Gambit WielopolskiegoTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta tytułowa

·R·O·Z·D·Z·I·A·Ł· I

·R·O·Z·D·Z·I·A·Ł· II

·R·O·Z·D·Z·I·A·Ł· III

·R·O·Z·D·Z·I·A·Ł· IV

·R·O·Z·D·Z·I·A·Ł· V

·R·O·Z·D·Z·I·A·Ł· VI

·R·O·Z·D·Z·I·A·Ł· VII

·R·O·Z·D·Z·I·A·Ł· VIII

Posłowie

Zwroty obcojęzyczne i ciekawostki

Adam Przechrzta

Książki Adama Przechrzty

Steelhog

Karta redakcyjna

Okładka



Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

I
·R·O·Z·D·Z·I·A·Ł·

Pociąg do Orenburga miał opóźnienie, ale Czachowski przypuszczał, że zostanie ono zniwelowane na trasie. Przy szybkości pięciuset wiorst na godzinę kilkunastominutowy poślizg nie miał większego znaczenia. A na dworcu powinien już czekać transport do Małej Taganki. Taganka... Niewielka stanica tuż na granicy z komunistycznymi Chinami. Oficer westchnął, przypomniawszy sobie, że mija właśnie trzeci dzień jego urlopu. Jednak nie mógł przecież odmówić prośbie generała Mierkułowa, Borysa Władysławowicza, wujka Borii.

Czachowski rozparł się wygodnie. Przedział był niemal pusty, poza nim zajmowała go jedynie podrzemująca przy oknie młoda dziewczyna i również przysypiający niewysoki, czarniawy porucznik piechoty.

Skinął uprzejmie głową w odpowiedzi na salut przechodzącego korytarzem pułkownika huzarów – zgodnie z niepisanym prawem nawet starsi stopniem pierwsi oddawali honory, widząc mundur osobistej gwardii cara. Sobstwiennyj Jego Impieratorskogo Wieliczestwa Konwoj był legendą. Od czasu oblężenia Sewastopola żołnierze Konwoja mieli pierwszeństwo w żołnierskich knajpach, na balach i w burdelach. I przyjmowali honory od starszych nawet o trzy rangi.

– Panowie oficerowie! – podał komendę porucznik, stając na baczność.

Czachowski nie zareagował. Do przedziału wszedł rosły mężczyzna w mundurze majora żandarmerii. Zmierzył ostrym spojrzeniem porucznika, bo komenda nie była zbyt entuzjastyczna i padła z parusekundowym opóźnieniem; mało kto lubił żandarmów. Po chwili przeniósł wzrok na Czachowskiego.

– Dokumenty poproszę! – warknął, piorunując wzrokiem oficera.

Wolno, z wykalkulowaną na zimno dezynwolturą Polak sięgnął po przepustkę.

– Pańskie szewrony! – Major wskazał palcem.

– Coś nie tak? – zdziwił się obłudnie Czachowski.

Rzecz jasna, wszystko było nie tak – naszywki umieszczono do góry nogami i poniżej łokcia, niczym u podoficera. Jedna z fanaberii, na jakie pozwalali sobie po Sewastopolu żołnierze Konwoja.

Żandarm poczerwieniał, zdawało się, że wybuchnie, ale po chwili jego spojrzenie prześliznęło się po baretkach Polaka. Po lewej stronie obrazującej wojskową karierę oficera „sałatki owocowej”, od strony serca, widać było jedno puste miejsce. Brakowało orderu „Za Sewastopol”, jednego z najważniejszych odznaczeń imperium. Widomy znak, że krnąbrny sztabskapitan brał udział w drugiej wojnie krymskiej. Gwardziści nigdy nie nosili tego orderu – w imię pamięci po poległych towarzyszach.

Zza pleców żandarma wyjrzała zafrasowana twarz jednego z żołnierzy patrolu. Aresztować oficera gwardii za nieprzestrzeganie przepisów ubiorczych? Wolne żarty – nawet głównodowodzący, brat imperatora, wielki książę Aleks udawał, że nie widzi braków w umundurowaniu gwardzistów. I nie dziwota, to właśnie Sobstwiennyj Jego Impieratorskogo Wieliczestwa Konwoj ocalił życie cara. Każdy dowódca garnizonu uwolni Polaka w ciągu kwadransa, a później weźmie się do nadgorliwych żandarmów.

Najwyraźniej major doszedł do tego samego wniosku, bo zgrzytnąwszy zębami, oddał Czachowskiemu dokumenty i bez słowa opuścił przedział.

– Panie kapitanie, przepraszam za te wrzaski – odezwał się ze skruchą w głosie porucznik – ale wolałem, żeby ten dupek nie oglądał zbyt uważnie moich papierów. Ostatnio taki skur... – urwał gwałtownie, widząc, że drzemiąca pod oknem dziewczyna otwiera oczy. – Raczy pani wybaczyć, mademoiselle. – Zaczerwienił się gwałtownie.

Dziewczyna odpowiedziała pobłażliwym uśmiechem.

– Nic się nie stało – zapewniła.

Rozchyliła kosztowny skórzany płaszcz, ukazując przepasaną w talii świtkę i przypięty do pasa pistolet.

– Pochodzę z dońskich Kozaków – powiedziała. – Czasem jak tatko po wódce się rozhula, to nie takie rzeczy mówi...

– Gdzie pani jedzie? – zainteresował się Czachowski.

– Do siostry. Mieszkają z mężem w Małej Tagance.

– W garnizonie? To przecież przy samej granicy – zmarszczył brwi oficer.

– W garnizonie – przytaknęła. – Miejsce żony jest przy mężu – stwierdziła spokojnie.

Do czasu, pomyślał ponuro Czachowski. Do czasu.

– A pan? – spytała.

– Też jadę do Małej Taganki. Jeśli nie ma pani nic przeciwko wojskowemu transportowi, to mogę panią podrzucić na miejsce – zaproponował. – Dojedziemy wcześniej niż poduszkowcem pasażerskim.

Po chwili wahania dziewczyna przyjęła ofertę. Co prawda na pograniczu nie było najbezpieczniej i samotna kobieta musiała uważać, z kim się zadaje – rzecz nie do pomyślenia w centralnych prowincjach imperium – ale nawet najgorszy degenerat pomyślałby dwa razy, zanim zadarłby z Kozakami. W razie czego miałby szczęście, gdyby pierwsza dopadła go policja. Zresztą smukła jak brzózka dziewczyna bynajmniej nie sprawiała wrażenia bezbronnej. Wychowana w kozackiej stanicy, zapewne potrafiłaby bez trudu dać do zrozumienia każdemu natrętowi, że jego zainteresowanie nie jest mile widziane.

Porucznik, wyciągnąwszy z plecaka gitarę, zwrócił się w stronę towarzyszki podróży, zaintonował starą kozacką balladę. Młoda kobieta zawtórowała mu czystym, wysokim głosem. Czachowski zmrużył oczy, ukołysany tęskną melodią i sykiem powietrza rozcinanego przez mknący na magnetycznej poduszce pociąg.

Nie dla mienia pridiot wiesna...

Nie dla mienia Don razoljotsia

i sierdce diewiczje zabjotsia

s wastorgom czuwstw... Nie dla mienia.

Nie dla mienia cwietut sady,

w dolinie roszcza rascwietajet.

Tam sołowiej wiesnu wstrieczajet...

On budiet piet′ nie dla mienia.

Nie dla mienia, nie dla mienia...

Nie dla mienia, nie dla mienia...

Nie dla mienia kujut konia

i wietier griwoju igrajet.

On bjot kopytom i nie znajet –

Jego kujut nie dla mienia...

Jakaś uparta, przekorna część umysłu na wpół śpiącego oficera tłumaczyła słowa na polski, pomimo że czynność ta była tyleż płonna, co absurdalna, bo Czachowski nie tylko mówił, ale i myślał po rosyjsku.

Nie dla mnie wiosna nastanie...

Nie dla mnie wyleje Don

i serce dziewczęce z zachwytem

zabije... Nie dla mnie.

Nie dla mnie kwitną drzewa,

gaj w dolinie rozkwita.

Tam słowik wiosnę wita,

lecz nie dla mnie już śpiewa.

Nie dla mnie, nie dla mnie...

Nie dla mnie, nie dla mnie...

Nie dla mnie kują konia

i wiatr mu grzywę szarpie.

Biegłby mój rumak, lecz nie wie –

Że kują go już nie dla mnie...[1]


– Musi pan być kimś ważnym – stwierdziła dziewczyna, popatrując na niego z ciekawością.

– Ja? – zdziwił się szczerze Czachowski. – Skąd pani to wnosi?

Oficer umieścił już bagaż współpasażerki w przedziale desantowym potężnego WKA-120 i zabrał się do przenoszenia własnych manatków. Nie żeby było ich wiele: worek zawierający kilka zmian odzieży i przybory toaletowe oraz walizka z bronią. Generał Mierkułow pozwolił mu zabrać własny sprzęt, ponieważ tereny graniczące z Chinami nie cieszyły się dobrą sławą.

 

– No przecież przysłali kabana – odparła prostodusznie, wskazując okazały pojazd. – Z eskortą.

Polak westchnął, bezradnie omiatając spojrzeniem drapieżne sylwetki dwóch wozów zwiadowczych flankujących transporter. Obowiązywał go – jak i wszystkich żołnierzy gwardii – stanowczy zakaz krytykowania członków rodziny panującej. Litery WKA pochodziły od słów „wielki książę Aleks”. Problem w tym, że żołnierze woleli używać mniej oficjalnej nazwy znakomitej skądinąd maszyny. Jakiś dowcipniś, i nie bez powodu, ochrzcił ją mianem wieprza. Cóż, Bogiem a prawdą rzeczywiście istniało pewne podobieństwo pomiędzy wyglądem transportera a zwalistą sylwetką wielkiego księcia. Żartowano, że niedługo do armii trafi kolejna wersja rozwojowa WKA, tym razem oznaczona liczbą 130, będącą odbiciem aktualnej wagi głównodowodzącego...

– Widział pan brata imperatora? Naprawdę jest taki gruby? – kontynuowała.

– Wielki książę jest znakomitym tancerzem – odpowiedział z kamienną twarzą Czachowski.

Stanowczym gestem zaprosił dziewczynę do wnętrza pojazdu, sam usiadł przy panelu obserwatora – jeden z żołnierzy ustąpił mu miejsca. Ruszyli. Lekkie poduszkowce wyprysnęły naprzód, momentalnie otaczając się polem maskującym. Jedynie ledwie dostrzegalne drgania powietrza i uginająca się trawa – znajdujący się na przedmieściach Orenburga dworzec otoczony był starannie przystrzyżonymi gazonami – pozwalały prześledzić ich trasę. Kaban nie był taki szybki, a jego system kamuflażu zacierał tylko z grubsza kontury maszyny, ale wielowarstwowy pancerz i sześciolufowe działko Gaussa czyniły go śmiertelnie groźnym przeciwnikiem. Oficer nie czuł się szczególnie zagrożony, przebywał już w miejscach stokroć bardziej niebezpiecznych, stąd sądził, że przydzielona mu eskorta była raczej wyrazem troski o misję. Generał Mierkułow nie ukrywał powagi sytuacji; superkomputery z petersburskiego Centrum Symulacji Rzeczywistości wykryły kolejnego jokera, człowieka, którego działania mogły zmienić bieg historii. Ten był na pozór zwykłą blotką – używając ulubionej przez ekspertów Centrum karcianej terminologii – ot, poruczniczyna w nadgranicznym garnizonie. Natomiast fakt, że uczestniczył aktywnie w działaniach tajnej organizacji o dźwięcznej nazwie „Śmierć Wielopolskiemu!”, dążącej do wyjaśnienia, dlaczego margrabiemu przyznano status bohatera imperium, nie był już taki zwyczajny. Wytypowany przez system człowiek był Polakiem, dlatego do wykonania misji wybrano właśnie Czachowskiego – także Polaka. I aktywistę uznawanej za terrorystyczną grupy „Niepodległa”. No dobrze, byłego aktywistę. Czachowski miał nadzieję, że dogada się z rodakiem, wiedział, że w przypadku niepowodzenia sprawa zostanie przekazana do odpowiedniego wydziału ochrany. I zamknięta. Definitywnie zamknięta.


Czachowski zapukał w niedbale pomalowane drzwi. Wnioskując z ich wyglądu, panienka Maria najwyraźniej nie cieszyła się jakimiś szczególnymi przywilejami, mimo że była siostrą żony dowódcy bazy, pułkownika Skopenki. A może po prostu nadgraniczna stanica nie dysponowała lepszymi apartamentami? W końcu nawet on sam, oficer gwardii, otrzymał do dyspozycji izdebkę, którą co najwyżej można było nazwać przyzwoitą.

Nie doczekawszy się odzewu, zastukał ponownie. Po chwili dziewczyna stanęła w drzwiach, wyraźnie starając się opanować przyspieszony oddech. Kunsztownie ułożone włosy i pociągnięte opalizującą pomadką usta wskazywały, że kilka ostatnich chwil spędziła przed lustrem.

– Mario Aleksandrowna. – Oficer skłonił się lekko.

– I cóż, kapitanie? Przyszedł pan zaprosić mnie na spacer, a może do kantyny? – Spojrzała na niego spod opuszczonych rzęs.

– Ja...

– Siostra ostrzegała mnie przed gwardzistami. Podobno uwielbiacie bałamucić młode dziewczęta.

– Ale...

– No dobrze, możemy iść na spacer – poinformowała, kapryśnie wydymając wargi.

Czując się głupio jak rzadko kiedy, Czachowski cofnął się o krok.

– Z przyjemnością zaproponowałbym pani spacer, jednak... – zawiesił głos, bo nie bardzo wiedział, jak dokończyć zdanie.

Drobna, ale bynajmniej nie słaba dłoń złapała Czachowskiego za rękaw, obróciła lekkim szarpnięciem. Dziewczyna zabrała mu trzymany za plecami kombinezon i obejrzała z beznamiętnym wyrazem twarzy. Jeden ze szwów był rozpruty.

– A więc tak naprawdę potrzebował pan jedynie usług szwaczki?

Oficer z konsternacją uświadomił sobie, że na twarz wpełza mu rumieniec. Dawno niewidziany i raczej nieoczekiwany gość.

Roześmiała się pierwsza, w chwilę później zawtórował jej Czachowski. Przez kilka minut zaśmiewali się jak dzieci, nie mogąc opanować wesołości.

– No cóż – oznajmiła, kiedy otarła łzy – jeśli nie chce mnie pan bałamucić, to zaszyję panu ubranie.

– Będę wdzięczny – zapewnił Polak.

– Ale przecież ma pan taki ładny mundur?

– Nawet kilka. Jednak wolałbym, aby nie salutowano mi na każdym kroku – wyjaśnił. – Chcę pogadać z żołnierzami... nieoficjalnie.

– Nie umie pan szyć? Myślałam, że każdy żołnierz...

– Niech pani nie kopie leżącego – poprosił. – Sobstwiennyj Jego Impieratorskogo Wieliczestwa Konwoj to dość specyficzna formacja. Służą tam tylko oficerowie i każdy z nas ma przynajmniej jednego ordynansa.

– Nigdy pan niczego nie zszywał?

– Dwa lata temu łatałem ranę koledze. Kiedy odzyskał przytomność, nie był zbyt zadowolony z moich umiejętności. Blizna wyglądała paskudnie.

– Myślałam, że wszyscy używają kleju tkankowego.

– Nie mieliśmy kleju – wymamrotał Czachowski. – Nie mieliśmy wielu rzeczy...

– Nie mieliście kleju? Przecież to standardowe wyposażenie każdego pakietu medycznego. Zaraz! Sewastopol! Pan był w Sewastopolu!

– Byłem – przyznał oficer, odwracając wzrok. – I proszę, nie rozmawiajmy o tym. – Powstrzymał ją gestem.

– A jednak nie jest pan takim bałamutem, jak przypuszczałam. Cóż łatwiejszego, niż emablować dziewczynę opowieściami o walkach w Sewastopolu?

– Żaden gwardzista nie będzie uwodził kobiet, wspominając walki w Sewastopolu – zapewnił głuchym głosem Czachowski. – Nigdy...

– Gotowe – poinformowała i odgryzła nitkę. – Jest pan żonaty? – zapytała znienacka.

– Już nie – odparł sucho. – I nie, nie powiem dlaczego – oznajmił, widząc, że dziewczyna otwiera usta. – Dziękuję za kombinezon.

Na korytarzu dogonił go dźwięk gitary – grał któryś z żołnierzy. Dobór piosenki nie poprawił Czachowskiemu humoru.

No a kobiety, te z żołnierskich snów,

co robią, gdy nas w domu widzą znów?

Witają nas, choć pragną uciec stąd,

gdzie niewiernością cuchnie każdy kąt.

I znowu dudni krok, żołnierski krok,

a górą jak szalony śmiga ptak.

Na karkach swych czujemy kobiet wzrok.

Czy wiecie, o czym myślą, patrząc tak?


Porucznik Różycki – wysoki blondyn o ostrych, kanciastych rysach twarzy, nie wyglądał na speszonego, mimo że wizyta oficera carskiej gwardii z pewnością nie była czymś zwyczajnym. Z drugiej strony na pograniczu nie zwracano specjalnej uwagi na konwenanse. Liczyło się przeżycie i niewiele więcej. Z rozmowy z pułkownikiem Skopenką wynikało, że tylko w ciągu ostatniego miesiąca jego ludzie odparli trzy rajdy rebeliantów z Nowego Xinjiangu i zastrzelili chińskiego dywersanta.

Oparty łokciami o zwieńczenie stylizowanego na średniowieczny muru Różycki beztrosko ćmił papierosa, zapatrzony w pulsujące poniżej, cicho brzęczące L-pole. Jak zauważył mimochodem Czachowski, wydychana przez porucznika substancja niespecjalnie przypominała ekologiczną parę wodną – zapewne wkład elektronicznego papierosa został odpowiednio podrasowany. Zapach przypominał prawdziwy tytoń, a lekka, słodkawa nuta sugerowała domieszkę marihuany. Nic specjalnego w armii, nic szczególnego na pograniczu.

– O czym chciał pan porozmawiać, kapitanie? – rzucił wreszcie Różycki bez specjalnego zainteresowania w głosie.

– O panu – odparł spokojnie Czachowski. – Możemy też porozmawiać o Wielopolskim. Nawiasem mówiąc, nazwa „Śmierć Wielopolskiemu!” jest dość pretensjonalna, a i z punktu widzenia logiki nie za bardzo... W końcu margrabia zmarł pod koniec dziewiętnastego wieku.

Cisza trwała przez kilka uderzeń serca.

– Zapewne w tym momencie powinienem zemdleć z wrażenia? – spytał domyślnie Różycki.

Spokojnie wyłączył papierosa, opuścił ręce wzdłuż ciała. Teraz jego prawa dłoń znalazła się tuż przy rękojeści przypiętego na udzie bojowego noża i niewiele dalej od kolby pistoletu.

– Chciałem porozmawiać – zaznaczył z naciskiem Czachowski. – Nic więcej.

– A jeśli rozmowa nie przyniesie skutku, zajmie się mną...

– Kto inny – wpadł mu w słowo Czachowski. – To, niestety, jedyna opcja – powiedział. – Jest pan jokerem. Tak twierdzą ludzie z CSR – dorzucił wyjaśniająco.

– Chce pan apelować do mojego instynktu samozachowawczego?

– Chcę apelować do pańskiego rozsądku.

– Mam uwierzyć, że Wielopolski był tylko szefem rządu Królestwa Polskiego, jak podają oficjalne podręczniki? Chce mnie pan przekonać, że za okresem prosperity, jaki zapoczątkował w tysiąc osiemset sześćdziesiątym trzecim, nic się nie kryje?!

– Ależ kryje się, kryje...

– Nasi badacze ustalili... Tak, my też mamy komputery! – rzucił Różycki z przekąsem i kontynuował: – że Wielopolski powstrzymał nadchodzące powstanie, organizując brankę, nadzwyczajny pobór do wojska. I przeprowadził ją w niesłychanie brutalny sposób. A Polska już nigdy nie próbowała odzyskać niepodległości...

Czachowski bez słowa pokręcił głową.

– Niby dlaczego mam panu wierzyć?! Panu, pretorianinowi imperatora!

– Kłamstwo nie leży ani w moim charakterze, ani w interesie Jego Wysokości – odparł zimno kapitan. – Po prostu nie macie racji. Branka? Też mi sposób... Organizacje powstańcze miały swoich szpiegów wśród carskich urzędników, zresztą wielu z tych ostatnich było Polakami, właśnie dzięki Wielopolskiemu. To przecież on naciskał rosyjską administrację, aby przyznano większe prawa Polakom. Jest pan zawodowcem, naprawdę myśli pan, że masowy i imienny pobór do wojska, operację, było nie było, o ogromnym zasięgu, dałoby się w ówczesnych warunkach utrzymać w tajemnicy? Jak długo? A jak zareagowaliby ludzie wymienieni na liście? Ci, których miano przymusowo wziąć do armii?

Różycki milczał.

– Powstanie zaczęłoby się wcześniej, niż planowano, bo wszyscy proskrybowani daliby dyla do lasu! Ot, co przyniosłaby wasza branka!

– A więc co się stało? Co takiego zrobił Wielopolski, że myśl o powstaniu rozwiała się jak sen złoty, a sam margrabia został bohaterem imperium? – zapytał cicho porucznik. – A może nie mam prawa tego wiedzieć? Bo przecież w każdym podręczniku można wyczytać, że uzasadnienie przyznania tytułu utajniono.

– Może pan pytać o wszystko i gwarantuję, że otrzyma pan odpowiedź – odparł zmęczonym tonem Czachowski. – Nie mam na myśli siebie, bo moja wiedza jest ograniczona, ale od dzisiaj przysługuje panu dostęp do Centrum.

– Pod warunkiem?

– Żadnych warunków. Oczywiście rozumie się, że albo wyjdzie pan z Centrum przekonany do idei wspierania monarchii, albo będzie pan martwy. Ale to już nie moja decyzja.

– Rozumie się – przytaknął Różycki, ponownie włączając papierosa.

Wyglądało na to, że perspektywa gwałtownej śmierci niespecjalnie go poruszyła. Co było do przewidzenia – w rejonach przygranicznych toczyła się wojna, a nie urodził się jeszcze taki agent ochrany, który przewyższyłby rebeliantów w pomysłowości, jaką ci wykazywali, mordując schwytanych żołnierzy imperatora. Na pograniczu nikt, absolutnie nikt – od nastoletnich dziewcząt po starców – nie rozstawał się z bronią. Nigdy i pod żadnym pozorem. I wszyscy wiedzieli, że ostatni pocisk należy zachować dla siebie.

– No więc w imię czego Wielopolski zamienił ideę zwycięskiego powstania na służbę caratowi?

– Zwycięskiego powstania? – powtórzył urągliwie Czachowski. – Na litość boską, poruczniku... Aby powstanie zwyciężyło, musiałoby mieć szerokie poparcie w społeczeństwie. Tymczasem niemal nikt go nie chciał, podobnie jak listopadowego. Trzeba było wreszcie sprawnej organizacji i współdziałania dowódców, a żaden z tych warunków nie został spełniony.

 

– Jeśli chodzi o tę ostatnią kwestię, ma pan na myśli powstanie listopadowe czy to późniejsze, niedoszłe, bez nazwy? – spytał zjadliwie Różycki.

– Oba. – Sztabskapitan wzruszył ramionami. – Wie pan, co się stało, kiedy Rosjanie wykryli działalność spiskową w przededniu powstania listopadowego? Te wszystkie Towarzystwa Patriotyczne, Wolnomularstwa Narodowe i inne Panta Koiny? Otóż powołali Sąd Najwyższy Wojenny, uwaga, uwaga! złożony z samych Polaków. W jego skład weszli generałowie Hauke, Blumer, Kurnatowski oraz pułkownicy Bogusławski i Skrzynecki. Jak to zacne grono osądziło rodaków? Ano trzech podsądnych co prawda uniewinnili, ale już Łukasińskiego skazali na dziewięć lat ciężkiego więzienia, a Dobrogojskiego i Dobrzyckiego na sześć.

– Skrzynecki głosował przeciwko wyrokowi skazującemu!

– Owszem – przytaknął Czachowski. – Głosował. Bo przed podjęciem decyzji dał do zrozumienia działaczom Towarzystwa Patriotycznego, że „wypełni swój obowiązek jako Polak i jako sędzia”, ale potrzebuje natychmiast szesnaście tysięcy złotych na różne, jak to się wyraził, forszusa. I otrzymał te pieniądze.

Różycki zaciągnął się nerwowo, uderzył zaciśniętą pięścią w mur.

– Niemniej... – zaczął.

– Niemniej zwymyślany przez wielkiego księcia Konstantego, natychmiast wycofał swój sprzeciw. Ciekawi pana, jak uzasadnił swoją postawę późniejszy wódz naczelny powstania? Otóż stwierdził, że „czuje w swym sumieniu”, że powinien swój głos połączyć z głosami pozostałych sędziów. No i połączył.

– Jednak masowe powstanie...

– Masowe powstanie? A któż miał robić to „masowe powstanie”? Ciemne i głupie chłopstwo, które nie za bardzo pojmowało, że istnieje coś, co można nazwać narodem polskim, a już zupełnie nie miało zamiaru bronić interesów owego narodu? Mieszczaństwo, które chciało jedynie spokojnie żyć i pracować, póki rewolucyjne nastroje nie podgrzały atmosfery? A może zajęta gospodarowaniem w swoich majątkach szlachta? Oficerowie? Wolne żarty! Niemal wszyscy byli przeciwko powstaniu, bądź to ze względu na wierność danej carowi przysiędze, bądź też dochodząc do wniosku, że walka z Rosją nie ma szans powodzenia. Albo jedno i drugie. Wielu z nich zginęło, usiłując powstrzymać coś, co postrzegali jako nieodpowiedzialną awanturę. Napotkawszy maszerujących przez miasto podchorążych, generał Hauke zaapelował: „Idźcie do domów, dzieci”. „Dzieci” odpowiedziały salwą. Darzony przez wojsko ogromną sympatią generał Stanisław Potocki został najpierw kilkakrotnie poturbowany, a kiedy przemawiał do żołnierzy Trzeciego Pułku Piechoty Liniowej, ciężko postrzelony. Zmarł dzień później, rozpaczając, że „życie polska wydziera mu ręka”. Generał Ignacy Blumer poległ przy Arsenale, kiedy próbował powstrzymać kompanię Piątego Pułku Piechoty. Postrzelono go i pchnięto bagnetem. Zginął także rozmawiający z grupką powstańców generał Siemiątkowski. Tego do wystąpienia przeciwko powstaniu namawiał pułkownik, późniejszy generał i wódz naczelny Skrzynecki. Sam, a jakże! przeciwny listopadowemu zrywowi. Można by wymieniać długo – zakończył z westchnieniem Czachowski. – Tylko po co...?

Tym razem milczenie trwało dłużej niż poprzednio. Ciszę przerywał tylko suchy trzask ponownie zapalanego papierosa – najwyraźniej wkład nie był najlepszej jakości.

– A jednak minął się pan z prawdą – odezwał się wreszcie Różycki. – Pańska wiedza nie jest wcale tak ograniczona, jak pan sugerował.

– Mówi panu coś nazwa „Niepodległa”?

– Więc i o tym wiecie?

– Wiemy?

– No, ochrana i...

– Poruczniku – przerwał mu bezceremonialnie Czachowski – jeśli jeszcze raz zasugeruje pan, że mam coś wspólnego z jakąkolwiek instytucją czy formacją inną niż Sobstwiennyj Jego Impieratorskogo Wieliczestwa Konwoj, wyślę panu sekundantów.

Kapitan mówił bez specjalnego nacisku, ale jego słowa miały ponury, metaliczny pogłos przypominający szczęk repetowanego staroświeckiego karabinu. Nie było w nich tonu pogróżki, ale Różycki i tak musiał poczuć ciarki wzdłuż kręgosłupa. Zapewne zdał sobie sprawę, że jeszcze nigdy nie był tak blisko śmierci.

– Przepraszam – wykrztusił porucznik.

– Byłem jedną z osób, które stworzyły Niepodległą – kontynuował po niedługiej przerwie Czachowski. – I brałem udział nie tylko w działaniach zmierzających do wyjaśnienia tajemnicy Wielopolskiego, ale i w zamachach.

– Dlaczego zmienił pan zdanie? Bo zmienił pan przecież?

– Zmieniłem – przyznał kapitan.

Sięgnął do kieszeni nieco nerwowym gestem, wyciągnął paczkę papierosów. Prawdziwych, nie elektronicznych.

– To nie jest nielegalne? – spytał z wahaniem w głosie Różycki.

– Papierosy? A tak, oczywiście.

Czachowski podsunął rozmówcy paczkę.

– Myślałem, że można je zobaczyć tylko na starych vidach – oznajmił podekscytowany Różycki. – One naprawdę są takie szkodliwe?

– Myślę, że dużo mniej niż marihuana...

Zapalili.

– Skąd pan to ma? Bo ani u nas, ani w Eurolandzie...

– Kaban je lubi – wyjaśnił Czachowski, wzruszając ramionami. – A ponieważ nie jest skąpy, dzieli się z Konwojem.

– Ma pan na myśli wielkiego księcia? Przecież nie wolno panu...

– Powiedzmy, że miałem na myśli bardziej pozytywne znaczenie tego słowa.

Porucznik odchrząknął dyplomatycznie – rzeczywiście termin „kaban” mógł oznaczać także dzika.

– Dlaczego zmienił pan poglądy? – wrócił do wcześniej zadanego pytania. – Czym pana przekonali, bo przecież nie zastraszyli?

– Rzecz jest prosta. – Czachowski wydmuchnął dym. – Po wizycie w Centrum doszedłem do wniosku, że wspieranie monarchii leży w najlepszym interesie wszystkich Polaków. Dlatego też wstąpiłem do gwardii.

– Przyjęli pana? Z pańską... przeszłością?

– Centrum za mnie poręczyło. Tych maszyn nie można oszukać. No a przynajmniej nikomu się dotąd nie udało...

– Naprawdę? Mam uwierzyć, że ich prognozy zawsze się sprawdzają? Na podstawie jakichś tam analiz mam nagle zacząć pomagać komuś, kogo do tej pory uważałem za największego wroga swojego narodu?

Czachowski parsknął śmiechem.

– Proszę wybaczyć moją niewczesną wesołość, poruczniku, ale przypomina mi pan mnie samego cztery lata temu – wyjaśnił przepraszającym tonem. – Ja także zadawałem sobie takie pytania.

– I co?

– Przede wszystkim to nie są „jakieś tam analizy” – powiedział Czachowski już poważnie. – Słyszał pan o śladach biologicznych?

– Jeśli to wiedza ze szkoły oficerskiej, to chyba nie uważałem na zajęciach...

– Na wszystkim, czego pan dotyka czy używa, zostaje ślad – wyjaśnił zwięźle Czachowski. – Pot, ślina, tłuszcz, wreszcie krew. Dawniej niewiele można było z tego wywnioskować. Co najwyżej dało się ustalić grupę krwi czy DNA. Dzisiaj... dzisiaj można dużo więcej. Praktycznie co tylko pan sobie zażyczy – dodał nie wiedzieć czemu głuchym głosem. – Komputery potrafią przeanalizować procesy zachodzące w organizmie, a wszystko to na bazie śladów biologicznych. Mogą określić nie tylko stan pańskiego zdrowia, ale i nastrój, a nawet z prawie stuprocentową dokładnością prognozować, co pan zrobi. Baza danych przechowywana w Centrum obejmuje miliony osób: i tych żyjących w przeszłości, i obecnie. Jeśli porówna się pańskie dane z informacjami uzyskanymi od osób, z którymi ma się pan spotkać, nieważne, w jakiej sprawie, można przewidzieć wynik tego spotkania. Z niemal absolutną pewnością. Oczywiście to wszystko podszyte jest analizą matematyczną, obliczeniami z zakresu rachunku prawdopodobieństwa i wielu innych dziedzin. Jeśli pan zechce, wyjaśnią to panu fachowcy, choć ważne jest jedno: to naprawdę działa.

– I cóż z tego?

– Centrum bada warianty przyszłości niczym wróżka. Bazuje na przeogromnych zbiorach śladów biologicznych zebranych z przedmiotów, których używali jokerzy, na wszelkiego typu dokumentach, wspomnieniach, raportach wywiadu. Odpowiada na pytania w rodzaju „co by było gdyby”. I sugeruje odpowiednie działania. Gdzieś tam, w Centrum, w otchłaniach cyberprzestrzeni hoduje się wizje Rosji bez Romanowów i Polski, która przegrała, bo i przegrać musiała, powstanie styczniowe. Tak je nazwano – dodał sztabskapitan z gorzkim uśmiechem. – Styczniowe... I niech mi pan wierzy, to wizje przerażające. Światowe wojny, masakry cywilów, miliony ofiar... I mała, jakże mała! Polska. Mała terytorium, mała głupotą swoich przywódców, mała gospodarczo. Dlatego wstąpiłem do gwardii, dlatego popieram cara. Bo odgałęzienia przyszłości, w których Romanowowie tracą władzę, są dużo gorsze dla ludności imperium, także dla nas, Polaków.

– Naprawdę uwierzył pan w te wszystkie prognozy?! Dał się pan omamić...

– Poruczniku, czy naprawdę uważa pan, że przerasta mnie o głowę intelektem? Że przyjąłem to na wiarę? Nie sprawdziłem?! – warknął Czachowski. – Jedynie dlatego, że różnię się z panem w poglądach?!

Ponownie zapadło milczenie, tylko z głębi stepu słychać było grające w burzanach świerszcze.

– Świerszcze – odezwał się ze zdziwieniem w głosie Różycki.

Mężczyzna potrząsnął głową, jakby chciał powrócić do przytomności. Coś było nie tak. Mocno nie tak.

– L-pole! – wrzasnął Czachowski. – Wyłączyli L-pole!

Porucznik przechylił się przez zwieńczenie muru – rzeczywiście, błękitny wał otaczający stanicę zniknął.

– Co się... – zaczął.

Nie dokończył zdania. Pistolet Czachowskiego pluł już ogniem w stłoczone pod bramą cienie. Rozległ się ogłuszający ryk, kiedy zadziałał system alarmowy. Z koszar wysypali się na wpół ubrani, za to uzbrojeni żołnierze.

– Atas! Orużje k boju! – rozległ się krzyk jakiegoś oficera.

Jednak zanim ludzie Skopenki dotarli na stanowiska, włączyły się sterowane przez komputery działka Gaussa i sprzężone lasery. Ziemia wokół bazy zakipiała, orana tysiącami pocisków wystrzeliwanych z ośmiokrotną prędkością dźwięku, gdzieniegdzie zadymiła, żarzona przez rozkwitające w mroku nocy liliowozłote słońca. Atak załamał się równie nagle, jak się rozpoczął. Stanica zareagowała na zagrożenie błyskawicznie, brutalnie, z okrutną skutecznością. Jak to na pograniczu.