biur adopcyjnych, czuję się tutaj jak w domu, a nie jak w instytucji.

Jest tutaj kominek, który nie działa, ale i tak wygląda spoko. Ciepła pomarańczowa farba na ścianach nastrajała mnie na jesień w te wakacje. Przy dębowym stole zbieraliśmy się w weekendowe wieczory, żeby grać w Karty Przeciwko Ludzkości i Tabu. Na telewizorze śledziliśmy z Tagoe reality show Hipster House, chociaż Aimee nie cierpiała tych wszystkich hipsterów – wolałaby, żebym zamiast tego oglądał animowane porno. Na kanapie drzemaliśmy na zmianę, bo jest wygodniejsza niż nasze łóżka.

Idziemy na piętro, gdzie znajduje się nasza sypialnia; jest tu tak ciasno, że nie byłoby wygodnie nawet jednej osobie, a co dopiero trzem, ale i tak jakoś dajemy radę. Jest okno, które otwieramy na noc po tym, jak Tagoe nażre się fasoli, nawet jeśli na dworze jest dziko głośno.

– Muszę to powiedzieć – rzuca Tagoe, zamykając za nami drzwi. – Naprawdę daleko zaszedłeś. Pomyśl o tym, ile zrobiłeś od czasu przyjścia tutaj.

– Jasne, ale jeszcze tyle więcej mógłbym zrobić – odpowiadam, siadając na łóżku i kładąc głowę na poduszce. – Czuję potworną presję, żeby całe życie przeżyć w jeden dzień. – Może nawet nie cały dzień. Będę miał farta, jeśli przetrwam dwanaście godzin.

– Nikt nie oczekuje, że znajdziesz lek na raka albo uratujesz pandy od wyginięcia – stwierdza Malcolm.

– Jo, całe szczęście Prognoza Śmierci nie potrafi przewidzieć, kiedy umrze jakieś zwierzę, bo to by było naprawdę do bani – rzuca Tagoe, a ja tylko patrzę na niego spode łba, bo papla o pandach, kiedy jego najlepszy przyjaciel umiera. – No co? Przecież to prawda! Byłbyś najbardziej znienawidzonym gościem na świecie, gdybyś zadzwonił do ostatniej pandy. Wyobraź sobie szum w mediach, selfiki i…

– Czaimy – przerywam mu. Niestety nie jestem pandą, więc media mają mnie głęboko w dupie. – Musicie coś dla mnie zrobić. Obudźcie Jenn Lori i Francisa. Powiedzcie, że chcę mieć pogrzeb przed wyjściem. – Francis właściwie nigdy mnie nie polubił, ale tak czy inaczej dostałem u niego dach nad głową, a to więcej, niż mają niektórzy.

– Powinieneś zostać tutaj – oznajmia Malcolm. Otwiera naszą jedyną szafę. – Może uda nam się to pokonać. Może ty będziesz wyjątkiem! Możemy cię tu zamknąć.

– Uduszę się albo spadnie mi na głowę półka z tymi twoimi ważącymi tonę szmatami – odpowiadam. Powinien przestać wierzyć w te wyjątki i inny szajs. – Nie zostało mi wiele czasu, chłopaki. – Drżę trochę, ale jakoś się ogarniam. Nie mogę pokazać im, że panikuję.

Tagoe znowu wstrząsa dreszcz.

– Poradzisz sobie sam?

Dopiero po kilku sekundach dociera do mnie prawdziwy sens jego pytania.

– Nie zabiję się – mówię.

Nie chcę umrzeć.

Zostawiają mnie w pokoju samego z praniem, o które nie muszę się już martwić, i pracą domową z wakacyjnego kursu, której już nigdy nie skończę – ani nie zacznę. W rogu mojego łóżka leży zwinięty koc Aimee, żółty we wzór z kolorowymi żurawiami; owijam sobie nim ramiona. Należał do niej, gdy była jeszcze mała; to pamiątka z dzieciństwa jej matki. Kiedy zaczęliśmy się spotykać za moich czasów w Plutonie, przykrywaliśmy się nim, a nawet czasami służył nam w czasie pikników w salonie, to były dziko luźne czasy. Aimee nie poprosiła o zwrot kocyka po naszym rozstaniu, co moim zdaniem było jej sposobem na to, żebym nie odszedł zbyt daleko, nawet jeśli chciała przestrzeni. Jakbym ciągle miał u niej jeszcze jakieś szanse.

 

Ten pokój jest zupełnym przeciwieństwem tego, w którym się wychowałem – ma beżowe ściany zamiast zielonych; dwa dodatkowe łóżka i współlokatorów na połowę mniejszej przestrzeni; żadnych ciężarków czy plakatów z grami – ale i tak czuję się w nim jak w domu, a mieszkanie tutaj nauczyło mnie, że ludzie są ważniejsi od rzeczy. Malcolm przekonał się o tym w chwili, gdy strażacy ugasili pożar, który spalił mu dom, rodziców i wszystkie ulubione przedmioty.

Tutaj nie gromadzimy ich zbyt wiele.

Za łóżkiem powiesiłem zdjęcia, wszystkie wydrukowane przez Aimee z Instagrama: park Althea, moje miejsce wielkiej zmiany; przepocony biały T-shirt, wiszący na ramie roweru po moim pierwszym maratonie zeszłego lata; porzucone stereo na Christopher Street, grające piosenkę, jakiej nie słyszałem nigdy wcześniej i nie usłyszałem nigdy później; Tagoe z zakrwawionym nosem po wymyślaniu plutońskiego powitania, które źle się skończyło przy zderzeniu głowami; dwa buty – jeden rozmiaru jedenaście, drugi dziewięć – które kupiłem, nie sprawdzając, czy są do pary; ja i Aimee, ja z nierówno zmrużonymi oczami, trochę jak wtedy, gdy jestem naćpany, chociaż nie byłem (jeszcze), ale i tak zachowałem to zdjęcie, bo światło uliczne rzuciło na nią fajny blask; odciski butów w błocie, kiedy goniłem Aimee w parku po kilku dniach ciągłego deszczu; dwa cienie siedzące obok siebie, Malcolm nie chciał tego zdjęcia, ale i tak je zrobiłem; a także tonę innych, które muszę zostawić kumplom, wychodząc stąd.

Wychodząc stąd…

Naprawdę nie chcę iść.