Demony wojny. Część 2

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Demony wojny. Część 2
Demony wojny. Część 2
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 64,83  51,86 
Demony wojny. Część 2
Demony wojny. Część 2
Audiobook
34,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Żołnierze zawyli urągliwie, nie szczędząc mu dobrych rad i narzekając na poniesione w zakładach straty. Jednak w ich głosach nie wychwyciłem prawdziwego gniewu, przeważało raczej podszyte satysfakcją zdumienie: znaczy nie przydzielono im na dowódcę kompletnego fajtłapy.

– Kto następny? – spytał Becker, kiedy rozmasował sobie kark.

– Hartmann – zadecydowałem z uśmiechem.

Olbrzym natychmiast przyjął pozycję zapaśniczą i zaczął zbliżać się do mnie na ugiętych nogach. Mimo demonstracyjnej pewności siebie nie byłem przekonany co do zwycięstwa w tym pojedynku. Mężczyzna miał ramię jak moje udo, jeśli dostanę się w jego łapy, facet wyrwie mnie jak rzodkiewkę. Albo po prostu wkręci w podłogę...

Przechwyciłem jego rękę, zanim zdążył złapać mnie za ramię, wyłamałem dwa palce. Coś trzasnęło i wielkolud z niedowierzaniem w oczach zwalił się na kolana.

– Przegrałem – oświadczył ze zdumieniem. – Naprawdę przegrałem...

Ryk aplauzu niemal mnie ogłuszył, po twarzach żołnierzy widziałem, że na moment zapomnieli o oblężeniu. Rozgrzani wesołością kolegów, poczuli się sprawni, silni, niezwyciężeni. Przez chwilę.

– Pokaż rękę – poleciłem Hartmannowi.

– Nic mi nie jest, ja...

Obejrzałem dłoń żołnierza, jeden ze stawów wyraźnie napuchł. Ani chybi przemieszczenie.

– Nie ruszaj się! – rozkazałem.

Pociągnąłem energicznie, suchy chrzęst świadczył, że palec wrócił na swoje miejsce.

– Zwalniam cię z prac fizycznych, dopóki opuchlizna całkiem nie zejdzie. Po zajęciach zgłosisz się do lekarza.

– Kiedy naprawdę nic mi nie jest – zaoponował Hartmann. – A teraz nawet już nie boli.

– Żebym nie musiał dwa razy powtarzać! – rzuciłem groźnie.

– Tak jest! Natychmiast po zajęciach zgłosić się do lekarza!

– Został jeszcze Lis – przypomniał jeden z żołnierzy.

– Raczej egzekucja Lisa – odburknął inny.

– Stawiam na niego sto marek – nieoczekiwanie odezwał się Becker.

W głosie sierżanta pobrzmiewała niewzruszona pewność siebie. No, no, ryzykant z niego, nie przypuszczałem, żeby niski żołnierz mógł mnie czymś zaskoczyć. Choć Bogiem a prawdą nie przyglądałem się, jak walczy: bardziej interesowali mnie Hartmann i sam Becker. Sto marek... Toż to niemal pół miesięcznego żołdu!

– Zaczynamy! – zarządziłem.

Mój przeciwnik wyszedł na środek niezgrabnym, posuwistym krokiem, opierając ciężar ciała na wewnętrznych krawędziach stóp, tak jakby miał problemy z płaskostopiem. Żeby mu się tylko nóżki nie splątały, pomyślałem z rozbawieniem. Złapałem go za ramię, chcąc jak najszybciej zakończyć walkę. Sam nie wiem, co mnie ostrzegło. Instynkt, a może wyraz twarzy żołnierza? Niemal w tym samym momencie odskoczyłem do tyłu, klnąc paskudnie: ledwo uniknąłem wykonanego z niewiarygodną szybkością podcięcia. Prawie dałem się złapać: platfus u spadochroniarza? Akurat! W ułamek sekundy później Lis zaatakował, to podcinając, to próbując pozbawić mnie równowagi, aby przejść do rzutu. Z podobnej klasy przeciwnikiem walczyłem tylko raz, może dwa razy w życiu. Nie licząc, rzecz jasna, białogwardzisty Majki...

Mimo mało imponującej postury Lis dysponował niebagatelną siłą: miałem wrażenie, że cały składa się z kości, ścięgien i wytrzymałych niczym stalowe liny mięśni. Przez dłuższy czas to jeden, to drugi z nas usiłował powalić rywala. Bezskutecznie. Zaczynałem odczuwać zmęczenie, kilkakrotnie dłonie ześliznęły mi się po spoconym torsie przeciwnika; obaj walczyliśmy rozebrani do pasa. Wreszcie udało mi się objąć Lisa wpół i dźwignąć do góry. Technika nie była specjalnie wyrafinowana – wykorzystałem wyższy wzrost i zwykłą fizyczną siłę. Zanim cisnąłem nim o posadzkę, poczułem, jak wiotczeje mi w ramionach. Zaskoczony, rozluźniłem nieco uścisk i to wystarczyło: znienacka horyzont wywinął koziołka i wyłożyłem się jak długi – wyśliznąwszy się z uchwytu, Lis złapał mnie za kostki i przerzucił przez plecy. Koniec meczu, wynik: dwa do jednego dla majora Rotha. Cóż, mogło być gorzej...

– Nic panu nie jest, majorze? – upewnił się zwycięzca, podając mi rękę.

– Żyję – odburknąłem niechętnie.

Mimo ostentacyjnie wyrażanej troski w oczach żołnierza błyszczały złośliwe ogniki. A to gadzina!

– Teraz już pan wie, majorze, dlaczego nazywają go „Lis” – zarechotał Becker. – I niech nikt nie waży się wyjść, póki nie odbiorę swojej wygranej! – uprzedził surowym tonem.

Zbiorowy jęk świadczył, że w ostatniej walce większość postawiła na mnie.

– Gdzieś się tak nauczył walczyć? – spytałem.

– W berlińskiej szkole Rahna – odpowiedział za niego Becker.

– Ericha Rahna?

– Tego samego – oświadczył sierżant, przeliczając z wyraźną przyjemnością pokaźny plik banknotów.

No, no... Ciekawe. Trzeba będzie przy jakiejś okazji uciąć sobie pogawędkę z Lisem. Wojennaja razwiedka od dawna interesowała się szkołą Rahna.

Nałożyłem bluzę, starannie zapiąłem guziki munduru. Czas kończyć zabawę. Gwizdnąłem ostro, przerywając rozmowy i przyjacielskie docinki. Żołnierze na komendę Beckera stanęli w dwuszeregu.

– Od jutra pełna gotowość bojowa! – zarządziłem. – Dziś rozlokujecie się w naszym baraku, jedzenie doniosą wam z kuchni. Żadnych rozmów i kontaktów z resztą garnizonu, warta przez całą dobę, sprawdzić broń i sprzęt! Dopilnujecie tego, sierżancie!

– Jawohl! – szczeknął służbiście Becker.

Powiodłem zimnym wzrokiem po zastygłych w bezruchu sylwetkach, szukając najmniejszych oznak niesubordynacji. Postanowiłem, że jakby co, załatwię sprawę tu i teraz. Wspólna zabawa to świetny sposób, żeby nawiązać bliższy kontakt z żołnierzami, jednak zaraz potem trzeba się upewnić, że wszyscy nadal rozumieją, kto tu rządzi. W razie najmniejszych wątpliwości – zademonstrować.

Oparłem dłoń na kaburze, w milczeniu studiowałem nieruchome niczym woskowe maski twarze: Becker, Hartmann, Lis. Wszyscy wyprężeni w pozycji zasadniczej, żadnej nonszalancji, ukradkowych uśmieszków, nawet wyzywającego spojrzenia. Taaak... Chyba pojęli lekcję. Dobry dowódca rzadko kiedy grozi wprost, raczej daje do zrozumienia, jakie mogą być konsekwencje braku dyscypliny.

– Dajcie „spocznij” – zezwoliłem.

– Rührt euch!

Zanim doszedłem do wyjścia, któryś z żołnierzy otworzył mi drzwi, inny popędził do samochodu. Wyglądało, że ustaliłem swoją pozycję w grupie...


Odczekała jakieś dwadzieścia minut, akurat tyle, żebym mógł się wykąpać i przebrać. Pewnie widziała przez okno, jak wracałem. Zapukała, kiedy zacząłem rozglądać się za czymś do jedzenia. Wpuściłem ją bez słowa, zaprosiłem do stołu. Tak jak ostatnio, przyniosła mi posiłek, tym razem było to coś w rodzaju gulaszu. Mój wkład w organizację obiadu ograniczył się do zapalenia świecy i rozlania alkoholu – o resztę zatroszczyła się Frau von Bredow. Nie pytałem o nic, czekałem. Gdybym odezwał się pierwszy, osłabiłbym swoją przewagę. Wolałem, żeby to moja sąsiadka rozpoczęła rozmowę. Tymczasem siedzieliśmy, popijając wino, i wymienialiśmy banalne uwagi na temat pogody. Tak jakby ostra zima była naszym największym zmartwieniem...

– Nie ułatwi mi pan tego, prawda? – spytała wreszcie Inga von Bredow z rezygnacją w głosie.

– Wolałbym nie wysnuwać przedwczesnych wniosków – odparłem wymijająco.

– Och, proszę się nie krygować! Na pewno dawno domyślił się pan wszystkiego!

– Jeśli nawet, byłbym wdzięczny za postawienie kropki nad i.

Moja sąsiadka parsknęła gniewnie – widać było, że nie jest przyzwyczajona do spełniania czyichkolwiek życzeń – ale w końcu skinęła głową.

– Potrzebuję pańskiej pomocy – oświadczyła bez ogródek. – Jestem wdową, mój mąż poległ dwa lata temu, a Horst to jeszcze chłopiec. Ze względu na konieczność opieki nad córką jestem zwolniona z obowiązku pracy, stąd mogę poprowadzić panu dom. Krótko mówiąc: proponuję panu usługi gospodyni i kucharki.

– Co w zamian?

– Wystarczy mi pańskie towarzystwo, być może czasem o coś pana poproszę.

– Nie rozumiem?

– Och, nie miałam na myśli...

O dziwo, Inga von Bredow zaczerwieniła się jak piwonia.

– Moje dzieci się boją – powiedziała. – Horst tego nie okazuje, ale widzę to w jego oczach... A córka... Potrzeba im obecności mężczyzny, jakiegokolwiek mężczyzny. Do tego bywa, że samotna kobieta traktowana jest jak łup wojenny.

– Więc chodzi o to, żebym od czasu do czasu pojawił się w pani mieszkaniu i robił wrażenie... przyjaciela rodziny?

– Dokładnie tak – potwierdziła z wyraźną ulgą.

– W porządku – oświadczyłem. – Ale mam jeden warunek.

– Jaki?

– Proponuję mówić sobie po imieniu. Zwracanie się do kobiety, która pierze mi bieliznę, per „pani hrabianko” jest dla mnie nieco zbyt... ekstrawaganckie.

– Zgoda – odpowiedziała natychmiast. – Sama chciałam to zaproponować. I na przyszłość proszę darować sobie tę hrabiankę. Tu i teraz nie ma to najmniejszego znaczenia.

– Rzeczywiście. Tu i teraz – zaakcentowałem.

– Co pan ma... Co masz na myśli?

– Rosjanie nie lubią arystokracji.

Zagryzła wargi, w jej oczach pojawił się strach. Na moment, szybko zastąpiła go determinacja. Najwyraźniej mimo uprzywilejowanej pozycji społecznej Inga von Bredow nie należała do mięczaków.

– Nie dowiedzą się – oświadczyła pewnie. – Niewiele osób wie, kim jestem, a ci mnie nie wydadzą.

Spojrzałem na nią z autentycznym zdumieniem: jeśli w to wierzyła, uwierzy także w hufce anielskie albo cudowną broń Hitlera.

 

– Co znowu? Znam ich od dziecka, oni... – urwała, patrząc na mnie niepewnie.

– Inga, Inga... – westchnąłem, biorąc ją za rękę.

– Wolałabym, żebyś tego nie robił – oświadczyła sztywno, cofając dłoń.

– Jak rozumiem, inni kandydaci na „przyjaciół rodziny” mieli wobec ciebie konkretne oczekiwania? – spytałem domyślnie.

– Jacy „inni”?

– Przedstawiając mi swoją propozycję, wspomniałaś, że nadałby się w zasadzie każdy mężczyzna. Nie przypuszczam, żebym był pierwszym i jedynym kandydatem...

– Owszem – przyznała niechętnie. – Co to ma za znaczenie?

– Dlaczego właśnie ja? Sądziłaś, że nie będę stawiał warunków co do naszych wzajemnych... relacji?

– A będziesz? – odbiła pytanie.

– Nie mam zamiaru zmuszać cię do czegokolwiek, ale chcę wiedzieć, dlaczego akurat mnie zaproponowałaś ten... układ. Przecież ledwo się znamy.

– Nikt inny nie zaryzykowałby życia dla mojego syna. No i cieszysz się opinią człowieka, któremu lepiej nie wchodzić w drogę. Mam znajomego w sztabie von Ahlfena – dodała wyjaśniająco. – Zacytował mi kilka urywków z twojego dossier.

– Rozumiem – mruknąłem. – Jestem wilkiem, który ma odstraszyć psy...

– Mam nadzieję, że nie czujesz się urażony?

– Skąd! – Wzruszyłem ramionami. – Zresztą układ jest korzystny i dla mnie: trudno dziś o dobrą kucharkę...

– Odpowiesz teraz na moje pytanie? Co z nami będzie? Czy Breslau się obroni?

Z westchnieniem przeniosłem się na kanapę, rozprostowałem nogi.

– W tej kwestii istnieje tylko jedna prawidłowa odpowiedź i tę już znasz.

– Myślałam, że mnie już sprawdziłeś i wiesz, że nie polecę nigdzie z donosem!

– Bądź uprzejma nie podnosić głosu – poprosiłem chłodno. – Sprawdziłem? A niby kiedy? Jestem oficerem w służbie czynnej i jako taki otrzymałem konkretne zadanie do wykonania. Jest ono związane z obroną Breslau, a nie osobą hrabianki Ingi Matyldy Judyty von Bredow. Wiem tylko, że twój ojciec robił coś dla Himmlera, a to, jak sama rozumiesz, dość szczególna rekomendacja...

– Prosiłam, żebyś dał spokój z tą hrabianką!

– Przepraszam, więcej nie będę – zapewniłem z uśmiechem.

– Rozumiem, że zanim cokolwiek powiesz, muszę się na tyle skompromitować, żebym nie mogła na ciebie donieść?!

– Witamy w realnym świecie – odparłem, nie starając się nawet ukryć sarkazmu.

– No dobrze... – Zagryzła wargi. – Mój ojciec kierował akcją ukrywania dokumentów na polecenie Himmlera. Dokumentów ogromnej wagi.

– A konkretnie? – spytałem, starając się nie okazać zainteresowania.

– Niewiele wiem na ten temat, ojciec niechętnie o tym mówił. Podejrzewam, że bał się, abym czegoś przypadkiem nie wygadała. Kiedyś jeden z jego współpracowników szepnął...

– Tak?

– Chyba mu się spodobałam i chciał zrobić na mnie wrażenie – wyznała, wyłamując palce. – Dał do zrozumienia, że to część wielkiego, tajnego projektu, rzucił nazwę: „Odrodzenie”.

Spojrzała na mnie pytająco, jakby chciała spytać, czy już wystarczy? Nie zareagowałem, więc po chwili podjęła temat.

– Tam są spisy naszych agentów, w tym i takich, którzy mają na razie pozostać nieaktywni, dokumentacja techniczna nowych rodzajów broni...

– Wunderwaffe? – westchnąłem, przewracając oczyma.

– Niezupełnie. Nie chodzi o propagandę, tylko realnie istniejące konstrukcje, które nie wyszły jednak poza fazę prototypów: nowe rodzaje rakiet, samolotów, łodzi podwodnych, superciężkich czołgów...

Z trudem przełknąłem ślinę, starając się siłą woli rozluźnić napięte z emocji mięśnie. Spokojnie, tylko spokojnie... Znaczy pogłoski, że naziści starają się przygotować grunt pod przyszłe odrodzenie Trzeciej Rzeszy, okazały się prawdą. Podobnie jak plotki o niebagatelnej roli Zygfryda von Bredowa w projekcie. Nic dziwnego, że dowodzący oblężeniem Breslau generał Głuzdowski otrzymał rozkaz, aby udzielić mi wszelkiej pomocy: przejęcie archiwum Himmlera mogło radykalnie zmienić układ sił w nowym, powojennym świecie. W świecie, w którym dotychczasowi sojusznicy staną się rywalami...

– To wszystko?

– Nie, jest jeszcze jedna sprawa: szykuje się zmiana na stanowisku dowódcy twierdzy.

– A ty skąd o tym wiesz?

– Jak powiedziałam, mam pewne znajomości. I nie, nie zdradzę, kto przekazał mi informację!

– Co to za zmiana?

– Mój... informator nie miał całkowitej pewności, ale podobno mówi się o generale Niehoffie.

Zakląłem głośno, nie krępując się obecnością sąsiadki. Niech to szlag! Niehoff... W takim razie nie ma co liczyć na rychłą klęskę Breslau, nie ma nadziei na szybkie zakończenie misji. Gdyby miasto padło, wystarczyłoby zatrzymać rodzinę von Bredow i rozpocząć negocjacje z Zygfrydem. Jeżeli walka się przeciągnie, czas będzie miał decydujące znaczenie: niewykluczone, że archiwum Himmlera szukają już Anglicy czy Amerykanie, możliwe też, że część dokumentów ukryto na terenach zajętych przez naszych sojuszników. Wreszcie sam Zygfryd von Bredow mógł się do nich zgłosić, oferując archiwum Himmlera w zamian za zapewnienie bezpieczeństwa córce i wnukom. Rzecz była prawdopodobna, bo stary nigdy nie należał do zwolenników Hitlera, z tym ostatnim łączyło go tylko jedno: nienawiść do komunizmu...

– To zła wiadomość? – spytała niepewnie Inga.

– Zależy dla kogo – odburknąłem.

– Może mnie w takim razie oświecisz? Ja odkryłam wszystkie karty!

Rzeczywiście, sam fakt ujawnienia istnienia archiwum zostałby uznany za zdradę, podobnie jak szerzenie plotek o zmianach w dowództwie, szczególnie jeśli te okazałyby się prawdą. Taaak, gdybym był donosicielem, Frau Inga nie pożyłaby długo: w Breslau karano śmiercią za mniejsze przewinienia.

– No dobrze, co chcesz wiedzieć?

– Jakie mamy szanse? No i dlaczego tak cię zdenerwowała wiadomość o Niehoffie?

– Nie mamy żadnych szans, Niehoff w odróżnieniu od von Ahlfena to doświadczony żołnierz, osobiście oddany Hitlerowi – odparłem zwięźle.

– Nie rozumiem? To źle, że ma doświadczenie?

– Zależy dla kogo – powtórzyłem. – Jeśli dowództwo obejmie Niehoff, będziemy się bili do ostatniego naboju. Przy przewadze, jaką mają Rosjanie, jest na to tylko jedna recepta: maksymalnie wykorzystać ludność cywilną, karząc bezlitośnie wszystkich uchylających się od walki i pracy, rozdać broń dzieciakom, na wielką skalę niszczyć budynki, aby otworzyć pole ostrzału własnej artylerii i zablokować gruzem najważniejsze ulice, być może zbudować prowizoryczne lotnisko w centrum miasta: stare jest już zagrożone przez wroga. Wymieniać dalej?

– Uważasz, że von Ahlfen postąpiłby inaczej?

– Zarówno von Ahlfen, jak i Niehoff zdają sobie sprawę, że wojna jest przegrana. Tylko że ten drugi nie ma zamiaru brać tego pod uwagę. To fanatyk.

– A generał Schörner? Podobno jego wojska szykują się do odblokowania miasta?

– Szykują się, powiadasz? Może i tak, tylko że jest to równie realne, co brednie na temat Wunderwaffe...

Tym razem Inga nie potrafiła opanować strachu, lęk wypełzł jej na twarz, powlekł skórę chorobliwą bielą, odsłonił delikatne niczym pajęczyna zmarszczki w kącikach oczu.

– Więc Rosjanie zdobędą Breslau? – spytała, splatając nerwowo palce. – To pewne?

– Zdobędą – przytaknąłem.

– Co wtedy? Te wszystkie morderstwa i gwałty, których rzekomo dopuszczają się Rosjanie, to tylko propaganda?

W jej głosie zabrzmiał dziwny, proszący ton, tak jakby chciała, żebym niezależnie od wszystkiego zaprzeczył doniesieniom radia i prasy.

Wolno, starając się nie okazać przepełniającej mnie satysfakcji, pokręciłem głową.

– Niestety, to prawda. Pewnie i propaganda robi swoje – przyznałem – ale Rosjanie nie znają litości.

– Ale dlaczego?! Czym im zawiniliśmy?! Kobiety, dzieci, starcy?

Mimo woli z gardła wydarł mi się suchy, bezradosny śmiech podobny do warkotu wściekłego psa. Czym nam zawinili? Dobre sobie!

– To takie zabawne?!

– I owszem – potwierdziłem. – Już w trzydziestym dziewiątym nasze wojska otrzymały rozkaz prowadzenia wojny ze szczególną brutalnością. I tak też postępowaliśmy: bombardowaliśmy polskie szpitale, kolumny uchodźców, rozstrzeliwaliśmy jeńców wojennych i cywilów broniących własnego kraju. Tak nam przecież polecił Führer! – zaakcentowałem. – To tylko jeśli chodzi o wojnę, a przecież później nastąpiła okupacja. Słyszałaś o obozach koncentracyjnych? Mówią ci coś takie nazwy, jak: Stutthof, Auschwitz, Treblinka? A o obozach dla dzieci? Tak, dla dzieci! – powtórzyłem, patrząc w przerażone oczy Ingi. – Myślisz, że w Rosji było inaczej? Mam ci opowiedzieć, jak nasze dzielne wojska traktowały „podludzi”? O gwałtach na Rosjankach, o głodowych racjach, które sprawiały, że kobiety prostytuowały się, żeby utrzymać przy życiu własne dzieci? O Kommissarbefehl, na mocy którego miano rozstrzeliwać na miejscu wszystkich schwytanych komisarzy? O rosyjskich jeńcach, którym odmawiano leczenia, żywności, a nawet wody? Cóż – wzruszyłem ramionami – przegraliśmy wojnę, a teraz Rosjanie stoją u naszego progu. Pełni wstydu, bo nie dali rady obronić swoich dzieci i kobiet, pałający żądzą zemsty za śmierć i hańbę najbliższych. A komisarze, ci, którzy przeżyli, wbijają w naszą ziemię słupy z napisami: „Oto one, przeklęte Niemcy!” – wyskandowałem, wypluwając słowa niczym skrzepy krwi z głębi trzewi.

Odetchnąłem głębiej, jednym haustem wychyliłem kieliszek wina.

– Dlatego nie będzie litości – powiedziałem już ciszej. – Bo i my jej nie okazaliśmy, dlatego ucierpią niewinni, bo i my nie oszczędziliśmy niewinnych...

Śmiertelnie blada Inga von Bredow wpatrywała się we mnie, jakby ujrzała ducha, nagle zakryła usta i wybiegła z pokoju. W chwilę później usłyszałem odgłosy torsji.

– Nie trzeba było pytać – wymamrotała, wróciwszy. – Zawsze jesteś taki... bezpośredni?

– Myślałem, że chcesz znać prawdę?

– Ja też myślałam, że chcę ją znać. Teraz wątpię, czy było warto...

– Przepłucz usta – zarządziłem, nalewając jej wina. – Od razu poczujesz się lepiej.

Z westchnieniem wróciła do łazienki, posłusznie wykonała polecenie.

– Chyba nie pomogło – szepnęła, opierając się ciężko o umywalkę. – Moje dzieci... Horst!

Niespodziewanie zaczęła płakać. Cicho, niemal bezgłośnie, rozpaczliwie. Kiedy otoczyłem ją ramionami, przywarła do mnie desperacko, wczepiła się w ubranie jak dziecko. Ze zdziwieniem stwierdziłem, że nie odczuwam zadowolenia, a przecież zbliżyłem się o krok do rozwiązania zagadki, zdobyłem zaufanie Ingi. Dokładnie tak, jak planowałem. W dodatku pozyskałem cenne informacje na temat zmian w dowództwie Festung Breslau. Jednym słowem, same sukcesy. A jednak... W czym rzecz, do cholery?! W czym rzecz?! Sentymenty? Bzdura! Zachowanie Ingi budziło we mnie jedynie lekkie zniecierpliwienie. Mimo to dziwne, nieokreślone, ale z pewnością nieprzyjemne uczucie narastało.

– Dziękuję – powiedziała, podnosząc głowę i uśmiechając się przez łzy.

Wtedy powróciło wspomnienie: oczy. Widziałem już taki wzrok u kobiety. W lecie czterdziestego pierwszego roku... Wracając z nieudanej misji – błyskawiczne sukcesy wroga uniemożliwiły przeprowadzenie operacji – objąłem dowództwo nad resztkami rozbitego batalionu piechoty. Wycofując się, przejeżdżaliśmy przez niewielką, liczącą kilkanaście chałup wioskę. Jej mieszkańcy uciekli już wcześniej, została tylko jedna ciężarna kobieta. Ta stanęła na poboczu, obserwując nasz przejazd. W milczeniu, z uczepioną spódnicy gromadką dzieci. Nie zwolniliśmy nawet – wszystkie ciężarówki były przepełnione rannymi, a na horyzoncie podnosił się kurz wzbijany przez niemieckie czołgi. Kobieta nie próbowała nas zatrzymać, nie prosiła o pomoc, w jej oczach nie było już nadziei. Stała, obejmując dzieci: ostatnia opora maluchów w roztrzaskanym przez wojnę świecie...

Udało nam się ujść przed Niemcami, ale nie przed jej spojrzeniem. To powracało w nocnych koszmarach i na jawie. Dzisiaj zobaczyłem je znowu, u Ingi...


Obudziło mnie walenie w drzwi, zerknąłem na zegarek: druga w nocy. Kogo diabli niosą? Jeśli jakiś nadgorliwiec chce mi przypomnieć o konieczności zejścia do schronu, to chyba zastrzelę gada. Co prawda zza okien dochodził łoskot dział przeciwlotniczych i wycie syren, ale nie przeszkadzało mi to w najmniejszym stopniu – wiedziałem, że rejon, w którym mieszkam, nie będzie bombardowany. Piloci, którzy niedawno ostrzelali Salzstrasse, zrobili to z własnej inicjatywy i pewnie dostali za swoje po powrocie do bazy. Sam towarzysz Stalin poinformował Głuzdowskiego o mojej misji, polecając jednocześnie udzielenie mi wszelkiej niezbędnej pomocy. Nie, pomimo ataków lotniczych pułkownik Razumowski może spać spokojnie...

 

Łup! Łup! Łup! Nieznany natręt po raz kolejny przypomniał mi, że nie wszyscy akceptują moje prawo do odpoczynku. Klnąc pod nosem, chwyciłem za pistolet i z rozmachem otworzyłem drzwi.

– Nie uważasz, że trochę za późno na herbatkę? – warknąłem, patrząc na sąsiadkę.

Inga trzymała w ramionach owiniętą w gruby koc córkę, zza pleców matki wyglądał Horst. Rodzina von Bredow w komplecie...

Płomień trzymanej przez chłopaka lampki pełgał niepewnie, rzucając na ściany i sufit fantastyczne, groźnie wyglądające cienie. Wokół rozchodził się zapach zjełczałego tłuszczu. Skrzywiłem się bezwiednie – ciekawe, czego używają jako paliwa? Chociaż może lepiej nie wiedzieć: ustrojstwo zrobiono chałupniczą metodą z łuski po pocisku artyleryjskim.

– Mamy nalot! Trzeba natychmiast zejść do piwnic!

– To nie nas bombardują – ziewnąłem. – Atakują baterie przeciwlotnicze na Kaiserstrasse. Nam nic nie grozi, a osobiście wolę spędzić noc we własnym łóżku.

– Naprawdę tak uważasz? – spytała nerwowo Inga.

– Naprawdę.

– Mamo! Chcę do łóżeczka! – zawołała płaczliwie dziewczynka.

– A może siusiu? – zaproponowałem ironicznie.

Jeszcze tego mi brakowało: zaraz będę uspokajał rozhisteryzowaną kilkulatkę, Inga najwyraźniej nie dawała sobie rady. Istny dom wariatów albo przedszkole imienia Razumowskiego...

– Nie – odparło dziecko, patrząc na mnie z urazą.

Cóż, nie ma to jak zrobić dobre wrażenie...

– Wejdźcie – westchnąłem z rezygnacją, szerzej otwierając drzwi.

Po krótkim namyśle sąsiadka przyjęła moje, nie da się ukryć, niezbyt entuzjastyczne zaproszenie. Zaprowadziłem spóźnionych gości do salonu, usiedliśmy za stołem.

– Zgaś to swoje kopcidło – poleciłem Horstowi. – Wystarczy nam lampa naftowa.

– Z zewnątrz nie będzie widać światła? – zaniepokoiła się Inga. – Bo jak któryś z lotników to zobaczy...

Roześmiałem się mimo woli – ech, ci cywile...

– Na oknach są grube story, a zapewniam cię, że rosyjscy piloci mają teraz inne problemy: blask pożarów, reflektory, serie smugowych pocisków... Nawet gdyby gapili się w nasze okna, nic nie zauważą – zapewniłem.

– Chcę do łóżeczka! – powtórzyła rozkapryszonym tonem dziewczynka.

– Za chwilę – obiecała córce Inga.

– Teraz!

– Jak masz na imię? – zwróciłem się do małej.

– Klaudia – odpowiedziała, nie wyjmując palca z buzi.

Chyba rzeczywiście była zmęczona. Zupełnie jak ja...

– Chodź. – Wyciągnąłem do niej ręce.

– Gdzie?

– Do łóżeczka.

Dziewczynka bez wahania objęła mnie za szyję. Zacisnąłem zęby, czując słodkawą, kojarzącą się z mlekiem woń. Klaudia pachniała jak rosyjskie dzieci. Tyle że nie była Rosjanką...

– Bombią – poskarżyła się, kiedy okryłem ją kołdrą.

– Jak ci się nie podoba, to odniosę cię do mamy – odburknąłem. – Ja mogę spać i w czasie bombienia, tfu... bombardowania.

– Ja też! – oznajmiła gniewnie. – Zobacz, zamykam oczka i już!

– Żebym cię więcej nie słyszał! – rzuciłem groźnie i wyszedłem.

Przymknąłem drzwi, pozostawiając szeroką na parę centymetrów szparę. W razie czego będzie słychać, gdyby smarkula dalej marudziła.

– Zasnęła? – zainteresował się Horst.

– Skąd mogę wiedzieć? Leży w łóżku.

– Nie płacze – zauważyła z lekkim zdziwieniem Inga.

– A dlaczego ma płakać?

– Zawsze kaprysi przed snem – wyjaśniła. – Czasami muszę przy niej siedzieć godzinami.

– Może dlatego, że próbujesz z nią dyskutować? – zauważyłem złośliwie. – Ja jej po prostu kazałem zamknąć buzię. Nie widzę sensu w negocjacjach z czterolatką. Ale co ja w końcu wiem o dzieciach...

– Po pierwsze Klaudia ma już pięć lat, po drugie... – zaczęła z oburzeniem Inga.

Urwała, słysząc cichy śmiech syna. Widać młody von Bredow doszedł do podobnych wniosków co ja.

– Horst!

– Przecież nic nie mówiłem, mamo – odparł chłopak z niewinną miną.

Inga zgromiła go wzrokiem, po czym zrzuciła pantofle i ostrożnie zajrzała przez uchylone drzwi.

– Zasnęła – poinformowała nas po chwili.

– Świetnie – mruknąłem. – Tylko co teraz?

– Nie rozumiem?

– Co będziemy robić? – doprecyzowałem. – Może zanieść ją z powrotem do was?

– Natychmiast się obudzi! – zaprotestowała Inga. – Wiem, że to kłopot, ale może przespałaby tę noc u ciebie?

– A ja?

– Cóż...

– Może jednak wrócimy do siebie? – zaproponował zakłopotany Horst. – Pan major nie ma wobec nas żadnych zobowiązań...

Parsknąłem lekceważąco: po minie chłopaka widziałem, że zastanawia się nad przyczyną mojej zażyłości z matką.

– Aleks? – odezwała się prosząco Inga.

Zakląłem w duchu, perspektywy misji przedstawiały się coraz gorzej. Wyglądało na to, że nie uda mi się uniknąć bliższych kontaktów z rodziną von Bredow, na co nie miałem najmniejszej ochoty. Zamiast smakować chwilę, kiedy Niemcy ze zdobywców świata zamienili się w zwierzynę łowną, przyjdzie mi niańczyć trójkę Szwabów. I żeby tylko to! Jeszcze trochę, a zacznę widzieć w nich ludzi, a to w moim fachu śmiertelny i często ostatni błąd... Jednak nie miałem wyboru; zainteresowanie towarzysza Stalina sugerowało, że osobiście rozliczy mnie z wyników akcji. Tak więc przyjdzie mi się pomęczyć. Chyba że dziadzio Zygfryd wpadnie w nasze ręce, wtedy załatwimy sprawę na zasadzie transakcji handlowej.

– No dobrze – stwierdziłem z rezygnacją. – Niech sobie śpi. Połóż się razem z nią, łóżko jest spore, zmieścicie się bez problemu. Ja i Horst przenocujemy u was.

– Oczywiście. Dziękuję...

– Idziemy! – ponagliłem chłopaka. – Chciałbym jeszcze trochę się zdrzemnąć.

– Nie wiem tylko, czy moje łóżko nie będzie dla ciebie zbyt wąskie – odezwała się z zakłopotaniem Inga. – Ja...

– Nie szkodzi – uciąłem. – Spałem i w gorszych warunkach. Aha, pieniądze i kartki żywnościowe są w tamtej szafce.

– Pieniądze? – spytał niespokojnie Horst.

Złapałem lampę i bez ceregieli wypchnąłem go na korytarz.

– Twoja matka zgodziła się gotować dla mnie i prowadzić mi dom – poinformowałem krótko. – Ja nie mam na to czasu.

Widoczna na twarzy podrostka ulga świadczyła, że młody von Bredow rozpatrywał i inne, niezwiązane z pracą gospodyni opcje...

– Rozumiem – wymamrotał, wyciągając klucze. – Już otwieram.

– Macie w domu jakiś alkohol? – spytałem.

– Coś się znajdzie – obiecał. – Te bombardowania rzeczywiście są denerwujące.

Nie odpowiedziałem. Bombardowania, dobre sobie! Gdyby nie najazd sąsiadów, spałbym sobie spokojnie do rana. No nic, zobaczymy, jutro miałem przejść linię frontu w asyście moich nowych pretorianów. Może nasi złapali już Zygfryda i będę mógł zakończyć akcję w kilka dni? Oby. Bo na dalsze przebywanie w Breslau nie miałem ochoty. Wolałem oglądać płonące miasto z zewnątrz...