Demony wojny. Część 2

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Demony wojny. Część 2
Demony wojny. Część 2
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 64,83  51,86 
Demony wojny. Część 2
Demony wojny. Część 2
Audiobook
34,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ TRZECI


Wyciągnąłem papierosa, podziękowałem, kiedy Becker podał mi ogień. Nie poczęstowałem sierżanta, bo ten postanowił chwilowo prowadzić zdrowy tryb życia. Z relacji znającego go od paru lat Lisa wynikało, że potrwa to jakieś dwa, góra trzy dni. Jak zwykle po przepiciu... Poprzedniego wieczoru Becker zafundował sobie gigantycznego kaca: na swoje szczęście, w czasie wolnym. W przeciwnym wypadku musiałbym go osobiście wprowadzić na wąską i wyboistą ścieżkę cnoty.

– Idzie – odezwał się, uchylając okno.

– Horst! – zawołałem. – Horst!

– Dzień dobry, panie majorze.

Młody von Bredow wyglądał na zmieszanego.

– Wskakuj! – poleciłem, otwierając drzwi.

Udało mi się pożyczyć wóz od znajomego oficera, odkryty schwimmwagen niespecjalnie nadawał się na zimowe przejażdżki.

– Spóźnię się do pracy – powiedział niepewnie.

– Dzwoniłem do nich – zapewniłem. – Masz dzisiaj wolne.

– Ale o co chodzi?

– Dowiesz się – uciąłem. – Wsiadaj!

Wyraźnie zaciekawiony chłopak zajął miejsce w samochodzie.

– Co teraz?

– Będziesz pilotował sierżanta. On nie zna miasta, ja także. Podam ci nazwy kilku ulic, a ty powiesz nam, jak najszybciej tam dojechać. Pamiętaj, liczy się każda sekunda!

– Ale...

– Zaczynamy! Frankfurterstrasse! – Ostentacyjnie podwinąłem rękaw, poprawiłem rozłożoną na kolanach mapę.

– Musimy zawrócić na Kaiserstrasse i przejechać przez most.

Zaryczał silnik i czarny mercedes pomknął naprzód jak strzała.

– Teraz w lewo! – polecił Horst.

Ponad godzinę spędziliśmy, ganiając po Breslau, trzeba przyznać, że chłopak rzeczywiście świetnie orientował się w terenie. No i dobrze – dzięki temu moja propozycja wyda się bardziej prawdopodobna. Jeżeli dam radę przekonać Horsta, żeby nie rzucał się z panzerfaustem na czołgi, zarobię dodatkowe punkty u Ingi.

– Dobra, wystarczy – zadecydowałem. – Teraz do koszar.

– Poszło sporo benzyny – zauważył Becker. – Ten pański znajomek prosił, żeby uważać na paliwo.

– Zwrócisz mu – odparłem obojętnie.

– Ja?!

– Ile wygrałeś wczoraj u tego gościa z kwatermistrzostwa? Sto litrów? Sto pięćdziesiąt?

Sierżant odchrząknął niepewnie, wskazując ruchem głowy chłopaka.

– Spokojnie, to swój.

Młody von Bredow uśmiechnął się z wyraźnym zadowoleniem.

– Miałem zamiar opchnąć towar, a zysk przeznaczyć na własny fundusz emerytalny – zauważył cierpko Becker.

– Tak też zrobisz. Nie licząc tych głupich paru litrów dla kapitana Haukego.

– To rozbój na równej drodze!

– Raczej drobna grzywna za uprawianie hazardu i opilstwo – sprostowałem. – A jak będziesz dalej marudził, opodatkuję cię za zadawanie się z łatwymi kobietami. Muszę przecież pilnować, żeby moi żołnierze nie stali się roznosicielami chorób wenerycznych – oznajmiłem podniosłym tonem.

– Skąd pan wie...?

– O wesołych panienkach z Friedrich-Wilhelm-Platz? – dokończyłem. – Zapomniałeś, gdzie dawniej służyłem?

Becker jęknął głucho, ale nie podnosił już tematu benzyny.

– Tak lepiej – stwierdziłem z aprobatą.

Przez resztę drogi sierżant trwał w pełnym urazy milczeniu.


Horst zmierzył wzrokiem przeciwnika, uśmiechnął się, zaciskając pięści: Lis nie wyglądał na cięższego, a chłopak przewyższał go wzrostem o głowę. Cóż, każdy musi uczyć się na własnych błędach...

– Zaczynajcie! – zawołałem.

Młody von Bredow zaatakował serią bokserskich ciosów, zakończył sekwencję podstępnym kopniakiem w goleń. Lis niczym torreador zszedł z linii ataku, po czym powalił Horsta energicznym podcięciem.

Drzwi sali gimnastycznej uchyliły się lekko i Becker wymownym gestem wezwał mnie do wyjścia. Uśmiechnąłem się mimo woli, słysząc za plecami łomot i bolesne stęknięcie: wyglądało na to, że Horst w błyskawicznym tempie uczy się pokory.

– Strzelnica gotowa – zameldował sierżant.

– Broń?

– Przygotowaliśmy pełen zestaw: od pistoletów po panzerfausta – odparł, wzruszając ramionami. – Po czorta ten cały cyrk? Naprawdę uważa pan, że potrzebny nam przewodnik?

– Nie mam pojęcia, Karl. Kto wie? Jeśli linia frontu przesunie się w głąb miasta...

Becker splunął przesądnie przez lewe ramię.

– W tym jest coś jeszcze, prawda? – zapytał domyślnie.

– Prawda. Gówniarz chce się zgłosić na ochotnika do Herzoga, a jego matka wolałaby, żeby sobie jeszcze trochę pożył.

– Ładna chociaż ta matka?

– Nie twój zakichany interes – burknąłem. – Ładna – przyznałem, widząc, że przypatruje mi się spod oka. – Poza tym...

– Tak?

– Nie jestem zwolennikiem wysyłania do walki dzieciaków.

Becker skrzywił się, jakby rozgryzł coś wyjątkowo paskudnego.

– Tego typu deklaracje mógłby pan zatrzymać dla siebie – zauważył. – Nie żebym specjalnie żałował, kiedy pana rozstrzelają, ale mogą nam wtedy przydzielić dowódcę, który skasuje mnie nie na pięć, a na pięćdziesiąt litrów benzyny.

– Jestem wzruszony twoją troską – mruknąłem.

Trzasnęły drzwi, usłyszałem zbliżające się kroki.

– Załatwione – zameldował Lis.

– Jaki wynik?

– Sześć do zera.

Mina chłopaka nie pozostawiała cienia wątpliwości, kto przegrał.

– No dobrze – westchnąłem. – Pozostało strzelanie.

– Z jakiej odległości? – ożywił się młody von Bredow.

– Myślę, że darujemy sobie tarcze – stwierdziłem z namysłem. – Szkoda czasu.

Zauważyłem pod ścianą budynku kilka butelek. Widać strzelnicę wykorzystywano także w bardziej rekreacyjnych celach.

– To w jaki sposób...

– Sierżant rzuci w górę butelkę, ty postarasz się w nią trafić. W walce cel przeważnie się porusza. Nie mówiąc o tym, że potrafi odpowiedzieć ogniem – dodałem wyjaśniająco.

– Nigdy tak nie strzelałem.

– I co z tego? Nie brałeś też udziału w walce wręcz, nie zniszczyłeś żadnego czołgu, a jednak chcesz walczyć. Decyzja, rzecz jasna, należy do ciebie, ale chciałbym, żebyś zdawał sobie sprawę ze swoich... kompetencji.

– No dobrze – wzruszył ramionami Horst. – Z czego mam strzelać?

– Twój wybór. Tylko zostaw w spokoju panzerfausta, sierżant nieco przesadził – zażartowałem.

Horst podszedł do długiego na kilka metrów, osłoniętego drewnianym zadaszeniem stołu zawalonego wszelkiego typu bronią. Po krótkim namyśle sięgnął po parabellum. Pewnie strzelał z niego już wcześniej. Broń miała dostatecznie „bojowy” wygląd, żeby robić wrażenie na smarkaczach z Hitlerjugend.

– Do roboty! – zarządziłem. – I jeszcze jedno, Horst, postaraj się nie zastrzelić sierżanta, nie mam drugiego na zamianę...

Lis wyszczerzył zęby w uśmiechu, Becker wydawał się nieco mniej rozbawiony. Z niezadowoloną miną podniósł butelkę po jakimś winie i stanął kilkanaście metrów od młodego von Bredowa.

– Już!

Becker błyskawicznym zamachem posłał butelkę w powietrze, niemal jednocześnie rozległy się strzały. Jak zauważyłem, chłopak zdążył kilkakrotnie nacisnąć spust, tyle że ani razu nie trafił. Znaczy zachował zimną krew, gorzej z celnością...

– A pan dałby radę? – spytał wyzywająco Horst. – Czy tylko robicie sobie ze mnie żarty?

– Karl.

– Tak?

– Weź dwie.

– Naraz?

– Naraz.

Sierżant bez słowa podniósł dwie butelki i zajął pozycję. Zerknąłem na wyłożoną na stole broń: wśród pistoletów były i konstrukcje zagraniczne, w tym tetetka, ale ostatecznie zdecydowałem się na dwa mausery HSc.

– Postaw te butelki tak, żebyś mógł po nie łatwo sięgnąć, i weź jeszcze dwie, wyrzucisz je raz za razem, najszybciej jak tylko dasz radę.

– Jest pan pewien, majorze? – odezwał się Becker sceptycznym tonem.

– Skąd! Uwielbiam publicznie robić z siebie idiotę!

Wokół zebrało się jeszcze paru żołnierzy, cóż, im większa widownia, tym lepiej...

– Teraz!

Poczekałem, aż obie butelki znajdą się na maksymalnej wysokości, po czym nacisnąłem spusty. Odgłosowi strzałów natychmiast zawtórował dźwięk rozpryskującego się szkła. W sekundę później zestrzeliłem kolejne. Na twarzy Beckera zastygł grymas zdumienia: nieczęsto spotyka się kogoś, kto potrafi strzelać „po macedońsku”, z obu rąk. Horst wpatrywał się we mnie z niemal bałwochwalczym uwielbieniem.

– Wystarczy? – upewniłem się.

– Wystarczy! – zapewnił gorąco chłopak.

– Chodź, musimy pogadać.

– Dobrze, że się nie zakładałem – mruknął sierżant, odbierając ode mnie broń.

– Za dziesięć minut w samochodzie – poleciłem.

Becker potakująco skinął głową.

– Dlaczego on nie mówi „tak jest!”? – spytał młody von Bredow. – Przecież regulamin...

– Regulamin jest dobry na paradach – przerwałem mu, wzruszając ramionami. – Sierżant jest weteranem, a takich się szanuje. Grunt, żeby pamiętał, kto tu rządzi. Ale do rzeczy...

 

– Słucham.

– Twoja matka wspomniała mi, że postanowiłeś zgłosić się do Herzoga. Oczywiście zrobisz, co zechcesz, ale po tym, co dzisiaj widziałem, nie sądzę, abyś wniósł specjalny wkład w obronę Breslau. Brakuje ci wyszkolenia. Z drugiej strony znasz dobrze miasto, a mnie potrzebny jest ktoś taki.

– Mama poprosiła pana, żeby...

– Poprosiła – przyznałem. – Tylko że niczego jej nie obiecywałem: moim obowiązkiem jest troska o powierzonych mi ludzi. Gdybyś się nie nadawał, nie rozmawialibyśmy – podkreśliłem z naciskiem. – Być może nasze życie będzie zależało od tego, czy dotrzemy na czas w odpowiednie miejsce, stąd przydałby nam się przewodnik.

– Ale ja chcę walczyć!

– To nie jest konkurs życzeń! – odparłem szorstko. – Będziesz kiepskim żołnierzem, bo brakuje ci podstawowych umiejętności, za to jako przewodnik możesz rzeczywiście pomóc w obronie Breslau. Wybieraj!

– Dostanę przydział do „Kampfgruppe Roth”?

– Do czego?!

– Nie wiedział pan, że żołnierze nazywają tak pański oddział?

– A to matołki – wymamrotałem.

– Więc?

– Oczywiście, że dostaniesz. Postronne osoby nie mogą przebywać na terenie koszar. Z oczywistych względów: nasze działania są ściśle tajne. A ty będziesz ćwiczył wraz ze wszystkimi, no i brał udział w akcjach.

– A co z mundurem?

– Becker coś ci znajdzie. Dostaniesz też broń i wyposażenie. Naszym zadaniem jest zwiad, nie walka, ale musimy być przygotowani na wszystko.

Chłopak nie potrafił powstrzymać pełnego zadowolenia uśmiechu, pewnie widział się już w roli germańskiego wojownika chroniącego miasto przed czerwoną zarazą...

– Zgadzam się – powiedział, usiłując nadać głosowi głębszy, męski ton.

– Jesteś pewien, że dasz radę?

– Nie rozumiem?

– Tu nie jestem twoim sąsiadem, tylko dowódcą. Oczekuję, że każde moje polecenie wykonasz natychmiast i bez dyskusji. Szczególnie dotyczy to zachowania w sekrecie naszych działań: nie masz prawa rozmawiać na ten temat nawet z matką. Czy to jasne?

– Tak jest!

– Przed akcją będziesz nocował w koszarach, razem z resztą grupy, takie są zasady gry. Zapamiętaj: najmniejsza niedyskrecja będzie traktowana jako zdrada i karana śmiercią!

– Rozumiem.

Horst pobladł, ale nadal patrzył mi w oczy. Cóż, miejmy nadzieję, że młody von Bredow potrafi trzymać język za zębami. W Breslau zabijano za mniejsze rzeczy. Niedawno rozstrzelano burmistrza Spielhagena tylko dlatego, że ten poprosił o przeniesienie do Berlina. Uznano to za defetyzm. Egzekucji dokonano na rynku, tuż przy pomniku Fryderyka Wilhelma, po czym ciało wrzucono do Odry. Gazety w rodzaju „Schlesische Tageszeitung” uprzedzały, że „kto obawia się śmierci w chwale, ten umrze w hańbie”, i każdy mieszkaniec Breslau wiedział, iż podobne ostrzeżenia należy traktować ze śmiertelną powagą.

– Do wozu! – zakończyłem rozmowę.

– Jawohl!


Wróciwszy do siebie, od razu zauważyłem ślady działalności Ingi: wymyte naczynia, wypastowane podłogi, suszące się w łazience pranie... Na stole w salonie leżała gruba sterta dokumentów. Zapewne hrabianka von Bredow przemyślała sprawę i doszła do wniosku, że musi mi zaufać: znakomicie! Teraz pozostaje tylko sprawdzić papiery. Nie przypuszczałem, żeby Zygfryd stosował jakieś specjalne zabezpieczenia – szyfry czy mikrofotografie to domena zawodowców, a ojciec Ingi był co najwyżej uzdolnionym amatorem, ale tak czy owak, wypadało przejrzeć te szpargały. Niezła robótka, biorąc pod uwagę, że na oko ważyły dobre dziesięć kilogramów...

Uśmiechnąłem się pod nosem, słysząc dźwięk elektrycznego dzwonka. Najwyraźniej moja sąsiadka wolała chwilowo zachować dystans: pukanie to czynność daleko bardziej intymna od wduszenia bakelitowego przycisku.

Bez słowa wpuściłem Ingę do mieszkania, usunąłem dokumenty ze stołu.

– Przepraszam – powiedziała, patrząc na mnie ze skruszoną miną. – Nie chciałam cię urazić. Przyniosłam wszystko, co znalazłam.

– Zapomnijmy o tym – mruknąłem.

– I dziękuję, że wziąłeś Horsta do siebie. Jesteś pewien, że będzie bezpieczny?

Spojrzałem na nią ostro, ale w głosie Ingi nie wyczułem agresji ani podejrzliwości. To było tylko pytanie zatroskanej matki.

– Bardziej niż z Herzogiem. Co mam ci powiedzieć? Sama wiesz, że ludzie giną, nawet nie wychodząc z domów. Poza tym on chce walczyć. Nie powstrzymasz go, nie jesteś w stanie. A ja zapewnię mu trening, po którym nie będzie myślał o głupotach, tylko zaśnie, zanim jeszcze zwali się na łóżko. Do tego dostanie mundur, na którego widok będą piszczały wszystkie okoliczne dziewczęta. Nie bez znaczenia jest też przydział do „Kampfgruppe Roth” – dodałem z sarkazmem. – Wnioskując z pogłosek, to nobilitacja.

Inga odpowiedziała mi pełnym wdzięczności uśmiechem.

– A co z tym? – Wskazała papiery.

– Przejrzysz je, szukając wszystkiego, co odbiega od normy. Znasz swojego ojca, więc będzie ci łatwo znaleźć jakieś... anomalie. Jeżeli to nic nie da, weźmiemy się za te papierzyska od drugiej strony.

– To znaczy?

– Bo ja wiem? Szyfry, atrament sympatyczny, mikrokropki – wyjaśniłem lakonicznie.

– Co takiego?

– Mikrokropka to punkt odpowiadający wielkością kropce uzyskiwanej za pomocą zwykłej maszyny do pisania. Tyle że sporządza się ją za pomocą mikroskopu i specjalnego aparatu fotograficznego. Dzięki temu może zawierać sporo zminiaturyzowanych danych tekstowych, a nawet szczegółowe rysunki techniczne czy mapy. Mam znajomego, który może się tym zająć.

– Zachowałam się jak ostatnia idiotka, prawda? – westchnęła, zagryzając wargi.

– Jako oficerowi i gentlemanowi nie wypada mi odpowiadać szczerze na to pytanie – odparłem z kamienną twarzą.

Uderzyła mnie żartobliwie, po czym wtuliła się w moje ramiona.

– Tęskniłam – wyznała. – Nie wiem dlaczego, ale przy tobie czuję się spokojna.

– To aura stepowego wilka połączona z charyzmą...

Przerwała mi gorącym pocałunkiem.

– Teraz muszę zająć się Klaudią, ale wieczorem... – szepnęła kusząco.

– Cóż, masz swój klucz. Możesz zakraść się do mnie, kiedy jestem nagi i bezbronny.

– Och, skończ z tymi bzdurami! Pocałuj mnie.

Pocałowałem.


Odłożyłem lupę, przetarłem łzawiące oczy – dotychczasowe poszukiwania nie przyniosły żadnego rezultatu. Inga nie znalazła w papierach ojca niczego nadzwyczajnego, a wyrywkowy ogląd kropek przy użyciu silnego szkła powiększającego nie wyjawił nijakich sekretów. Lupa nie dawała co prawda powiększenia, które pozwoliłoby przeczytać ukryty tekst, ale umożliwiała wychwycenie charakterystycznych dla mikrofotografii detali. Tyle że w skontrolowanych dokumentach takowych nie było. Także zastosowane przeze mnie odczynniki nie ujawniły ukrytego tekstu. Jednym słowem: niewypał. A czas leci, towarzysz Stalin nie będzie czekał w nieskończoność. Nie mówiąc już o komisarzu Berii... Założyłbym się, że ten ostatni zrobi wszystko, aby mnie zdyskredytować w oczach Głównodowodzącego. Niestety, nie mogłem mu się odwdzięczyć tym samym: działaliśmy na różnych poziomach. Jedynym wyjściem było odnalezienie archiwum Himmlera.

Zgrzytnął klucz w zamku: Inga. Od pewnego czasu Frau von Bredow nie zawracała sobie głowy pukaniem. Nasze wzajemne kontakty weszły w nową fazę. Nie żebym miał coś przeciwko, fizyczna więź gwarantowała, że Inga niczego przede mną nie ukrywa. No, niemalże gwarantowała...

– I jak? – spytała, przyglądając mi się z troską.

– Niczego nie znalazłem – odparłem ze znużeniem.

Inga postawiła na stole termos z kawą, napełniła kubek.

– Wypij – zaproponowała. – Od razu lepiej się poczujesz.

Łyknąłem gorącego napoju: jak na razie jedynym efektem pobytu w Breslau było zasmakowanie w kawie. Tej na szczęście nie musiałem sobie żałować, wystarczyło zrobić wypad na drugą stronę. Niestety, plotki na temat objęcia stanowiska komendanta twierdzy przez Niehoffa potwierdziły się – lada dzień miała nastąpić zmiana dowódcy. Podejrzewałem, że następcy von Ahlfena będzie zdecydowanie trudniej zaimponować. Ech, zewsząd tylko problemy...

– Co zrobimy? – spytała.

– Pokażę to znajomemu, może on coś wykryje? – odparłem bez przekonania.

Teoretycznie rzecz biorąc, dane dotyczące archiwum mogły być zaszyfrowane w całkiem niewinnym tekście, możliwe też, że Zygfryd von Bredow użył atramentu sympatycznego, którego nie byłem w stanie wykryć. Teoretycznie. Bo miałem do czynienia z amatorem, a nie wysoko kwalifikowanym zawodowcem. O ile Zygfryd pozostawił w ogóle jakieś notatki na temat archiwum, uczynił to nieoficjalnie i wyłącznie na użytek córki. Stąd było raczej wątpliwe, żeby zasięgnął porady fachowca, bo ten natychmiast doniósłby o tym przełożonym. A cokolwiek by mówić o ojcu Ingi, z pewnością nie był idiotą. Wykluczone, aby w tak głupi sposób naraził nie tylko siebie, ale i rodzinę. Tak więc wracamy do punktu wyjścia: należy założyć, że dokumenty nie zawierają żadnych tajnych treści – Inga nie byłaby w stanie poradzić sobie z szyfrem czy atramentem sympatycznym. Wniosek? Istnieją tylko trzy możliwości: Zygfryd nie pozostawił danych na temat archiwum Himmlera, notatki zaginęły w Dreźnie, wreszcie możliwe, że istotnie ukrył na użytek córki pewne informacje, ale w taki sposób, że ona sama nie potrafi do chwili obecnej skojarzyć, jak i gdzie. Nie ma sensu rozpatrywać pierwszej i drugiej opcji, tu nie dam rady niczego zdziałać, ostatnia daje pewne nadzieje. Wystarczy tylko – bagatela! – odnaleźć wskazówki, jakie pozostawił Zygfryd von Bredow...

Rozmyślania przerwały mi pocałunki, tłumiona latami zmysłowość Ingi znajdowała ujście w spontanicznych pieszczotach i nacechowanym erotyzmem zachowaniu. To wszystko, rzecz jasna, tylko gdy byliśmy sami. Publicznie odgrywaliśmy role dobrych znajomych.

– Przestań – mruknąłem z roztargnieniem. – Muszę pomyśleć.

– Koniecznie w tym momencie? – upewniła się kpiąco. – Wiesz, że mam na sobie czarne jedwabne podwiązki?

– Mężczyzna powinien ćwiczyć silną wolę – oznajmiłem chłodno, podnosząc do ust kubek z kawą.

– Chętnie ci w tym pomogę – zapewniła ze złośliwym uśmiechem. – Ach, prawie bym zapomniała: nie jestem pewna, czy włożyłam dzisiaj bieliznę. Bywam taka roztargniona...

Zakląłem bezsilnie, moja dłoń niemal bez udziału woli przesunęła się po udzie Ingi. Poczułem pod palcami śliski jedwab pończoch, powyżej jakieś koronki i gładszą od jedwabiu, gorącą skórę. Inga zamarła w bezruchu, słyszałem tylko jej urywany, coraz szybszy oddech. Pieściłem ją powoli, z leniwym okrucieństwem, widząc, jak przygryza wargi, aby stłumić narastający jęk. W chwilę później stanąłem za nią, podwinąłem sukienkę.

– Nie każ mi długo... czekać – wydyszała.

Spełniłem jej prośbę. Paznokcie Ingi szarpały obrus, a pośladki napierały na mnie w oszalałym rytmie, niczym rzucana sztormem łódka. W końcu musiałem zakryć jej usta, bojąc się, że ktoś usłyszy krzyk. Nasze ciała zadrżały, jednocześnie osiągając spełnienie.

– Kochany – wyszeptała. – Kochany...

Pocałowałem ją w kark, klapsem w pupę zachęciłem, aby doprowadziła się do porządku. Nie mieliśmy czasu na czułości: Inga musiała położyć córkę spać.

Kiedy wyszła, po raz kolejny począłem analizować sytuację. Dlaczego nie możemy znaleźć notatek Zygfryda? Gdzie je ukrył? Co zrobiłbym na jego miejscu? Przecież mógł po prostu powiedzieć córce o archiwum Himmlera. Tylko czy rzeczywiście? Musiał zdawać sobie sprawę, że wystarczy jedno niedyskretne pytanie, a Inga znajdzie się w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Wtajemniczeni w plan Himmlera zabiją bez litości każdego, kto zacznie szukać dokumentów. Po cholerę w takim razie pozostawiać jakiekolwiek notatki, skoro ich przeczytanie grozi śmiercią? Z drugiej strony profesor von Bredow nie był fanatykiem i z pewnością orientował się, że dni Trzeciej Rzeszy są policzone. Do tego nienawidził i panicznie bał się komunistów. Z pewnością chciał wywieźć rodzinę z oblężonego miasta. Taaak... A co, jeśli nie mógłby tego zrobić? Gdyby zginął? Czy na wypadek swojej śmierci nie zostawiłby córce wiadomości, która pozwoliłaby jej negocjować ze zdobywcami Breslau? Tak! To jedyny racjonalny wniosek. Od samego początku musiał traktować archiwum jako kartę przetargową, dlatego tak ochoczo zgodził się pomóc w ukryciu dokumentów. Gdyby żył, nie pisnąłby córce ani słowa, bo sam mógłby zająć się negocjacjami. Jednak musiał liczyć się z możliwością śmierci i odpowiednio zabezpieczyć. Tylko jak? To nie może być coś oczywistego, bo wówczas Inga mogłaby przedwcześnie natrafić na trop archiwum. Wniosek? Zygfryd ukrył dane w taki sposób, żeby wpadły w ręce Ingi dopiero po jego śmierci...

 

Niestety, nie znałem jej na tyle, aby przewidzieć, co zrobi, dowiedziawszy się o zgonie ojca. Rzecz jasna, nie chodziło tu o kwestie uczuciowe, lecz konkretną, fizyczną czynność. Coś, co prędzej czy później skłoni ją do wzięcia w ręce notatek Zygfryda. Nastawi płytę z ulubioną piosenką zmarłego? Sięgnie po rodzinną Biblię? Odwiedzi przyjaciela? Szlag by to trafił... Istniała nieskończona ilość możliwości. W ten sposób do niczego nie dojdę. Pozostaje mi tylko jedno: zapytać Ingę.


Obudziło mnie lekkie skrzypnięcie podłogi: deski w centrum salonu były nieco wypaczone. Po chwili usłyszałem ostrożne kroki, ktoś zbliżał się do drzwi sypialni. Bez specjalnego pośpiechu sięgnąłem po pistolet, po latach spędzonych w razwiedce trzymanie broni w zasięgu ręki przerodziło się w nawyk równie naturalny co codzienne mycie zębów. Nie wyczuwałem zagrożenia, tylko jedna osoba mogła spacerować o tej porze po moim mieszkaniu – Inga von Bredow.

Zerknąłem na fosforyzujące wskazówki zegarka, dochodziła pierwsza w nocy.

– Wejdź – mruknąłem.

– Myślałam, że już śpisz.

– Spałem.

– Przepraszam, nie chciałam...

Pociągnąłem ją na łóżko, okryłem kołdrą. Miała zimne stopy, musiała skradać się na bosaka dobre kilka minut.

– Dzieciaki śpią?

– Tak. Horst padł od razu jak ścięty, mała jak zwykle marudziła.

– Mam pytanie. Dość... specyficzne.

– Tak?

Umościła się w moich ramionach, przytuliła.

– Myślałem trochę o tych dokumentach. Zastanawiałem się, dlaczego nie znaleźliśmy w nich żadnych notatek na temat archiwum.

– Mówiłeś, że chcesz je jeszcze komuś pokazać?

– Rozmyśliłem się. To strata czasu. Twój ojciec nie jest szpiegiem, tylko uczonym. Nie wiedziałby, jak użyć atramentu sympatycznego czy szyfru.

– Więc?

– Co byś zrobiła, gdyby umarł?

– Co takiego?!

– Uprzedzałem, że pytanie jest specyficzne.

Inga wyśliznęła się z łóżka, słyszałem, jak szuka zapałek. Po chwili zabłysła lampa naftowa.

– O co ci chodzi? – zapytała z niepokojem w głosie. – Masz jakieś wiadomości o moim...

– Skąd! – przerwałem jej szybko. – To problem czysto teoretyczny.

– Nie rozumiem?

– Przypuszczam, że ojciec nie chciał ci mówić o archiwum, wiedział, czym może grozić najmniejsza niedyskrecja. Jeśli pozostawił jakieś informacje na ten temat, to tylko na wypadek swojej śmierci.

– Wątpię, żeby...

– Załóżmy przez moment, że to prawda. – Powstrzymałem Ingę stanowczym gestem.

– Załóżmy – zgodziła się, przygryzając wargi.

– Co byś zrobiła po jego śmierci?

– Poza tym, że bym rozpaczała? – rzuciła gorzko.

Bez słowa dotknąłem jej dłoni. Po dłuższej chwili splotła palce z moimi.

– Myślisz, że przewidział, jak zareaguję, i zostawił notatki w takim miejscu, że rzuciłyby mi się w oczy?

– Tak.

– Nie wiem – powiedziała bezradnie. – Nie mogę o tym myśleć. Przepraszam.

Płomień lampy pełgał niespokojnie, to oświetlając twarz Ingi, to pogrążając ją w półmroku, ale nawet wtedy widziałem, jak drżą jej wargi. Nie było sensu naciskać.

– No dobrze – westchnąłem. – Nie mówmy już o tym.

– Ja wiem, że to ważne, że to szansa dla mnie i dzieci, ale nie mogę się zmusić do takich rozważań. Myślałam, że jestem bardziej odporna, ale teraz śmierć jest tak bliska, tak realna...

– Rozumiem.

Kiedy przywarła do mnie, pogłaskałem ją uspokajająco.

– Nie wiem, co bym zrobiła, gdyby nie ty – wyznała szeptem. – Tylko przy tobie czuję się bezpieczna. Kiedy pomyślę, że mógłbyś...

– Może porozmawiajmy o czym innym? – zaproponowałem. – Nie ma sensu zadręczać się takimi myślami.

– O czym?

– Bo ja wiem? O czym chcesz. I wejdź pod kołdrę, bo marzniesz.

Przytuliła się do mnie, ale nie było w tym geście śladu erotycznego napięcia. Szukała w moich ramionach jedynie pocieszenia.

– Zdrzemnij się – szepnąłem. – Obudzę cię za godzinę.

Potarła z wdzięcznością nosem o moje ramię, zamknęła oczy. Zasnęła niemal natychmiast. Wpatrywałem się w sufit, słuchając, jak deszcz bębni o szyby. Noc była wyjątkowo spokojna. Wiedziałem, że powinienem myśleć o misji, ale mój umysł uparcie trwał w stanie półletargu. Wreszcie i sam zapadłem w sen, czując pod dłonią spokojny, równy rytm serca Ingi.


Wysiadłem z wozu, nonszalanckim gestem odprawiłem Beckera do koszar. Sierżant jak zwykle podwiózł nas na Salzstrasse. Horst poprawił pas i rozejrzał się wokół z pozorną obojętnością. Niestety, w pobliżu nie było blondwłosych ślicznotek, które mogłyby się zachwycić mundurem czy marsową miną chłopaka. Cóż, życie nikomu nie szczędzi drobnych rozczarowań...

– Pamiętaj, ani słowa matce! – przypomniałem.

Horst przytaknął posłusznie. Dziś po raz pierwszy uczestniczył w akcji, zabezpieczając wraz z innymi moją wycieczkę na drugą stronę. „Kampfgruppe Roth” szykowała się do wypadu na rosyjską stronę: musiałem wywrzeć odpowiednie wrażenie na generale Niehoffie.

Weszliśmy w bramę, poprzedzani stukotem uderzających o bruk podkutych butów. Na podwórzu mężczyzna w mundurze jakiejś paramilitarnej organizacji trzymał za ręce wyrywającą się Ingę von Bredow. No, no, wygląda na to, że zjawiliśmy się w samą porę...

Horst rzucił plecak i klnąc wściekle, sięgnął do rękawa. Powstrzymałem go gwałtownym szarpnięciem za kołnierz.

– Czekaj! – szepnąłem.

Nieznajomy nie zauważył, że ma widownię, ale na twarzy Ingi odmalowała się ulga.

– Krzycz – nakazałem jej gestem.

Krzyknęła. W oknach kamienicy pojawiły się sylwetki ciekawskich.

– Nie ruszaj się stąd! – rzuciłem groźnie, wyswobadzając z uchwytu chłopaka.

Zanim podbiegłem do Ingi, napastnik zdążył się odwrócić. Jego oczy rozszerzyły się z przerażenia na mój widok, otworzył usta, unosząc w obronnym geście ręce, ale nie miałem zamiaru z nim dyskutować. Kopnąłem go w krocze, poczekałem, aż zegnie się wpół, poprawiłem kolanem w twarz. Kiedy upadł, nadepnąłem mu na kark: powalony wił się na ziemi jak robak.

– Idź do domu! – poleciłem Indze.

– Ja...

– Natychmiast!

Usłuchała, choć w jej oczach na moment pojawił się buntowniczy błysk.

– Horst!

– Tak?

– Opuść mu gacie do kolan i przytrzymaj nogi.

– Co pan chce...

– Pouczyć go, żeby nie napastował kobiet – warknąłem, zdejmując pas. – Jak myślisz, dwadzieścia uderzeń wystarczy?

– Proponowałbym trzydzieści – wycedził mściwie. – Ten gnojek prześladuje mamę od dłuższego czasu.

– Niech będzie trzydzieści. – Wzruszyłem ramionami. – Nie lubię powtarzać takich lekcji, a ten tutaj nie sprawia wrażenia specjalnie bystrego. Możliwe, że trzeba dostosować poziom przekazu do jego możliwości intelektualnych...

Mężczyzna próbował coś bełkotać, ale naparłem stopą, wciskając mu głowę w śnieg. Rozejrzałem się dyskretnie: lokatorzy obserwowali spektakl nie tylko z okien, niektórzy wyszli nawet na podwórze. Nie wyglądało na to, żeby ktokolwiek chciał nam przeszkodzić, wręcz przeciwnie, na twarzach kilku kobiet zauważyłem wyraz nieskrywanej satysfakcji. Czyżby facet nie ograniczał się do zaczepiania Ingi?

Uderzyłem z rozmachem, wkładając w cios całą siłę. Na gołym tyłku nieznajomego pojawiła się purpurowa pręga.

– Kto to w ogóle jest? – spytałem konwersacyjnym tonem.

– Aktywista miejscowej organizacji NSDAP – odburknął Horst. – Niejaki Rudolf Furst.

Kolejne razy padały przy akompaniamencie przeraźliwego wycia: Rudiemu udało się przekręcić głowę na bok, a głos miał jak dzwon...

– Nie wolno napastować kobiet – poinstruowałem leżącego, ocierając pot z czoła. – W szczególności cudzych kobiet.

Horst spojrzał na mnie ostro, nieznacznym ruchem głowy nakazałem mu milczeć.

– Dwadzieścia jeden, dwadzieścia dwa – młody von Bredow powrócił do liczenia uderzeń.

Miałem wrażenie, że opuścił parę, ale kto by tam zwracał uwagę na takie drobiazgi?

– Może teraz ty? – zaproponowałem. – Umęczył mnie gadzina.

Nie musiałem powtarzać dwa razy, Horst przystąpił do pracy z prawdziwym entuzjazmem. Do tego jakimś cudem udało mu się trafić końcem pasa między nogi ofiary i skowyt Rudolfa przeszedł z falsetu w sopran. A mówią, że to kobiecy rodzaj głosu. Z drugiej strony podobno dysponowali nim kastraci; biorąc pod uwagę, gdzie celował Horst, niewykluczone, że Rudi znajdował się blisko tego stadium...

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?