Demony wojny. Część 2

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Demony wojny. Część 2
Demony wojny. Część 2
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 64,83  51,86 
Demony wojny. Część 2
Demony wojny. Część 2
Audiobook
34,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ DRUGI


Pokrywający ruiny śnieg pachniał świeżością, otulał kikuty kominów, obłamki ścian i hałdy gruzu niczym gruba puchowa pierzyna. Jak wielka tablica przechowywał wszelkie ślady obecności człowieka: odciski butów, łuski po nabojach, wyżłobione gąsienicami koleiny. Mógł też skrywać zagrożenie: wystarczyło nałożyć kombinezon maskujący, owinąć śmiercionośną stal białym materiałem. Dlatego nie zważając na lodowaty wiatr, z benedyktyńską cierpliwością, centymetr po centymetrze badałem teren kilka ulic dalej. Jeśli przejdę przez połączone ze sobą piwnice, znajdę się po drugiej, rosyjskiej stronie frontu. O ile przejdę.

– Karl? – rzuciłem pytająco.

– Nie widzę niczego podejrzanego – odparł leżący tuż obok sierżant. – Na godzinie dziesiątej widać stare, chyba przedwczorajsze ślady. Pewnie przetaczali tamtędy jakieś działo: czterdzieści pięć, może siedemdziesiąt sześć milimetrów. Trudno powiedzieć, bo przez noc padało.

Mruknąłem potakująco; koleiny wyglądały na pozostawione przez rosyjską czterdziestopięciomilimetrową armatę przeciwpancerną. Pewnie miała zabezpieczać przebiegającą niedaleko szosę. Miałem nadzieję, że nie w pojedynkę. Nasi – i nie bez powodu – nazywali ją PR, od słów: Praszczaj, rodina!, „Żegnaj, ojczyzno!”. Jak na chłopaków wyjedzie jakiś Tygrys albo Pantera...

Cichy szelest i ciężki, wysilony oddech zwiastowały pojawienie się kaprala Pimkego. Cóż, spróbujcie przeczołgać się kilkaset metrów w głębokim śniegu...

– I jak tam? Ludzie na stanowiskach?

Pimke miał dopilnować rozstawienia posterunków.

– Wszystko gra. Poza tym, że przemoczyłem jaja – dodał cierpko.

– Może się zamienimy? – zaproponowałem.

– Dziękuję, nie skorzystam – odburknął.

Jeszcze raz zlustrowałem otoczenie przez lornetkę, ale nie zauważyłem niczego, co odbiegałoby od normy. Za chwilę przekonam się, czy miałem rację...

– Idę! – zdecydowałem.

Podniosłem się na kolana i podałem sygnał do rozpoczęcia akcji, naśladując skwir sokoła. Z odległej o kilkadziesiąt metrów, na wpół rozwalonej kamienicy odpowiedziało mi krakanie kruka: Hartmann meldował, że zajął stanowisko. Olbrzym potrafił nie tylko naśladować głosy ptaków, ale i najlepiej ze wszystkich posługiwał się karabinem wyborowym. To ostatnie zapewne na skutek wieloletniej i nie całkiem legalnej praktyki strzeleckiej – w jego dokumentach odnotowano kilkumiesięczny wyrok za kłusownictwo.

Ruszyłem biegiem. Wejście do piwnicy znajdowało się po drugiej stronie ulicy. Pełzanie nie miało sensu: na otwartej przestrzeni i tak byłbym widoczny, pozostawiając za sobą wyraźną bruzdę w białym puchu. Cholerny śnieg...

Sadziłem wielkimi susami, czując, jak krew tętni mi w skroniach. Jeśli ktoś mnie zauważy, zanim dobiegnę do celu... W każdej chwili spodziewałem się strzału albo wybuchu: pod śniegiem mogły być pułapki. Jeśli byłbym dowódcą rosyjskiego patrolu i zatrzymał się gdzieś naprzeciwko, na pewno ustawiłbym raztiażki. Na wszelki wypadek. Nikt nie dostrzegłby cienkiego, rozciągniętego tuż nad powierzchnią gruntu drutu. Raztiażka... Wystarczy zawadzić nogą i wyrwać zawleczkę granatu przymocowanego do wbitego w ziemię kołka. Jakby co, pewnie dostałbym pośmiertny awans...

Wreszcie wpadłem w mroczną, obiecującą bezpieczeństwo bramę, machnięciem ręki przekazałem spadochroniarzom komendę: „Czekać!”. Teraz trzeba tylko znaleźć wejście do piwnicy. No i liczyć na to, że po drugiej stronie spotkam kogoś z mojej ekipy. W innym wypadku mimo rosyjskiego munduru i dokumentów mogę mieć kłopoty. Nasz kontrwywiad nie zasypiał gruszek w popiele, pół biedy jeszcze, jak dostawią mnie do sztabu, gorzej, jeśli rozwalą na miejscu... Sfabrykowane w niemieckiej drukarni papiery miały niewielką, lecz istotną wadę: każdy zawodowiec od razu rozpozna fałszywkę. Niestety, nie bardzo mogłem wystąpić z reklamacją – wskazanie Szwabom usterki zostałoby potraktowane jako zdrada. Ech, biednemu zawsze wiatr w oczy...

Schody zawalone były gruzem: oberwała się część sufitu, nie było mowy o zachowaniu ciszy. Odłamki cegieł chrobotały pod nogami, chrzęściło rozbite szkło. Pod ścianą poniewierało się kilka butelek po winie, najwyraźniej niedawno odwiedzano ruiny – wewnątrz pozostała jeszcze odrobina płynu. Wątpiłem, żeby ktoś czekał na mnie w jednym z piwnicznych tuneli. Wąskie przejście nie było najlepszym miejscem na zasadzkę, co innego u wyjścia...

Skrzywiłem się, czując ledwo uchwytną woń rozkładającego się ciała. Dzięki Bogu temperatura oscylowała nieco poniżej zera. Skierowałem promień latarki w stronę piwnicznej wnęki, ale zobaczyłem jedynie hałdę gruzu. No nic, raczej nie będę tego rozgrzebywał w poszukiwaniu zwłok, choć dobrze by było wiedzieć, kim był nieboszczyk. Obszar, na którym się znajdowałem, jeszcze dwa tygodnie temu należał do Niemców, obecnie była to ziemia niczyja. Stałe posterunki pilnowały jedynie wylotów najważniejszych ulic, ruinami nikt się specjalnie nie interesował, okolica należała do spokojniejszych.

Poświeciłem na mapę, wyglądało, że trzeba skręcić w lewo. Podziemia Breslau obrosły legendą – słyszałem, że plotki rozpuszczano na rozkaz samego Gauleitera Hankego, na podobnej zasadzie co wieści o Wunderwaffe czy nadciąganiu oddziałów generała Schörnera. Mówiono o drugim, ukrytym mieście, twierdzono, że wyloty niektórych tuneli wychodzą daleko poza obszar Breslau, że w podziemnych składach znajdują się nieprzebrane ilości żywności, broni i amunicji...

Stopniowo ciemność traciła na intensywności, niedaleko za jakimś załomem musiało znajdować się wyjście. Zgasiłem latarkę, wyciągnąłem broń. Cóż, zobaczymy, czy moja ekipa stanęła na wysokości zadania – nie kontaktowałem się z nimi niemal dwa tygodnie, wcześniejsze ustalenia były mocno orientacyjne. Zarówno jeśli chodzi o czas, jak i miejsce spotkania.

Ściągnąłem pospiesznie kombinezon maskujący i schowawszy go do plecaka, ostrożnie wyszedłem na zewnątrz. Wokół nie było żywego ducha, niezadeptany śnieg świadczył, że przynajmniej od wczoraj nikt się tu nie kręcił, a jednak miałem wrażenie, że coś jest nie tak. Pociągnąłem nosem: dym. Swąd palącej się opony. No, to akurat nic dziwnego, spalonych pojazdów nie brakowało po obu stronach frontu. A jednak... Spoza granicy percepcji dochodził jakiś niepokojący sygnał. Nic, co można by zanalizować czy nazwać, raczej przeczucie niż wrażenie, a przecież równie realne co ostrzegawczy krzyk. Albo zwariowałem, albo ktoś zorganizował zasadzkę. Nie byle jaką zasadzkę: tu i teraz mogło chodzić tylko o mnie. Znaczy o pułkownika Razumowskiego. Chyba że polowano na majora Rotha... Szlag!

Cofnąłem się ostrożnie, ponownie schroniłem w bramie kamienicy, zamknąłem oczy. Wiedziałem, że wzrok mi nie pomoże, zobaczymy, jak inne zmysły. Wstrzymałem oddech. Jak zwykle w takim wypadku lekki, ledwie słyszalny szum krwi zmieniał się stopniowo w miarowe dudnienie, wreszcie zagłuszył wszystkie inne dźwięki. Dopiero wtedy zaczerpnąłem tchu. Przez mgnienie poczułem dziwny zapach, a może raczej cień zapachu? Nie wiedzieć dlaczego, kojarzył mi się z metalem. Nie z zardzewiałym żelastwem, ale gładką, wypolerowaną stalą. Co za diabelstwo?

I znowu wsłuchałem się we własne ciało, odciąłem od wszystkiego, co zewnętrzne, by w końcu zaczerpnąć smakującego jak wino powietrza. Gdzieś z oddali dochodziło krakanie kruków i echa strzałów, ale wokół panowała cisza. Cisza... Kruki! Dlaczego nie widać kruków? Zerknąłem na śnieg: czysty. Żadnych odcisków ptasich łap. A przecież gdzie indziej było ich pełno, w Breslau nie brakowało żeru. Ludzka i zwierzęca padlina walały się na każdym kroku. Czyli jednak zasadzka... Zaraz, zaraz! Jaka, do cholery, zasadzka?! Toż o miejscu i czasie akcji wiedzieli tylko moi ludzie i niemieccy spadochroniarze. Ci pierwsi zresztą tylko w ogólnym zarysie: trudno było ustalać konkrety, nie znając dokładnie okoliczności, w jakich przyjdzie mi przekradać się na drugą stronę. Co do Fallschirmjäger, to żaden z nich nie miał możliwości powiadomienia kogokolwiek o detalach mojej wycieczki. Pozostaje zatem tylko jedna możliwość: w okolicy ukrywa się ktoś z mojej ekipy – w końcu to strefa przyfrontowa, chuj wie kto i skąd się pojawi. No dobrze, ale przecież pokazałem się na zewnątrz? Dlaczego nikt nie wyszedł z ukrycia? Hmm... Pokazałem się? Niby tak, ale zależy, gdzie czai się obserwator. Jeżeli w tej samej kamienicy, na jednym z wyższych pięter, widział co najwyżej czubek mojej głowy. Przez chwilę. Dlatego się nie ujawnił. Cóż, zagadka rozwiązana, chyba żeby nie: zawsze możliwy jest mniej optymistyczny wariant. Trudno, trzeba zaryzykować, nie mogę przecież cisnąć przez okno granatu...

Zdecydowanym krokiem wyszedłem na podwórze, odwróciłem się twarzą do budynku. W pierwszym momencie niczego nie zauważyłem, po dłuższej chwili poruszyło się coś, co początkowo wziąłem za kupę gruzu. Szeroki w barach, przysadzisty mężczyzna okryty był ni to chałatem, ni to płachtą zszytą ze strzępów materiału do złudzenia przypominających oprószone śniegiem cegły. Nawet twarz osłoniętą miał czymś w rodzaju maski. W ręku trzymał karabin z celownikiem optycznym. Jednym susem zeskoczył na bruk, cały czas celując we mnie. Przezorny, psia jego mać!

– Przedstawcie dokumenty! – zażądał stłumionym przez grubą tkaninę głosem.

A to żartowniś! Przedstawiłem.

– Towarzyszu pułkowniku, melduje się...

Wyczekałem, aż opuści lufę, po czym błyskawicznym podcięciem powaliłem go w śnieg.

 

– Za co?!

– Za to! – burknąłem, podtykając mu pod nos legitymację.

– Nie rozumiem...

Wymownym gestem zacisnąłem pięść.

– Dajcie mi jeszcze raz popatrzeć! – krzyknął pospiesznie.

– Patrz! Tylko tym razem uważniej!

– Naprawdę nic nie widzę...

Westchnąłem cierpiętniczo: praca dowódcy nigdy się nie kończy.

– Porównaj ze swoją, matole!

Lewartow zdjął z twarzy maskę, przetarł zaczerwienione od niewyspania oczy – ciekawe, ile godzin czekał na mnie na mrozie? – i przyjrzał się obu dokumentom.

– Wszystkie znaki i pieczęcie na miejscu, odpowiedni gatunek papieru... – wymruczał. – Zaraz! Zszywki! Nasze są matowe.

– No, wreszcie!

– O to chodziło?

– A jakże! My robimy zszywki ze zwykłej stali, oni z nierdzewnej. Po paru tygodniach widać już różnicę.

Podałem chłopakowi dłoń, pomogłem dźwignąć się z ziemi. Objęliśmy się serdecznie. Wreszcie wśród swoich...

– Oni tak zawsze z tymi zszywkami?

– Skąd! Abwehra nigdy nie dopuściłaby do takich fuszerek. Podejrzewam, że to efekt przejęcia wywiadu wojskowego przez SS.

– Tak czy owak, warto zapamiętać.

– Pewnie. A co u was? Wszystko w porządku? – spytałem.

– Wszyscy zdrowi – odparł wymijająco chłopak.

– Poruczniku Lewartow!

– Elena...

– Co z nią?!

– Niby nic specjalnego, ale...

– Gadaj!

– Jest taki pułkownik artylerii – zaczął niechętnie. – Niejaki Zorin. Zaraz po tym, jak wyjechaliście, zorganizował wieczorek poetycki. Wiecie, jak to jest: ludzie się nudzą, to i łażą na różne takie...

– I?

– Tam się poznali. Rozumiecie, to nie wygląda na przelotny romans.

Zakląłem pod nosem: niby dorośli ludzie, a wystarczy ich zostawić na tydzień czy dwa bez nadzoru i czort jeden wie co wymyślą. Za dużo wolnego czasu, ot co!

– Mówisz, że to na poważnie?

– Dla Eleny na pewno – potwierdził. – Zachowuje się jak typowa WPŻ. Co do faceta nie mam pewności, ale gość jest od niej starszy ponad dwadzieścia lat, ma żonę i dwójkę dzieci. Choć podobno powiedział jej o tym od razu...

Ponownie zmełłem w ustach przekleństwo: terminu WPŻ, wojenno-polewaja żena, używano wobec kochanek oficerów. Niby nic nadzwyczajnego, trudno sobie wyobrazić, żeby żołnierze ignorowali te wszystkie siostrzyczki, telefonistki czy panienki regulujące ruch. Tym bardziej że w odróżnieniu od armii niemieckiej w naszej nie ma burdeli. Przynajmniej oficjalnie... Z drugiej strony Elena nie jest sanitariuszką, jeśli coś chlapnie w łóżku, wszyscy za to zapłacimy. Nie mówiąc już o tym, że cała sprawa może być prowokacją NKWD czy Smiersza. Wiedziałem, że ani Abakumow, ani Beria nie przepadają za mną. Gdyby podległe im służby skompromitowały kogoś z mojej grupy, miałbym szczęście, gdyby skończyło się tylko na degradacji. Szlag by to...

– Aha, jeszcze jedno...

– Co znowu?!

– Przyjechała Lidia Zosimowna. Czeka na was.

No tak, ciekawe, co może się jeszcze spieprzyć? Lidia Zosimowna Siwers, autentyczna przedrewolucyjna arystokratka, była żywą legendą wojennoj razwiedki. Pracę dla GRU rozpoczęła jeszcze w czasach rewolucji i od tej pory cieszyła się niewzruszonym zaufaniem wszystkich szefów naszej firmy. Nigdy nie wdawała się w rozgrywki personalne, mimo że funkcja kierowniczki archiwum dawała jej dostęp do informacji, które mogły sprawić problemy nie to, że jakiemuś generałowi, ale i niejednemu członkowi Politbiura. Do tego wszystkiego dysponowała fotograficzną pamięcią i ogromną wiedzą, stąd czasem proszono ją o konsultację w co bardziej skomplikowanych sprawach. Tych udzielała jednak na miejscu – Lidia Zosimowna nigdy i w żadnych okolicznościach nie opuszczała Moskwy. Jeśli mnie odwiedziła, musiało się wydarzyć coś nadzwyczajnego.

– Czego chce?

– A bo ja wiem? – Wzruszył ramionami. – Stwierdziła, że ma dla was informację, i tyle.

No tak, założę się, że wieść raczej nie należy do gatunku tych radosnych. Ech, gdybym wierzył w Boga, pewnie doszedłbym do wniosku, że ktoś tam na górze bardzo mnie nie lubi...


Lidia Zosimowna Siwers wyglądała jak nobliwa starsza pani: srebrne włosy ułożone w schludny koczek, elegancki czarny kostium, sznur pereł na szyi... Tylko chłodny błysk oczu w odcieniu przypominającym toledańską stal skłaniał do zastanowienia. Od stereotypu odbiegała także szczupła, rozumna twarz o ascetycznym wyrazie. W jej rysach było coś, co przypominało wizerunki chrześcijańskich świętych – nieugięta wiara połączona z nadludzką wręcz determinacją. Nie trzeba było wielkiej spostrzegawczości, aby zauważyć, że tej akurat starszej pani lepiej nie wchodzić w drogę.

Tymczasem jednak Lidia Zosimowna wyglądała na zadowoloną: właśnie poczęstowałem ją herbatą. Nie byle jaką herbatą, lecz ulubionym gatunkiem mojego gościa, Rosyjską Karawaną. Stół zaścielony był śnieżnobiałym obrusem, porcelanowa zastawa pochodziła z miśnieńskiej manufaktury, a na srebrnej paterze pyszniły się ciepłe jeszcze ciasteczka. Widać, że moja ekipa nieźle się tu urządziła...

– Znakomite – pochwaliła wypieki, sięgając po kolejne ciastko.

Bez słowa dolałem jej herbaty, choć na usta cisnęły mi się dziesiątki pytań. Jednak wiedziałem, że Lidia Zosimowna poinformuje mnie o celu swojej wizyty, dopiero kiedy sama tak postanowi i ani sekundy wcześniej. Wszelkie próby ponaglania z góry skazane były na niepowodzenie.

– Mamy problem – oznajmiła wreszcie, odstawiwszy filiżankę. – Zygfryd von Bredow zginął niedawno podczas bombardowania Drezna.

Zakląłem, śmierć Archiwisty czyniła moją misję niemal niewykonalną. A za tydzień czy dwa towarzysz Stalin zażąda efektów...

– Aż tak źle? – spytała. – Nie natrafiłeś na żaden ślad?

Zamrugałem zaskoczony: w głosie Lidii Zosimowny zabrzmiał wyraźnie wyczuwalny niepokój. Co się dzieje? Nie przypominałem sobie, żeby do tej pory okazywała żywsze emocje. Chyba że rzecz dotyczyła jej ulubionej herbaty... Coś było nie tak, bardzo nie tak.

– Nawiązałem kontakt z córką Archiwisty – poinformowałem. – Jednak ona nic nie wie. Oczywiście zdaje sobie sprawę z tego, czym zajmował się Zygfryd von Bredow, ale tylko w ogólnych zarysach.

– Wie o archiwum?

– Tak.

– Jakieś domysły na temat zawartości?

– Według niej ma to związek z planowanym odrodzeniem Trzeciej Rzeszy. Archiwum ma zawierać dane agenturalne na temat głęboko zakonspirowanych struktur wywiadu i dokumentację techniczną prototypów nowych rodzajów broni.

– Zdajesz sobie sprawę, ile to jest warte?

Bez słowa przytaknąłem. Nie ulegało wątpliwości, że opisane w archiwum projekty będą wymagały dopracowania, ale wiadomo było też, że przynajmniej część z nich wyprzedza obecnie stosowane rozwiązania o dziesięć, a może więcej lat. Wystarczy wspomnieć rakiety V1 czy V2... Niemniej smakowitym kąskiem był także spis niemieckich agentów: prędzej czy później dotychczasowi sojusznicy staną się rywalami, a wówczas wywiady wszystkich stron zetrą się w bezlitosnej walce. I jak to na wojnie – wygra ten, kto pierwszy odkryje sekrety przeciwnika.

– Rozumiem, że nie ma szans na odzyskanie notatek von Bredowa? – spytałem z rezygnacją.

– On zginął w swoim mieszkaniu, amerykańskie samoloty zrównały z ziemią całą dzielnicę. W dodatku użyto bomb zapalających. Jeśli nawet coś tam było... – Lidia Zosimowna wzruszyła ramionami.

No tak, jakżeby inaczej...

– Może zostawił coś u córki? – dodała pocieszająco.

– Niewykluczone – przyznałem. – Tyle że ona nic o tym nie wie. To może być cokolwiek.

– Musisz zyskać jej zaufanie. Absolutne zaufanie – podkreśliła z naciskiem Lidia Zosimowna.

– Staram się – odburknąłem.

– Jest jeszcze jeden problem.

– Słucham?!

– W poszukiwania archiwum Himmlera włączył się towarzysz Beria.

– A to z jakiej racji?! Tę misję powierzono GRU!

– Kilka dni temu w ręce NKWD wpadło dwóch esesmanów, którzy pomagali von Bredowowi. Sami niewiele wiedzą, to szeregowi żołnierze, ale podali nazwisko swojego dowódcy, niejakiego Eugena Fischera. Ten ma znać miejsce ukrycia przynajmniej części dokumentów.

– I co z tego?! To była nasza misja! Głównodowodzący...

– Słusznie zauważyłeś: była – przerwała mi bez ceregieli Lidia Zosimowna. – A Gławkom zmienił zdanie. Postawił na konkurencję. Nie pierwszy raz przecież... Teraz to rozgrywka pomiędzy NKWD a wojennoj razwiedkoj. I fory w niej ma towarzysz Beria, bo Narodnyj Komissariat Wnutriennich Dieł robi takie rzeczy, jakich my nie jesteśmy w stanie... Stąd on jest niezbędny, my nie.

Parsknąłem pogardliwie: pewnie! Wojennaja razwiedka walczy przeważnie z prawdziwym, nie wyimaginowanym wrogiem. Nie zapełnimy więźniami obozów i kopalni złota, nie przeprowadzimy masowych egzekucji „wrogów proletariatu” ani kolejnej czystki. Nie to, co ludzie o „gorących sercach i czystych dłoniach”.

– Przysłał was generał...

– Tak – ponownie weszła mi w słowo.

– Jakie są zasady gry?

– Beria ma wyłączność na działania na terenach zajętych przez nasze wojska, my na obszarze kontrolowanym przez Niemców.

Z trudem powstrzymałem się przed splunięciem: Beria jak zwykle grał znaczonymi kartami, czas pracował na jego korzyść. Obszar Trzeciej Rzeszy kurczył się z każdą godziną.

– A jeśli odkryję, że dokumenty znajdują się poza obszarem naszej kompetencji? Mam przekazać namiary Berii?

– Myślę, że w razie czego nie będziemy fatygować Generalnego Komisarza – odparła Lidia Zosimowna, oglądając paznokcie. – To zajęty człowiek.

– Mam za mało ludzi na takie numery!

– Zgadza się. Dlatego nie przyjechałam sama.

– Co takiego?!

– Dysponujemy odpowiednim sprzętem, łącznie z samolotami, pod twoją komendę oddano też liczącą setkę ludzi grupę operacyjną. Gdybyś zdobył jakieś informacje, zajmę się koordynacją działań. Będę też na miejscu, gdybyś potrzebował pomocy. Jakiejkolwiek pomocy – zaakcentowała.

No, no, znaczy nie jest aż tak źle: mam ludzi, sprzęt i Lidię Zosimownę. Trzeba tylko zawczasu zatroszczyć się o jej bezpieczeństwo, bo jeśli wyjdzie poza teren sztabu ubrana tak jak teraz, nie przeżyje nawet kwadransa.

Użyłem leżącego na stole srebrnego dzwoneczka i do pokoju weszła dwudziestokilkuletnia kobieta w stroju pokojówki. Upięte wokół głowy blond warkocze, niebieskie oczy i rysy twarzy zdradzały jej narodowość. Na tacy niosła dzbanek herbaty i kolejną partię ciasteczek. Wnioskując po zapachu, dopiero co wyjętych z pieca.

– Zawołaj moich ludzi – rzuciłem szorstko.

Nieznajoma dygnęła i ruszyła pospiesznie wypełnić polecenie. Lidia Zosimowna uniosła brwi: rozkaz wydałem po niemiecku.

– Kim ona jest? – spytała.

– Nie mam pojęcia – odparłem z rozdrażnieniem. – Zapewne Elena uratowała kolejną aryjską dziewicę przed losem gorszym od śmierci.

– Rozumiem, że to nie pierwszy raz?

– A jakże!

– A może to któryś z twoich chłopaków? – Wykonała nieokreślony gest.

– Ci mają dużo lepszy gust, ta tutaj to przecież żadna piękność, no i nie muszą stosować takich metod – zapewniłem. – Żaden z nich nie ma problemów z kobietami.

– Komandir...

Stanęli przede mną na baczność: Tima Kotuszew, Elena i Witia Potapow. Lewartowa wysłałem do łóżka, żeby odespał zarwaną noc. Za parę godzin będzie ubezpieczał mój powrót do Breslau.

– Spocznij! – mruknąłem. – Nie wszyscy naraz! – zastrzegłem się przezornie.

Nie zwracając uwagi na moje słowa, panna Szewieliewa z piskiem radości rzuciła mi się na szyję, a Tima wraz z Witią podnieśli nas oboje, krzycząc gromko: uraa. Banda wariatów, ot co! Rozpuścili się jak dziadowskie bicze.

– Ciekawy model stosunków służbowych – zauważyła z lekkim rozbawieniem Lidia Zosimowna.

Machnięciem ręki zaprosiłem wszystkich do stołu, dokonałem krótkiej prezentacji.

– Skąd wzięliście tę Niemkę? – spytałem.

– To dobra kucharka – powiedziała obronnym tonem Elena.

Witia wywrócił wymownie oczyma, Tima siedział z kamiennym wyrazem twarzy. Jak to Tima...

 

– Sprawdziliście ją chociaż?

– Tak toczno!

– I?

– To pokojówka jakiejś miejscowej arystokratki. Znaleźliśmy ją w schowku na szczotki, kiedy przeszukiwaliśmy pałacyk – poinformował Potapow. – Syn tej baronessy był pułkownikiem SS, więc pomyśleliśmy, że rzucimy okiem na chałupę.

– Jak widzę, znaleźliście nie tylko ją. – Obrzuciłem wymownym spojrzeniem porcelanę i srebra.

– O, przepraszam! Tam już niewiele zostało, wyszabrowaliśmy to z całej okolicy – oznajmił z godnością Potapow. – A wszystko po to, aby odpowiednio was podjąć, komandir. No i, rzecz jasna, waszego gościa – dodał z lekkim ukłonem.

– Co do gości...

– Tak?

– Zorganizujesz ochronę dla Lidii Zosimowny. Myślę, że drużyna wystarczy. Gdyby musiała gdzieś wyjechać...

– Razumowski! Nie życzę sobie...

– Nie chcę, żeby coś wam się stało – oznajmiłem spokojnie. – Potrzebuję was.

– Wykluczone! Ja...

– Komu powierzono dowództwo całej operacji? – przerwałem jej ponownie.

– To cię nie upoważnia do wydawania mi poleceń! Ochrona, też coś! Może jeszcze każesz mi się przebrać w mundur?!

– Uchowaj Boże! – zawołałem. – Toż w tej kreacji à la baronowa von Dupenszpadel wyglądacie tak dziewczęco! Tylko że nasi żołnierze mogą was wziąć za wroga klasowego i odpowiednio potraktować. Nie mówiąc już o możliwości natknięcia się na niemieckich dezerterów czy inny Werwolf!

– Postaram się wam nie przeszkadzać – zapewnił Potapow, całując z galanterią dłoń Lidii Zosimowny. – Proszę...

Zaczerwienione ze złości policzki mojego gościa stopniowo przybrały naturalny kolor.

– Herbatki? – zaproponował Wiktor. – A może jeszcze ciasteczek?

– Poproszę – powiedziała normalnym już tonem Lidia Zosimowna. – A ty, Razumowski, patrz i ucz się! Kobietom się nie grozi, kobiety się przekonuje!

– Dziękuję za wskazówki – odparłem kwaśno.

Dalszą rozmowę przerwało nam przybycie adiutanta Głuzdowskiego.

– Towarzyszu pułkowniku – zwrócił się do mnie mężczyzna w mundurze majora – dowódca was oczekuje.

– Już idę – zapewniłem, wstając od stołu.

Oficer skinął głową i wyszedł bez słowa. Miałem nadzieję, że jego zachowanie nie odzwierciedla stosunku Głuzdowskiego do mojej skromnej osoby. Wrogów i tak mi nie brakowało. Z drugiej strony trudno się dziwić: jeśli towarzysz Stalin poinstruował Głuzdowskiego z wrodzonym sobie wdziękiem...

– Komandir, muszę z wami porozmawiać. To pilna sprawa – odezwała się Elena.

Przyjrzałem jej się uważniej: dziewczyna promieniała. Można ją było nazwać co najwyżej niebrzydką – zbyt wiele cech odziedziczyła po ojcu, jednak teraz stalowoszare oczy nabrały głębi, cera stała się świetlista, nawet nieco zbyt ostre, jak na kobietę, rysy twarzy złagodniały. Nie ma co, niezły majster z tego Zorina. Miłość, cholera...

– Jeśli trzymałaś język za zębami, to może nie trzeba się aż tak spieszyć? – zasugerowałem zimno.

Myślałem, że coś odburknie, ale niespodziewanie zadrżały jej wargi, po policzku spłynęła samotna łza. Zanim się zorientowałem, szlochała już w moich ramionach.

– Ja nie chciałam... – wymamrotała. – To się stało tak nagle...

Delikatnie rozgiąłem zaciśnięte na moim ubraniu palce dziewczyny, niezgrabnie pogładziłem po głowie.

– Podaj wszystkie dane Lidii Zosimownie, ona sprawdzi go przez nasze kanały.

– Kogo mam sprawdzić? I czy to naprawdę konieczne? Bo jak wnioskuję, rzecz nie ma nic wspólnego z misją? – skrzywiła się niechętnie Lidia Zosimowna.

Umilkła, kiedy rzuciłem jej spojrzenie, które odpowiedziało nie tylko na zadane pytania, ale i kilka innych, niepostawionych wprost.

– Wykonać! – poleciłem, wychodząc.


Adiutant Głuzdowskiego zaprowadził mnie do położonej opodal, niewielkiej willi. Budynek nie wyglądał na siedzibę sztabu, raczej prywatne gniazdko generała. Dowódca Szóstej Armii Pierwszego Frontu Ukraińskiego, niewysoki, korpulentny mężczyzna o okrągłej, dobrodusznej twarzy, siedział za bogato zastawionym stołem. Zmierzył mnie uważnym spojrzeniem spod krzaczastych, nawisłych brwi, przywitał uściskiem dłoni. Plotka głosiła, że jest wnukiem polskiego zesłańca i synem Gruzina. To ostatnie było o tyle prawdopodobne, że urodził się w Tbilisi, dawnym Tyflisie. Nie miałem odwagi sprawdzić tych informacji – centrum łączności obsadzone było przez ludzi Głuzdowskiego.

– Siadajcie, pułkowniku – mruknął, wskazując mi krzesło. – Macie coś dla mnie? Czy może nie powinienem nawet pytać, żeby nie zostać oskarżony o sabotowanie waszej misji?

– Moje działania istotnie koncentrują się wokół powierzonego mi zadania – odparłem ostrożnie. – Jednak jestem gotów udzielić wam wszelkiej pomocy, towarzyszu generale. Rzecz jasna, w miarę możliwości. Wojennaja razwiedka pracuje dla armii.

Po chwili namysłu Głuzdowski skinął aprobująco głową.

– Rzeczywiście – stwierdził. – Wojennaja razwiedka pracuje dla nas. Zjecie coś?

– Chętnie.

Co prawda już wcześniej zaspokoiłem głód – zatroszczyła się o to moja ekipa – ale czort wie kiedy dostanę kolejny gorący posiłek.

Generał bez słowa napełnił mój talerz, nalał wódki i wymownym gestem wskazał zakąski.

– Czym chata bogata – zaprosił bez cienia ironii w głosie.

Sam także poczęstował się gęstą, smakowitą pochlopką. Widać, że kucharzył Rosjanin, nie Niemiec.

Przez jakiś czas słychać było jedynie delikatne pobrzękiwanie sztućców, przerywane czasem dźwiękiem trącanego szkła. Głuzdowski nie spieszył się z pytaniami, a ja nie widziałem powodu, aby samemu rozpoczynać rozmowę. Generał kilkakrotnie dolewał mi wódki i rekomendował zakąski: a to marynowane grzybki, a to kiszone ogóreczki, a to kawior. Postronny obserwator doszedłby pewnie do wniosku, że usługuje mi przy stole, lecz w rzeczywistości każdy jego ruch był dokładnie przemyślany i wymuszał na mnie odpowiednią reakcję. Pan generał postanowił napić się wódki? Cóż – nalewał i Razumowskiemu, po czym wznosił kieliszek w bezgłośnym toaście. Chwalił smak malutkich, nie większych od paznokcia podgrzybków? Wypadało się poczęstować... Nie znałem bliżej Głuzdowskiego, ale jeśli kontrolował swoją armię jak naszą biesiadę, był prawdziwym wirtuozem. Wreszcie otarł serwetką wydatne usta i uniósł wzrok znad stołu. Znaczy koniec posiłku...

– Macie coś dla mnie? – zapytał.

– Niestety, nic pocieszającego. Garnizon liczy kilkadziesiąt tysięcy ludzi, do tego dochodzi Hitlerjugend i formacje pomocnicze. Wszystkie instytucje działają sprawnie, w mieście nie ma paniki. Co prawda von Ahlfen nie posiada specjalnego doświadczenia, ale ten problem zostanie rozwiązany na dniach.

– Tak?

– Hanke naciska, żeby dowódcą Breslau uczynić Niehoffa.

– Z jakim skutkiem?

– Nie mam pojęcia, towarzyszu generale, ale gdybym miał zgadywać...

Głuzdowski otworzył srebrną papierośnicę, poczęstował mnie i sam zapalił. Pauza trwała paręnaście sekund, akurat tyle, abym dał radę sformułować odpowiedź.

– Podobno Hanke jest w łaskach u Hitlera. A korzyści z zamiany niedoświadczonego dowódcy na Niehoffa są oczywiste. W dodatku Niehoff to fanatyk, wiadomo, że będzie się bił do końca.

– Wasze sugestie?

– Nie czuję się kompetentny. Jestem tylko...

Urwałem powstrzymany leniwym gestem generała.

– Sugerowanie pewnych rozwiązań to część analizy – przypomniał.

– Myślę, że ataki na większą skalę nie mają sensu – odparłem. – Von Ahlfen nie podda miasta, nie w tym momencie. Tym bardziej jeśli doszły go słuchy, że Hanke powątpiewa w jego kompetencje. Jeżeli dowództwo obejmie Niehoff, sytuacja skomplikuje się jeszcze bardziej.

– Jak z zapasami?

– Nie miałem dostępu do danych kwatermistrzostwa, jednak z tego, co zauważyłem, garnizon Breslau ma pod dostatkiem broni, amunicji i żywności. Powoli zaczynają się problemy z medykamentami, ale i tu nieprędko sytuacja stanie się tragiczna.

– Wnioski?

– Kontynuować oblężenie.

– Zdajecie sobie sprawę z sytuacji? Już krążą plotki o mojej nieudolności, żołnierze zaczynają opowiadać dowcipy na temat Szóstej Armii, NKWD sugeruje Głównodowodzącemu, żeby zastąpił mnie kimś innym.

– Nie wątpię – mruknąłem. – Towarzysz Beria ma w tym swój interes.

– A mianowicie? – zmarszczył brwi Głuzdowski.

– Niestety, nie macie dopuszczenia do tej informacji, towarzyszu generale – odezwałem się przepraszająco. – Stąd nie mogę wyjawić wam detali. Ujmując rzecz w skrócie: zarówno GRU, jak i NKWD prowadzą poszukiwania czegoś niezmiernie cennego. Ludzie Generalnego Komisarza mogą działać na terenach już wyzwolonych, my na zajętych przez Niemców.