Demony zemsty. BeriaTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Demony zemsty. Beria
Demony zemsty. Beria
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 73,58  58,86 
Demony zemsty. Beria
Audio
Demony zemsty. Beria
Audiobook
39,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Karta tytułowa

Cykl Wojenny Adama Przechrzty

Rozdział pierwszy

Rozdział drugi

Rozdział trzeci

Rozdział czwarty

Rozdział piąty

Rozdział szósty

Rozdział siódmy

Rozdział ósmy

Rozdział dziewiąty

Rozdział dziesiąty

Rozdział jedenasty

Zwroty i ciekawostki

Karta redakcyjna

Okładka


Cykl Wojenny Adama Przechrzty

1 Demony Leningradu

2 Demony wojny, cz. 1

3 Demony wojny, cz. 2

4 Demony czasu pokoju

5 Demony zemsty. Abakumow

6 Demony zemsty. Beria

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Rozdział pierwszy

Ze snu wyrwało mnie poczucie zagrożenia. Obudziłem się z bijącym jak oszalałe sercem, przez dłuższą chwilę usiłowałem wrócić do rzeczywistości, wreszcie zaczęły docierać do mnie dźwięki. Najpierw usłyszałem walenie w drzwi, później łomotowi zawtórowały gardłowe męskie głosy kontrapunktowane przez trzask repetowanej broni. Zwlokłem się z łóżka, spojrzałem na zegar – dochodziła druga w nocy. Ki czort? Sąsiadów miałem spokojnych, co nie znaczy, że miłych: gdyby zgromadzić wszystkie donosy, jakie na mnie nasmarowali, wygrałbym dzielnicowy konkurs zbierania makulatury.

Narzuciłem szlafrok i poczłapałem do drzwi; przechodząc obok biurka, odruchowo wysunąłem szufladę i sięgnąłem po tokariewa, ale po namyśle odłożyłem pistolet. Bo i na co mógł mi się przydać? Pewnie Żora Malinin tłukł swoją babę, stąd i zamieszanie. A bo to pierwszy raz? Tyle że do tej pory dyscyplinował żonę w dzień i bez wielkiego szumu. Ot, gad! Może dostał premię i wystarczyło mu na drugą flaszkę? No, już ja mu wyjaśnię, że nie należy zakłócać nocnej ciszy!

Rozmyślania przerwał mi potężny huk, zaraz potem kolejny. Zakląłem pod nosem i wypadłem na korytarz, zbiegłem piętro niżej. Pod mieszkaniem Malininów stało kilku uzbrojonych po zęby milicjantów, jeden leżał na posadzce w kałuży krwi. Pokaźna dziura w drzwiach nie pozostawiała wątpliwości, że gospodarz lokalu nie jest w najlepszym humorze. Nie siląc się na delikatność, złapałem rannego za kołnierz munduru i odciągnąłem na bok. Wyglądało, że dostał breneką. Tylko skąd u Malinina broń? Może polował? Myśliwy, kurwa jego mać!

Pobieżnie zbadałem ranę pod obojczykiem, rozdarłem nieszczęśnikowi koszulę i założyłem prowizoryczny opatrunek.

– Co tu się dzieje?! – rzuciłem gniewnie.

Młody milicjant zamierzył się na mnie kolbą karabinu, ale inny, z oznaczeniami sierżanta na pagonach, powstrzymał go gwałtownym gestem.

– Spokój! – warknął. – To pułkownik Razumowski!

– Prze…przepraszam – wymamrotał blady na twarzy młodzik.

Chłopak wyglądał, jakby miał zwymiotować.

– Wejdź piętro wyżej, mam telefon, mieszkanie numer osiem. Zadzwoń po karetkę – poleciłem szorstko. – Tylko nie zarzygaj mi dywanu! Co się dzieje? – powtórzyłem, patrząc na plecy pędzącego do góry młodzieńca.

– Malinin – odparł z obrzydzeniem sierżant. – Wywalili go z pracy i pije od tygodnia, dziś zabrakło mu forsy, więc wpadł w szał. Sąsiedzi usłyszeli krzyki. Kiedy przyjechaliśmy, ten gnojek się zabarykadował i zaczął strzelać przez drzwi. No i cały czas wrzeszczy, żeby mu przynieść wódkę.

– Co z jego żoną i córką? – spytałem niespokojnie.

– Nie wiadomo.

– A mówiłem sto razy tej idiotce, żeby złożyła skargę na męża! Ech, baby!

– Baby! – przytaknął sierżant z westchnieniem. – Lokatorka z dołu, niejaka Worobiowa, twierdzi, że słyszała wcześniej dwa strzały, dlatego do nas zadzwoniła…

Zakląłem ponownie. Ira Worobiowa była złośliwą suczką i autorką przynajmniej połowy pisanych na mnie donosów, ale słuch miała doskonały i nigdy nie odważyłaby się wezwać milicji z błahego powodu. Trzeba sprawdzić, co z rodziną Malinina, tylko jak? Pierwszy, który spróbuje sforsować drzwi, skończy jak ten wykrwawiający się w kącie nieszczęśnik.

– Czy któryś z was ma wódkę? – spytałem.

– Wódkę? – wymamrotał sierżant, suchy, żylasty mężczyzna z sumiastym wąsem. – O tej porze? No i jesteśmy na służbie.

– Przejdźcie się po mieszkaniach – poleciłem. – Potrzebuję wódki. A tego tu – wskazałem rannego – znieście na parter. Tylko ostrożnie!

Po chwili zostałem sam, milicjanci rzucili się wypełniać polecenia. Przyłożyłem ucho do drzwi, ale usłyszałem jedynie chrapliwy, nieregularny oddech: Malinin musiał być naprany do nieprzytomności, jednak żeby nacisnąć spust, nie trzeba wiele siły.

Gwałtowny tupot zmusił mnie do odwrócenia głowy, młody milicjant nie tylko odzyskał kolory, lecz wydawało się, że krew tryśnie mu z twarzy. Żeby mi tylko nie dostał apopleksji, pomyślałem. Słaba teraz młodzież, nie to, co dawniej.

– Karetka już jedzie – zameldował głośno.

Nieznacznym ruchem głowy nakazałem mu schować się za ścianą. W samą porę, bo w drzwiach pojawiła się kolejna dziura.

– Wódki! – wrzasnął Malinin.

Czekałem, aż wystrzeli po raz drugi, wtedy mógłbym spróbować szczęścia, ale trzasnęła tylko łamana strzelba. A to gnojek! Zanim zdążyłem zareagować, załadował brakujący nabój. Znaczy ma dwururkę. Prawdopodobnie. Bo zdarzały się konstrukcje z trzema i czterema lufami, a pomyłka tu i teraz mogła mnie drogo kosztować.

– Mam wódkę! – wysapał sierżant. – Właściwie to bimber, ale…

– Dawaj! – przerwałem mu niecierpliwie. – Dopilnuj, żeby karetka zabrała rannego.

– Co chcecie zrobić? – spytał niepewnie.

– Pójdę z nim pogadać, a cóż by innego?

– Zabije was!

– Zobaczymy – rzuciłem krótko. – Tylko nie róbcie żadnych głupstw!

Pchnąłem drzwi.

– Żora, nie strzelaj, to ja, Razumowski! – zawołałem. – Mam wódkę.

– Właź! – polecił Malinin, wychylając się zza węgła.

Ostrożnie przekroczyłem próg mieszkania. Spotniała, opuchnięta twarz mężczyzny świadczyła, że pije nie pierwszy dzień, w przekrwionych oczach dostrzegłem błysk szaleństwa. Biała gorączka jak nic.

Mieszkanie Malininów było dwupokojowe, wszedłem do salonu, przestąpiłem zwłoki. Dziewczynka leżała na wznak, z rozrzuconymi na boki ramionami, dostała prosto w pierś. Miała dziewięć lat, a może osiem? Nie znałem jej dobrze, czasem na schodach widziałem drobne, nieśmiałe stworzonko na chudych nóżkach. Luda Malinina umarła od strzału w plecy, ślady krwi na dywanie wskazywały, że próbowała się czołgać. Nie trzeba było geniusza, żeby pojąć, co się stało: kiedy Żorik chwycił za broń, obie próbowały uciec, Luda zasłoniła córkę własnym ciałem i zapłaciła za to życiem. Mała musiała się odwrócić, może chciała prosić ojca o litość? Ale Gieorgij Konstantinowicz nie był w nastroju do słuchania czyichkolwiek błagań…

– Dawaj! – warknął Malinin, popierając rozkaz wymownym ruchem lufy.

Podniosłem butelkę nad głowę.

– Najpierw oddasz giwerę. Z ręki do ręki. Spróbujesz strzelić, będziesz chłeptał wódkę z podłogi.

Malinin oblizał wyschnięte wargi, przełknął ślinę, widać było, że nie ma ochoty dać mi broni, ale pragnienie go męczyło, a wódeczka-mateńka wabiła, och, jak wabiła!

– Zabiję! – zawył.

– Spróbuj – odparłem zimno, podnosząc butelkę jeszcze wyżej.

W oczach Żory zamigotały złe ogniki, rozstawił szeroko nogi, podał mi strzelbę, jednocześnie wyciągnął rękę po wódkę. Zapewne zamierzał wyrwać mi flaszkę i w ostatniej chwili odskoczyć, nie wypuszczając dubeltówki z dłoni.

Oddałem mu butelkę, a kiedy sprężył się do skoku, podstawiłem nogę i brutalnym chwytem odebrałem broń. Zerknąłem na spluwę, nasza produkcja z Iżewska. Załadowana brenekami, a jakże!

– Saszka, no co ty? – wymamrotał, kiedy przystawiłem mu lufę pod brodę.

– Dlaczego je zabiłeś? – spytałem miękko.

– Diabeł podkusił! – odparł prędko. – I wódka. To wszystko wódka! Kochałem je! – zapłakał.

Bez słowa wyjąłem mu z ręki butelkę – nawet padając, zatroszczył się o nią, gadzina! – odkorkowałem zębami, pociągnąłem długi łyk.

– Masz rację – powiedziałem. – Wszystkiemu winna wódka.

I nacisnąłem spust. Zdawało się, że czaszka Malinina eksplodowała, tapetę na przeciwległej ścianie pokryły bryzgi krwi i mózgu.

– Towarzyszu pułkowniku!

Rumor za moimi plecami oznajmił przybycie posiłków. No, cokolwiek by powiedzieć, chłopcy nie stchórzyli, żadne z nich orły, ale i nie tchórze, warto zapamiętać.

– Nic wam nie jest? – spytał zaniepokojony sierżant.

Podszedłem do dziewczynki, delikatnie zamknąłem jej oczy. Nie pamiętałem nawet, jak miała na imię. Janka? A może Julka?

 

– Wszystko w porządku – powiedziałem ospale.

– Co z nim? – Młody milicjant wskazał zwłoki Malinina.

– A co ma być? Zastrzelił się chłop, rozumiesz: wyrzuty sumienia. Próbowałem mu wyrwać strzelbę, ale nie dałem rady.

– Broń leży obok – zauważył z lekkim wahaniem.

– W chwili śmierci mięśnie wiotczeją, a odrzut sprawia, że broń niemal nigdy nie zostaje w ręku samobójcy – wyjaśniłem.

– Ale…

– Spokój, młody! – zgasił go sierżant. – Ciebie tu nie było. Samobójstwo to samobójstwo, tak wpiszemy w protokole – zadecydował. – Będzie o jednego chuja mniej – dodał ciszej.

– Gdybym był wam jutro potrzebny, znajdziecie mnie na Pietrowce – poinformowałem. – Co z tym rannym?

– Z Waśką Tkaczowem? Lekarz powiedział, że jutro się okaże. Jeśli przeżyje noc.

Skinąłem głową; wyszedłszy na korytarz, musiałem przytrzymać się poręczy, znienacka dopadła mnie jakaś słabość, ściany zawirowały przed oczyma.

– To tylko nerwy – wymamrotałem. – Tylko nerwy…

Odwróciłem się, słysząc szmer za plecami: na schodach stała Ira Worobiowa. Potargane włosy i niedbale zawiązany szlafrok świadczyły, że wybiegła z mieszkania w pośpiechu.

– Co z Julią? – spytała bez tchu.

W chwilę później na jej twarzy pojawił się wyraz lękliwej rezygnacji. Na co dzień nie rozmawialiśmy ze sobą z oczywistych względów, jednak prawdziwa, niekłamana rozpacz w oczach kobiety sprawiła, że zatrzymałem się w pół ruchu.

– On je obie… – odparłem głucho.

Ujrzałem tylko uciekające źrenice, gdybym na moment odwrócił wzrok, nie zdążyłbym jej złapać.

Stęknąłem z wysiłku – sąsiadka ważyła dobre siedemdziesiąt kilogramów, po czym ruszyłem na dół, bo nie miałem zamiaru cucić jej u siebie. Poza wszystkim innym, czort wie co zrobi, kiedy tylko odwrócę głowę?

Nacisnąłem łokciem klamkę, w chałupie Worobiowej siedziały trzy inne baby. Znałem je wszystkie z widzenia, ale żadna nie mieszkała w mojej kamienicy, znaczy wieści już się rozeszły.

– Zajmijcie się nią – poprosiłem. – Zemdlała.

Położyłem nieprzytomną na kanapie, z bolesnym westchnieniem rozprostowałem kręgosłup. Choć od kilku lat ćwiczyłem regularnie, nie udało mi się wrócić do kondycji sprzed otrucia. Pieprzony Abakumow! Jedyna pociecha, że siedzi w więzieniu i nigdy z niego nie wyjdzie, chyba że na własny pogrzeb.

– Co z Julką i Ludą? – spytała szybko staruszka otulona grubym, kraciastym pledem.

Wymownie pokręciłem głową.

– Aresztowaliście Malinina? Bo chyba nie uciekł?

– Nie uciekł.

– Będzie teraz rąbał tajgę przez dwadzieścia lat – rzuciła mściwie inna.

Ponownie zaprzeczyłem gestem.

– Nie będzie – powiedziałem. – Popełnił samobójstwo.

– On?! – parsknęła gniewnie rozłożysta matrona pod sześćdziesiątkę. – Ta gnida? Nigdy w to nie uwierzę, że sam… – Urwała, wpatrując się we mnie z otwartymi ustami.

– A jednak – mruknąłem. – Czużaja dusza potiomki.

Ira Worobiowa uniosła powieki, więc pożegnałem się zdawkowo i wyszedłem, nie miałem ochoty na dalszą rozmowę. Może dam radę jeszcze się przespać? Nie dałem. Do samego rana majaczyła mi zastygła w wyrazie przerażenia, zabiedzona buzia małej sąsiadki.


Wysiadłem na przystanku niedaleko Pietrowki, postawiłem kołnierz palta – początek marca był chłodny. Zimny północny wiatr ganiał po niebie kłębiaste chmury, zanosiło się na deszcz. Choć przysługiwał mi służbowy samochód, od czasu do czasu rezygnowałem z luksusu, aby przejść się po ulicach albo przejechać którymś z przepełnionych tramwajów: mimo układu z błatnymi wolałem kontrolować sytuację. A nuż jakiś urka spróbuje naruszyć porozumienie, jakie zawarłem z Cichym? W naszej stolicy obrotnych chłopaków nie brakuje, a takie inicjatywy najlepiej dusić w zarodku.

Dyżurny powitał mnie przyjaznym skinieniem głowy – na Pietrowce wszyscy wiedzieli, że nie lubię służbowej gimnastyki – i wymownie wskazał palcem w górę.

– Macie gościa – powiedział.

– Kto zacz?

– A kto go tam wie? – Wzruszył ramionami. – Jakiś dziwny, ni to wojsko, ni to partia. Nie pokazał żadnych dokumentów, przyprowadził go sam generał Maksimow.

Westchnąłem w duchu i podziękowałem za informację. Maksimow od roku był szefem MUR-u, jeśli osobiście konwojował gościa, znaczy sprawa była ważna, dobrze, jeśli nie śmierdząca. Zapewne nowa robota dla wydziału pościgowego. Oby tylko rzecz nie dotyczyła polityki, takie sprawy były śmiertelnie niebezpieczne, a nie ma co ukrywać, czasy mieliśmy niespokojne. Towarzysz Stalin ostatni raz pokazał się publicznie kilka miesięcy temu i od tej pory prasa publikowała jedynie zdawkowe, suche komunikaty, w których zapewniała o świetnym zdrowiu i intensywnej aktywności genseka. Tyle że nikt w to nie wierzył…

Uniosłem brwi, widząc na korytarzu przed moim gabinetem Dimę Bugrowskiego. Poeta Bugrowski cieszył się opinią jednego z najlepszych śledczych MUR-u, a dzięki koneksjom ojca był też znakomicie poinformowany. Jeśli ktoś coś wiedział na temat tajemniczego gościa, to jedynie on.

– Co tam? – rzuciłem, witając się z Dimą uściskiem dłoni.

– Kłopoty – odpowiedział z posępną miną. – Przyszedł taki jeden z bezpieki.

– I co z tego? A bo to pierwszy? Pewnie jakiś zek uciekł im z etapu albo…

– Nie – gładko wszedł mi w słowo. – Nie zek i nie z etapu. To grubsza sprawa. Polityczna.

– Gadaj, co wiesz!

– Słyszeliście o gruzińskiej mafii?

Przytaknąłem. Gruzińską mafią nazywano najbliższych współpracowników Berii: Goglidze, Canawę, Mierkułowa, Włodzimirskiego i kilku innych.

– To jeden z nich.

– Czego chce?

– Chodzą słuchy, że Stalin długo już nie pożyje. – Bugrowski ściszył głos. – Szykują się zmiany: po śmierci genseka Beria chce połączyć Ministerstwo Bezpieczeństwa Państwowego z MSW i stworzyć superresort pod swoim kierownictwem. Jeśli mu się uda, jego władza nie będzie miała sobie równych. Oczywiście będzie potrzebował zaufanych ludzi, tyle że to nie takie proste…

– A to dlaczego?

– Partyjna góra nienawidzi go jak wściekłego psa, nie odważą się na otwartą konfrontację, no a przynajmniej nie od razu. Ale jeśli tylko będą mieli jakiś pretekst, żeby go osłabić, na pewno nie przepuszczą okazji. Podobno któryś z nich wkręcił swojego człowieka w najbliższe otoczenie Berii, a ten zdobył dokumenty kompromitujące niektórych „Gruzinów”. Ludzie Berii próbowali go sami dorwać, ale nie dali rady, więc przyszli do nas.

– Ten bezpieczniak naprawdę myśli, że pomogę Berii? – spytałem z niedowierzaniem.

– Możecie nie mieć wyboru – stwierdził ponuro chłopak.

Zanim zdążyłem odpowiedzieć, w drzwiach gabinetu stanął Maksimow. Jego mina wyraźnie wskazywała, że nie jest zachwycony moim widokiem.

– Saszka! – warknął. – Wreszcie!

Ograniczyłem się do ciężkiego westchnienia, nie spóźniłem się nawet o minutę, lecz szef ma zawsze rację, prawda?

– Właź! – zaprosił mnie szerokim gestem.

Cóż było robić? Wszedłem. Za moim biurkiem siedział szczupły mężczyzna o twarzy łasicy i wyblakłych, niebieskich oczach. Grube, niepasujące do reszty fizjonomii wargi nieznajomego wygięte były w aroganckim grymasie, w palcach nerwowo obracał pióro.

– Razumowski! – zawołał. – Ile mam na was czekać?!

Podszedłem do niego bez słowa, spojrzałem wymownie na fotel. Bezpieczniak wzdrygnął się wyraźnie, widać nie był przyzwyczajony do konfrontacji, po chwili wstał z ociąganiem.

– Tak lepiej – powiedziałem cicho. – A jeśli jeszcze raz odezwiesz się do mnie takim tonem, przez najbliższy miesiąc będziesz mógł jeść jedynie kaszkę na mleku.

Zapadłe policzki łasicowatego pokryły się apoplektyczną czerwienią, myślałem, że wybuchnie gniewem albo odwoła się do Maksimowa, ale tylko obrzucił mnie wściekłym spojrzeniem. Mróz przeszedł mi po kościach, to był wzrok bestii, bestii przyzwyczajonej do bezkarności i spełniania najbardziej zwyrodniałych pragnień.

W odpowiedzi uśmiechnąłem się samymi kącikami ust. Przekaz był jasny. Jeśli to bezpieczniak, musiał znać moją biografię i wiedzieć, że nie raz i nie dwa wchodzili mi w drogę naprawdę poważni ludzie. I gdzie oni teraz? Ano na przepisowej głębokości: dwa metry poniżej poziomu ziemi albo jak Abakumow – w drodze na cmentarz. Tak to, towarzyszu!

Nieznajomy cofnął się o krok, odchrząknął.

– Pułkownik Tagilin – przedstawił się formalnie. – Ja do was z prośbą, pułkowniku Razumowski.

Usiadłem, wskazałem mu krzesło dla interesantów. Maksimow już wcześniej przycupnął na skraju biurka. Na szczęście solidny, przedrewolucyjny mebel wytrzymał: generał nie należał do najszczuplejszych.

– Sprawa dotyczy kradzieży dokumentów – zagaił bez wstępu Tagilin. – Udało nam się ustalić, kim jest złodziej, jednak kiedy uciekł do Moskwy, straciliśmy trop.

– Uciekł skąd? – spytałem.

Mężczyzna długo milczał, najwyraźniej zastanawiając się, czy odpowiedzieć na moje pytanie.

– Z Tbilisi – wyrzucił z siebie w końcu.

Gwizdnąłem w duchu: z Tbilisi do Moskwy kawał drogi, jeśli bezpieka go nie złapała, gość musiał być naprawdę dobry. Czego jednak szukał w Gruzji? Czyżby rzeczywiście odkrył jakieś sekrety ludzi Berii? Niektórzy właśnie tam zaczynali karierę. A może chodziło o samego Ławrentija Pawłowicza? Ciekawe…

– Tu – kontynuował Tagilin – jest wszystko, co wam potrzebne, żeby go złapać.

Zwykła tekturowa teczka bez żadnych oznaczeń zawierała jedynie kilka kartek z podstawowymi informacjami, dołączono do nich plik zdjęć przedstawiających poszukiwanego.

Przejrzałem pobieżnie dokumenty, nie doczytałem się żadnych rewelacji. Z fotografii patrzył na mnie niepozorny mężczyzna o przerzedzonych włosach, jednak w jego wzroku było coś twardego. Zainteresowało mnie kolejne zdjęcie zrobione w kawiarni, na pierwszym planie znalazły się dłonie nieznajomego. Szczupłe, o długich palcach i masywnych, oszpeconych naroślami kostkach. A więc takie buty… Coś takiego wymagało długich lat ćwiczeń, na pograniczu masochizmu, no i rzecz jasna określonej wiedzy. Znaczy nasz nieznajomy to profesjonalista najwyższej klasy, nic dziwnego, że umknął bezpiece, zapewne zostawiając na trasie ucieczki kilka trupów co bardziej zadufanych w sobie czekistów.

Spojrzałem na Maksimowa, ale ten nieznacznym ruchem głowy dał znać, że pozostawia wszystko mojej decyzji. Obecny szef MUR-u nie był tytanem intelektu, doskonale jednak rozumiał, że posiadam daleko większą władzę, niż wynikałoby to z pełnionej funkcji.

– Nie mam nic przeciwko, żeby pomóc bratniej służbie – powiedziałem z szerokim uśmiechem. – Jednak muszę mieć zgodę przełożonych, jestem pewien, że to formalność, za to…

– Z tym chyba nie będzie problemu – Tagilin przerwał mi bezceremonialnie. – Generale? – zwrócił się do Maksimowa.

– Miałem na myśli generała Poliakowa – sprostowałem łagodnie. – To właśnie jemu podlega MUR, a co za tym idzie i mój wydział. Generał Poliakow zaznaczył stanowczo, aby informować go o wszystkim, co mogłoby wpłynąć na nasze dochodzenia, bo część z nich kontroluje Komitet Centralny, a bywa, że i Biuro Polityczne. Niektórzy ścigani przez nas przestępcy to wrogowie państwa.

Tagilin zagryzł usta, najwyraźniej zdawał sobie sprawę, że Beria nie cieszy się popularnością wśród partyjnych elit.

– Ośmielicie się odmówić wykonania rozkazu towarzysza Berii?!

– Nigdy w życiu! Po prostu poczekam na potwierdzenie przełożonych.

Tagilin zerwał się z miejsca i wyszedł, trzaskając drzwiami.

– Oj, Saszka, Saszka – westchnął Maksimow. – W co ty się znowu pakujesz?

– A co mam zrobić? – odburknąłem. – Wykonywać polecenia piesków Berii i nastawić przeciwko sobie grupę Chruszczowa i chuj wie kogo jeszcze? I po co? Bo przecież wiem, że Ławrentij Pawłowicz pośle mnie do piachu, kiedy tylko będzie mógł.

Maksimow skrzywił się niechętnie, ale nie zaprzeczył.

– Polityka! – parsknął z pogardą. – Ciekawe, czy dożyję czasów, kiedy będziemy mogli zajmować się po prostu swoją robotą?

– Zapomnij! – roześmiałem się, odzyskując dobry humor. – Politycy to kurwy, państwo to burdel, a my pilnujemy w nim porządku, co stawia nas na pozycji alfonsów.

Generał pokręcił głową z dezaprobatą, jednak w jego oczach nie zobaczyłem prawdziwego gniewu.

– Matołek! I proszę pamiętać, don Alfonso, że ma pan zaległości w papierach – dodał cierpko. – Jeszcze dziś chcę mieć raport na swoim biurku!

Poczekałem, aż wyjdzie, po czym wystawiłem ostrożnie głowę na korytarz.

– Dima! – syknąłem.

Poeta Bugrowski pojawił się niczym dżinn z butelki.

– Masz?! – rzuciłem nerwowo.

Chłopak bez słowa podał mi kilka kartek. Wszyscy wiedzieli, że raporty pisze mi Bugrowski – ja nie miałem do tego ani cierpliwości, ani talentu – lecz z ostatnim zalegałem ponad dwa tygodnie, bo poeta podłapał grypę i leżał w łóżku z czterdziestostopniową gorączką.

 

– To wszystko? – zapytał. – Bo chciałbym dziś odwiedzić Tatianę.

Machnąłem przyzwalająco ręką, jednocześnie przeglądając raport. Nie żebym wątpił w zdolności Bugrowskiego, ale było o czym pisać: dwa rozbite samochody, zniszczony kiosk z gazetami, kilkoro rannych przechodniów i postrzelana jak sito reklama „Moskowskoj Prawdy”. Nasz ostatni klient zaszalał na całego.

– Naprawdę mogę? – spytał niedowierzająco Dima.

– Naprawdę – potwierdziłem. – Ale za trzy godziny masz być z powrotem, na wypadek gdyby Tagilin naciskał, musimy sprawiać wrażenie bardzo zapracowanych. Na jutro chcę mieć plan czynności operacyjnych w celu ujęcia… – Urwałem, szukając wzrokiem akt najnowszej sprawy.

– Mameda Czugajewa – podpowiedział Bugrowski.

– Kto zacz? I komu się naraził, że pościg powierzono akurat nam? To nie jest zwykła sprawa kryminalna, prawda?

Bugrowski spojrzał niespokojnie na zegarek, więc stuknąłem go w głowę. Jego miłość, skądinąd uzdolniona aktorka, występowała dziś na deskach MChAT-u w sztuce Czechowa, stąd niepokój chłopaka. Jak znałem życie, pewnie już zarezerwował stolik w jednej z lepszych restauracji stolicy. Panienka Tatiana miała spore wymagania, na szczęście Dimę było stać, aby je zaspokajać. Jak wszyscy moi ludzie miał dodatkowe dochody, wielokrotnie przekraczające skromną milicyjną pensję.

– No?! – ponagliłem.

Wiedziałem, że Dima dysponuje fotograficzną pamięcią, jeśli raz przeczytał akta, potrafi mi streścić, co najważniejsze. Nie miałem ochoty przedzierać się przez stertę makulatury. Nie dziś. Ciągle miałem przed oczyma twarz małej Julki.

– To urzędnik średniego szczebla – zaczął posłusznie. – Pracował w administracji w Ałma-Acie, zajmował się wydobyciem ropy naftowej i uranu. Kiedy oskarżono go o przekręty finansowe, zniknął bez śladu. Kontrola wykazała, że sprzedawał na lewo nie tylko ropę, ale i uran.

– Komu?

– Chińczykom.

– Żartujesz?!

– Nic a nic! Nawiasem mówiąc, dochodzeniem zainteresowany jest Komitet Centralny. Jutro ma do nas przyjechać specjalny wysłannik KC.

Zakląłem pod nosem, sprawa śmierdziała na kilometr, ale co robić? Znowu przyjdzie nam wyciągać kasztany z ognia dla „przewodniej siły narodu”, jak żurnaliści nazywali partię. Chuj by to strzelił!

– Przecież to sprawa dla służb specjalnych! – warknąłem.

– Bezpieka i GRU siedzą w tym po uszy – przyznał. – Ale to nie nasz kłopot, nam kazali tylko znaleźć Czugajewa. Podobno prysnął do Moskwy – dodał na widok mojej miny.

Ech, jakby gnojek nie mógł zaszyć się we Władywostoku albo Leningradzie.

– Komandir? Będę wam jeszcze potrzebny? – spytał Bugrowski.

No tak, co tam Czugajew czy Komitet Centralny przy panience Tani? Z drugiej strony, można chłopaka zrozumieć: żaden aparatczyk z KC nie zapewni mu takich wrażeń jak Tatiana.

– Zgiń, przepadnij, siło nieczysta! – przyzwoliłem.

Bugrowski wypadł za drzwi, zanim dokończyłem zdanie. Ech, młodość… I niech mu tam, wiedziałem, że w razie potrzeby chłopak da z siebie wszystko.

Rozparłem się wygodnie w fotelu, odruchowo rozmasowałem ramiona, zawsze mi tężały, kiedy myślałem o Chińczykach. Wbrew obiegowym opiniom nasza przyjaźń z Chinami nie była najwyższej próby. Z jednej strony Mao był nam wdzięczny, gdyby nie „bratnia pomoc”, nigdy nie zdobyłby władzy, z drugiej, miał niebagatelne ambicje i drażniło go traktowanie Chin jako słabszego partnera, żeby nie powiedzieć – wasala. Już po podpisaniu traktatu o przyjaźni, w tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym roku, okazało się, że układ korzystny jest głównie dla nas: prawie wszystkie pożyczki, jakich udzieliliśmy Chinom, miały być przeznaczone na zakup rosyjskiego uzbrojenia, a Mao zobowiązał się do otwarcia dla naszych produktów rynków Mandżurii i Sinciangu. Sprawę zaogniła wojna koreańska: Stalin zmusił Chiny do wysłania na front dwustu pięćdziesięciu tysięcy „ochotników”, co znacząco poprawiło sytuację komunistów, jednak wbrew obietnicom nie zapewnił operującym w Korei wojskom wsparcia lotniczego, a jedynie rozlokował samoloty na północnym wschodzie Chin, aby zapewnić osłonę wybrzeży. Zmusiło to Chińczyków do samotnej walki z siłami ONZ. Od tej pory rozgoryczony zdradą Mao wzywał nieustannie do podniesienia potencjału wojskowego ChRL. Czyżby doszedł do wniosku, że może to zrobić na koszt nierzetelnego sojusznika? Kto wie? Bo o tym, że pewne rzeczy robił bez wiedzy, a nawet wbrew woli Stalina wiedziałem lepiej niż inni.

Ponure rozmyślania przerwało mi pukanie do drzwi.

– Wejść! – krzyknąłem.

– Można? Nie przeszkadzam wam? – zapytał ostrożnie poznany w nocy milicjant. – Sierżant Kirpanow melduje się…

Przerwałem mu nonszalanckim machnięciem dłoni.

– Siadaj! – burknąłem. – I gadaj, w czym rzecz. Mam mało czasu.

– Przyniosłem wam protokół do podpisania. Rozumiecie: formalności.

Przebiegłem wzrokiem dokument, daleko mu było do poziomu raportów Bugrowskiego, ale nie znalazłem większych błędów, złożyłem więc zamaszysty podpis.

– Coś jeszcze? Jak tam ten wasz Tkaczow?

– Kiepsko – odparł milicjant z rezygnacją. – Chyba źle go pozszywali, bo dostał jakiegoś krwotoku, po południu mają go znowu operować.

– Gdzie leży? Pewnie w naszym szpitalu?

– A gdzież by indziej?

Zabębniłem palcami w blat. Nasz resortowy szpital nie cieszył się dobrą opinią, kilka lat wcześniej personel zdziesiątkowały aresztowania, od tej pory kierowali nim ludzie cieszący się pełną aprobatą partii, za to niemający wielkiego pojęcia o medycynie.

Podniosłem słuchawkę telefonu, wybrałem znajomy numer.

– Z Nadieżdą Somową – rzuciłem krótko.

– Nadieżda Konstantinowna operuje – odparł nieznany mi kobiecy glos.

– Pułkownik Razumowski – przedstawiłem się krótko. – Poproście ją, żeby do mnie zadzwoniła, gdy skończy. To pilne.

Od czasu starcia z Abakumowem widywałem się z Nadią tylko sporadycznie, wolałem, żeby nikt jej ze mną nie kojarzył, jednak nie wątpiłem, że spełni moją prośbę. Cóż, nasza znajomość miała też kontekst pozamedyczny…

– Co robicie? – w głosie Kirpanowa usłyszałem nadzieję.

– Przenoszę twojego podwładnego do Sklifu. Może tam mu pomogą?

– Dziękuję!

– Nie dziękuj przed czasem, jeśli w resortowym schrzanili robotę, może nie dożyć tych przenosin. Sam wiesz, jakich mamy lekarzy.

– Wiem – przytaknął niewesoło. – Może dałoby się coś z tym zrobić? Bo ostatnio więcej naszych ginie pod nożami tych rzeźników niż na służbie. Tylko w ciągu ostatniego roku w szpitalu zmarło trzech chłopaków z mojego komisariatu. Jeden z nich zgłosił się tam na badania. No i zbadali go, gnoje.

– Naprawdę jest tak źle?

– Myślicie, że żartuję? Doszło do tego, że ludzie boją się zwykłego prześwietlenia. Jeśli chcecie, na jutro dostarczę wam nazwiska ofiar naszych medyków.

Podrapałem się po głowie: resortowego szpitala nie odwiedzałem od lat. MUR miał własnego lekarza i gabinet z pełnym wyposażeniem, wszystkie okresowe badania robiono na miejscu. Oczywiście dochodziły do mnie skargi, nie sądziłem jednak, że sytuacja jest aż tak poważna.

– Nie na jutro, a za tydzień – odparłem po namyśle. – Za to chcę mieć dane z całej Moskwy. Dasz radę załatwić to dyskretnie?

– Zrobi się – obiecał. – Wszyscy nasi mi pomogą.

– Tylko pamiętaj – ostrzegłem – morda w kubeł! Bo czort wie co wymyślą łapiduchy, kiedy zorientują się, że ktoś im robi koło pióra.

– Myślicie, że mają aż takie plecy?

Spojrzałem na sierżanta z politowaniem.

– Poprzedni dyrektor szpitala był członkiem Akademii Nauk.

– Był?

– Teraz rąbie tajgę, o ile żyje. Jeśli nie chcesz… – zacząłem, widząc minę milicjanta.

– Nie, nie! Zajmę się tym.

Wzdrygnąłem się na ostry dźwięk telefonu, ech, nerwy już nie te.

– Słucham! – rzuciłem sucho.

– I ja cię kocham – powiedziała ochrypłym ze zmęczenia głosem Nadia. – Co się stało?

Wyjaśniłem jej sprawę w kilku zdaniach, pomijając wszelkie kwestie osobiste ze względu na obecność Kirpanowa.

– Za godzinę twój Tkaczow będzie już w Sklifie – poinformowałem sierżanta, odkładając słuchawkę. – Moja znajoma zajmie się nim osobiście.

Milicjant odmeldował się regulaminowo i zostałem znowu sam. Podszedłem do okna, burzowe chmury zasnuły niebo, gwałtowne podmuchy wiatru szarpały okryciami przechodniów, zrywały z głów kapelusze. W sumie nic dziwnego w marcu.

Wyjąłem z biurka butelkę koniaku, nalałem do kieliszka na dwa palce. W zasadzie nie piłem alkoholu w pracy, ale dziś był parszywy dzień. Wychyliłem za lepsze jutro.


Ciężarówkę zauważyłem z odległości kilkuset metrów, stała tuż przy bramie, częściowo blokując wyjście. Ki czort? Na wszelki wypadek przełożyłem tokariewa z podramiennej kabury do kieszeni płaszcza, dotknąłem spustu. Jakby co, będę strzelał przez kieszeń. Lepiej dmuchać na zimne, mimo układu z Cichym zdarzało mi się wysyłać za kraty nieprzestrzegających zasad błatnych albo urków na gościnnych występach. Na pewno niejeden chciałby mi podziękować…

Podszedłem ostrożnie do wozu, cofnąłem się, ustępując drogi robotnikom wynoszącym sporej wielkość drzewko cytrynowe. Czyżby Worobiowa sprzedawała swoją dumę i radość?

Zajrzałem na pakę, była zapełniona dziwaczną zbieraniną mebli, obrazów i wyraźnie zeszłowiecznych bibelotów. Wyglądało, że moja ulubiona sąsiadka postanowiła się wyprowadzić.

– Dołożycie się? – spytał ktoś za moimi plecami.

No tak, o wilku mowa: towarzyszka Worobiowa stała w bramie, dlatego jej nie zauważyłem. Podobnie jak kilku innych znajomych bab.

– Dołożę?

– Na pogrzeb. Nie chcemy, żeby Julkę i Ludę spalili w krematorium.

Przytaknąłem z roztargnieniem. Kremacja była droższa niż tradycyjny pogrzeb, dlatego mimo wysiłków propagandy dążącej do wykorzenienia „religijnych zabobonów” mało kto korzystał z tej opcji. Jednak zakupione swego czasu w Niemczech nowoczesne piece krematoryjne trzeba było jakoś wykorzystywać, dlatego poddawano kremacji ciała bezdomnych i zmarłych, którzy nie mieli krewnych gotowych zorganizować zwykły pochówek.