Pierwszy krok

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Rozdział pierwszy

Rozdział drugi

Rozdział trzeci

Rozdział czwarty

Rozdział piąty

Rozdział szósty

Rozdział siódmy

Rozdział ósmy

Rozdział dziewiąty

Rozdział dziesiąty

Rozdział jedenasty

Książki Adama Przechrzty

Adam Przechrzta

Karta redakcyjna

Okładka


Aldonie – mojej pierwszej czytelniczce

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Rozdział pierwszy

Pułkownik Adam de Sarnac skinął ręką – czas rozpocząć zabawę!

Uwaga zebranych była skupiona na królewskiej parze, która wraz z dziećmi udzielała dziś publicznej audiencji z okazji święta Joanny d’Orlean, kiedy pierwsze stwory ciemności zaczęły się przemieniać, przyjmując swój prawdziwy wygląd. Na sali momentalnie wybuchła panika. Adam z cynicznym uśmieszkiem obserwował reakcje zgromadzonych. Kosztowny czar Veritas Pectoris pozbawiał wszystkich krytycyzmu w stosunku do tego, co się działo, i wymuszał przyrodzone każdemu człowiekowi reakcje.

Na widok demonów większość dworzan rozbiegła się, pospiesznie ratując życie. Stojący przy tronie sierżant gwardii szarpnął energicznie królową, ponaglił do ucieczki przejściem za ozdobnym gobelinem. Królowa wyraźnie się ociągała, usiłując uspokoić siedmioletnią księżniczkę Alijah.

Trzymający wartę przy tronie żołnierze osłonili rodzinę królewską i rozpoczęli ostrzał z kusz. Ciężkie, naznaczone srebrem i magicznymi runami bełty powaliły pierwszą falę nacierających stworów. Szczęk wielolufowych kusz górował nad panicznymi krzykami tłumu. Stary generał Guido de Montbach wpadł w środek hordy potworów, starając się zabić stojącego wewnątrz przywódcę. Jego ceremonialny miecz nie był w stanie zadać większych ran stworom, które zniszczyć mogły tylko magia i srebro. Nim upadł, pchnął wąskim ostrzem w oko jednego z nich i z tryumfalnym okrzykiem przekręcił broń w ranie.

– Punkt dla starego pierdziela – mruknął z niechętnym uznaniem de Sarnac. – Kto by pomyślał, że ktoś poza gwardzistami będzie walczył...

Lukę w osłonie przywódcy Dzieci Ciemności wykorzystał stojący z boku mężczyzna w mundurze imperialnej piechoty morskiej z ciężką, bojową wersją Sano Triace w ręku. Trzylufowa kusza wypluła serię srebrnych bełtów, zabijając kilka demonów wraz z przywódcą. Po chwili marine cofnął się pod naporem kłów i szponów, nadal strzelając z biodra.

– Wszyscy w gniazdkach – zameldował telepatycznie major Lucien Luneville.

„Gniazdkami” gwardia królewska nazywała kryjówki, w których na czas alarmu mieli się schować członkowie rodziny królewskiej; ze względów bezpieczeństwa każdy z nich miał osobną komnatę. Gniazdka były zabezpieczone przed wszelkimi możliwymi formami ataku, jednak mało kto czułby się bezpiecznie w ciemnej komnacie rozświetlanej jedynie ponurym blaskiem ochronnych runów.

– Księżniczka Alijah płacze – dodał.

– Alijah zawsze płacze – mruknął de Sarnac. – Skończmy to wreszcie – powiedział, dając sygnał do ataku.

Kilkuosobowe grupy szturmowe ruszyły do akcji, eksterminując z wielką wprawą żyjące jeszcze demony. Nagle na sali pojawiła się złuda małej Alijah ścigana przez trzy stwory cienia. Broczący krwią marine bez wahania zastąpił im drogę, atakując je ciężkim, półtoraręcznym mieczem. Jeden z demonów sprytnym unikiem wyminął walczącego wściekle żołnierza i sięgnął łapą po księżniczkę.

– No, no... – wycedził Adam ze zdziwieniem w głosie.

Ranna w udo, leżąca dotąd bezwładnie na posadzce hrabina Marica de Charny zerwała się z głuchym warknięciem i zaatakowała stwora srebrnym sztyletem. Podobnie jak fircykowaty ambasador księstewka Neufchatel, który rozpoczął serię wykwintnych pchnięć i fint, wywijając ozdobną szpadą.

– No, no – powtórzył de Sarnac z niedowierzaniem.

Odrzucona morderczym ciosem pazurzastej łapy kobieta usiłowała się podnieść, aby osłonić Alijah. Po ­chwili pułkownik zmarszczył brwi, obserwując, jak draśnięty szpadą ambasadora demon pada w drgawkach i orze pazurami posadzkę.

– Co to było? – zapytał Lucien Luneville.

– Trucizna – odparł z westchnieniem de Sarnac. – Trucizna, mój drogi zastępco...

– Musiała być cholernie silna – powiedział z powątpiewaniem w głosie Luneville.

– No właśnie, pewnie jedna z tych zakazanych. Okazuje się, że ambasador to kawał łobuza...

– Tak, już widzę, jak nasza królowa, miłościwie panująca nam Wiewióra, skazuje go na pal, po tym jak uratował życie majakowi jej córki – zadrwił Luneville.

Adam skrzywił się niechętnie. Królowa, z racji koloru włosów nazywana powszechnie Wiewiórą bądź Rudą, była bardzo opiekuńcza wobec swojej rodziny, a jej zachowanie potwierdzało wszystkie oklepane stereotypy o konfliktowym charakterze rudowłosych. Ktoś, kto poprosiłby ją o ukaranie człowieka, który naraził życie, myśląc, że ratuje jej córkę, miałby stuprocentową pewność zapoznania się z królewskim temperamentem.

– Może zgodzi się chociaż na inwigilację pana barona? – westchnął.

– Świetnie! – zarechotał Luneville. – Będę przyjmował zakłady.

– Jakie zakłady?!

– Ile potrwa, zanim cię wykopie, i jak głośno będzie przy tym wrzeszczeć. Stawiam, że będzie ją słychać dwa piętra niżej...

Adam de Sarnac oszczędnym ruchem dłoni rzucił serię specjalnie dobranych czarów, które zlikwidowały panoptikum w sali tronowej. Po namyśle wykluczył z pola działania magii podnoszącego się z posadzki marine. Żołnierz ze zdziwieniem patrzył na swe znikające w oczach rany. Goście podchodzili do tronu, oczekując na pojawienie się rodziny królewskiej. Nie wszyscy z nich zapomną o przeżytej grozie, pamięć nie dawała się tak łatwo kształtować jak reakcje fizjologiczne, ale to, co zapamiętają, złożą na karb nocnych koszmarów.

– Ich królewskie moście: Adrienne de Sarnac i Thomas de Sarnac! – zapowiedział krótko jeden z gwardzistów.


Adam de Sarnac siedział rozparty w wygodnym fotelu i patrzył na stojącego przed nim żołnierza. Marine z beznamiętnym wyrazem twarzy skierował wzrok w punkt nieco powyżej głowy pułkownika. Nie wyglądał na porażonego jego osobowością. Szczupły, o wąskiej, arystokratycznej twarzy de Sarnac przypominał raczej uczonego niż wojownika. Była to dość powszechna opinia. Objęcie przez niego stanowiska dowódcy gwardii królewskiej uważano za nieporozumienie. Jednak nie wszyscy podzielali tę opinię. W elitarnym kręgu ludzi mających rzeczywistą władzę pułkownik uchodził za przerażająco skutecznego i kompetentnego. Wielu przekonało się o tym osobiście, jednak nie mogli z nikim się tą wiedzą podzielić. De Sarnac nie lubił kłopotów ani tych, którzy je sprawiali. Wolał też, aby pewne sprawy nie wychodziły... na wierzch. Dlatego większość jego problemów znajdowała się dwa metry pod ziemią. Pułkownik nie był zły, czasem jednak bywał okrutny. Szczególnie jeśli uznał, że coś grozi tym, których przyrzekł chronić.

Marine był weteranem i gardził wszelkiego rodzaju gryzipiórkami, lecz to, co wyczuwał w de Sarnacu, skłaniało go do ostrożności. Dziwna u dworskiego urzędasa aura władzy, oczy... Taki wyraz oczu marine ­nieczęsto widział nawet na polach bitew. Patrzyły badawczo, chłodno, bez drgnienia, jakby widziały już wszystko... Długie, smukłe palce księcia bez najmniejszego trudu gięły solidną srebrną łyżeczkę. Zastanawiały szerokie barki i swobodna poza będąca rzadko spotykanym połączeniem czujności i rozluźnienia.

– Jak myślisz, co się stało w sali tronowej? – zapytał Adam.

– Ćwiczenia – odpowiedział natychmiast żołnierz. – Najbardziej porąbane ćwiczenia, jakie widziałem w życiu – dodał.

– Chcesz wstąpić do gwardii królewskiej?

Nastała chwila milczenia.

– Tak – powiedział wreszcie marine.

– Dlaczego się cofnąłeś, wtedy, podczas ataku?

 

– Zrobiłem coś źle? – odpowiedział pytaniem żołnierz.

– Owszem, dwie rzeczy. Jeśli się cofniesz, walcząc, możesz o coś lub o kogoś się potknąć, a wtedy już nie żyjesz. I jeszcze jedno. Gwardia chroni swoich podopiecznych. Jako gwardzista staniesz pomiędzy osobą, którą ochraniasz, a śmiercią, każdy krok w tył to krok bliżej do śmierci dla tego, kogo masz chronić.

– Zrozumiałem – mruknął marine.

– Idziemy – rzucił Adam.

Przeszli do komnaty, gdzie właśnie kończyła się odprawa. Cała rodzina królewska siedziała przy stole, słuchając z uwagą przybocznego de Sarnaca, sierżanta gwardii prowadzącego odprawę.

– Alijah nieźle – podsumował ten ostatni. – Panicz Norman też.

– Mam o dwie sekundy lepszy czas niż ostatnio – pochwalił się chłopiec.

Weteran z powagą pokiwał głową i odwrócił się w stronę królowej.

– Wiem, że... – zaczęła nerwowo.

Była oszałamiająco piękna, rudowłosa, o subtelnej, jakby wyrzeźbionej w marmurze twarzy. Migdałowe w kształcie oczy patrzyły bystro i zawadiacko spod długich rzęs. Miała alabastrową cerę, naznaczoną nielicznymi piegami, które tylko dodawały jej uroku. Szeroki dekolt wytwornej sukni w odcieniu morskiej wody odsłaniał doskonałą linię kruchych ramion i współgrał z kolorem oczu Adrienne. Jednak nie wyglądało na to, aby ktokolwiek z obecnych przejmował się urodą królowej czy też jej królewskim majestatem.

– Wiesz?! – ryknął sierżant. – Ruda, widziałem, jak dziewczęta przebierają szybciej nogami, tańcząc w tej budzie na nabrzeżu!

– Ten numer nazywa się „stepujące jałówki” – podpowiedział usłużnie Adam. – Być może Jej Wysokość ma zniżkę kondycji i czas wrócić do regularnych ćwiczeń? – zasugerował.

– Nie zrobicie mi tego – powiedziała bez przekonania królowa.

– Jeszcze jeden taki wynik w czasie próbnego alarmu i będziesz trenować na torze przeszkód razem z gwardią – rzucił zimno de Sarnac.

– Ja chcę się bawić! – zawołała Alijah.

– Roshynski! – Adam zwrócił się do towarzyszącego mu marine. – Ty też zasłużyłeś na co nieco, my tu nie wybaczamy błędów. Do wieczora jesteś do dyspozycji księżniczki Alijah.

– Ale ja jestem tylko zwykłym żołnierzem... – zająknął się Roshynski.

– Przestań bredzić. Alijah też jest tylko zwykłym potworem, bierz ją i znikaj! – warknął Adam.

Dziewczynka tupnęła nogą:

– Nie lubię cię, wujku!

Pułkownik demonstracyjnie pokazał małej język.


Ambasador Neufchatel Adrian Novary ukłonił się elegancko. Neufchatel było niewielkim księstewkiem pozostającym w stanie zależności od Francji, jednak żadnej ze stron nie zależało na podkreślaniu tego faktu. Taki układ miał wiele plusów. Umożliwiał na przykład Francji wpływanie na politykę międzynarodową za pośrednic­twem swoich satelitów. Czasem pozwalano, aby któreś z tego typu państewek ostentacyjnie wystąpiło przeciwko francuskim interesom. Oczywiście w niezbyt ważnej sprawie... Miało to służyć podtrzymywaniu złudzenia pozornej niezawisłości od silniejszego sąsiada.

Atłasowy kaftan i wytworne jedwabne pończochy dyplomaty kontrastowały jaskrawo ze zwykłym mundurem de Sarnaca. Novary był jednym z arbitrów najnowszej mody. Pułkownik – wręcz przeciwnie.

– Pani... – Ambasador ukłonił się z gracją.

Królowa lekko skinęła głową.

Adam podał przedstawicielowi Neufchatel opieczętowany dokument.

– To dla pana, ekscelencjo.

Novary zmarszczył ze zdziwieniem brwi i zaczął czytać.

– Co to ma znaczyć?! – warknął.

– To dokument zezwalający panu, ekscelencjo, na noszenie i używanie nietypowej broni, w tym magicznych trucizn – powiedział zimno Adam. – U nas, na prowincji, takie rzeczy są nielegalne – dodał.

– Przeszukaliście moje... – zaczął ambasador.

– Nie przeszukaliśmy – przerwała królowa. – Pułkownik to panu wytłumaczy dokładniej.

– Przeprowadzamy czasem ćwiczenia – stwierdził Adam. – Używamy magii, aby zbadać reakcje ludzi na zagrożenie. To bardzo skomplikowane i kosztowne zaklęcie, wezwani magicznie przeciwnicy istnieją w sensie materialnym i zachowują się według wszelkich zasad fizy­ki. Ranieni ludzie czują ból, jak podczas rzeczywistej walki, „zabici” popadają w omdlenie, nikt nie jest w stanie zdać sobie sprawy, że to coś nierealnego.

– I? – mruknął ambasador.

– Walczył pan w obronie księżniczki Alijah... Oczywiście cała sytuacja była wywołanym czarami złudzeniem, jednak zdaniem królowej zasłużył pan na pewne przywileje – powiedział pułkownik.

– Hm... To znaczy?

– Prawo do noszenia magicznej broni w obecności rodziny królewskiej, jakiś lepszy apartament, może odrobina przychylności odnośnie waszych problemów z wydobyciem żelaza – wyliczała na palcach królowa. – Skanuj go, Adam! – poprosiła w myśli.

– Jest naprawdę wdzięczny.

– Gdzie go umieścić? – spytała.

– W błękitnym apartamencie.

– Może jednak w czerwonym? – zasugerowała.

– Czerwony jest dla książąt krwi...

– Bo ja wiem? A o czym on teraz myśli?

– Napawa się własnym bohaterstwem i... No, mniejsza o to – odpowiedział Adam.

– A konkretniej, pułkowniku?!

– Podobasz mu się – zameldował, z trudem tłumiąc rozbawienie.

– No proszę, nie dość, że odważny, to jeszcze z dobrym gustem – stwierdziła wyraźnie zadowolona. – Zamieszka pan w czerwonym apartamencie – zwróciła się do am­basadora Neufchatel. – Jutro Jego Wysokość wysłucha pańskiej prośby dotyczącej kwestii żelaza. Może pan też czasem przyjść pobawić się z Alijah – dodała, sygnalizując zakończenie audiencji.

Ambasador skłonił się nisko i opuścił komnatę. Kiedy wyszedł, de Sarnac, nie przejmując się etykietą, usiadł bez zaproszenia naprzeciwko królowej.

– Uff – stęknął. – Teraz została nam tylko nasza mała Marica.

– Nie licząc generała – przypomniała z uśmiechem.

– Adrienne – jęknął – naprawdę nie możesz się sama zająć tym starym żółwiem?

– Nie! – odpowiedziała stanowczo. – To przecież ty wymyśliłeś ten cały cyrk z ćwiczeniami. Nie mówiąc już o tych wszystkich pseudonimach – stwierdziła mściwie. – Wiewióra, też coś! – parsknęła pogardliwie.

– To konieczne – przypomniał jej. – Łatwiej walczyć i umierać za kogoś, kogo się lubi, łatwiej też zdradzić władcę niż przyjaciela... Jestem czasem taki znużony. – Adam ukrył twarz w dłoniach.

– Wiem, kuzynie, wiem – powiedziała miękko królowa, kładąc mu rękę na ramieniu. – No więc co z tą małą hrabiną? – spytała.

– Nie pamiętam dokładnie, chodzi chyba o jakiś skandal czy coś. Gdy przyjdzie, to ją odczytam – obiecał de Sarnac.


– Hrabina de Charny – zaanonsował Roshynski ubrany w mundur sierżanta gwardii.

Pułkownik de Sarnac z rozbawieniem spoglądał na pełniącego czasowo funkcję lokaja marine.

– To tylko chwilowe zajęcie – obiecał mu w myśli. – Musisz się trochę otrzaskać z tymi dworskimi ceremoniami...

Roshynski stanął u drzwi, obrzucając Adama ponurym spojrzeniem. Marica de Charny skłoniła się dystyngowanie przed królową.

– Pani...

Władczyni lekko skinęła głową.

– Co powiesz na propozycję objęcia stanowiska nauczycielki i opiekunki księżniczki Alijah? – spytała.

– To niemożliwe – odpowiedziała martwym głosem hrabina. – Dwa lata temu książę de Rizal oskarżył mnie o kradzież złotej statuetki z jego sypialni. Dwór w to uwierzył...

– I co? – rzuciła Adrienne do kuzyna.

– Nie zrobiła tego. Ten kundel zwabił ją do sypialni i chciał zgwałcić. Panienka pchnęła go nożem i stąd cała afera...

– Zbadamy tę sprawę, hrabino – stwierdziła królowa. – Możesz odejść.

Marica de Charny dygnęła i wyszła z komnaty bez słowa.

– Jutro... – zaczęła władczyni.

– Nie ty! – powiedział z naciskiem de Sarnac. – Nie ty... Niech zrobi to Thomas, on ma Justice, to powinno wystarczyć.

– Zastanowię się – mruknęła.

Pułkownik przewrócił oczyma.

– Pamiętasz, co się stało z tym malarzem?! Nie mieszaj się do tego!

– Zasłużył sobie! – Królowa wydęła gniewnie usta.

– Pewnie tak – odparł. – A pamiętasz tytuły w gazetach? „Barbarzyńskie tortury we Francji”, „Sztuka zmasakrowana” – zacytował ze złością.

– Zaraz, to u was...? – zająknął się marine. – Maestro Tiranoli...?

– Tak, u nas, maestro Tiranoli – odparł ironicznie pułkownik. – Pewnie pisali o tym nawet w cesarstwie? – zapytał.

– Pisali, że zmasakrowaliście znanego artystę i odesłaliście go półżywego, z listem pełnym obelg do akademii malarskiej w Wenecji...

– Maestro wykazał się większym kunsztem jako pedofil niż jako malarz – powiedział znużonym tonem Adam de Sarnac. – Kiedy wyszło na jaw, że zdeprawował kilkunastu chłopców i namalował obraz przedstawiający jego... hm... figle z dzieciakami, które rodzice posyłali do pracowni, aby nauczył je malarstwa, nasza władczyni dostała szału.

– Wcale że nie! – odparła zapalczywie królowa.

– Byłem przy tym – przypomniał jej zimno pułkownik. – Kazała go przytwierdzić do obrazu za pomocą gwoździ, a w usta wsadzić list akademii weneckiej proszący o stworzenie mu takich warunków, żeby mógł się wykazać pełnią ekspresji artystycznej na terenie naszego królestwa.

– Eee... gwoździami? – spytał marine, przełykając ślinę.

– Gwoździami – potwierdził de Sarnac. – ­Początkowo przebito mu tylko nogi i ręce, lecz pewien przedsiębiorczy gwardzista wbił jeszcze parę w narzędzie przestępstwa...

– Przeżył?

– Przeżył – stwierdził obojętnym tonem pułkownik. – Gwardziści wbijali gwoździe tak, aby nie zrobić mu większej krzywdy. Dotarł do Wenecji ekspresowym powozem w dość dobrym stanie. Jak się jednak można domyślać, był nieco... przybity – dodał.

– No dobrze – westchnęła królowa. – Zostawię to Thomasowi. Niech przemówi Justice.

– Grzeczna dziewczynka!


Adam de Sarnac skinął lekko głową, odpowiadając na salut gwardzisty. Dziś przed salą audiencyjną gwardia wystawiła dodatkowe posterunki. Odwrócił się, słysząc kroki.

– Po co to? – Roshynski patrzył na gwardzistów.

– Dzisiaj Thomas występuje w roli sędziego, każdy może odwołać się do królewskiej sprawiedliwości. Większa liczba strażników w taki dzień to rutyna – odparł Adam.

Naburmuszona Alijah maszerowała, trzymając marine za rękę. Ubrana w różową sukienkę, z kokardą we włosach wyglądała uroczo i niewinnie. Pojawiający się na zawołanie promienny uśmiech, podobnie jak wytrenowane spojrzenie przypominające wzrok zranionego jelonka sugerowały, że za kilka lat niewielu mężczyzn będzie w stanie oprzeć się małej kokietce. Tylko krnąbrna mina i niebezpieczne błyski w zielonych oczach psuły nieco ten idealny obraz. Pilnowanie jej sprawiało żołnierzom więcej kłopotów niż nadzór nad resztą rodziny królewskiej razem wziętą. Mimo swego wieku księżniczka cieszyła się zasłużoną reputacją największego chuligana w okolicy.

– Co się stało? – zapytał dziewczynkę de Sarnac.

Roshynski wymownie wywrócił oczami.

– Kobiety! – parsknął lekceważąco.

– Ja chcę go rzucić! – zawołała Alijah.

– Kogo?

– Kuzyna Victora.

– To go rzuć. – Adam wzruszył ramionami.

– Ale ty jesteś niemądry, wujku! Nie mogę go rzucić, jak on się do mnie nie odzywa!

– Czemu się nie odzywa?

– No bo kiedy mnie wepchnął do fontanny, to go kopnęłam. No wiesz gdzie...

– Ciężka sprawa – cmoknął współczująco Roshynski.

– Poproś o coś Victora – zaproponował de Sarnac. – Powiedz, że tylko on może ci pomóc, bo jest taki dzielny i mądry, a gdy ci pomoże, to go rzuć. Zgłupieje od tego całkiem, a ty się od razu lepiej poczujesz – dodał z uśmiechem.

– Zrobię tak – powiedziała dziewczynka. – Ale wcześniej pocałuję go tak jak mama tatę, żeby wiedział, co traci – zachichotała uradowana.

– Ekhm... – odchrząknął niepewnie. – Może bez tego całowania?

 

– Czemu? Mama cały czas tak robi.

– Mama jest trochę większą dziewczynką...

– To kiedy będę mogła się całować? – Alijah nadąsała się ponownie.

– Później o tym pogadamy – zadecydował Adam, wchodząc do sali.

– Księżniczka Alijah i pułkownik de Sarnac – zaanonsował jeden z pilnujących drzwi gwardzistów.

W komnacie przebywało kilkaset osób. Nie było to niczym niezwykłym, nawet jeśli nie spodziewano się specjalnych atrakcji, gdyż dworzanie traktowali ceremonię jako doskonałą okazję do zaprezentowania strojów, biżuterii i zorientowania się w najnowszych układach towarzyskich. Ogromna sala mogła pomieścić przynajmniej tysiąc osób. Wzdłuż ścian stali gwardziści, rozmieszczone co pięć metrów potężne okna zapewniały dość światła także w pochmurny dzień. Marmurowa posadzka w różnych odcieniach zieleni stanowiła wykwintny kontrapunkt dla ozdobionych jedwabnymi draperiami ścian. Sufit pokrywały freski przedstawiające mitologiczne sceny. Przy jednym z krótszych boków sali audiencyjnej ustawiono dwa trony z mahoniu i kości słoniowej.

– Mogą podejść proszący o sprawiedliwość! – zawołał donośnym głosem herold.

Do siedzącej pary królewskiej zbliżyła się tylko jedna osoba – hrabina de Charny.

– Proście o sprawiedliwość – Thomas de Sarnac wygłosił rytualną formułę.

Mocno zbudowany, muskularny władca siedział z pochmurnym wyrazem twarzy. Jasne, spłowiałe od słońca włosy i ogorzałe od wiatru policzki sugerowały, że często opuszcza pałac. Bladoniebieskie oczy otaczała sieć delikatnych zmarszczek, powstałych od intensywnego wpatrywania się w dal. Król Francji wyglądał na żeglarza, a nawet pirata. Nader przystojnego pirata...

– Najjaśniejszy panie, zostałam oskarżona o przestępstwo, którego nie popełniłam – rzekła kobieta. – Książę de Rizal skłamał, że ukradłam złotą figurkę z jego kolekcji, w rzeczywistości zaś zwabił mnie do swojej posiadłości i napastował.

Król skinął na stojącego nieopodal księcia.

– Ta kobieta kłamie! – oznajmił głośno książę de Rizal, podchodząc bliżej. – To zwykła kłamliwa...

Władca powstrzymał go gwałtownym gestem dłoni.

– Hrabino, czy stawia pani swoje życie na sąd boży?

Marica de Charny rozpięła obfity koronkowy kołnierzyk sukni i bez słowa uklękła na marmurowej posadzce w ułożonym z ciemnozielonych kostek kręgu. Po chwili krąg otoczyła błękitna aura. Marmurowe tessery promieniowały magią. W sali tronowej zaległa martwa cisza. Thomas de Sarnac wyciągnął z pochwy miecz i uniósł go nad głowę.

– Oto Justice, narzędzie sprawiedliwości! – zawołał.

Miecz rozjarzył się zimnym, białym płomieniem. Gdy król pochylił ostrze, szykując się do potężnego, oburęcznego cięcia, pułkownik de Sarnac dał znak gwardzistom, aby wyprowadzili Normana i Alijah z sali. Wzrok wszystkich dworzan wlepiony był w klęczącą kobietę. Hrabina zamknęła oczy, jej przyspieszony oddech słyszano chyba w najdalszych zakątkach sali tronowej. Władca błyskawicznie poprowadził ukośne cięcie, celując w kark klęczącej. Dźwięk, który się rozległ, można było porównać do zgrzytu żelaza po szkle. Po chwili Marica de Charny wstała.

– Justice przemówiła – oznajmił głośno Thomas de Sarnac.

Adam pospiesznie podsunął krzesło osłabłej z ulgi hrabinie.

– Jak to jest zostać publicznie uznanym za kłamcę, tchórza i świnię? – zapytał księcia de Rizal.

– Gdybyś nie był nieślubnym bękartem niewiadomego pochodzenia, może odpowiedziałbym ci mieczem – de Rizal leniwie przeciągnął słowa. – Chyba uderzył ci do głowy fakt nadania królewskiego nazwiska... Czym zaszczycono wielu królewskich i nie tylko królewskich bękartów – dodał, patrząc wyzywająco na królową. – Ale coś trzeba przecież zrobić z taką bezczelnością wobec lepszych od siebie...

Podszedł do Adama i nagłym ruchem uderzył go w twarz.

– Marszałek dworu przygotuje salę do pojedynku – odezwała się zimnym jak lód głosem władczyni.

– Ośmielam się nie zgodzić z Waszą Królewską Mością – odparł bezczelnie arystokrata. – Pojedynkować się można jedynie z równymi sobie, tak przewiduje kodeks honorowy – dodał z uśmiechem. – W całym królestwie są tylko dwie osoby dorównujące mi rangą, oczywiście poza rodziną królewską...

– Ma pan rację, książę. – Królowa uśmiechnęła się miło.

Wstała z tronu i podeszła do stojącego obok herolda. Zdumieni dworzanie ujrzeli, jak herold przekazuje jej laskę będącą oznaką jego funkcji. Adrienne de Sarnac uderzyła laską o podłogę.


– Marszałek polny Adam de Sarnac, królewski kuzyn pierwszego stopnia, trzeci w kolejności dziedziczenia tronu... Zwycięzca spod Lenz, zwycięzca spod Nord­lingen, zwycięzca spod Venalzio, ostatni dowódca Fortu Adrienne! – zawołała.

Adam otarł grzbietem dłoni krew z rozbitej wargi i zmierzył królową ponurym spojrzeniem.

– Dzięki, Wiewióra! – rzucił z przekąsem w myśli. – Właśnie poinformowałaś Czarnych Aniołów imperatora, kto nosił w czasie wojny srebrną maskę...

– Dasz sobie radę – odparła beztrosko.

Roshynski wpatrywał się w de Sarnaca z otwartymi ustami.

– To pan... pan dowodził w tych bitwach – powiedział cicho. – Zabił pan trzydziestu Czarnych Aniołów...

– Nie wszystkich naraz – skomentował Adam cierpko.

Przez tłum dworzan zaczęli się przedzierać gwardziści i żołnierze.

– A więc to jest Cień – mruknął potężnie zbudowany sierżant. – Byłem z tobą pod Lenz i Rocroi – dodał.

– Cień! – zawołał jakiś gwardzista. – Cień! Cień! – zaczęli skandować żołnierze.

Adam de Sarnac podszedł do arystokraty. Nagle w komnacie zrobiło się cicho.

– Proponuję piątą po południu – powiedział z uśmiechem.

Zdawało się, że zaledwie poruszył barkiem, lecz głowa księcia odskoczyła do tyłu i de Rizal zwalił się bezwładnie na posadzkę.

– Mam nadzieję, że czuje się pan, drogi książę, dostatecznie obrażony...

Mężczyzna podniósł się ciężko na nogi i zmierzył Adama spojrzeniem pełnym nienawiści.

– A więc o piątej – wycedził.


– Nie włożę tego! – zawył Adam de Sarnac.

– Włożysz! – wrzasnęła królowa i tupnęła nogą.

Roshynski z osłupieniem wpatrywał się w krzyczących na siebie członków francuskiej rodziny królewskiej. W Rzymie coś takiego byłoby nie do pomyślenia.

Wydawało się, że w osobistych kontaktach rodzina de Sarnac nie przestrzega żadnych zasad pałacowej etykiety.

– Tam są różowe kutaski! – zawołał z udręką w głosie Adam.

– Nie różowe, tylko malinowe – zaprzeczyła królowa. – No, niech będzie, że jasnomalinowe...

Oboje kontemplowali leżący na stole galowy mundur marszałka polnego.

– Jeśli mogę się wtrącić, najjaśniejsza pani... – powiedział marine niepewnie.

– Adrienne – poprawiła go odruchowo królowa. – Wszyscy gwardziści zwracają się do mnie po imieniu albo używają jednego z tych obleśnych przezwisk wymyślonych przez twojego szefa...

– Ciekawe, kto pierwszy krzyczał na podwórku... – zaczął Adam.

– Nie pamiętam! – odparła natychmiast zaczerwieniona królowa.

– Ale ja pamiętam. Pamiętam, Ruda – dorzucił mściwie.

– No więc, Adrienne... to mundur galowy, nie nadaje się do pojedynku – powiedział Roshynski.

– Milczałam całe lata! Teraz, kiedy wyjawiłam, komu zawdzięczamy wygraną wojnę, chcę go widzieć w mundurze, do którego ma prawo, i ze wszystkimi odznaczeniami!

– Myślałem, że to my wygraliśmy wojnę – zauważył marine.

– Akurat! Pokazać ci tekst traktatu zawartego z cesarzem?!

Królowa postąpiła krok w kierunku drzwi, jakby chciała zawołać służbę.

– Spokojnie, Adrienne, udawajmy przez chwilę, że jesteśmy normalni – powiedział z uśmiechem de Sarnac.

– A jesteśmy? – spytała figlarnie.

– Jest możliwy kompromis – zauważył łagodnie marine. – Przynajmniej w kwestii tego munduru... Pułkownik... przepraszam, marszałek może...

– Pułkownik – przerwał mu Adam. – Jestem pułkownikiem gwardii, regularną armią dowodziłem tylko z konieczności.

– To znaczy? – nie zrozumiał Roshynski.

– Czarni Aniołowie wybili wszystkich wyższych dowódców – wyjaśnił de Sarnac. – To znaczy wysłał ich ojciec obecnego imperatora – dodał.

– Ale...

– Dajmy temu spokój – machnęła ręką królowa. – Co z tym mundurem?

– Pułkownik może włożyć mundur polowy ze wszystkimi orderami. Przepisy dopuszczają taką możliwość. Dodam tu, kompletnie bez związku, że mundur polowy zapewnia swobodę ruchów i nie ma różowych kutasków – powiedział złośliwie żołnierz.

– Mam podzwaniać orderami w czasie walki?!

– „Sałatka owocowa” nie dzwoni – zauważył Roshynski.

– Co za sałatka? – Adrienne zmarszczyła ciemne brwi.

– Baretki – wyjaśnił chmurnie Adam. – Mam je naprawdę wszystkie...

– Co do jednej! – rozkazała twardo.


– Wyglądasz wspaniale, kuzynie – rozpromieniła się Adrienne de Sarnac.

Rozparty w fotelu pułkownik zerknął na nią ponuro. Zaraz po założeniu munduru polowego zameldował się w apartamentach władczyni. Cały czas demonstracyjnie okazywał, jak bardzo jest urażony jej poleceniem, ale nie wyczuwało się w nim prawdziwego gniewu. ­Adrienne zerkała na niego z niewinnym wyrazem twarzy, w jej oczach było widać wesołe błyski. Najwyraźniej stanowiło to część prowadzonej od dawna gry, która obojgu sprawiała niekłamaną przyjemność. Żadne z nich nie wykazywało najmniejszej obawy co do wyniku pojedynku.

Roshynski przyglądał się uważnie kolorowym baretkom na piersi Adama.

– Co pułkownik ma na kołnierzu? – zapytał.

– Srebrne Okucia – wyjaśniła królowa. – Najwyższe odznaczenie za walkę wręcz w warunkach bojowych.

– Może pójdziemy już do sali? – zaproponował ponuro Adam. – Paplacie i paplacie...

W sali tronowej rozchodził się zapach cedru. Na środku wytyczono krąg, w którym miał się toczyć pojedynek. Podłoga wewnątrz niego była wysypana cedrowymi trocinami. Pojedynkowy krąg otaczali gwardziści, za ich plecami stali dworzanie.

– Jego miłość książę de Sarnac – obwieścił herold.