Syn nieskończoności

Tekst
Z serii: Infinity Cycle #1
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Ile kosztuje taka fiolka? – Nie mam przy sobie zbyt dużo gotówki, ani w ogóle zbyt dużo pieniędzy, ale muszę dostać to w swoje ręce.

– Trzysta.

Cała nadzieja runęła. Wciąż jestem stratny po fiasku ze sprzedażą gadżetów, a na YouTubie moje filmy nie generują takiego ruchu, żebym mógł na serio zarabiać na reklamach.

– Mogę dać dwie stówki, jeśli poczekasz, aż podskoczę do bankomatu.

– Czy my bawimy się w targowanie, James? – pyta Koczek.

– Żadnego targowania, Orton.

Orton odkłada fiolkę z powrotem do lodówki.

– Czekaj.

Emil próbuje mnie odciągnąć.

– Nie stać cię na to. Wracamy do domu.

Ignoruję brata.

– Prowadzę kanał Niebiańscy Nowego Jorku. Słyszałeś o nim? – Patrzą na mnie, jakbym zapytał ich o sens życia. – Wypytuję ludzi o ich historie i zdolności, mógłbym wam pomóc wypromować Wywar. Możemy się dogadać na barter. Wy dacie mi fiolkę, a ja załatwię wam promocję. Wykorzystujecie do produkcji twoją krew?

Orton uśmiecha się szeroko.

– Jestem lepszy od niebiańskich. – Nagle jego tęczówki zasłania żarzące się zaćmienie. Za chwilę wracają do normalnego wyglądu. – I lepszy od innych widm.

Rzadko zdarza się podobna okazja. Właśnie czegoś takiego potrzebuję, żeby ożywić mój kanał – wyjątkowego profilu.

– Nigdy wcześniej nie przeprowadziłem wywiadu z widmem – mówię.

– Nie dawaj mu głosu – odzywa się Prudencia. – To tacy jak on niszczą nasz kraj.

– Nie znasz mojej historii – odpowiada Orton.

Szykuję kamerę.

– Opowiedz mi ją. Chcę wiedzieć wszystko: co doprowadziło do tego, że sięgnąłeś po alchemię krwi; w jaki sposób wybrałeś stworzenie; gdzie znalazłeś dobrego alchemika i kiedy zyskałeś zdolności.

– To tyle? – rzuca Orton.

– Nie udzielamy wywiadów – wtrąca James. Jest niższy od Ortona i pomijając jego ton, sprawia wrażenie pomagiera.

– Daj mi dziesięć minut. Góra piętnaście – mówię.

Prudencia staje przede mną.

– Bardzo niewiele widm wykorzystuje swoje zdolności do czynienia dobra. Przestań próbować stawiać w blasku jupiterów kogoś, kto jest w oczywisty sposób zdeprawowany.

– Chcę po prostu lepiej rozumieć widma – odpowiadam.

– Nie, chcesz usłyszeć instrukcję, jak zostać jednym z nich.

Prostuję się, chociaż jej oskarżenie mną poruszyło.

– Mój ojciec stracił życie przez alchemię krwi. Nigdy bym sobie czegoś takiego nie zrobił. Ale nawet gdyby, Bautista był widmem, a utworzył jedną z największych grup bohaterskich w naszym mieście. Dlaczego wszyscy o tym zapominają?

Prudencia wskazuje Ortona.

– On jest dilerem mikstur, nie bohaterem.

– Ej, ja mam uczucia – wypala Orton.

– Miało je też stworzenie, które skrzywdziłeś – odzywa się Emil, wbijając wzrok w ziemię.

Orton nie zwraca na niego uwagi.

– Spełniam marzenia ludzi.

Prudencia zaciska dłoń w pięść.

– Musisz naprostować swoje życie. Żegnam.

Odchodzi i chociaż ten wywiad mógłby być przełomem dla mojego kanału, ruszam za nią.

– Powinieneś był mnie wesprzeć – mówi do mnie.

– Chciałem nagrać wywiad.

– Masz obsesję i…

– Chciałbym zrozumieć psychikę każdego człowieka, który ryzykuje swoje życie, żeby zdobyć moc, chociaż alchemia krwi zbiera ogromne żniwo. Zwłaszcza po tym, co się stało z moim ojcem…

– Ej, ej! – przerywa nam Emil, który wydaje się jeszcze bardziej spanikowany niż wtedy, gdy zobaczyliśmy egzekutorów. – To widmo idzie za nami.

7

SZARO-ZŁOTY

EMIL

To jedna z tych rzadkich chwil, kiedy żałuję, że nie mam żadnych zdolności. Zamiast pędzić na stację metra, mógłbym teleportować się stąd razem z Brightonem i Prudencią. Wystarczyłaby nawet moc defensywna, na przykład generowanie ochronnej tarczy. Nie mogę uwierzyć, że istnieje realna szansa ataku, a my nie mamy nawet pojęcia, jakich zdolności spodziewać się po Ortonie. Czy uderzy w nas jak bazyliszek? Podpali jak feniks? Sparaliżuje nas jak zjawa?

– Szybko, szybko – ponaglam ich, gdy nadjeżdża pociąg. Wciskamy się do przedziału pełnego ludzi.

Drzwi zamykają się za nami, zanim Orton i James zdążą wejść. Orton uśmiecha się, gdy pociąg rusza.

Łapię oddech i spoglądam na Brightona.

– Mógłbyś następnym razem nie kumplować się z egomaniakiem?

– Nic nam nie robił, dopóki go nie sprowokowaliście – broni się Brighton.

– Nie zwalaj winy na nas – wtrąca Prudencia.

– Dokumentuję życie ludzi, a jego historia mogła wielu otworzyć oczy!

Brighton się zamyka, gdy dociera do niego, że ich kłótnia przyciąga uwagę współpasażerów. Ktoś z drugiej strony wagonu stoi na ławce z telefonem skierowanym w naszą stronę. Już mam im powiedzieć, żeby się uspokoili, kiedy rozsuwają się drzwi łączące wagony i przechodzą przez nie Orton z Jamesem.

Serce wali mi jak szalone. To niemożliwe, przecież pociąg już ruszał.

– Nie odwracajcie się, ale oni tu są – mówię i oczywiście Brighton, jak ostatni idiota, patrzy na nich. – Co ja powiedziałem?

– Jak im się udało wsiąść? – pyta Prudencia.

– To i tak nie ma znaczenia – zauważa Brighton. – Zachowajcie spokój, nic nam nie mogą zrobić. Za dużo tu ludzi.

Nie wierzę w to. Skoro poszedł za nami aż tak daleko, najwyraźniej obecność świadków mu nie przeszkadza. Jeśli wysiądziemy z tego pociągu i wrócimy do domu cali i zdrowi, przysięgam, że już nigdy nie wyjdę ze swojego pokoju. Nie chcę stać się częścią pieprzonej statystyki ofiar zabitych przez wykolejone widma. Jestem strasznie wkurzony na Brightona, lecz kiedy Orton rozpycha się między pasażerami, u mojego brata załącza się kompleks bohatera i zaraz staje przede mną i Prudencią, żeby nas chronić.

– Nie zdążyłem się pożegnać – mówi Orton.

Prudencia kręci głową.

– Dumny z siebie jesteś?

– Prudencio, przestań – upominam ją. Pewnie, niektórzy nie poddaliby się bez walki, ale ja jednak bardzo cenię swoje życie i wolałbym się z nim nie rozstawać.

– Wasz kumpel chciał poznać moją historię – odpowiada Orton. – Miałem dosyć tego, że wszyscy traktują mnie jak worek treningowy, więc zostałem bogiem.

– Nie po to tu przyszliśmy. – James ciągnie Ortona za rękaw.

– Niebiańscy rodzą się z blaskiem, lecz przyjęcie mocy jest aktem prawdziwej odwagi. Cieniasy próbują i umierają. – Orton zaciska dłoń w pięść. – Jestem potężniejszy od innych.

Chłopak może sobie gadać o swojej wyższości, ile chce, ale wcale nie trzeba takiej znowu wielkiej mocy, żeby pokonać trójkę nastolatków, którzy sami nie mają żadnych zdolności. Pasażerowie odsuwają się, a ja w końcu wpadam w totalną panikę, zaczynam błagać o pomoc. Niestety tylko kilka osób krzyczy do Ortona, żeby dał nam spokój, a inni wyciągają telefony, żeby nagrywać. Może gdybym był ich ulubionym serialem, który zaraz zostanie skasowany, bardziej by ich to obeszło. Niestety zaistnieję w ich życiach tylko jako nagłówek, o którym zaraz zapomną.

To szaleństwo. Chociaż strzelali do mnie egzekutorzy, teraz strach ściska mnie mocniej. W tamtej bójce byłem tylko obserwatorem, pozbawioną imienia i twarzy osobą, która wtapia się w tłum i albo staje się przypadkową ofiarą, albo zyskuje historię o tym, jak udało mu się przeżyć. Teraz jednak jestem celem.

Orton staje przed twarzą mojego brata, ich nosy się stykają.

– Odsuń się – mówi Brighton.

Rozdzielam ich, bo nie pozwolę, by ktoś tak robił mojemu bratu. Zawsze byłem słaby z biologii, ale nawet ja wiem, że serce nie powinno bić tak szybko i tak gwałtownie.

– Wygrałeś. Jesteś bogiem. Już się zamykamy.

Orton szczerzy zęby i wyciąga do mnie rękę.

– Rozejm.

Zauważam dwie głębokie, świeże blizny na jego przedramieniu, niemal chirurgiczne, lecz czystsze. Ściskam jego dłoń, bo się boję, dobra? Orton zabiera swoją i odwraca się do Jamesa.

– Przymierzaliście się do użycia swojej mocy – mówi.

Kręcę głową.

– Słucham? Przecież my nie mamy mocy, nie musicie się o to martwić…

Gryzę się w język, ale już za późno. Widmo uśmiecha się ponuro i wiem, że nawaliłem. Powinienem był skłamać, bo prawda nie satysfakcjonowała Ortona. Jego zdaniem pewnie powinniśmy się mu ukłonić.

Orton chwyta mnie za rękę i rzuca na drzwi pociągu, uderzam głową o słupek; zaraz będę mieć guza. Ląduję twarzą w kałuży czyjejś zimnej kawy, ślina cieknie mi na podłogę. Wciągam głęboko powietrze, próbując się podnieść, ale brakuje mi tchu. Kręci mi się w głowie, mam świszczący oddech, w oczach stają mi łzy. Czuję dotyk na ramieniu i wzdrygam się na myśl, że to znowu Orton, ale to tylko Prudencia chce zapytać, czy wszystko w porządku.

W pociągu rozpętuje się chaos.

Brighton rzuca się na Ortona – jesteśmy do siebie aż tak głupio przywiązani – ale jakimś cudem przelatuje przez ciało widma jak przez projekcję. To nie ma sensu. Przenikanie przez ciała stałe jest mocą niebiańskich, widmom nigdy nie udało się ukraść tej zdolności.

Wstaję, bolą mnie plecy. Szkoda, że pasażerowie nie kiwną nawet palcem, żeby nam pomóc. Zamiast tego tylko filmują. Prudencia unosi rękę, jakby chciała uderzyć Ortona, ale on kopie ją w brzuch i dziewczyna upada na mnie.

– Żyjesz? – pytam.

Prudencia wskazuje Brightona, który podnosi się, czerwony na twarzy, i atakuje widmo od tyłu. Orton obraca się, chwyta Brightona za gardło i ciągnie do drzwi. Zaraz przenika przez nie i najwyraźniej zamierza wyrzucić mojego brata z pociągu.

– BRIGHTON!

Drżę na całym ciele, moja temperatura rośnie jak przy gorączce. Zęby mnie bolą, w głowie dudni, w gardle piecze, a obite usta zaczynają puchnąć. Jestem trochę za młody na zgagę, ale nie potrafię inaczej opisać tego pieczenia w piersi. Oczy zachodzą mi mgłą, jakbym szedł przez obłoki pary. Ten pomruk we wnętrzu mojego ciała przechodzi do melodyjnego crescendo, a potem wszystko mija. Nie mam pojęcia, jak mocno oberwałem – może adrenalina nie pozwala mi poczuć pełni bólu. Jednak mam świadomość, że mój brat zaraz wyląduje na torach, wyrzucony przez jakiegoś szaleńca, i ogarnia mnie lęk, że gdy następnym razem go zobaczę, będzie martwym, nierozpoznawalnym trupem. Nigdy w życiu nie byłem tak przerażony.

 

Moja pięść zajmuje się ogniem.

Płomienie są szare i złote, a bije od nich taki żar, że najgorszy upał latem to przy tym pikuś, lecz moja skóra się nie topi. Jakimś cudem nic mi nie jest. Nawet nie próbuję odruchowo strząsnąć tego ognia. Blask przykuwa uwagę wszystkich pasażerów, którzy zamierają; nawet widmo robi krok do tyłu i patrzy na mnie oniemiały. Ogień jest żywy i silny.

Brighton oddycha chrapliwie, ale chociaż jego życie wisi na włosku, widzę szok w jego oczach. Zaraz otrząsa się i wbija Ortonowi łokieć w brzuch, uwalniając się z jego chwytu. Biały płomień wspina się po ręce widma, tak samo jak u innych, których widzieliśmy w tym tygodniu – to musi być jakiś gang. Orton rzuca się w moją stronę, przyjmuję pozycję obronną. Muszę przetrwać dość długo, żeby pociąg zdążył wjechać na następną stację, a wtedy będziemy mogli wybiec na peron i sprowadzić pomoc. Chociaż jestem chudy i nie wygrałem zbyt wielu bójek, desperacja dodaje mi sił i atakuję widmo. Płomień bucha z mojej pięści, mały i szybki; sześć płonących pocisków ze skrzekiem trafia przeciwnika w ramię i brzuch, zmiatając go z nóg. Gdy już mi się wydaje, że Orton uderzy w drzwi, on przenika je i ląduje płasko na peronie.

Pasażerowie wiwatują, a ja nie mogę się ruszyć.

Czy to możliwe, żebym…

Czy to możliwe, żebym zabił Ortona?

Może i był z niego zbir, ale życie to życie, nie zamierzałem nikogo go pozbawiać. Posiadanie mocy nie sprawia, że mogę decydować o czymś takim.

Jak? Jakim cudem mam moc? Przecież… No przecież to nie byle jaka sztuczka.

Moja pięść stała się pochodnią z szaro-złotym płomieniem, bije od niej blask, który wprawia mnie w osłupienie. Potrząsam dłonią i zdmuchuję ogień jak świecę. Płomienie stygną i znikają.

Wszyscy są bezpieczni. Brighton i Prudencia wpatrują się we mnie, jakbym był obcym człowiekiem, który przyleciał znienacka na ratunek, a nie kimś, kogo znają od zawsze.

Znowu czuję smak krwi. Boli mnie całe ciało, jakby skopał mnie gang, a nie pojedyncze widmo. Zimny prysznic nie daje żadnej radości, ale jestem gotowy zanurzyć się w metalowej wannie wypełnionej po brzegi kostkami lodu; Brighton pewnie czuje to samo. To palące szczypanie przywodzi mi na myśl wypadek sprzed kilku lat, kiedy razem z bratem szykowaliśmy śniadanie dla rodziców z okazji ich rocznicy, a ja chwyciłem patelnię, zanim zdążyła ostygnąć.

Rozsuwają się drzwi. Wychodzimy na peron, a pasażerowie w dalszym ciągu nas nagrywają. Lepiej, żeby przestali, bo egzekutorów nie będzie obchodzić, że działałem w samoobronie. Nie wiem, czy zdołam spojrzeć sobie w oczy, jeśli naprawdę zabiłem Ortona. Z jego piersi unoszą się smużki dymu; widać, że żebra poruszają się powoli w rytm oddechu.

Czyli żyje.

Czuję taką ulgę, że mógłbym się rozpłakać. Jednak ponownie dopada mnie lęk, gdy podchodzi egzekutor, celując we mnie różdżką.

– Wszyscy na ziemię! – woła, patrząc to na nas, to na widmo.

Tak strasznie chcę wytłumaczyć, że nie mam pojęcia, jak do tego doszło, jednak tylko padam na kolana, tak samo jak Brighton, Prudencia i James.

– On nas zaatakował – mówi Prudencia.

Egzekutor pochyla się nad Ortonem. Już sięga po rękawicę przy pasku, kiedy Orton otwiera oczy, pokazując zalane cieniem tęczówki, i wyprowadza cios płonącą ogniem feniksa pięścią prosto w szczękę egzekutora. Mężczyzna strzela w powietrze i ląduje na ziemi. Para innych pędzi w naszą stronę, posyłając w Ortona błyskawice ze swoich różdżek.

Wstaję i pędzę razem z Prudencią, Brightonem i Jamesem. Gdy wbiegamy na schody, z kieszeni Jamesa wypada telefon. Rozpoznaję etui z żółtym wilkiem. Mimo zamieszania przypominam sobie, że ktoś inny miał takie samo, gdy brat nagrywał bójkę w czasie przebudzenia Sennego króla.

James zabiera komórkę i ucieka, jakbym miał zaraz odebrać mu życie. Gonię go po schodach, chcąc po prostu rozwiązać tę zagadkę. Docieramy do bramek i chłopak nurkuje w tłumie, rozpychając się łokciami. Skupiam wzrok na wyjściu ewakuacyjnym, James już się więcej nie pokazuje. Znika zupełnie z pola widzenia.

To coś nowego. Pierwszy raz w życiu ktoś się mnie boi. Ale też pierwszy raz w życiu moja pięść zapłonęła żywym ogniem.

– Wydaje mi się, że był przy tym, jak na imprezie rozpętała się walka – mówię, dysząc.

Brighton kręci głową. Oczy ma zaczerwienione, jakby zbierało mu się na płacz, a ja nigdy nie umiałem zachować się przy kimś, kto płacze; robię się tylko milczący i skrępowany.

– Masz moc.

– Chyba. Sam nie wiem. – Kieruję się do wyjścia z metra, zanim egzekutorzy czy Orton zdążą nas dogonić. – Krew przodków mamy zadziałała w ostatniej chwili.

– Nie żartuj sobie ze mnie. Widzieliśmy twoje oczy. Ukrywałeś to przede mną.

Zatrzymuję się na rogu, czekając na zielone, i odwracam się do brata.

– A co się stało z moimi oczami?

Brighton patrzy na mnie zdziwiony.

– Płonęły jak u widma.

To niemożliwe.

– Nie wiem, co widzieliście. Wiem tylko, że z alchemią krwi lepiej nie zadzierać, a poza tym jestem ostatnią osobą, która chciałaby zostać widmem.

– Twoje oczy były zaćmione – mówi Brighton.

Prudencia kładzie mu dłoń na ramieniu.

– Wyluzuj. Ogień niektórych niebiańskich jest ciemniejszy niż zwykle. – Odwraca się do mnie. – Nigdy wcześniej nie przejawiałeś żadnych oznak posiadania mocy, prawda?

– Nie wyobrażam sobie powodu, dla którego miałbym wam o tym nie wspomnieć, bez kitu.

Zapala się zielone i nie wiem, jak wrócimy stąd do domu, może autobusem, ale zdecydowanie nie wracamy do pociągu, więc ruszam prędkim krokiem przed siebie. Chcę zabunkrować się w pokoju i przemyśleć sobie to wszystko.

– Ale co z ogniem? To był ogień feniksa, prawda? – pyta Brighton.

Zatrzymuję się na środku ulicy.

Jestem rozpalony, temperatura rośnie mi tak, że chyba zaraz znowu zapłonę, może tym razem na całym ciele. Próbuję przypomnieć sobie jakiegoś niebiańskiego, który miał taki ogień jak ja, ale nic z tego. Tylko widma posiadają taką moc. To był płomień szarego słońca, nie ma co do tego wątpliwości. To niemożliwe, żeby w moim ciele znalazła się krew feniksa, ale świadomość, że nie wiem, jak to się stało, zżera mnie od środka. Kręci mi się w głowie; tak jak w dni, gdy nie odżywiam się należycie, ale dziesięć razy gorzej. Upadam, brat i najlepsza przyjaciółka próbują mnie złapać, samochody trąbią. Tracę przytomność i zastanawiam się tylko, jak szybko te szaro-złote płomienie pochłoną wszystko, co dobre w moim życiu.

8

VIRAL

BRIGHTON

Kiedyś udawałem, że widzę przyszłość.

Wieczorem przed naszymi czternastymi urodzinami abuelita położyła mnie i Emila do łóżka, opowiadając historie o swojej mocy. Jej wizje nie były szczególnym powodem do dumy, zazwyczaj widziała wydarzenia minutę czy dwie wcześniej: ostrzeżenie, by przyśpieszyć, jeśli chce zdążyć na pociąg, albo że za chwilę zadzwoni telefon. Jednak raz na kilka lat pojawiała się u niej poważniejsza przepowiednia, na przykład kiedy poznała abuelito w metrze, zobaczyła wizję ich ślubu.

Kilka godzin po północy obudziłem Emila i powiedziałem mu, że zobaczyłem przyszłość: coś złego miało się przydarzyć właścicielowi naszego ulubionego sklepiku osiedlowego. Emil chciał to zignorować, mówiąc, że to tylko sen, ale ja pociągnąłem kłamstwo, wmawiając mu, że wydawał się czymś zupełnie innym, czymś prawdziwym. Powiedziałem mu, że odziedziczyłem moc po abuelicie.

Wymknęliśmy się z domu przez schody przeciwpożarowe, bo Emil wtedy był pierwszy do przygód, zwłaszcza po tej informacji o mocy – był przekonany, że jego moc też się uaktywni, jeśli wspólnie podejmiemy się uratowania Williama. Przeprowadziliśmy miniobserwację i nawet przekonaliśmy Williama, żeby zamknął wcześniej sklep. To było dobre kłamstwo, bo przecież Emil był przekonany, że przeciwdziałamy katastrofie. Tylko że po powrocie do domu poczułem wyrzuty sumienia. Chociaż brat cieszył się z mojego szczęścia, widziałem, że coraz bardziej frustruje go brak mocy u niego. Nie mogłem go dłużej okłamywać i się przyznałem. Uderzył mnie naprawdę mocno w ramię za to, że obudziłem go o trzeciej nad ranem dla zmyślonej wizji, zmyślonego przestępstwa, ale potem się roześmiał i stwierdził, że byłoby super, gdybyśmy naprawdę obaj odkryli w sobie moce w dniu urodzin. Dwóch wybrańców to dwa razy lepiej niż jeden.

Minęły cztery lata, a ja w życiu bym się nie spodziewał takiego obrotu spraw.

To nie może być prawda.

Próbuję obudzić Emila na ulicy, ale nic z tego. Wciąż wyczuwam puls, jednak z taką gorączką, guzem na głowie i rozciętą wargą wygląda gorzej niż kiedykolwiek, a mi serce bije szybciej niż wtedy w pociągu, gdy walczyliśmy o życie. Kierowcy wysiadają z aut, przechodnie wzywają pomoc, ale nie możemy marnować czasu, czekając na karetkę. Prudencia zatrzymuje taksówkę i zaraz taszczymy Emila na tylną kanapę.

– Szpital Darden, szybko! – krzyczę z głową brata na kolanach.

Kierowca najpierw spogląda na nas z wahaniem, ale w końcu rusza.

– Tylko niech mi nie zakrwawi kanapy.

Prudencia powstrzymuje łzy, jednak oznajmia pewnym głosem:

– Powinniśmy zabrać go do szpitala dla świetlistych.

Wciąż nie otrząsnąłem się z szoku; kto by pomyślał, że mój brat będzie potrzebował pomocy niebiańskich medyków.

– Nikt nie zajmie się nim tak, jak mama.

– Krew Emila może wymagać specjalnego leczenia. Powinien trafić w ręce niebiańskich.

Kiwam głową.

– Proszę nas zawieźć do Centrum Vega w Concourse – instruuje kierowcę przyjaciółka.

Wpijam paznokcie w ramię Emila. Nie obchodzi mnie, czy sprawiam mu ból; może to go obudzi.

– Dlaczego nie powiedział mi, że zrobił coś takiego?

– Emil nigdy nie zostałby widmem z własnej woli – odpowiada Prudencia. – Nie wiem, co się stało. Może wypił miksturę, nie zdając sobie sprawy, czym jest? Emil za bardzo kocha feniksy, żeby kraść ich esencję.

Wiem, że ma słuszność, jednak coś mi śmierdzi w tej całej sytuacji. I już brakuje mi gadania o niczym z Emilem; jak mogłem być tak głupi i spodziewać się, że nie będę za nim tęsknił po wyjeździe do college’u? Później możemy rozpracować kwestię krwi feniksa, jednak teraz, gdy panikuję na myśl o tym, że mojemu bratu może dolegać coś poważnego, najbardziej brakuje mi zadawania kompletnie zbędnych reszcie świata pytań. Na przykład co bym zrobił, gdyby nagle wyrosły mi dwie dodatkowe ręce, albo czym zajmowałby się Emil, gdyby utknął w pustym pomieszczeniu na cały tydzień. Nikogo nie obchodzi, że z czterema rękami zostałbym zapaśnikiem, a Emil w pustym pokoju miałby czas, żeby poprawić technikę robienia gwiazdy, ale właśnie o takich rzeczach rozmawia się z kimś, kogo znasz całe życie. A Emil nie może teraz umrzeć, bo mamy jeszcze tyle rzeczy do obgadania, gdy już będziemy staruszkami na łożach śmierci.

Jestem za bardzo roztrzęsiony, żeby zadzwonić do mamy, więc Prudencia zabiera mi telefon i przekazuje jej, żeby spotkała się z nami już w szpitalu.

Dojeżdżamy do Centrum Medycznego Niebiańskich Vega i taszczymy Emila przez lobby, po czym pielęgniarki kładą go na noszach i prowadzą do sali, do której nie mamy już wstępu. Nawet nie próbuję siedzieć w poczekalni i udawać, że jakieś czasopismo będzie w stanie odwrócić moją uwagę. To nie działało przez niezliczone godziny czekania na wieści o tacie, tak samo będzie w przypadku Emila. Maszeruję w kółko po korytarzu, Prudencia śledzi mnie wzrokiem, gdy krążę bez końca od recepcji do neutralnych płciowo toalet. Nie wiem, ile mija czasu, ale od ponurych myśli odrywa mnie mama, wykrzykując moje imię.

– Gdzie on jest? – pyta, przyciskając dłoń do piersi.

– Zabrali go już na oddział ratunkowy.

Mama zauważa nasze przygnębienie i przyciąga nas.

– A z wami wszystko w porządku? Nie trzeba wam lekarza?

– Nic nam nie jest. Dzięki, Carolino – odpowiada Prudencia.

Mama przeciąga palcami po moim spuchniętym oku.

– Co się stało?

– Wracaliśmy właśnie do domu, kiedy… – Zamykam się. Nie zamierzam opowiadać o mocach brata; to jego decyzja. – Jakieś widmo napadło nas w pociągu. Radziliśmy sobie do czasu, aż Emil nie stracił przytomności na środku ulicy. Przywieźliśmy go tutaj na wypadek, gdyby to był jakiś skutek uboczny działania mocy widma.

Mama wybucha płaczem.

– Co mu się stało? Jaką moc miało widmo?

– To było dziwne – tłumaczy Prudencia. – Potrafił przeniknąć przez nas i przez drzwi jak niebiański, ale miał też ogień feniksa.

 

– Czy z Emilem wszystko w porządku? Nie został chyba poparzony?

– Nie, mamo.

Bierze głęboki wdech, ale cała drży. Prowadzimy ją do poczekalni, a Prudencia dotrzymuje jej towarzystwa, podczas gdy ja zostaję pod drzwiami, za którymi znajduje się mój brat.

Nabijam coraz większą liczbę kroków, kiedy rozdzwania się mój telefon i nie chce mi dać spokoju. Cały czas dostaję powiadomienia, ludzie zadają mi różne pytania, na przykład czy też mam moce, albo proszą, żebym opublikował wywiad z bratem. W końcu staję jak wryty.

Zostałem otagowany w wielu filmach, z których wszystkie mają w miniaturce zdjęcie Emila płonącego ogniem feniksa. Klikam szybko w viralowy klip, chociaż byłem świadkiem tego wydarzenia. Oglądam i widzę dokładnie moment, w którym szaro-złote płomienie rozpalają się na pięści mojego brata. Bacznie śledzę jego reakcję – jest dokładnie tak samo zszokowany jak wszyscy dokoła.

Wideo zbiera sporo wyświetleń. Postronny obserwator założyłby, że Emil jest niezwykle popularnym influencerem, a nie właścicielem niemal martwego konta na Instagramie, którego posty nie zebrały nawet tysiąca lajków. Sprawdzam wszystkie socjale brata. Na Twitterze miał trochę ponad dwustu obserwujących, którzy trwali przy nim dla jego przypadkowych wypowiedzi na temat gier wideo, literatury faktu i działalności na rzecz feniksów, ale teraz ta liczba nagle urosła do zawrotnych sześciu tysięcy. Sam czuję się dziwnie na myśl, że kojarzą mnie teraz setki tysięcy ludzi, więc mogę sobie tylko wyobrażać, jak zareaguje Emil, gdy obudzi się i dowie się o tym. Gapię się przez chwilę na GIF-a z jego płonącą pięścią, po czym przełączam się na jego Instagrama, gdzie liczba obserwatorów też ostro podskoczyła. Wszyscy zostawiają komentarze pod ostatnim postem, w którym zrecenzował jakąś powieść graficzną, ale ich pytania nie mają z nią nic wspólnego – ludzie chcą wiedzieć, czy działa solo, czy z drużyną.

To nie jest coś, co Emil będzie mógł zachować dla siebie.

Chociaż bardzo możliwe, że mój brat właśnie walczy o życie, i tak zazdroszczę mu tego świeżo zdobytego statusu supergwiazdy.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?