Pierwszy krok

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział drugi

Panowie oficerowie! – Adiutant otworzył drzwi przed admirałem.

Lucjusz Terencjusz Lupus spojrzał na wyprężonych na baczność podwładnych i niedbałym machnięciem ręki zezwolił zająć im miejsca przy stole.

– Nadeszły rozkazy dla grupy bojowej „Rimini” – ogłosił. – Mamy eskortować statek pasażerski „Daimonion” pływający na trasie Marsylia – Neapol. Stanowisko dowodzenia grupą zostanie przeniesione na „Daimoniona”. Funkcję oficera łącznikowego obejmie...

Admirał rozejrzał się po sali. Większość zebranych unikała starannie jego wzroku. Najwyraźniej perspektywa zabawiania bogatych cywilów, podróżujących na pokładzie najbardziej luksusowego statku pasażerskiego kursującego po Morzu Śródziemnym, nie budziła niczyjego entuzjazmu. Po chwili najmłodszy z oficerów, Publiusz Fabiusz, z cierpiętniczą miną podniósł dłoń. Zgodnie z niepisaną zasadą to właśnie on musiał się zgłaszać do najgorszych zadań, dopóki nie znajdzie się w grupie ktoś młodszy stażem.

– Doskonale! – stwierdził admirał. – Na pokładzie „Daimoniona” popłyną ważne osobistości, na których bezpieczeństwie zależy cesarzowi. Ambasador chiński wraz z córką, senator Gajusz Rustiusz z żoną, przedstawiciel królestwa Francji książę Adam de Sarnac i pani Julia Paula.

– Ta Julia Paula, najsławniejsza kurtyzana imperium? – zapytał zastępca admirała Serwiusz Artoriusz.

– Ta sama...

Na sali rozległy się szepty podekscytowanych oficerów.

– Myślę, panie admirale, że ostatnio nadmiernie wykorzystywaliśmy biednego Publiusza – powiedział z namysłem Serwiusz Artoriusz. – To sprawia wręcz wrażenie „fali”. Jako najstarszy oficer w pana sztabie uważam, że powinienem zademonstrować, iż w armii cesarskiej nie ma miejsca na takie zjawiska, i zastąpić Publiusza...

– Może ja? – odezwał się ktoś.

– I ja!

– Ja też chcę!

Admirał spojrzał z nieprzeniknioną miną na młodego oficera.

– Publiuszu?

– Wszystko dla cesarza! – zawołał Fabiusz, salutując z szerokim uśmiechem. – Nigdy nie zgodzę się, aby ktoś przejmował moje obowiązki – oznajmił, nic sobie nie robiąc z zawistnych spojrzeń kolegów.


Na pokładzie „Daimoniona” unosiła się woń kosztownych kadzideł i libańskiego cedru. Marynarze dyskretnie pilnowali, by nikt z wchodzących na statek nie zwalił się z trapu, ponieważ nie wszyscy pasażerowie zjawiali się z odpowiednio jasnym... umysłem. Jeszcze dyskretniej zabezpieczali teren żołnierze, a wszechobecni służący starali się spełnić każde żądanie gości.

– Witaj, kochanie! – zawołała ze zmysłowym uśmiechem kobieta ubrana w wytworną suknię, biorąc de Sarnaca pod rękę.

Ciemne, kunsztownie ułożone włosy podkreślały jej klasyczną, nieskazitelną urodę – wysokie czoło, prosty nos oraz wydatne kości policzkowe. Ogromne oczy o barwie przydymionego srebra patrzyły chłodno i uważnie. Średniego wzrostu, szczupła, ale nie filigranowa, poruszała się z wdziękiem pantery – miękko i zmysłowo.

Adam usłyszał w myśli dźwięk będący telepatycznym odpowiednikiem pukania.

– O co chodzi? – zapytał.

– Wyjaśnię później, przywitaj mnie jak starą znajomą. Mam na imię Julia.

Adam pocałował ją w policzek.

– Niech to będzie dobre wyjaśnienie – mruknął. – Dlaczego wszyscy tak się na nas gapią?

Wyczuł mentalnie jej rozbawienie.

– Jam ci jest niesławna Julia Paula, cortisana romana – odparła z kpiącym patosem. – Wysłanniczka imperatora – dodała ostrzej, czując, że de Sarnac próbuje się odsunąć. – Czarny Anioł...

Adam nakazał gestem Picardowi zanieść bagaże do przydzielonej mu kabiny. Udający lokaja sierżant skinął głową i zaczął wydawać polecenia wyznaczonym do noszenia dobytku pasażerów marynarzom.

– Gdzie porozmawiamy?

– U mnie – wymruczała Julia uwodzicielsko.

– Więc? – zapytał, zamykając drzwi kabiny.

Pośrodku obszernej, luksusowo wyposażonej kajuty królowało podwójne łoże. Sufit nad potężnym meblem pokryty był lustrzanymi płytkami...

– Nie patrz tak. – Skrzywiła się. – To nie moja wina, że dostałam apartament dla nowożeńców. Najwyraźniej ktoś tu nie rozumie różnicy pomiędzy słowami „kurtyzana” a „dziwka”...

– Wyjaśnisz mi tę różnicę później – powiedział ze zwodniczą łagodnością Adam de Sarnac. – A teraz może przejdźmy do rzeczy?

– Niech i tak będzie. Dostałam od imperatora rozkaz chronienia cię w tej podróży. Stąd ta scena na pokładzie. Jeśli będziemy udawać pewną... bliskość, pójdzie nam łatwiej. Nie wiem, czy zauważyłeś, że twoja kabina jest tuż obok i łączy się z moją wewnętrznymi drzwiami?

– A jeśli się nie zgodzę?

– Mężczyźni... – Julia Paula przewróciła wymownie oczyma. – Wtedy zostanie mi wariant awaryjny... Łzy, ataki miłosnej histerii i odgrywanie nieszczęśliwie zakochanej biedaczki. No i nocowanie pod drzwiami twojej kabiny... – Wzdrygnęła się wyraźnie. – Widziałeś te kiepsko oheblowane deski? Chyba mi tego nie zrobisz?

– Postaram się wyrazić to jasno – powiedział z namysłem Adam. – Albo powiesz mi, o co w tym wszystkim chodzi, albo za chwilę załatwię sobie kabinę po przeciwległej stronie statku. I wierz mi: nie będzie żadnego ­sypiania pod moimi drzwiami... Jeszcze jedno: niedawno straciłem bliską mi osobę i na widok zawodowej kokoty snującej flirt z profesjonalnym wdziękiem robi mi się niedobrze. Daję ci jakieś dwie minuty...

– W porządku – zgodziła się Julia bez mrugnięcia okiem. – Lecz będę musiała powiedzieć co nieco o sobie.

– Jestem pewien, że mnie nie zanudzisz – wycedził.

– Mój ojciec był generałem za rządów poprzedniego, szalonego imperatora. Kiedy Waleriusz wysłał armię na Francję, uznał za wskazane zaprotestować. Gdy nasze wojska poniosły klęskę pod Venalzio, zrobił coś więcej... Spisek się wydał i cała moja rodzina straciła życie. Ocalałam ja i moja siostrzenica. Nie będę cię zanudzać szczegółami – stwierdziła zimno. – Dość powiedzieć, że straciłam wszystko. Kiedy tron objął obecny cesarz, poprosił mnie o pomoc.

– Znasz go?

– Bawiliśmy się razem jako dzieci – odparła po namyśle. – I on, i ja mieliśmy wiele do zrobienia. Po zawarciu pokoju z Francją jego pozycja okazała się bardzo krucha. Wstąpiłam w szeregi agentes in rebus imperatora, a ponieważ była taka potrzeba, zostałam także kurtyzaną. W jednej i drugiej dziedzinie stałam się najlepsza... Ponieważ cesarz uważa, że twoje życie jest zagrożone, mam cię chronić w czasie podróży.

– Na co liczysz?

– Proszę?

– Najwyraźniej ta misja jest dla ciebie ważna. Chyba nie ze względu na mnie, człowieka, którego widzisz pierwszy raz w życiu?

– Zabrano mi wszystkie dobra i tytuły. Nie mam nawet tego, co ma w imperium najbiedniejszy chłop: kawałka ziemi. Nauczyłam się żyć z upokorzeniami, jakie mnie spotykają, ale moja siostrzenica...

– Myślisz, że jeśli utrzymasz mnie przy życiu, cesarz okaże swoją wdzięczność?

– Nie mnie – rzuciła z goryczą Julia. – Małej Flawii. Prawo imperium zabrania nadawania tytułów i własności ziemskiej dzieciom zdrajców. Ja pozostanę pariasem do końca swoich dni...

– Nie przesadzasz czasem? Widziałem, jakim wzrokiem patrzyli na ciebie mężczyźni. To nie było spojrzenie, którym obrzuca się, hmm...

– Dziwkę?!

– Powiedzmy...

– Nie znasz naszych zwyczajów – powiedziała ze znużeniem. – Za tydzień rozpoczną się Saturnalia. To dla nas czas radości i ofiarowywania prezentów. Życzymy sobie szczęścia oraz pomyślności dla rodzin i domów. Ja nie mam domu... Mam za to luksusowe apartamenty – zakończyła z przekąsem.

– No dobrze, a skąd to zagrożenie dla mnie w podróży? Wszyscy już wiedzą, kim jestem?

Julia Paula popatrzyła na pułkownika z niedowierzaniem w oczach.

– Kiedy byłeś ostatnio w imperium?

– Od paru lat nie wyjeżdżałem z kraju.

– Jesteś u nas przedmiotem kultu – wyjaśniła. – O wyczynach gwardii królewskiej śpiewa się pieśni, a waszą taktykę studiuje w szkołach wojskowych. Na tym statku poza mną jedynie Wilk wie dokładnie, kim jesteś, reszta ma cię za kolejnego francuskiego księcia.

– Wilk? A, admirał – przypomniał sobie de Sarnac.

– Gdybyś się ujawnił, groziłyby ci tylko dwie rzeczy – stwierdziła z uśmiechem. – Tabuny kręcących się pod nogami marines, wpatrujących się cielęcym wzrokiem w swoje bożyszcze, no i zbiorowa histeria ze strony kobiet... Zauważyłeś, jak wpatrywała się w ciebie żona senatora? – spytała figlarnie. – Gdyby jeszcze wiedziała, że jesteś Cieniem...

– No to co mi grozi?

– To co i u was. – Julia spochmurniała. – Mam być przy tobie, bo odniosłam pewne skromne sukcesy w walce z tą plagą w cesarstwie.

– A właśnie...

– Nie – przerwała mu. – Cesarz sam cię poinformuje. W swoim czasie... Wracając do tematu: mogę zamieszkać z tobą?

– Ze mną? W swojej kabinie obok!

– Nie ma mowy! – stwierdziła kategorycznie. – Wyobrażasz sobie strażnika, który pilnuje podopiecznego przez ścianę?!

– No dobrze – mruknął niechętnie Adam.

– Hej, bez przesady! – zawołała Julia, udając oburzenie. – Zdajesz sobie chyba sprawę, że każdy samiec na pokładzie tego statku oddałby pięć lat życia, aby się znaleźć na twoim miejscu?

– Aha...

– Jestem śliczna, inteligentna, miła w dotyku i ładnie pachnę – zachwalała siebie tonem domokrążcy.

De Sarnac z trudem powstrzymał uśmiech.

– Muszę zobaczyć, co z tymi bagażami – westchnął.

– Nie musisz. Zdaj się na mnie, kochanie. – Zatrzepotała długimi, gęstymi rzęsami. – A jest to tylko jedna z pomniejszych korzyści, jakie będziesz miał z przyjęcia mojej propozycji...

 

Pułkownik spotkał Julię ponownie o piątej rano na pokładzie statku. Już poprzedniego dnia wypatrzył osłonięte miejsce za rufową nadbudówką. Aby utrzymać odpowiedni poziom sprawności bojowej, należało regularnie ćwiczyć. Na „Daimonionie” były co prawda dwie znakomicie wyposażone sale treningowe, ale książę wolał nie demonstrować publicznie swoich umiejętności. Mogłoby to wywołać niepotrzebne pytania.

– Właśnie się zastanawiałem, gdzie jesteś – powiedział.

Ubrana w spodnie i luźną koszulę Julia popatrzyła na niego ponuro.

– Chyba nie interesują cię tajniki wyszczuplania kobiecych bioder?

– W zasadzie nie bardzo – wyznał z uśmiechem. – Rozumiem, że właśnie wyszczuplasz biodra?

Odpowiedziało mu niechętne prychnięcie. Wyglądało na to, że poranne ćwiczenia nie wprawiają jego rozmówczyni w euforyczny nastrój. Temu akurat de Sarnac się nie dziwił, dla osób zmuszonych polegać na swojej sprawności fizycznej codzienny trening był tylko obowiązkiem. Ciężkim obowiązkiem.

– Myślałem, że kurtyzany słyną z dobrego humoru i nieskazitelnych manier – zażartował.

– Nie o tej porze – odburknęła.

Odwrócili się na odgłos kroków. Bogato odziana kobieta minęła ich, idąc gdzieś z pośpiechem.

– Wasza miłość... – Skłoniła głowę.

Adam odpowiedział ukłonem. Julia i nieznajoma ­zignorowały się z lodowatą obojętnością.

– Kto to był?

– Licynia, żona senatora.

– Ta, która na mnie podobno tak patrzyła?

– Owszem.

De Sarnac zmarszczył lekko brwi – żona senatora nie zrobiła na nim dobrego wrażenia. Wbrew temu, co powiedziała Julia, wyczuwał w Licynii coś... dziwnego, niemal wrogiego.

– Nie przepadacie za sobą? – zapytał domyślnie.

– Nie!

– Dlaczego?

– Słodka Licynia lubi przypominać przy każdej okazji, że jestem żebrakiem bez domu i ziemi.

Dotknął przelotnie policzka Julii.

– Przepraszam za wczoraj – powiedział. – Byłem zdenerwowany i wyżyłem się na tobie.

– W porządku. To moja wina. Nie wiedziałam o Tancerce i zachowałam się jak idiotka...

– Zawrzemy pokój? – zaproponował.

– Niech będzie, ale w ramach reparacji wojennych opowiesz mi o Francji.

– Co chcesz wiedzieć?

– Czy to prawda, że używacie do celów lubieżnych wynalazku tego poczciwiny Priessnitza? I najważniejsze: jak się to robi?


Adam, krzywiąc się, łyknął odrobinę złotego płynu z niewielkiej fiolki. Poranne słońce wpadało przez bulaj, ślizgając się po czarnych, niemal granatowych włosach siedzącej naprzeciwko Julii. Drobne bose stopy trzymała na ozdabiającym kajutę puszystym dywanie z herbem Francji. Jedwabna suknia o pozornie prostym kroju podkreślała jakby mimochodem urodę smukłego ciała kurtyzany, kuszącą linię nóg i bioder, krągłość piersi. Obserwowała mężczyznę spod oka. De Sarnac był dziwny. Po przełamaniu pierwszych lodów przebywał w jej towarzystwie z prawdziwą przyjemnością, widziała też w jego wzroku typowo męskie uznanie, kiedy zdarzyło jej się odrobinę bardziej niż zwykle wyeksponować swoje wdzięki, jednak nie miało to żadnych innych konsekwencji. To było... denerwujące. Francuski arystokrata bynajmniej nie unikał bliskości fizycznej, nie odsuwał się od niej, gdy przypadkiem go dotknęła, czasem z wyraźnym zadowoleniem trzymał ją za rękę, jednak wydawało się, że jego odczucia wobec Julii są bardziej estetycznej niż erotycznej natury. Co więcej – zaczynała myśleć o nim jak o przyjacielu, a może nawet więcej niż przyjacielu... Nie przeszkadzały jej humory de Sarnaca ani trwające często wiele godzin milczenie. Sama obecność księcia sprawiała jej radość, sytuacja zaczęła wymykać się spod kontroli...

– Co to jest? – spytała.

Adam z nieobecną miną obracał w palcach tajemniczą buteleczkę.

– Roślinne złoto.

– Co?

– Coś w rodzaju uniwersalnego lekarstwa uzyskanego przez francuskiego alchemika, niejakiego Saint-Germaina.

– Co się tym leczy?

– Wszystko i nic. – De Sarnac wzruszył ramionami. – Podobno ogólnie wzmacnia organizm. Dlatego niektórzy lekarze nazywają to „vitamina”.

– E tam, ale jeśli to wygładzałoby zmarszczki...

– Podobno wygładza, choć ubocznie...

– Dawaj! – Kobieta stanowczo wyciągnęła rękę.

Pułkownik z rozbawieniem patrzył, jak Julia łyka energicznie złoty płyn. Roześmiał się, widząc, że nie zadała sobie nawet trudu otarcia brzegu fiolki chusteczką. Jak wszyscy Rzymianie miała obsesję na punkcie higieny, jednak wyglądało na to, że perspektywa poprawienia urody była dla niej ważniejsza niż wpajane od dziecka nawyki. Przez moment uderzyła go dziwna intymność gestu kurtyzany, jednak zlekceważył to przelotne wrażenie.

– Mówiłem ci, że jeden ze składników tego preparatu trzyma się przez cztery tygodnie w zamkniętym naczyniu zakopanym w końskim nawozie...?

Julia demonstracyjnie pokazała mu język.

– Ogłaszam alarm bojowy! Książę de Sarnac proszony na stanowisko dowodzenia!

– Mamy alarm! – Adam poderwał się natychmiast.

– Ciekawe, dlaczego mnie nie zawiadomili?! Mogę iść z tobą? – zapytała Julia już w biegu.

– No dobrze... Ona jest ze mną – rzucił do stojącego przy wejściu marine.

Admirał Lucjusz Terencjusz wpatrywał się intensywnie w błękitną sferę magiczną przedstawiającą z lotu ptaka „Daimoniona” i grupę bojową „Rimini”.


– Pomyślałem, że będziesz chciał to obejrzeć, panie – zwrócił się do Adama.

– Co się dzieje?

– Mamy kontakt bojowy. Dwa niezidentyfikowane okręty.

– Wiadomo, kto to jest?

– Wrogowie – odparł admirał krótko. – Zdarzały się już takie incydenty.

– Tylko dwa?

– To problemy z gatunku tych, o których nieprzyjemnie mówić – skrzywił się Terencjusz. – Demony, czary i takie tam... Gdyby doszło do abordażu, nie dalibyśmy rady.

Pułkownik jednym ruchem utworzył własną sferę obserwacyjną i przyjrzał się bliżej wrogim okrętom. Nie imponowały powierzchnią żagli, jednak ślizgały się po falach z nadnaturalną prędkością.

– Nie wiem, co je porusza, ale są dużo szybsze od waszych, nie dacie rady tak manewrować, aby je zatopić na odległość...

– Mamy nową broń – stwierdził admirał z wilczym uśmiechem. Najwyraźniej był w doskonałym humorze. – Jak uzyskałeś takie powiększenie? – zapytał ciekawie.

– Odrobina wprawy – mruknął de Sarnac. – Mogę pełnić funkcję obserwatora i zająć się łącznością...

– W porządku. Zaczynamy!

Gdy książę wymówił krótkie zaklęcie, na stole sztabowym ukazało się siedem mniejszych sfer przedstawiających jednostki grupy „Rimini”.

– Tu Adam de Sarnac – przemówił do wszystkich dowódców naraz. – Czekać na rozkazy dowódcy!

Po chwili lekko oszołomieni kapitanowie grupy wpatrywali się w admirała poprzez magiczne sfery. Lucjusz Terencjusz obejrzał się na stojącego za nim maga, lecz Adam powstrzymał go gestem.

– Może pan zwyczajnie mówić, dowódcy wszystko usłyszą. Taki sposób komunikacji zapobiega też magicznemu podsłuchowi – dodał.

– Wygodne rozwiązanie – sapnął z zadowoleniem admirał. – Dowódca do wszystkich! „Czerwoni” – strzała! Grupa „Niebieska” – diament!

W stworzonej przez Adama sferze widać było, jak trzy galeony ruszają do ataku w szyku odwróconej strzały, a cztery pozostałe tworzą wokół „Daimoniona” ochronną formację w kształcie rombu. Naprzeciwko atakującej trójki pojawiły się sunące błyskawicznie po powierzchni morza jednostki wroga.

– Odległość półtorej mili – zameldował Adam.

– Strzelać przy jednej mili! – warknął admirał.

Wszyscy obecni pochylili się nad sferą obserwacyjną, śledząc wzrokiem zbliżające się do siebie okręty.

– Mila! Macie rakiety?! – krzyknął de Sarnac, patrząc na odrywające się od rzymskich galeonów kształty.

– Tu „Hekate”. Dwa „smoki” w celu – zameldował dowódca „Czerwonych”.

Jeden z tajemniczych żaglowców eksplodował. Drugi, trafiony w rufę, zszedł nieco z kursu, ale dalej nieustępliwie parł w kierunku konwoju i „Daimoniona”.

– Tu „Meduza”. Jeden w celu, jeden chybił. Zawracam!

– „Gladius”, dobij go! – rozkazał Lucjusz Terencjusz.

Po chwili ostatnia wroga jednostka zniknęła w ognistym piekle.

– Wszyscy zawracać! Formacja piramida! No, to by było tyle – stwierdził admirał z uśmiechem.


– Myślałem, że nie przepada pan za muzyką? – zdziwił się Adam.

Admirał wzruszył ramionami.

– To córka ambasadora – odparł, jakby to wszystko wyjaśniało.

„Daimonion” oferował pasażerom wiele rozrywek, jedną z nich były muzyczne koncerty, jednak publiczność na tego typu imprezach stanowiły głównie kobiety. De Sarnaca namówiła do wyjścia z kabiny Julia. Przez większość czasu książę czytał książki, niechętnie opuszczając zaciszne apartamenty.

– I co z tego?

– Rakiety, tę nową broń, mamy z Chin, a ambasador jest wybitnym ekspertem w dziedzinie broni rakietowej. Napisał „Podręcznik artylerii ognistego smoka”. Jeśli mam mu zrobić przyjemność, słuchając brzdąkania jego córki...

– Panowie... Teraz słuchamy brzdąkania – stwierdziła z naciskiem Julia Paula. – Nawet jeśli niektórzy chcieliby porozmawiać o perspektywach rozwoju rakiet wielostopniowych typu „smok”...

– Tak się nazywają? – spytał Adam.

– Prawie – odparł ambasador Chin, podchodząc do ustawionego na pokładzie stołu. – Te rakiety lecą tuż nad wodą, więc nazwaliśmy je „ognistymi smokami wynurzającymi się z wody”.

Chińczyk podsunął krzesło i pomógł się usadowić swojej wyraźnie utykającej córce.

– Mei jest niezwykle utalentowana. – Popatrzył czule na siedzącą z wbitym w deski pokładu wzrokiem dziewczynę. – Potrafi grać... – zawahał się – w sposób magiczny. Pierwszy utwór jest zadedykowany żołnierzom.

– Jakaś piosenka marszowa? – ożywił się Publiusz Fabiusz.

Najmłodszy oficer grupy „Rimini” siedział wraz z kolegami za stołem, starając się nie pokazać po sobie, że wolałby być gdzie indziej.

– Nie – stwierdził sucho ambasador. – To coś, co uspokaja młodych żołnierzy, a weteranom pozwala zasnąć. Spać spokojnym snem bez koszmarów i lęków... Mei? – Skinął dłonią na córkę.

Chinka zaczęła grać na lutni. Dziwne, niemal hipnotyzujące dźwięki przykuwały uwagę, uwodziły, obiecywały...

– Rzeczywiście, przyjemna melodia – przyznał młody oficer, otrząsnąwszy się po paru minutach z miłego odrętwienia.

Po chwili otworzył szeroko oczy, patrząc na opartego o ramię Julii Adama de Sarnac. Francuz spał kamiennym snem. Obok, z głową na stole, pochrapywał admirał Lucjusz Terencjusz Lupus. Julia Paula przywołała Publiusza gestem.

– Przynieś jakiś parasol – poprosiła. – Za godzinę zrobi się gorąco.

– Jak długo ona ma zamiar tak grać?

Ambasador porozumiał się wzrokiem z córką.

– Będzie grać, dopóki da radę – powiedział.


Adama obudził słaby zapach krwi. Instynktownie wyszarpnął z pochwy czyjś miecz, odpychając jednocześnie jego właściciela. Już stojąc z ostrzem w dłoni, rozglądał się w poszukiwaniu zagrożenia.

– Spokojnie! – zawołała Julia, łapiąc go za rękę.

Oszołomiony Publiusz Fabiusz gramolił się z ziemi.

– Przepraszam, żołnierzu. – De Sarnac oddał mu broń. – Zdawało mi się, że wyczuwam krew...

– Już chcieliśmy pana budzić, książę – powiedział admirał. – Co do krwi, to możliwe... – urwał, patrząc na córkę ambasadora.

Adam podszedł do dziewczyny. Mei usiłowała ukryć w fałdach sukni pokrwawione palce.

– Grała osiem godzin, tyle czasu spałeś – wyjaśniła Julia Paula.

– Czuję się niezwykle odświeżony – stwierdził Lucjusz Terencjusz. – A spałem jedynie dwie godziny...

 

Adam uśmiechnął się i powiedział coś po chińsku do wyczerpanej lutnistki. Mei odmówiła zdecydowanie.

– Tui! – powtórzył ostro.

Z ociąganiem uniosła rąbek sukni i pokazała kaleką nogę.

– Również czuję się niezwykle odświeżony – powiedział Adam.

Ujął stopę dziewczyny, jego dłonie otoczyła błękitna poświata.

– Nie! – krzyknęła Julia.

Rozległ się chrzęst łamanych kości, twarz de Sarnaca poczerwieniała z wysiłku i pokryła się potem.

– Co on robi? – spytał niespokojnie admirał.

– Próbuje uleczyć dziewczynę – wycedziła przez zęby kurtyzana.

– No i co z tego?

– To, że coś takiego jest prawie niemożliwe, a Adam zaangażował wszystkie swoje siły!

– To znaczy?

– To znaczy, że ten kretyn albo ją uleczy, albo umrze! – warknęła.

– Mam magów na pokładzie... – wtrącił niepewnie Lucjusz Terencjusz.

– Jest tylko jeden mag na tyle silny, aby pomóc temu idiocie. Ale ten mag nie ma na to najmniejszej ochoty!

– Jakie jest zagrożenie? – zapytał Publiusz Fabiusz.

– Takie, że zginą oboje!

Adam opadł na kolana, z jego nosa pociekła cienka strużka krwi.

– Co za matoł! – zawołała z furią Julia, kładąc dłonie na barkach pułkownika.

Ręce kobiety rozbłysły błękitem. Po chwili de Sarnac wstał chwiejnie i uśmiechnął się do Chinki.

– Możesz iść i tańczyć! – powiedział.

Ambasador otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale zrezygnował zaraz, kręcąc głową.

– Skończyłeś już swój występ? – zapytała uprzejmie Julia Paula.

– Tak, przepraszam...

Kobieta zwinęła się w błyskawicznym skręcie i jednym uderzeniem pięści zwaliła Adama z nóg. Potem odwróciła się i bez słowa pomaszerowała w stronę swojej kajuty.

– Raz na wozie, raz pod wozem – stwierdził filozoficznie Publiusz Fabiusz, pomagając de Sarnacowi wstać. – Ekhm... – odchrząknął niepewnie, patrząc na wracającą kurtyzanę. – Jestem za pokojowym załatwianiem takich konfliktów – wykrzyknął, odsuwając się pospiesznie na bezpieczną odległość.

– Przyszłaś dokończyć? – zapytał de Sarnac, delikatnie obmacując szczękę.

– Ja muszę stanowczo zaprotestować... – powiedział ostrożnie admirał ze swojego miejsca.

– Nie będę go już biła – mruknęła Julia. – No chodź, musisz odpocząć...

– Kim jest ten Francuz? – spytał Serwiusz Artoriusz, patrząc za oddalającą się parą.

– To książę de Sarnac.

– Panie admirale, jako pański zastępca powinienem wiedzieć. To jakiś francuski generał? No i Publiusz... Przecież on w zeszłym roku został mistrzem szermierki całego okręgu Rimini! A nasz tajemniczy książę zabrał mu miecz, jakby odbierał czterolatkowi ciasteczko...

Admirał popatrzył z uśmiechem na czekających z napięciem oficerów.

– Jeśli chcecie wiedzieć, sami go spytajcie...


Julia Paula patrzyła posępnie na leżącego w łóżku Adama. Zaciśnięte w pięści dłonie ukryła w fałdach wrzosowej sukni. Miała nadzieję, że ból spowodowany przez wbijane w ciało paznokcie przywróci jej równowagę. Już dawno nic jej tak nie przeraziło jak myśl, że de Sarnac niemal stracił życie.

– Mogę coś powiedzieć? – zapytał.

– Byle z sensem...

– Zanim zacząłem Mei przekształcać tę nogę, wyczułem, że leży to w granicach moich możliwości.

– I dlatego zrobiłeś się zielony i mało nie padłeś?!

Adam wzniósł oczy do sufitu i westchnął cierpiętniczo.

– A jak myślisz, co się stało z bólem, jaki musiał towarzyszyć przestawianiu kości?

– Wziąłeś go na siebie?!

– Nie całkiem, część udało mi się zablokować...

– No dobrze. – Julia odetchnęła z wysiłkiem. – Zostało ci wybaczone... Myślałeś już o tych prezentach dla oficerów na Saturnalia?

– Mam dwa warunki.

– Tak?

– Po pierwsze musi je zaakceptować cesarz. Po drugie admirał. Nie mogę przecież wręczać prezentów oficerom bez jego zgody. On jest tu najwyższy stopniem. Przynajmniej w armii rzymskiej – dodał.

– Jutro powinien nas dogonić statek pocztowy z prezentami, do tego czasu załatwię tę sprawę – obiecała kurtyzana.

De Sarnac wymamrotał coś pod nosem i zamknął oczy. Niemal momentalnie usnął. Julia przygryzła wargi i ostrożnie przysunęła fotel do łóżka. Usiadła w nim tak, aby mieć na oku drzwi wejściowe, zrzuciła pantofle i ostrożnie ułożyła stopy na posłaniu. Wiedziała, że ­książę odzyska siły w ciągu paru godzin, jednak jej obowiązkiem było go pilnować, szczególnie gdy leżał osłabiony. Tak przecież brzmiały rozkazy cesarza...


Julia gestem odprawiła służącego.

– Na pewno nie będę już potrzebny? – upewnił się podający do stołu niewolnik.

– Nie, sama usłużę księciu – uspokoiła go kurtyzana.

Siedzieli w jednym z zacisznych gabinetów, nieopodal sali jadalnej. Na „Daimonionie” każdy pasażer decydował, czy zje posiłek w większym towarzystwie, czy w bardziej intymnych warunkach. De Sarnac niemal za każdym razem wolał posilać się na osobności. Nie miało to żadnego związku z możliwością nieskrępowanego cieszenia się towarzystwem Julii. Książę nie lubił tłumu. Nie było to naturalne dla wyrafinowanego światowca uczucie wstrętu względem tłuszczy, ale raczej nieufność wojownika, opór przed odwróceniem się plecami do ludzi, którym nie ufał.

– I jak, zgodzili się? – spytał Adam.

– Cesarz tak.

– A admirał?

– Niezupełnie – stwierdziła Julia z uśmiechem.

– Co to znaczy: niezupełnie?

– Proszę.

Wręczyła pułkownikowi plik gęsto zapisanych kartek.

– Co to jest?

– Opis dokonań bojowych Wilka – oznajmiła, usiłując zachować poważny wyraz twarzy.

– Po jaką cholerę mi to dajesz?!

– Admirał był bardzo rozżalony, że wręczanie prezentów ma dotyczyć wyłącznie jego podwładnych. Mnie się zdaje, że chce w ten sposób zaznaczyć, iż jemu też się coś należy od życia...

– Ależ ja nie mogę...

– Imperator się zgodził – powiedziała szybko.

– Przecież nie mogę mu dać tego samego, co jego ludziom!

– No to masz problem – stwierdziła beztrosko Julia. – Jestem pewna, że coś wymyślisz... Ja mam gorszy kłopot.

– Co znowu?

– Licynia – wyjaśniła posępnie. – Może nie powinnam brać w ogóle udziału w Saturnaliach?

– Niby czemu?

– Licynia lansuje teorię, że ktoś pozbawiony ziemi nie może liczyć na błogosławieństwo bogów. W związku z tym powinno się mnie wykluczyć z udziału w Saturnaliach. Z przyczyn religijnych, rzecz jasna...

– To drobiazg. – De Sarnac machnął ręką.

– Co?!

– Załatwię to, jeśli będzie trzeba.

– To niemożliwe, nie możesz zastraszyć Licynii, jej mąż jest zbyt potężny. Nie da się też przekupić, bo mnie nienawidzi...

– Nie muszę ani się podlizywać, ani zastraszać – warknął Adam, straciwszy cierpliwość. – Przestań marudzić! A jeśli ci się wydaje, że uciekniesz i będę nie tylko wręczał prezenty, ale i całował tych wszystkich żołnierzy, to masz nie po kolei w głowie!

– Teraz czuję się uspokojona – mruknęła Julia. – Znam powód, dla którego będziesz mnie bronił przed tą harpią z narażeniem życia – stwierdziła ironicznie.


Sztuczne ognie wybuchały, siejąc po nocnym niebie smugami różnobarwnych kolorów. Fontanny, ryby, wodospady, feniks i smok – kształty pojawiały się niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Wreszcie zapadła cisza i ambasador Chin ukłonił się nisko przed zafascynowanym audytorium.

– A teraz do stołów! – zaprosił gromko admirał.

– Czy to była magia? – zapytała Julia Chińczyka.

– Zależy kiedy – odparł ambasador z uśmiechem. – Barwy ogni sztucznych uzyskiwane są za pomocą środków chemicznych. Kolor niebieskozielony otrzymuje się, stosując indygo. Cynober dodaje ogniom purpury, siarczki arsenowe żółci, włókna bawełny fioletu. Natomiast jeśli chodzi o kształty kompozycji, szczególnie tych bardziej skomplikowanych, jest już w tym szczypta magii – przyznał.

Po chwili wszyscy zasiedli za stołami, czekając na roznoszących prezenty. Dziś, z okazji Saturnaliów, rolę służących pełnili oficerowie z admirałem na czele.

– To dla ciebie, panie – powiedział wesoło Publiusz Fabiusz, zwalając przed Adamem górę różnej wielkości szkatułek. – Pani... – Przed Julią wylądowała dużo większa sterta.

– No nie... – De Sarnac obracał w dłoniach sporych rozmiarów, misternie rzeźbiony pierścień.

– Co to jest? – zainteresowała się Julia.

– Nie chciałabyś wiedzieć...

– Co to za materiał?

– Kość słoniowa.

– Skąd wiesz?

– Bo smocze pierścienie wykonuje się tylko z kości słoniowej.

– Do czego to służy?

– A na co on może pasować? – wycedził.

– Ach... Rozmiar powinien ci pochlebiać – rzuciła figlarnie.

Admirał rozdał wszystkie prezenty i usiadł z ulgą.

– Czas na nasz występ – westchnęła Julia.

Wyszła na środek i powiodła spojrzeniem po biesiadnikach. Wszystkie rozmowy ucichły. Adam, wzdychając, zajął miejsce u jej boku.

– Panie i panowie, czas, aby nasi służący dostali swoje prezenty – powiedziała Julia z uśmiechem.

– Nie od ciebie – stwierdziła zimno żona senatora, wstając od stołu. – Dzisiaj bogowie błogosławią nasze rodziny, ziemie i domy. Ktoś, kto nie posiada ziemi, może sprowadzić na nas tylko nieszczęście...

Admirał Lucjusz Terencjusz zerwał się z głuchym warknięciem. Patrząc na jego twarz w tej chwili, łatwo było zgadnąć, skąd wziął się jego przydomek „Wilk”.