Wilczy Legion

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Płonąca granica

Strzeż się wilka

Córka generała

Wilczy Legion

Kłopoty w „Raju”

Zdrada

Szept w ciemności

Rekiny i małe rybki

Posłowie

Karta redakcyjna

Okładka


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Płonąca granica

Ministerstwo Spraw Wojskowych

Ściśle tajne!

Sztab Generalny

Oddział II

Wg danych policyjnych podejrzani o sympatie komunistyczne lub nacjonalistyczne mieszkańcy wsi to:

– Lickiewicz Nikifor

– Szparło Trofim

– Kuchtiej Stefan.

Na terenie wioski nie udało się umieścić stałego informatora. Współpracujący z policją konfident Jakucenia Bazyli został zamordowany 3 marca br. Jedynym (choć dość niechętnym) źródłem wiarygodnych informacji może być Gintof Aleksander, kawaler orderu Virtuti Militari z okresu wojny polsko-sowieckiej.

Rozdzielnik:

Samodzielny Referat Informacyjny O.K. VI Lwów

Kontrwywiadowczy Posterunek Oficerski nr 1/III w Równem

Henryk Rodan

Kapitan Szt. Gen.

Drabina zatrzeszczała złowieszczo pod ciężarem zwalistego cielska, chwilę później sierżant Tomczak wykonał dwa starannie zaplanowane kroki, usiłując stąpać tylko po zdrowych, nieskrzypiących deskach, i położył się na materacu pod oknem. Dochodziło południe. Mimo iż znajdowali się na stryszku, teoretycznie osłonięci przed słonecznym żarem, męczył ich niemiłosierny upał. Byli wycieńczeni z głodu, odwodnieni, cuchnęli zastarzałym potem. Od tygodnia nie zmieniali łachów mających upodabniać ich do ukraińskich chłopów. Planowana na trzy dni zasadzka przeciągała się. Od przedwczoraj racjonowali żywność i wodę.

– Jeszcze kilka godzin i nie będziemy w stanie nawet nacisnąć spustu. – Przekazał alfabetem głuchoniemych sierżant.

– Zamknij się, łysa małpo – odpowiedział w ten sam sposób Krohne. – Jak nie przyjdą do wieczora, zbieramy się stąd – dodał po chwili.

Zakończywszy pełnym rezygnacji gestem, młody, szczupły mężczyzna z blizną na twarzy położył się na wznak, tuląc do piersi strzelbę okopową. Każdy z pocisków używanego jeszcze w czasie ostatniej wojny winchestera zawierał tuzin loftek średnicy 8 mm. Jeden strzał stanowił odpowiednik długiej serii z karabinu maszynowego i na bliską odległość mógł dosłownie zmasakrować wroga. Jego towarzysz w zupełności zasługiwał na określenie „łysa małpa”. Potężnie zbudowany, ważący sto kilkadziesiąt kilogramów sierżant nie należał do specjalnie urodziwych przedstawicieli męskiego rodu. Krzaczaste brwi, niemal bezrzęse powieki, bladoniebieskie oczy o odcieniu zamarzniętej kałuży i pokryta szramami, pozbawiona owłosienia głowa składały się na odpowiadającą opisowi Krohnego całość. Tomczak uzbrojony był w ważący prawie dziesięć kilogramów karabin maszynowy Browninga nazywany przez żołnierzy BAR-em. Tuż obok leżało kilka dwudziestonabojowych magazynków, nie widać było natomiast nigdzie używanego przez większość śmiertelników dwójnoga, służącego jako podpórka do ciężkiej, nieporęcznej broni. Wyglądało na to, że w ocenie Tomczaka taki drobiazg jest mu niepotrzebny.

Z zewnątrz dobiegło ich szczekanie psów, zakwiczała jakaś świnia w chlewie poniżej, jednak nie było w tych odgłosach niczego niezwykłego. Przez dni, które spędzili na stryszku w obejściu należącym do mieszkającego na skraju wsi Stasiuka, przyzwyczaili się już do odgłosów wydawanych przez Stasiukowe pieszczoszki, rozpoznawali ich ton. Nie pobrzmiewała w nich panika czy niepokój, ot, takie sobie świńskie rozmówki.

Po chwili ktoś zaczął rąbać drewno, zapewne gospodarz zwalczył wczorajszego kaca i postanowił coś zrobić w obejściu, gdyby nie dwudziestokilkuletnia córka – Marysia – chylące się ku upadkowi gospodarstwo dawno przestałoby przynosić jakikolwiek dochód. Stasiuk był pijakiem i patentowanym leniem. To stało się powodem, jednym z powodów, dla których Krohne i Tomczak chowali się na strychu bez wiedzy gospodarza. Nie potrzebowali jego pomocy, choć brak takowej zwiększał niedogodności związane z zasadzką, ale przynajmniej było wiadomo, że nie wygada się w pijanym widzie. Po namyśle uznali też, że lepiej będzie nie informować o niczym skądinąd sympatycznej Marysi. Co prawda bandyci kilkakrotnie obrabowali Stasiuków, jednak napady na to akurat gospodarstwo mogły być sfingowane. We wsi zamieszkanej przynajmniej od stu lat zarówno przez Polaków, jak i Ukraińców sympatie kształtowały się różnie. Nie wszyscy Ukraińcy nienawidzili Polski, nie wszyscy Polacy ją kochali.

Energiczne kopnięcie w łydkę wyrwało Krohnego z letargu, poderwał się od razu czujny, z palcem na spuście, zerknął przez okienko. Stasiuk nadal rąbał drzewo, a Marysia niosła do chałupy kosz świeżo zerwanych w sadzie jabłek.

– Co się stało? – zapytał bezgłośnie.

– Prawdziwa Pomona – odparł z rozmarzoną twarzą Tomczak.

Rzeczywiście dorodna dziewczyna mogła się kojarzyć z rzymską boginią sadów, ale Krohne nie miał ochoty wysłuchiwać erotycznych fantazji podwładnego.

– Udusiłaby cię udami – stwierdził złośliwie. – No i najpierw musiałbyś ją złapać...

Sierżant był tak samo ofiarą swojego wyglądu, jak i zasad życiowych. Znał biegle cztery języki i należał do najinteligentniejszych pracowników „Dwójki”, jednak wzbraniał się przed awansami, gdyż, jak uważał, zmniejszyłoby to jego szanse na udział w akcjach bojowych. A tych potrzebował jak ryba wody. Stąd rzeczywiście niewiele kobiet zwracało na niego uwagę – co innego brzydki sierżant, a co innego mało przystojny major; wyjątkiem były kręcące się na obrzeżu kryminalnego światka podejrzanej konduity dziewczyny na Pradze. Tomczak mieszkał tam od dziecka i cieszył się szacunkiem lokalnych opryszków, co przekładało się na niejakie sukcesy u płci pięknej.

Dalszą wymianę zdań przerwał im okrzyk Marysi, dziewczyna wypuściła z ręki koszyk i nie zwracając uwagi na rozsypane jabłka, rzuciła się do ucieczki w stronę sadu. Do obejścia wbiegło dwóch obszarpańców, kilkunastu innych pojawiło się na świetnie widocznej ze stryszku piaszczystej drodze. Stasiuk z głuchym warknięciem uderzył jednego ze ścigających córkę bandytów siekierą, z przerąbanego barku trysnęła krew. Drugi wystrzelił z ukrytego pod kurtką obrzyna, trafił Stasiuka w pierś. Słysząc strzał, maszerujący dotąd beztrosko intruzi sformowali się w tyralierę, ruszyli na gospodarstwo. Błysnęły w słońcu lufy karabinów, ktoś wyciągnął nawet granat. Krohne wybiegł na podwórze i strzelił niemal z przyłożenia w plecy pochylonego nad leżącym Stasiukiem napastnika. Przyklęknął i opróżnił magazynek, celując w stłoczonych przy furtce bandytów. Słychać było czyjeś wycie i krótkie, przypominające warknięcia serie z BAR-a, to sierżant smagał drogę ołowianym deszczem. Kapitan odwrócił Stasiuka na wznak, nie wypuszczając z drugiej ręki broni. Mężczyzna broczył obficie krwią, ale wyglądało na to, że żyje.

– Zostało jeszcze dwóch! – krzyknął z góry Tomczak. – Czają się za płotem, piętnaście metrów na lewo od furtki, mam ich w martwej strefie, ale jak się ruszą, to ich dorwę!

Krohne wytarł o spodnie zaplamioną krwią dłoń, załadował strzelbę i ruszył schylony wzdłuż płotu. Wokół panowała złowieszcza cisza, nawet psy przestały szczekać. Nikomu nie przyjdzie nawet na myśl, żeby zadzwonić po pomoc, pomyślał Johannes, zaciskając zęby. W pobliskim miasteczku stacjonował szwadron kawalerii Korpusu Ochrony Pogranicza. Oczywiście bandyci mogli przed wejściem do wsi zerwać druty – telefon miał tylko sołtys, drugi znajdował się w oddalonym o kilometr dworku.

Coś zaszeleściło po drugiej stronie płotu i Krohne wystrzelił trzykrotnie, przetoczył się po trawie, zmieniając pozycję przewrotem przez bark. Pociski bez trudu przebiły wysuszone, popękane deski, rozległ się cichy jęk zakończony bulgotem, a na drogę wyprysnął mężczyzna w cyklistówce na głowie. W ręku trzymał karabin Mannlichera. Kapitan poderwał się z bronią gotową do strzału, ale Tomczak był szybszy. Uciekiniera zatrzymała seria z erkaemu, po której zwinął się na ziemi jak robak. Zza płotu doszedł Krohnego czyjś wysilony, chrapliwy oddech i ciche, stłumione jęki. Oficer bez pośpiechu pomaszerował wzdłuż ogrodzenia, przeszedł przez furtkę i skierował się ku jęczącemu, trzymającemu się za brzuch mężczyźnie. Kątem oka zauważył klęczącą przy ojcu Marysię, dziewczyna z bladą jak chusta twarzą usiłowała opatrzyć mu rany. Za plecami Krohnego rozległy się ciężkie kroki – Tomczak potrafił chodzić bezszelestnie, ale teraz dawał znać, że pilnuje pleców towarzysza. Obaj uczestniczyli w niejednej takiej akcji.

 

– Pomyłujte, pomagite – wyszeptał błagalnym tonem postrzelony.

Jego młodzieńcza, nieledwie dziecinna twarz wykrzywiona była w grymasie bólu, spomiędzy obejmujących brzuch palców sączyły się strużki krwi. Tomczak chrząknął pytająco. Krohne przyłożył lufę do ucha rannego i nacisnął spust. Głowa chłopaka rozbryznęła się jak przejrzały melon.

– Ależ z ciebie zimnokrwisty skurwysyn – skonstatował Tomczak.

– O co ci chodzi? – odburknął Krohne.

– Przecież prosił o litość...

– Założę się, że ta zamordowana w zeszłym tygodniu służąca też błagała o miłosierdzie. A jednak zgwałcili ją i utopili pod kołem młyńskim. Nie sądzę, aby nasz młodzian czyścił wówczas paznokcie. Kto mieczem wojuje, od miecza ginie – wzruszył ramionami Krohne.

Zawrócili do gospodarstwa Stasiuków, po drodze kapitan jeszcze raz przystanął i strzelił, we wsi zaczęły szczekać psy, wyczuły, że jest po wszystkim. Podeszli do klęczącej nadal przy ojcu Marysi i przenieśli Stasiuka na łóżko do chałupy.

– Co z nim? – zapytała dziewczyna, splatając nerwowo palce.

– Jeśli nie wda się zakażenie, powinien przeżyć – powiedział znużonym tonem Krohne. – Idź do domu sołtysa i każ mu zadzwonić do miasteczka po lekarza i wojsko. Chyba że przerwali druty, wtedy trzeba będzie wysłać kogoś konno.

– Będzie się bał – wyszeptała.

Tomczak pokręcił głową.

– Już nie – rzucił z chłodnym uśmieszkiem. – Wszyscy ci, którzy mogliby mu coś zrobić, gryzą ziemię. Jeśli miałby jakieś wątpliwości, powiedz, że kapitan Krohne i sierżant Tomczak przyjdą go poprosić osobiście...

W głosie mężczyzny nie było groźby, ale Marysia wzdrygnęła się jak smagnięta batem i wybiegła z domu.

– Nie strasz jej, gorylu – mruknął Krohne.

Sierżant prychnął pogardliwie i zniknął gdzieś na chwilę. Wrócił z glinianym, pełnym mleka dzbanem. Udając, że nie widzi wyciągniętej ręki oficera, przechylił naczynie, napił się i okazał satysfakcję solidnym beknięciem. Dopiero wtedy przekazał swój łup Krohnemu.

– Niesubordynacja i brak szacunku dla starszych stopniem – wymamrotał tamten, pijąc łapczywie. – Może trochę chleba?

– Nie. Nie – powtórzył sierżant z naciskiem. – Porzygasz się. Zjemy coś lekkiego za dwie godziny.

Krohne westchnął, ale nie protestował. Odstawił opróżniony dzbanek i przymknął oczy, momentalnie zapadł w sen.


Krohne i Tomczak wlekli się pylistą, porytą koleinami drogą, każdy z nich dźwigał na plecach wielki, wypchany worek. Kanciaste miejscami kształty pakunków sugerowały, że poza wszystkim innym zawierają broń. Krohne postanowił, że po zakończonej sukcesem akcji zatrzymają się w pobliskim majątku należącym do rodziny Koryckich.

– Pogonią nas, wyglądamy jak włóczędzy – marudził sierżant. – No i wypadałoby pomóc Marysi...

Odpowiedziało mu lekceważące mruknięcie. Stasiuk został przewieziony do pobliskiego szpitala, a okolicę przeszukiwali żołnierze Korpusu Ochrony Pogranicza. Jeśli nawet bandyci mieli jakichś zwolenników albo informatorów w wiosce, było mocno wątpliwe, czy w tych okolicznościach odważą się oni w jakikolwiek sposób ujawnić swoje sympatie.

– Myślę, że ta twoja Pomona i tak nie jest w romantycznym nastroju. Musiała się nieźle przestraszyć.

– Ale zachowała zimną krew – zauważył Tomczak.

– Bo to zdrowa, wiejska dziewucha, gdyby tak trafiło na miastową paniusię, cucilibyśmy ją do tej pory.

Za zakrętem drogi ujrzeli okazały, jakby żywcem wyjęty z dziewiętnastowiecznej powieści dworek: czterospadowy dach nad piętrowym pałacykiem błyszczał w promieniach zachodzącego słońca, flankowały go niższe, przysadziste budynki gospodarcze. Ustawione na dziedzińcu lando i powóz typu vis-à-vis sugerowały względną zamożność właścicieli. Z bliska było widać, że wokół panuje ład i porządek, nawet krzątający się przy stajni pracownicy odbijali na korzyść od mieszkańców wioski, ich ubrania, choć skromne, sprawiały wrażenie wyprodukowanych w fabryce w odróżnieniu od używanych przez polskich i ukraińskich chłopów samodziałów. Pracą kierował korpulentny jegomość z sumiastymi wąsami. Właśnie nadzorował podkuwanie potężnego, nerwowego deresza. Nie wyglądał na właściciela majątku, raczej na zarządcę. Konia trzymało dwóch solidnie zbudowanych mężczyzn, ich spocone twarze i napięte mięśnie świadczyły, że zwierzę nie najlepiej znosi tę czynność.

– Wynocha stąd! – warknął wąsacz, odwracając ku przybyłym ogorzałą od słońca, brutalną w wyrazie twarz.

– Chcemy się widzieć z właścicielem majątku – powiedział chłodno Krohne.

– Słyszałeś, dziadu, co mówiłem?!

Na dziedzińcu zapadła cisza, tylko z wnętrza kuźni dochodziły odgłosy regularnych uderzeń. Ktoś odprowadził konia, pozostali pracownicy odsunęli się pod ściany, po twarzach niektórych przemknął cień obawy. Wyglądało na to, że rozmówca Krohnego nie jest bynajmniej ulubieńcem miejscowych...

Kapitan bez słowa rzucił na ziemię worek i podszedł do zarządcy spokojnym, niespiesznym krokiem. Uderzył bez ostrzeżenia, nie odchylając barku, znienacka. Przydeptał zakurzonym butem gardło powalonego.

– Powiedz właścicielowi, że kapitan Krohne chce się z nim widzieć. Masz dwie minuty, jeśli potrwa to dłużej, pójdę cię poszukać – poinformował.


Wytoczywszy się spod oficerskiego buta, wąsacz otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć. Na poczerwieniałej twarzy i szyi nabrzmiały żyły. Krohne oszczędnym gestem podciągnął mankiet złachanej marynarki, demonstracyjnie spojrzał na zegarek. Widząc złotą Doxę, zarządca zrezygnował, odwrócił się i wszedł do dworku.

– Jesteś prawdziwym mistrzem nawiązywania przyjaznych stosunków międzyludzkich – skomentował półgłosem Tomczak.

Podobnie jak kapitan postawił swój worek na ziemi, sięgnął do środka, rozglądając się czujnie dokoła. Jednak nie wyglądało na to, by ktokolwiek chciał się mścić za upokorzenie, jakie spotkało zarządcę. Wręcz przeciwnie – pełne uznania spojrzenia rzucane w kierunku Krohnego świadczyły o skrywanej satysfakcji świadków zajścia.

– Przecież nawiązałem – zdziwił się Johannes z udaną naiwnością. – Po prostu dostosowałem się do poziomu rozmówcy...

Na ganek wyszedł, powłócząc nieco nogami, wysoki, wychudzony mężczyzna o ostrych rysach twarzy i niemal całkowicie siwych włosach. Mimo upału ubrany był w kraciastą marynarkę Burberry. Stanął tuż przy prowadzących na dziedziniec schodach, oparłszy się o jedną z czterech dźwigających zadaszenie toskańskich kolumn, zmierzył badawczym wzrokiem przybyszów. Chwilę później dołączyła do niego młoda kobieta. Uczesana na chłopczycę, w beżowej, jedwabnej sukni o prostym kroju, liczyła sobie najwyżej pod trzydziestkę.

– Kapitan Krohne i sierżant Tomczak – przedstawił się z oszczędnym ukłonem oficer. – Właśnie zakończyliśmy akcję.

– Akcję? – zapytał ze zdziwieniem w głosie siwowłosy mężczyzna.

– Banda Hawryły – wyjaśnił Krohne. – Sprawa została zamknięta, definitywnie zamknięta...

– Niejeden tak mówił – zakpił zarządca, pojawiwszy się na ganku. – A oni jak napadali, tak napadają.

Nadal był czerwony na twarzy, w jego spojrzeniu wściekłość mieszała się ze strachem.

– W szpitalnej kostnicy w Dreblanach leży osiemnaście ciał. Jak ma pan ochotę, może pan pojechać i obejrzeć ich na własne oczy – wtrącił się Tomczak.

– Panowie tak we dwóch... – odezwała się z niedowierzaniem kobieta.

Krohne wzruszył ramionami.

– Za to nam płacą – uciął.

– Janusz Korycki – przedstawił się siwowłosy. – A to moja żona Gizela.

Zszedł ostrożnie po schodach i entuzjastycznie potrząsnął ręką Krohnego.

– Taka ulga! – zawołał. – Wreszcie okolica odetchnie. Zapraszamy, zapraszamy! Może przejdziemy do salonu.

– Za pozwoleniem – odchrząknął kapitan – bardziej przydałaby nam się łaźnia...

– Chyba rzeczywiście – przyznała Korycka, łagodząc swoje słowa szelmowskim uśmiechem. – Proszę za mną.


Po długiej kąpieli i przebraniu się w czystą, choć nieco wygniecioną odzież zasiedli do wystawnej kolacji. Przy prostokątnym, ozdobionym secesyjnymi motywami stole zastali tylko gospodarzy, zarządcy nie zaproszono. Podano wędzonego łososia z kremem z zielonych szparagów, zupę z borowików z groszkiem ptysiowym i polędwicę duszoną w śmietanie. Korycki jadł niewiele, bardziej troszcząc się o napełnianie talerzy gości, po półgodzinie, przeprosiwszy towarzystwo, odszedł od stołu.

– Mój mąż jest chory – wyjaśniła, zagryzając wargi, Gizela Korycka. – Rak żołądka, już niewiele czasu mu zostało...

Obaj mężczyźni pominęli to wyznanie milczeniem.

– Kocha go pani? – spytał po dłuższej chwili Tomczak.

Gospodyni spojrzała niepewnie na Krohnego.

– Teoretycznie ten goryl jest moim podwładnym, w praktyce pewnie zostałby już majorem, gdyby nie fobia na tle wypełniania obowiązków biurowych, przypisanych według niego do wyższej rangi. Skończył studia na wydziale mechaniki w Wiedniu, proponowano mu nawet pracę na uczelni, ale zrezygnował z kariery uniwersyteckiej. Może pani być spokojna, że nie przestał się kontrolować, włączając się do rozmowy lepszych od siebie – zapewnił oficer z lekką ironią.

Kobieta nie odpowiedziała, uścisnęła lekko nadgarstek sierżanta, wyraźnie zawstydzona sposobem, w jaki go potraktowała.

– Może przejdziemy na „ty”? – zaproponowała. – Jesteście obaj wyjątkowymi ludźmi, czułabym się zaszczycona – rzuciła kokieteryjnie.

Tomczak rozlał wino do kryształowych kieliszków, wymienili ceremonialne pocałunki.

– Jesteś niebezpieczna, Gizelo – zauważył całkiem serio Krohne.

Uśmiechnęła się nieznacznie, ale nie zaprzeczyła.

– Kocham go – skwitowała zadane wcześniej pytanie. – Dzięki wam, dzięki temu, że zlikwidowaliście tę bandę, nie będzie się tak martwił. Wszyscy żyliśmy w strachu. Czy zawsze tak już będzie na pograniczu? – spytała cichutko. – Napady, podpalenia, rabunki?

– To skomplikowana sprawa. – Krohne skrzywił się niechętnie.

– Może jednak spróbuje pan, wodzu, zniżyć się do poziomu umysłów niewojskowych i zaspokoić ciekawość naszej nowej przyjaciółki? – Głos Tomczaka ociekał sarkazmem.

Korycka z niedowierzaniem patrzyła, jak Krohne pokazuje sierżantowi język.

– Przepraszam – mruknął, przechwytując jej spojrzenie. – Po akcji tak zawsze... Łapie nas głupawka. Wracając do rzeczy – westchnął – sytuacja chyba będzie się powoli poprawiać. Do tej pory braliśmy się do tego od złej strony.

– Braliśmy?

– No, „Dwójka”, policja, wojsko.

– Jesteście... – zawiesiła głos kobieta.

– Jesteśmy „dwójkarzami” – przyznał Krohne. – W tym momencie nie ma to większego znaczenia, i tak za tydzień albo dwa stąd znikniemy. Wojsko robiło obławy, w które mało kto wpadał, podobnie policja. Do wsi przybywali obcy – tajni agenci policji, usiłując wtopić się w otoczenie, to było żenujące. Większość bandytów to miejscowi, mają wszędzie krewnych, wiedzą o wszystkim, co się dzieje w okolicy. Tylko dowódcy czasem przybywają z Rosji.

– Czasem? – zdziwiła się Korycka.

– Na pograniczu działają dwie partyzantki: komunistyczna i ukraińscy nacjonaliści. Są ze sobą do pewnego stopnia powiązane, bo często Moskwa finansuje grupy nacjonalistyczne, ich działalność jest jej na rękę. Zresztą nawet komuniści bardzo się starają, aby spora część ich ludzi pochodziła z tej strony granicy, bo ci znają świetnie teren, mają kontakty. Teraz utworzono lotne oddziały pościgowe KOP-u, zaczęto organizować zasadzki, szykują się zmiany w prawie.

– Jakie zmiany?

– W przypadku złapania kogoś z bronią w ręku jego sprawa ma być rozpatrywana w trybie doraźnym, w sądzie będą tylko dwie możliwości: uniewinnienie albo kara śmierci – wyjaśnił Tomczak.

 

Korycka wzdrygnęła się wyraźnie.

– Niektórzy z nich to prawie dzieci – powiedziała niepewnie. – Mają po szesnaście, siedemnaście lat.

– To prawda – przyznał Krohne. – Jednak większość tych „dzieci” ma już na swoim koncie zabójstwa, rabunki i gwałty. Zło nie ma wieku.

– Nie wzięliście jeńców, prawda? – zapytała, nerwowo bawiąc się pustym kieliszkiem.

W jej tonie nie było wątpliwości, raczej połączona z rezygnacją pewność. Twarz oficera ściągnęła się w surowym grymasie, blizna na policzku posiniała.

– Nie wzięliśmy – odparł twardo. – Jeśli ci to przeszkadza, poszukamy innego lokum.

– Nie! Ja tylko... – Wzruszyła bezradnie ramionami. – Chciałabym, żeby to inaczej wyglądało. Tylko tyle. Żebym mogła żyć tu spokojnie, w zgodzie z sąsiadami.

Krohne rozluźnił napięte mięśnie.

– To nie takie proste, i jest w tym także nasza, Polaków, wina. Nasze ziemiaństwo pogardza ukraińskimi chłopami, pomiata nimi na każdym kroku, mając do dyspozycji policję, a czasem wojsko. Rząd nadaje ziemię na Kresach wojskowym osadnikom, dyskryminując Ukraińców. Z drugiej strony – westchnął – propaganda komunistyczna przedstawia sytuację na terenie rosyjskiej Ukrainy jako raj na ziemi, przeciwstawiając ją polskiej rzeczywistości. Oczywiście to bzdury, tam z głodu umierają miliony ludzi, ale tutejsi tego nie wiedzą, bo i skąd? Rosjanie dostarczają nacjonalistom broń, sami formują oddziały dywersyjne, kusząc mieszkańców pogranicza pieniędzmi i możliwością rabunku. I dlatego sytuacja jest, jaka jest – zakończył Krohne. – Aha, jeszcze jedno: uderzyłem waszego zarządcę. Zachowywał się bardzo... arogancko.

– Nie lubię go, czasem wręcz się boję – oznajmiła Gizela, dotykając policzka, by powstrzymać nerwowy skurcz mięśni. – Ale to dzięki niemu nie było dotąd napadów na nasz majątek. Wystawia w nocy warty. Nasi ukraińscy pracownicy muszą po zmroku na zmianę pilnować dobytku. Skarżą się, ale... – Ponownie wzruszyła ramionami.

– Możesz ich zwolnić z tych wart, to tylko szykany zarządcy. Nie napadli was z prostego powodu: zatrudniacie zbyt wielu miejscowych, gdybyście ponieśli straty, trzeba by było zwalniać ludzi.

– Jesteście pewni? – spytała.

– Całkowicie – przytaknął energicznie Tomczak.

– Chyba pójdę już spać – stwierdził Krohne, usiłując powstrzymać ziewanie. – Ledwo żyję.

– Ja natomiast zostanę jeszcze trochę z naszą uroczą gospodynią. Porozmawiamy sobie o miłości – powiedział sierżant. Zatrzepotał przy tym rzęsami jak podlotek.

– Naprawdę? – Korycka spojrzała na niego z mieszaniną rozbawienia i niepokoju.

– Naprawdę – potwierdził Krohne, wstając od stołu. – Chodzi o pewną Marysię, boginię sadów.

Gdy wychodził, usłyszał śmiech gospodyni. Po raz pierwszy tego dnia szczery i beztroski.


Krohne wstał około południa; po kąpieli oraz skromnym posiłku, który przyniósł mu do pokoju służący, udał się do położonego na parterze salonu. Na schodach poczuł wyraźny zapach lekarstw. W bawialni zastał tylko Gizelę, siedziała z książką w ręku, ale wbite w dywan spojrzenie i zmęczona twarz sugerowały, że raczej nie rozkoszuje się lekturą. W pozie kobiety był jakiś niemal katatoniczny bezwład.

Kapitan odchrząknął i z hałasem odsunął krzesło. Na usta gospodyni wypłynął z trudem przywołany uśmiech.

– Jak się spało? – spytała.

– Nie znamy się długo, ale myślę, że możemy porozmawiać szczerze – odparł z delikatnym wyrzutem Krohne. – Pogorszyło się mu?

Korycka skinęła głową, ukryła twarz w dłoniach. Po chwili jej ciałem wstrząsnęło łkanie.

– Już nie mogę... – wyszeptała. – Jestem taka zmęczona.

Krohne podszedł i dotknął jej ramienia w pocieszającym geście. Cofnął rękę, gdy wyczuł, jak mięśnie kobiety tężeją pod jego palcami.

– Może chociaż odrobinę wina? – zaproponował z westchnieniem, sięgając po karafkę.

– Ja chyba nie powinnam... – stwierdziła z wahaniem Gizela, patrząc na napełniony rubinowym płynem kieliszek.

– Zalecenie lekarza – uciął Krohne. – Pij.

Posłusznie opróżniła naczynie. Na jej twarz wypłynął lekki rumieniec, wyostrzone ze zmęczenia rysy złagodniały. Kiedy do salonu weszła młoda, ładna służąca, kapitan przyjrzał się jej z namysłem, po czym skinął dłonią, przywołując ją bliżej. Dziewczyna dygnęła, stanęła przed Krohnem, mnąc nerwowo fartuszek.

– Proszę przygotować prowiant na kilkugodzinną wycieczkę i vis-à-vis. Woźnicy nie trzeba, sam będę powoził – zadysponował.

Służąca dygnęła ponownie, zanim pospieszyła do wyjścia, poszukała wzrokiem potwierdzenia u gospodyni. Wydawało się, że przyzwalający gest właścicielki majątku był nieco wymuszony.

– Przepraszam za to bezceremonialne wykorzystanie twojej służby, ale mam wrażenie, że spacer dobrze ci zrobi – powiedział ze skruszonym uśmiechem „dwójkarz”.

– I podjąłeś samodzielnie decyzję? – spytała chłodno Gizela.

W jej wzroku pojawiła się nieufność.

– Przepraszam – powtórzył Krohne. – Widzę, że jesteś wyczerpana, więc...

– To nie pierwszy raz, kiedy mu się pogorszyło – poinformowała sucho. – Przyzwyczaiłam się. Przyłapałeś mnie w chwili słabości, ale dawałam sobie radę do tej pory i dam także...

– Ja tylko zaproponowałem spacer – przerwał jej zniecierpliwiony Krohne. – Nieraz widziałem przemęczonych ludzi i sądzę, że mała przejażdżka nie zaszkodzi, ale jeśli to problem... – Wzruszył ramionami.

Przez chwilę przypatrywała mu się, marszcząc surowo brwi, wreszcie skapitulowała ze słabym uśmiechem.


Vis-à-vis, średnich rozmiarów spacerowy powóz z umieszczonymi naprzeciwko siebie wygodnymi siedziskami, wykonany został przez prawdziwego mistrza w swoim fachu. Stanowił harmonijne połączenie jesionowego drewna, stali i dobrze wyprawionej skóry. Gizela usiadła twarzą do pleców rozpierającego się na miejscu woźnicy kapitana, wcześniej jeden ze służących rozłożył osłaniającą siedzenie budę. Było gorąco i stanowiła ona jedno z niewielu w okolicy źródeł cienia. Początkowo ruszyli ostrożnie – Krohne chciał oswoić się z zaprzężoną do powozu czwórką koni. Kiedy wyjechali poza teren majątku, zostawili daleko wiejskie chałupy, przyspieszył. Stopniowo delikatny turkot kół zyskał na intensywności, poczuli na twarzach wiatr – rozpoczęła się podróż. Nie ta banalna, gdzie jaki bądź pojazd łączy ze sobą dwa punkty w przestrzeni, a podróż, która potrafi oderwać od czarnych myśli, wspomnień, rzeczywistości, narzucić poetykę pędu, ruchu samego w sobie. Pędzili. Słychać było tętent kopyt, cichutkie pobrzękiwanie uprzęży, czasem pojazd podskakiwał na jakiejś koleinie, ale znakomicie resorowane podwozie wchłaniało wszelkie wstrząsy, które w innym wypadku mogłyby zaburzyć bliskie euforii odczucie, z jakim przecinali przestrzeń, niemalże frunęli. Po półgodzinie takiej jazdy Krohne skręcił z drogi w step, wjechali pomiędzy pożółkłe trawy, a kiedy droga skurczyła się do rozmiarów tasiemki, zatrzymał powóz. Gizela zeskoczyła z vis-à-vis, nie czekając, aż poda jej rękę, rozścieliła na ziemi gruby pled, wystawiła koszyk z prowiantem. Wyglądała uroczo: zarumienione policzki, rozburzone włosy, wyraz twarzy świadczący, że oderwała się od problemów dnia codziennego, dowodziły, że wycieczka nie poszła na marne. Usiedli razem na kocu, długo milczeli, nie chcąc utracić wywołanej przejażdżką pogody ducha.

– Miałeś rację, czuję się o wiele lepiej – odezwała się w końcu Gizela, sięgając po butelkę szkockiej whisky.

– Ja także – roześmiał się krótko Krohne. – I dziękuję, ale wolę wino, chyba że nalewasz dla siebie.

– Myślałam, że każdy prawdziwy mężczyzna pije whisky – zakpiła.

– Nie pijam mocniejszych alkoholi, jeśli zacznę, trudno mi przestać – odparł kapitan.

Jego twarz sposępniała, jakby przez moment nakrył ją cień.

– Przepraszam, nigdy nie przyszłoby mi to na myśl. Jesteś taki opanowany, silny...

– Każdy ma swoje demony – odpowiedział Krohne. – Ja także.

– Opowiesz mi o nich? – spytała. – Moje troski poznałeś...

Oficer zmarszczył brwi, zacisnął usta, wydawało się, że zmieni temat, jednak po chwili wzruszył ramionami, zaczął mówić.

– To nic nadzwyczajnego – stwierdził. – Wojna. Zima 1919 roku. Siedzieliśmy zmęczeni i zmarznięci w okopach naprzeciw równie wyczerpanych Rosjan. Nikt nie miał ochoty na walkę, panował nieoficjalny rozejm. Czasem widzieliśmy ich kucharzy albo sanitariuszy, czasem oni naszych. Nikt nie strzelał. Pewnego dnia przybył do nich niejaki Nikityn, komisarz Nikityn, miał ich poderwać do walki. I poderwał – wycedził Krohne. – Zorganizowali niespodziewany wypad, wzięli do niewoli kilkunastu naszych. Pierwszego ukrzyżowali, tak abyśmy go widzieli. Potem połamali mu golenie. Najpierw krzyczał, później już nie mógł: w torturze krzyża rozpięte na boki, wyłamywane do tyłu ręce, w sytuacji kiedy ciało ciąży do przodu, powodują powolną śmierć przez uduszenie... Któryś z naszych posłał mu miłosierną kulę. Później zrobili się ostrożniejsi, torturowali jeńców poza zasięgiem naszego wzroku, ale tak, żebyśmy słyszeli krzyki. Wypruwali im wnętrzności, wbijali w kolana łuski po pociskach. Słyszeliśmy ich w dzień i w nocy... Oczywiście zabezpieczyli się, ściągnęli większe siły, chcieli sprowokować nasz atak. Z dowództwa przyszły rozkazy, aby nie reagować. Więc siedzieliśmy w tych okopach, słuchając, jak umierają nasi koledzy, towarzysze broni. W bólu, w rozpaczy, upodleniu... Zacząłem pić. Nie ja jeden. To wszystko – zakończył szorstko.