Pierwszy krok

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Pani Licynio... – odezwał się lodowato.

De Sarnac chrząknął i podniósł rękę.

– Mógłbym wyjaśnić tę kwestię? – zapytał grzecznie.

– Proszę! – wycedził admirał przez zaciśnięte zęby.

– Nie znam się specjalnie na tym, co sądzą bogowie – odezwał się Adam wręcz uprzejmie. – Niemniej jednak nie ulega wątpliwości, że Julia nie posiada ziemi i zgodnie z prawem cesarstwa nigdy jej nie dostanie.

Wilk oraz wszyscy oficerowie przypatrywali mu się w nieprzyjaznej ciszy.

– Nie jestem teologiem, lecz sytuacja pani Pauli w czasie takich świąt jest rzeczywiście dość dwuznaczna...

Na wąskich wargach Licynii pojawił się porozumiewawczy uśmieszek. Julia patrzyła na pułkownika ze zdumieniem.

– Dlaczego temu nie zaradzić raz na zawsze? – zapytał Adam z uśmiechem. – Picard! – zawołał.

Ubrany w mundur sierżanta gwardii królewskiej przyboczny pułkownika wyszedł na środek sali i podał księciu niewielką, ozdobną skrzynkę.

– Uklęknij! – De Sarnac zwrócił się do Julii.

Kobieta patrzyła na niego zdumionym wzrokiem.

– Uklęknij! – powtórzył.

Julia Paula opadła powoli na kolana wśród pełnej napięcia ciszy.

– Wyciągnij ręce! Oto ziemia z Clermont-Ferrand, którą przekazuję ci wraz z baronią Clermont-Ferrand! – oznajmił Adam, wkładając w dłonie Julii szkatułkę. – W imieniu korony francuskiej zwalniam cię z wszelkich powinności lennych należnych tej koronie i oznajmiam, że jesteś winna wierność jedynie cesarstwu. Gratuluję, baronesse. – Pomógł kurtyzanie wstać. – Możemy teraz już przystąpić do rozdawania prezentów?

Kątem oka widział wychodzącą wraz z mężem oburzoną i kipiącą nienawiścią Licynię. Julia Paula odchrząknęła, patrząc z niedowierzaniem na trzymane w rękach puzderko.

– Chy... chyba tak – stwierdziła. Zaraz wzięła się w garść i uśmiechnęła do zebranych. – Jak widzicie, Saturnalia są pełne niespodzianek...

Odpowiedziały jej spontaniczne okrzyki i wiwaty.

– Stosownym prezentem dla żołnierza jest miecz – kontynuowała. – Oręż, który zaraz otrzymacie, wraz ze mną ufundował imperator. Mam nadzieję, że uczynicie mi ten zaszczyt i go przyjmiecie.

Na sali ponownie zapanowała cisza.

– Ode mnie dostaniecie buziaki, a miecze od księcia de Sarnac.

Adam bez słowa wręczał prezenty, oficerowie obcałowywali Julię z entuzjazmem.

– Admirale... – de Sarnac, wręczając broń najstarszemu z oficerów, spojrzał mu w oczy – w naszym kraju mamy zwyczaj wymiany mieczy z przyjaciółmi.

Wziął z rąk Picarda broń w sfatygowanej od długiego używania pochwie i wyciągnął w kierunku Rzymianina.

– Obyśmy się zawsze spotykali w przyjaźni. – Uśmiechnął się szeroko.

– To dla mnie zaszczyt – wymamrotał admirał, przekazując mu swój gladius.

Pułkownik ze znużeniem przeciągnął dłonią po twarzy.

– Wybaczcie – przeprosił. – Jeszcze nie doszedłem do siebie.

Skłonił się lekko i wyszedł z sali.

– To bardzo pokojowe życzenia – powiedział z wahaniem w głosie zastępca admirała. – Przeważnie żołnierzom życzy się szczęścia w bitwie...

– Nie chciałbyś się z nim spotkać w bitwie, Serwiuszu – oznajmiła chłodno Julia. – Te życzenia to dobry prognostyk dla imperium.

– Nie rozumiem.

– Mało kto przelał tyle rzymskiej krwi co on. Książę de Sarnac to Cień...


Było dokładnie tak, jak zapowiedziała Julia. Marines na każdym kroku oddawali mu honory, a kobiety rzucały powłóczyste spojrzenia...

Adam de Sarnac westchnął ciężko i rozpoczął ćwiczenia z mieczem. Aby uniknąć gapiów, ćwiczył za mieszczącą magazyny nadbudówką o piątej rano. Przerwało mu ciche chrząknięcie.

– Naprawdę nie pojmuję sensu tych powolnych ruchów – powiedział Publiusz Fabiusz. – Wiem, że tak ćwiczą początkujący, ale pan...

– No dobrze – mruknął Adam. – Ponieważ i tak nie przestaniecie mi się kręcić pod nogami, można połączyć przyjemne z pożytecznym.

– To znaczy? – Młody oficer zaczerwienił się lekko.

– Zobaczysz... Zawołaj kolegów.

Publiusz Fabiusz, włożywszy dwa palce do ust, gwizdnął ostro. Zza nadbudówki wyszła grupa oficerów z mieczami w dłoniach.

– Panowie – odezwał się do nich Adam – wy chcecie wziąć parę lekcji, a ja potrzebuję partnerów do treningu. Co wy na to?

– Jak najbardziej nam to odpowiada – odparł z uśmiechem Serwiusz Artoriusz.

– Podejdźcie bliżej i wyciągnijcie miecze, ostrzem w moją stronę.

Splótł palce obu dłoni i wymówił cicho zaklęcie.

– Na mój sygnał zaatakujecie – rozkazał.

– Wszyscy naraz? – spytał niepewnie zastępca admirała. – No i to nie są miecze treningowe...

– Mój też nie jest treningowy. – De Sarnac uśmiechnął się złośliwie. – Bez obaw! – dodał szybko, widząc, że oficerowie cofnęli się bezwiednie. – Żartowałem tylko... To znaczy wszystkie miecze są prawdziwe, ale rzuciłem zaklęcie, które sprawi, że uderzenie taką bronią będzie niegroźne dla życia. Siniaki to co innego – uprzedził lojalnie. – Jeszcze jedno... Każde celne uderzenie zostanie zaznaczone czerwonym kolorem, stąd będzie wiadomo, kto i gdzie zaliczył trafienie. Teraz! – krzyknął.

Publiusz Fabiusz zaatakował pierwszy, zadając pchnięcie z wypadem. Adam uchylił się minimalnie, wykonując kontrę. Ciął w ramię jednego oficera i pchnął go na dwóch innych. Wyłapał kilka cięć błyskawicznymi ruchami nadgarstka i rozorał twarz kolejnego przeciwnika klasyczną kwartą. Cofnął się pół kroku i zmieniwszy uchwyt rąk na rękojeści miecza, pchnął, trafiając zachodzącego od tyłu napastnika. Klęknął, unikając morderczego pchnięcia, poprowadził klingę do obrotowego cięcia, trafiając atakujących na wysokości brzucha.

– Dość! – krzyknął.

Oficerowie, ciężko dysząc, ustawili się karnie w szeregu.

– Obejrzyjcie się – zachęcił Adam.

Na białych płóciennych mundurach wyraźnie odznaczały się czerwone smugi.

– A pan? – zapytał Serwiusz Artoriusz.

De Sarnac bez słowa podniósł lewą rękę, pokazując czerwoną pręgę na przedramieniu.

– Ogólnie nieźle – stwierdził. – Trochę za dużo cięć z ramienia i statycznych zasłon, ale może być... No i pamiętajcie o tym, co mówią podręczniki: D’abord n’etre pas touche, et apres toucher!

– Hmm... – Jeden z żołnierzy odchrząknął niepewnie.

– „Najpierw uniknąć trafienia, dopiero potem trafić” – przetłumaczył szybko zastępca admirała.

– Na czym polegają te dziwne ćwiczenia? – zapytał pokornym tonem Publiusz Fabiusz.

– W tych ćwiczeniach należy wykonywać normalne techniki w jak najwolniejszym tempie. Musicie sobie wyobrazić, że wasze stopy pokonują pewien opór, jakby były zanurzone w bagnie... Musicie też czuć opór przy każdym ruchu. Możecie udawać, że poruszacie się w wodzie. Nie wiadomo dokładnie, na jakiej zasadzie to działa, jednak po mniej więcej miesiącu szybkość i koordynacja wykonywanych w normalnym tempie ruchów wyraźnie wzrastają.

Oficerowie bez słowa ustawili się w luźnym szyku i zaczęli ćwiczyć...


Julia siedziała na swoim ulubionym miejscu, w fotelu de Sarnaca, opierając bose stopy o biodro wyciągniętego na łóżku księcia. Oboje czytali. Większość dnia spędzali razem, rozmawiając o Rzymie i Francji albo zajmując się lekturą. Czasami pułkownik opowiadał o sobie. Wymagało to za każdym razem długich zabiegów, bo Adam niechętnie podejmował temat, jednak kurtyzanie coraz częściej udawało się doprowadzić do zwierzeń.

De Sarnac westchnął i odłożył książkę. Gdy jego dłoń przypadkiem otarła się o łydkę Julii, kobieta zagryzła wargi.

– Jaką ilość roślinnego złota może wyprodukować ten Saint-Germain? – zapytała, cofając stopę delikatnie.

Usiłowała otrząsnąć się z oszołomienia, w które wprawił ją dotyk księcia. Najwyższy czas zmienić zawód, pomyślała.

– Ile mu każę. – Adam wzruszył ramionami. – Na razie produkuje na potrzeby dworu i gwardii, choć słyszałem, że kobiety strasznie się dobijają o ten środek, może coś jeszcze kombinuje na boku...

– Hmm...

– Co ci chodzi po głowie?

– Wczoraj wpadłam na pewien pomysł. Moglibyśmy zarobić miliony...

– Co?!

– Na tym środku. On naprawdę likwiduje zmarszcz­ki...

– A gdzie masz te zmarszczki? – zainteresował się.

– Już prawie nie mam...

– Ale gdzie...?

– Gdybyś się dowiedział, musiałabym cię zabić – powiedziała Julia ze słodkim uśmiechem. – Ty zapewnisz vitaminę, ja reklamę i zajmę się dystrybucją w cesarstwie. Siedemdziesiąt na trzydzieści? – zaproponowała.

– Co siedemdziesiąt na trzydzieści?

– Podzielimy się zyskami w proporcji siedemdziesiąt do trzydziestu.

– Niech zgadnę, dla kogo te siedemdziesiąt procent...

– Poniosę większe koszta i zajmę się całą robotą – stwierdziła kobieta.

– Pięćdziesiąt na pięćdziesiąt...

– Wykluczone! Lubię cię, więc sześćdziesiąt na czterdzieści.

– Zgoda, ale dziesięć swoich procent oddasz na wskazany przeze mnie cel.

– Niech będzie! – udała głęboki namysł. – To jest umowa – powiedziała, wyciągając plik papierów.

– Zwariowałaś?! Mam się babrać w kwestiach prawnych? Zawierać umowy z Rzymianami?! – Adam roześmiał się sardonicznie. – Założę się, że rzymscy prawnicy wykopaliby mnie z tego interesu w dwa tygodnie... Ty się wszystkim zajmiesz. Ufam ci – dodał.

– Wolałabym, aby ludzie mi tak ślepo nie ufali – westchnęła Julia, patrząc z udanym żalem na dokumenty. – Zdajesz sobie sprawę, że kompletnie zepsułeś mi popołudnie?

 

– Przeżyjesz to – mruknął. – Za moje czterdzieści procent i twoje dziesięć założysz fundację, która zajmie się wdowami i sierotami po rzymskich żołnierzach poległych w ostatniej wojnie...

– Nie mówisz chyba poważnie! – zawołała Julia przerażona. – Nie ma u nas chyba jednej uczciwej fundacji! Przy naszych przepisach to największe pole do nadużyć.

– W takim razie ta będzie pierwsza – oznajmił spokojnie.

– Nie poradzę sobie! Gdzie ja znajdę prawników i personel, który nie zacznie kraść, gdy tylko się odwrócę?!

– Pomogę ci. To jedynie kwestia motywacji. Ty zorganizujesz personel i obsługę prawną, a ja ich zmotywuję...


– Mam użyć wojskowej sieci łączności, aby przygotować dystrybucję środka przeciwzmarszczkowego?! – wykrzyknął admirał z niedowierzaniem w głosie. – Nie może pani trochę poczekać? Za niecały tydzień będziemy w Neapolu.

Zmierzył Julię wyraźnie zdegustowanym wzrokiem.

– Księciu de Sarnac bardzo zależy na pośpiechu...

– Chce mnie pani przekonać, że książę jest zainteresowany tym przedsięwzięciem?!

Julia Paula westchnęła cierpiętniczo, opierając się o wielkie biurko. Pogładziła z namysłem trzymany w ręku plik papierów.

– Książę załatwia środek, a ja mam zająć się dystrybucją – powiedziała. – Ma zostać powołana pewna fundacja... To naprawdę nie mnie zależy na takim pośpiechu... Książę zobowiązał mnie do dyskrecji. Powiedział, że jeśli go dojdą jakieś pogłoski na temat jego roli w tym wszystkim, to przez tydzień nie usiądę na tyłku... W związku z tym nie mogę panu nic więcej powiedzieć, najwyżej pokażę szkic projektu dotyczącego działalności fundacji...

Lucjusz Terencjusz z pochmurną miną zaczął przeglądać podane mu dokumenty.

– Pięćdziesiąt procent na wdowy i sieroty – powiedział z namysłem. – A jakie będą efekty finansowe?

– Myślę, że mówimy o milionach aureusów – odparła ostrożnie kobieta.

– Ale ta fundacja... Wie pani, co myślę o fundacjach...

– Książę de Sarnac obiecał zmotywować prawników i personel do uczciwości...

Admirał wybuchnął głośnym śmiechem, uderzając potężnymi pięściami w blat biurka.

– Chciałbym to widzieć! – stwierdził, ocierając łzy radości. – Tych prawników, którzy rzucą się jak sępy na fundację i spotkają Cienia... Proponuję włączyć do tego armię – powiedział. – Coś w rodzaju rady nadzorczej z udziałem dowódców wszystkich rodzajów wojsk. W końcu wdowy i sieroty po żołnierzach to sprawa wojska. Gdyby tę fundację zmilitaryzować, karą za defraudację byłby nie zabór majątku, który można ukryć, ale wieloletnie więzienie. Wojskowe więzienie – dodał z naciskiem. – Mały, zapluty garnizon na wschodniej granicy z dziesięcioosobową celą i jednym kiblem... – Rozmarzył się. – Perspektywa dzielenia ciasnej celi z bandą napalonych kozojeb... hmm... miejscowych pastuszków niejednego prawnika może nakierować na drogę cnoty.

– Uroczy pomysł! – oceniła Julia.

Admirał otworzył drzwi do sąsiedniego pomieszczenia.

– Serwiuszu! – zawołał zastępcę. – Zapoznaj się z tym projektem i udziel pani Julii wszelkiej pomocy.


Adam de Sarnac stał przy trapie i patrzył, jak niekończący się sznur marynarzy znosi na ląd bagaże pasażerów. Zapach morza mieszał się z wonią kwitnących drzew i kwiatów docierającą z przylegającego do portu parku.

– Pożegnałeś się już z admirałem? – spytała Julia.

– Z nim i z wszystkimi oficerami. Niosę potężny ładunek żołnierskich pozdrowień – rzucił z uśmiechem. – Plecy mnie bolą od poklepywania, a głowa od słuchania ciężkich marynarskich dowcipów...

– Ja też się z tobą pożegnam.

– Myślałem, że pojedziesz ze mną do Rzymu?!

– Nie mogę.

– Nie rozumiem – zaniepokoił się Adam. – Coś się stało?

– To tylko kobiece nastroje – powiedziała Julia z przymusem. – Mój powóz już czeka. Spotkamy się w Rzymie. Do zobaczenia – pożegnała się, całując pułkownika zdawkowo.

– Czy ty coś z tego rozumiesz, Picard? – zapytał de Sarnac stojącego z tyłu sierżanta.

Ze zmarszczonymi brwiami obserwował kurtyzanę zajmującą miejsce w eleganckim ekwipażu. Po chwili powóz odjechał.

– Tak, szefie, rozumiem. Muszę sobie zapisać, aby nigdy, przenigdy nie radzić się ciebie w sprawach kobiet...

– Chyba nie sądzisz, że ona...

– Chyba sądzę, że ona! – odparł, przedrzeźniając go, sierżant. – Wiesz co? Nie ma lepszego od ciebie stratega w całej Francji, może nawet na świecie, ale w kontaktach z kobietami bije cię na głowę każdy wiejski ciołek! – parsknął wyraźnie zdegustowany. – No nic, zbierajmy się i my do drogi. Masz, trzymaj. – Podał Adamowi miecz. – No tak... – mruknął, patrząc na przyczepiony do pochwy list.

– Co?

– Tak myślałem, że jakoś ci to wszystko wyjaśni... Na wypadek gdybyś źle zinterpretował jej zachowanie. Kobiety są takie... metodyczne.

Adam gestem nakazał Picardowi zamknąć drzwi i rozsiadł się samotnie w powozie.

Przełamał grubą lakową pieczęć i rozprostował list, czując zapach piżma, paczuli i irysa.

Piszę, bo wiem, że nie wytrzymam i zrobię z siebie idiotkę. Kiedy rozpoczynałam ten rejs, moim największym marzeniem było uzyskanie jakiegoś kawałka ziemi i może skromnego tytułu dla małej Flawii. Teraz nie tylko Flawia, ale i ja mamy ziemię oraz tytuł, którego zazdrościć mi będą wszystkie rzymskie kobiety. A jednak moje marzenia, choć spełnione, mają smak popiołu... Wiem, obiecałam Ci, że pojedziemy razem do Rzymu. Wybacz, że nie dotrzymam słowa, lecz boję się, że zacznę się narzucać albo tłumaczyć to, czego nie wyjaśniłam na początku naszej znajomości – różnicę między kurtyzaną a dziwką. Boję się, że zacznę Ci opisywać swoich mężczyzn i przekonywać, że nie było ich tak wielu...

Odchodzę, bo upokorzyłoby to nas oboje. Nie obawiaj się, zajmę się fundacją. Spotkamy się w Rzymie, gdzie będę Ci pomagać z całych sił... Po prostu potrzebuję trochę czasu.

Proszę, nie rozmawiajmy o tym, gdy się spotkamy.

Ave atque vale.

Rozdział trzeci

Koła luksusowego powozu turkotały raźno po bruku. Mundury eskortujących karetę kawalerzystów z elitarnego legionu „Rapax” otwierały im szerokie przejście na zatłoczonych rzymskich ulicach. Książę de Sarnac siedział w głębi pojazdu, starając się nie wdychać nie zawsze przyjemnych woni wielkiego miasta. Mniej wybredny Picard wisiał u okna, podziwiając widoki. Jego zainteresowanie skupiało się raczej na rzymskich ślicznotkach niż architekturze.

– Podobają mi się te sukienki! – powiedział, popatrując na wydekoltowane Rzymianki.

– To pewnie kwestia klimatu – stwierdził Adam de Sarnac.

– Akurat! One są po prostu przyjazne dla... hmm... otoczenia.

– Mógłbyś trzymać na wodzy hormony?

– Jakbym się bardzo postarał... – odparł gwardzista z lekkim powątpiewaniem w głosie.

– Chciałbym w to wierzyć. Jesteś formalnie akredytowany przy poselstwie francuskim, ostatnie, czego nam trzeba, to skandal.

– Nie sądzę, aby były na mnie jakieś skargi... Gdzie jedziemy?

– Julia zaprosiła nas do siebie.

– Nie wiem, czy to najlepszy pomysł, szefie...

Sierżant na chwilę porzucił błazeńską pozę i na jego twarzy odmalowała się prawdziwa troska.

– Jeśli wolisz zamieszkać w rezydencji naszego ambasadora, to nie ma problemu.

– Żartujesz?! Sam fakt mieszkania w domu Julii Pauli postawi mnie w centrum uwagi miejscowych piękności. Każda będzie chciała się sprawdzić...

– Picard!

– No, no – zmienił temat gwardzista, wyglądając przez okno – toż to Kwirynał...

Mijali urocze wille, położone wśród parków i ogrodów, gdzie co kilkadziesiąt metrów tryskały fontanny. Pozostawili za sobą miejski gwar. Tu nikt się nie tłoczył, nie handlował. Czasem przemknął jakiś służący, częściej spacerujący arystokrata podniósł wzrok zaciekawiony widokiem eskorty.

– I co z tego?

– To najbardziej ekskluzywna dzielnica Rzymu. Tu nie można wynająć domu, tu go trzeba kupić.

– Julia może teraz swobodnie kupować ziemię i domy na terenie cesarstwa.

– Coś się zmieniło?

– Jako francuska arystokratka jest do tego uprawniona na mocy traktatów z Loudun – mruknął Adam.

Wysiedli na obszernym dziedzińcu, spodziewając się, że powita ich Julia, jednak naprzeciw im wyszła jedynie wyglądająca na dwunastolatkę dziewczynka. Szczupła, dość wysoka, jak na swój wiek, spojrzała na nich chłodno, ale gdzieś głębiej w jej wzroku czaił się strach. Niczym u kogoś, kto przekonał się, że nawet rodzinny dom nie jest bezpiecznym miejscem.

– Kim jest ta mała? – zapytał Picard.

– Bo ja wiem? Może to siostrzenica?

– Flawia? – zaryzykował sierżant, zwracając się do dziecka.

– Mam na imię Margot – odpowiedziała dziewczynka wyniośle. Jej oczy miały odcień starego srebra, podobnie jak oczy Julii Pauli.

– Ładne imię – skwitował Adam. – Sama je wymyśliłaś? – zapytał, mrugając porozumiewawczo.

– Sama – odrzekła z uśmiechem. – Czy on jest zawsze taki... powolny? – Popatrzyła na Picarda.

– Zawsze! – odparł zdecydowanie de Sarnac. – Dlatego jest tylko sierżantem...


Julia stanęła w drzwiach jadalni i spojrzała na wpatrzonego w mozaikę ścienną Adama. Książę podziwiał kompozycję wykonaną z kostek marmuru, jaspisu i serpentynu. Posiadłość Julii była kwintesencją dyskretnej elegancji. Podobnie jak jej właścicielka.

Wyczuwając delikatny zapach perfum, de Sarnac odwrócił się i skłonił nieznacznie.

– Witaj, Julio – powiedział z uśmiechem. – Grosik za twoje myśli...

– Witaj. – Pocałowała go w policzek. – Nie lubię smutnych mężczyzn. Zadawać się z takimi to prosić się o kłopoty.

– Święta prawda – mruknął de Sarnac. – Postaram się opanować swoje posępne nastroje.

Mimo iż w głosie Julii pobrzmiewał ton lekkiej, na pozór niewymuszonej wesołości, książę bez słowa położył dłoń na jej ramieniu. Julia odetchnęła, nadal byli przyjaciółmi.

Na razie mi to wystarczy, pomyślała. Na razie...

– Wczoraj wezwał mnie cesarz i nie mogłam was powitać osobiście – powiedziała po chwili.

– Margot godnie cię zastąpiła.

Julia Paula pokręciła bezradnie głową.

– A więc tak się teraz nazywa?

– To było wczoraj, dziś te informacje mogą już być nieaktualne...

– Nie denerwuje cię to?

– Ależ skąd! To jak na wojnie: gdy masz przestarzałe wiadomości o posunięciach przeciwnika, przegrywasz. No i ja miałem do czynienia z Alijah.

– Co z tego?

– Alijah jest potworem, twoja siostrzenica tylko stara się nim być...

– Gdzie ona jest?

– Poszła pobuszować po sklepach. Jest z nią Picard i kilku służących.

– Chciało mu się tak łazić z dzieciakiem?

– Polubił ją. Poza tym ma też chyba własne cele...

– To znaczy?

– Chce się bliżej przyjrzeć dekoltom Rzymianek – westchnął Adam. – W tłoku na targu czy w sklepach o to najłatwiej.


– Z tego, co mi o nim opowiadasz, wynika, że to błędny rycerz – stwierdził kpiąco Antoniusz.

Średniego wzrostu, gładko ogolony, o klasycznych rzymskich rysach, nie wyglądał jak cesarz, raczej jak urzędnik. Skromnych białych szat nie zdobiły żadne oznaki rangi. Nie miał nawet diademu na głowie. Siedział rozparty w wygodnym fotelu, naprzeciwko usadowionej na sofie Julii. Kobieta uśmiechnęła się i uderzyła złotym prętem w niewielki gong. Stojący tyłem do rozmawiających głuchoniemy służący odwrócił się i na skinienie Julii uzupełnił puchar imperatora. Potem znowu zastygł w bezruchu, wpatrzony bezmyślnie w ścianę, niewrażliwy na wszystko z wyjątkiem ulotnych wibracji powietrza, na które nauczono go reagować.

– To niezupełnie tak – powiedziała Julia. – On nie skrzywdziłby nikogo dla własnej wygody czy korzyści, jednak zadawanie śmierci to dla niego najnormalniejsza rzecz pod słońcem. Och, i my potrafimy zabić, ale próbujemy to racjonalizować. Tłumaczymy sobie, że ten ktoś jest zły i dlatego musi umrzeć. Mówimy sobie: on nas skrzywdził, więc zasłużył na śmierć. De Sarnac tak nie robi. Dawno już uznał, że są osoby i sprawy, dla których warto zabić, więc jeśli uzna coś lub kogoś za zagrożenie, zabije. Nie będzie namysłu, snucia planów czy rachunku kosztów, tylko śmierć...

 

– Możemy liczyć na jego pomoc? – zapytał po chwili milczenia władca.

– Jeśli uzna, że pomagając nam, zlikwiduje ten... problem, to tak.

– Tancerka zginęła z tego samego...

Julia ześlizgnęła się z sofy i uklękła przed imperatorem.

– Wasza Wysokość – powiedziała oficjalnie – błagam cię, nie daj się nikomu skłonić do manipulacji w tej sprawie. Ta kobieta znaczyła dla niego tak wiele, że jeśli wyczuje najmniejszą nieszczerość, jego reakcji nie da się przewidzieć. Poza tym, że będzie gwałtowna i krwawa – dokończyła z wysiłkiem.

– Zazdrościsz jej – odezwał się z namysłem cesarz.

– Zazdroszczę... – przyznała.

– Cóż, wierna do śmierci kobieta to prawdziwa rzadkość – wycedził imperator przez zęby.

Jego palce zacisnęły się kurczowo na trzymanym w dłoni naczyniu.

– Zaraz się pokaleczysz – powiedziała Julia, odbierając mu puchar.

– Trzeba więc go przekonać, że nasi wrogowie są i jego wrogami.

– Przecież taka jest prawda, panie...


Ismena zanurzyła się w przestrzeń Złudy i przeszła niczym duch przez kolejny ochronny glif. Techniki opisane w „Maya-sutrze” pozwalały przenikać przez strefy magii jak przez wodę. Z trudem, powoli, ale niezauważalnie. Dziewczyna stąpała w dziwny sposób, stawiając stopy najpierw na zewnętrznej krawędzi, potem przenosząc ciężar ciała łagodnym ruchem do wewnątrz. Minęła dwie mechaniczne pułapki wmontowane w podłogę, żadna z nich nie zadziałała.

– Imponujący pokaz sprawności! – powiedział Adam de Sarnac, zapalając zaklęciem kilkanaście świec. – Sądziłem, że coś takiego jest niemożliwe.

– Nawet nie myśl o tym. – Picard odciął Ismenie drogę ucieczki. – Wyczułeś coś, szefie?

– Diabła tam wyczułem! Gdybym nie wstał do kibla, to zrobiłaby tu, co chciała...

– To prowadzi nas do pytania: co chciała zrobić? – rzucił z uśmiechem gwardzista.

Obaj z de Sarnakiem przypatrywali się spokojnie włamywaczce. Jej szczupłe, dziewczęce ciało posiadało już właściwe dla kobiety krągłości, jednak w ruchach nie było ani śladu młodzieńczej niezgrabności. Poruszała się z wdziękiem kropli wody spływającej po liściu. Rozczochrane ciemne włosy otaczały twarz naznaczoną piętnem przedwczesnego doświadczenia. Piwne oczy zdradzały strach.

Ismena bała się już wiele razy w życiu, ale jeszcze nigdy nie czuła takiego przerażenia jak teraz. Ci mężczyźni jej nie grozili, nawet na nią nie krzyczeli, jednak wiedziała, że w każdej chwili są gotowi do akcji. Obaj trzymali wojskowe wielostrzałowe kusze i mimo że nie celowali w nią bezpośrednio, była pewna, że ich użyją, jeśli tylko da im najmniejszy pretekst. Demonstracyjnie rozluźniła mięśnie i usiadła na podłodze, opierając dłonie o kolana.

– Mądra dziewczynka – pochwalił ją Adam. – Po co tu przyszłaś? – spytał spokojnie.

– Ukraść, co się da – odparła cicho.

– W tej dzielnicy? Przy tylu strażnikach i zabezpieczeniach? Mam w to uwierzyć?!

– Nie miałam wyjścia. Wujek mi kazał...

Picard wyjął sztylet i podszedł do dziewczyny. Brutalnym kopnięciem przewrócił ją twarzą do podłogi i błyskawicznie skrępował, łącząc związane kończyny z pętlą na szyję.

– Jeden ruch i stracisz przytomność – ostrzegł.

Ismena poczuła, jak mężczyzna pewnymi ruchami tnie na niej ubranie, i zaraz leżała na podłodze naga i bezbronna.

– Nie da rady – wycedził Adam. – Weszła w Mayę i nie mogę jej skanować...

Picard bez słowa odwrócił dziewczynę na plecy i zadał krótki cios czubkami palców. Uderzona w splot słoneczny Ismena wyprężyła się konwulsyjnie. Ból był tak silny, że nie zdołała nawet krzyknąć. Wiła się na ziemi w bolesnych torsjach, nie mogąc zaczerpnąć tchu. Szara mgiełka Złudy zniknęła.

– Rozwiąż ją – polecił po chwili de Sarnac. – Nie skłamała.

Książę usiadł ciężko na fotelu i odłożył kuszę.

– Więc? – zapytał gwardzista.

– Mieszka w Suburze z bandą skurwysynów, którzy twierdzą, że są jej rodziną. Jeden z „wujków” doszedł do wniosku, że w domu Julii może być coś cennego, więc ją przysłał. To wszystko. – Adam wzruszył ramionami.

– Nie bała się? Przecież tu działają sądy doraźne dla złodziei, złapanym na gorącym uczynku ucina się rękę i już.

– Nie mogła odmówić. Wujaszek ją zgwałcił i zasugerował, że jeśli się nie postara, zrobi to samo z jej siostrą, a może i młodszymi braćmi. Jej siostra ma dwanaście lat, bliźniaki po sześć...

– Nie ma rodziców?

– Ojciec zginął cztery lata temu, a w zeszłym roku zmarł dziadek, którego wujkowie się bali. Najpierw wykończyli jej matkę, potem zabrali się za nią... Skąd znasz Mayę? – zapytał znienacka, zwracając się do dziewczyny.

– Dzia... dziadek mnie uczył i zostawił mi książkę.

– Ile ma rozdziałów? – spytał ostro gwardzista. – Ta książka?

– Dziewięć.

– Mamy fart, szefie, wszystkie zachowane egzemplarze „Maya-sutry” mają tylko po pięć.

– Może i tak. Idź z nią do łaźni, niech się wykąpie i przebierze. Nie wystrasz jej!

– Chodź ze mną. – Picard już rozcinał więzy klęczącej na podłodze dziewczynie.


– Jak masz na imię?

– Ismena.

– Ładne imię. Do mnie możesz zwracać się Picard.

Dziewczyna kuliła się naga w kącie łaźni.

– Podejdź tutaj – powiedział, ciągnąc ją delikatnie pod prysznic. Bez słowa podał kawałek mydła. – Nie obawiaj się. Nie zrobię ci nic złego...

Ismena wzdrygnęła się wyraźnie. Picard westchnął wymownie i przewrócił oczyma.

– Gdybym chciał cię zgwałcić czy zabić, po prostu bym to zrobił. W żaden sposób nie mogłabyś temu zapobiec. Dlatego uwierz mi, bo nie mam powodu kłamać.

– Co ze mną będzie? – zapytała.

– Nie wiem, to zależy od księcia de Sarnac.

– To jest... Cień? – Ismena zaczęła dygotać ze strachu.

– Widzę, że wasi dziennikarze nie zasypiają gruszek w popiele – mruknął. – Nie martw się, dziewczyno, on nie jada rzymskich dzieci na śniadanie... Masz, włóż to. – Podał jej czyste ubranie.


– Wierzysz w zemstę? – zapytał de Sarnac.

– Nie wiem, o co ci chodzi, panie – wyjąkała niepewnie Ismena.

Siedziała na brzeżku fotela, obejmując się rękoma. Nadal drżała. Nie gestykulowała i nie opuszczała rąk poniżej piersi. Jak ktoś przyzwyczajony do osłaniania głowy przed niespodziewanymi ciosami.

– O to, aby rachunek się zgadzał. O fakt, że nasze poczucie sprawiedliwości domaga się, aby obie części równania, krzywda i zemsta, się równoważyły. Bo jeśli się nie zgadzają, nie możemy oprzeć się uczuciu, że coś jest jeszcze do zrobienia...

Ismena milczała.

– Więc?

– Jakie mam szanse na dokonanie zemsty? Mam dla wyrównania rachunków doprowadzić do tego, aby w okrutny sposób zamordowano tych, których kocham?

– Co do szans, to zależy... Jeśli będziesz dla mnie pracować, pomogę ci.

– A mam jakieś wyjście? – spytała z goryczą.

– Chyba mnie mylisz ze swoimi... hm... krewniakami. Ja nie zamierzam zmuszać cię do posłuszeństwa siłą. Oczywiście, jest coś, co musisz zrobić. Przyniesiesz mi „Maya-sutrę”. Każę ją skopiować i nauczę cię, jak maskować książkę. Gdyby komuś wpadła w oko, konsekwencje mogłyby być niewesołe... Reszta zależy od ciebie. Możemy się rozstać, dam ci nawet trochę złota. Ale to nie rozwiąże twoich problemów, prawda?

– A co mam zrobić?

– Jesteś wybitnie utalentowana. Ktoś taki przydałby mi się bardzo. Jeśli będziesz chciała, pomogę ci uporządkować to... równanie. Twoje rodzeństwo będzie bezpieczne, choć nie mogę zagwarantować, że nic ci się nie stanie. Z pewnych względów samo przebywanie ze mną może narazić cię na śmierć. Będę cię też szkolił. Wiesz, że Złudę można wykorzystać także w walce, nie tylko przy kradzieży? Gdybyś poznała parę sztuczek, mogłabyś poradzić sobie z „wujkami” równie łatwo, jak teraz radzisz sobie z drzwiami zamkniętymi na haczyk.

– Zgadzam się – wyszeptała Ismena.

– Podaj rękę i otwórz przede mną swój umysł. Dziadek na pewno nauczył cię tej techniki.

– Ale...

– Boisz się mnie. Nie mam zamiaru pracować z rozhisteryzowaną panienką, miotającą się nieustannie między nadzieją a rozpaczą. To, co za chwilę zrobię, to nic groźnego. Po prostu połączymy swoje umysły i dzięki temu poznamy się tak jak po kilkunastu latach normalnej znajomości.

– I przestanę się ciebie bać, panie?

– Powiedzmy, że będziesz wiedziała, kiedy się mnie bać...

Dziewczyna niechętnie podała mu drobną, niedomytą dłoń. Najwyraźniej korzystanie z mydła i prysznica było dla niej nowością. Adam wyszeptał kilka słów i wolną ręką wyrysował w powietrzu zawiły symbol, który przez moment rozbłysnął błękitem.

– To wszystko! – stwierdził mężczyzna, starając się bez powodzenia opanować uśmiech.

– Czy przeoczyłam jakiś dowcip? – spytała Ismena, marszcząc brwi. – Trzeba przyznać, że to działa, naprawdę czuję się lepiej.