Demony wojny. Część 1Tekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Demony wojny. Część 1
Demony wojny. Część 1
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 64,83  51,86 
Demony wojny. Część 1
Audio
Demony wojny. Część 1
Audiobook
34,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Depozytariusz Chorągwi Archanioła

Rozdział pierwszy

Rozdział drugi

Rozdział trzeci

Rozdział czwarty

Rozdział piąty

Rozdział szósty

Rozdział siódmy

Rozdział ósmy

Rozdział dziewiąty

Rozdział dziesiąty

Posłowie

Adam Przechrzta

Książki Adama Przechrzty

Karta redakcyjna

Okładka


Depozytariusz Chorągwi Archanioła

1 Chorągiew Michała Archanioła

2 Białe noce

3 Demony Leningradu

4 Demony wojny – część 1

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20


ROZDZIAŁ PIERWSZY


Zbudził mnie jak co rano kaszel Timofieja Michajłowicza. Wojskowy szpital numer trzynaście – pechowa liczba, ale przecież prawdziwi komuniści nie wierzą w przesądy – specjalizował się w leczeniu odmrożeń. Między innymi. Tyle że Michałycz, jak pozwalał nazywać się innym pacjentom, złapał też zapalenie płuc. Kiepska sprawa w jego wieku, mój sąsiad liczył sobie pod sześćdziesiątkę. Michałycz był czołgistą, dowódcą pułku, kilkakrotnie nagradzanym Orderem Lenina. Szpital numer trzynaście przyjmował tylko prominentów.

Odgłos energicznych kroków poprzedził nadejście siostry oddziałowej. Po chwili trzasnął kontakt i ujrzałem surową twarz Warwary Siemionownej.

– Jak tam, chłopcy? – spytała.

Siostra Warwara pozwalała sobie czasem na poufałości z pacjentami – jednostronnie. Nawet leżący dwie sale dalej generał NKWD nie odważył się zwracać do niej inaczej niż na wy.

– W porządku – wycharczał Michałycz.

– Dzień dobry – mruknąłem bez przekonania.

Jakkolwiek by na to patrzeć, dzień z pewnością nie był dobry. Wyglądałem jak mumia faraona: bandaże pokrywały moją twarz, ręce i nogi. Odmrożenia. O krok od gangreny.

– Nie stękajcie, pułkowniku – ofuknęła mnie ostro Warwara Siemionowna. – I tak mieliście cholerne szczęście!

Rzeczywiście, biorąc pod uwagę, że przeżyłem jako jedyny z całego oddziału i przeleżałem kilka dni w wilczej jamie przy parunastostopniowym mrozie, można było mówić o szczęściu. Teoretycznie. W praktyce groziła mi gangrena i co najmniej amputacja. Bywało, że interwencja chirurga nie wystarczała, nie dalej jak tydzień temu zmarł tuż po operacji major Zubow, a zdarzały się i straty... pozamedyczne. Ot, taki na przykład Wańka Bołotnikow wyskoczył z okna w godzinę po odwiedzinach żony. Baba przyniosła do podpisu dokumenty rozwodowe, nie była zainteresowana beznogim pułkownikiem. Ja nie miałbym szansy nawet na coś takiego, okna w naszej izdebce zabezpieczono kratami, a na korytarzu czuwała warta – osobiste polecenie towarzysza Berii. Byłem zbyt cenny, żeby dali mi się zabić. W dwa dni po akcji w Aleksandrowce ruszyła nasza ofensywa, niedługo później znaleźli mnie zwiadowcy. W podziemnej norze, na zwłokach esesmana z wyciętym sercem... Ściskałem podobno w garści niemiecki pistolet maszynowy z na wpół opróżnionym magazynkiem i zakrwawiony nóż. Jakiś geniusz doszedł do wniosku, że osaczony broniłem się tam przed Szwabami przez kilka dni, a zagrożony śmiercią głodową wolałem zjeść ciało wroga, niż się poddać. O wydarzeniu doniesiono towarzyszowi Berii, a później Gławkomowi. Decyzją samego Stalina zostałem awansowany do stopnia podpułkownika i odznaczony Gwiazdą Bohatera Związku Radzieckiego. Przetransportowano mnie też do najlepszego szpitala, oddano pod opiekę znakomitych lekarzy. Tylko że skóra pod bandażami nadal była nieczuła i pokryta pęcherzami. Takie to i szczęście.

Warwara Siemionowna podeszła do łóżka mojego sąsiada, sprawdziła puls i temperaturę, odwinęła bandaże. Zaciskając zęby, zdołałem unieść się na łokciach i zerknąć zza pleców siostry Warwary: palce u nóg Michałycza były czarne. Zdradziecka czerń wpełzła też wyżej, na stopy czołgisty. Pomimo intensywnego zapachu antyseptycznej maści poczułem odór zgnilizny. Gangrena. A przecież jeszcze kilka dni temu lekarz dawał mu nadzieję, jak mnie...

– Jest poprawa? – zapytał z nadzieją w głosie Timofiej Michajłowicz.

– Tak sobie.

Przełknąłem ślinę: Warwara Siemionowna mówiła łagodnie, jakby uspokajała dziecko. Znaczy niedobrze, bardzo niedobrze. Michałycz pójdzie pod nóż...

– Warwara, Warwaroczka... – jęknął błagalnie Michałycz. – Może jeszcze trochę poczekać? Może...

Przerwał mu nagły napad kaszlu.

– Ciii... Leżcie spokojnie, zaraz zaparzę wam herbatki z miodem.

I znowu ten sam kojący ton, miękki, lecz nieznoszący sprzeciwu, wytrenowany przez lata pracy. Ton, którym siostra oddziałowa uspokajała przerażonych, śmiertelnie chorych pacjentów. I żadnych uwag co do „Warwaroczki”. Źle.

Bez najmniejszych oznak obrzydzenia Warwara Siemionowna dokończyła opatrunek i zebrała przesiąknięte śmierdzącą ropą gaziki.

– Ja za momencik – rzuciła, wychodząc. – Już nastawiam wodę.

Na korytarzu rozległ się czyjś śmiech, po chwili zawtórowały mu młode, dziewczęce głosy. Zerknąłem na zegarek: szósta trzydzieści. Koniec nocnej zmiany. To nie szpital polowy, gdzie zdarza się, że personel pracuje po trzy doby bez przerwy.

Głośny stukot obcasów świadczył, że dziewczęta ruszyły na obchód. Za dwie godziny pojawią się lekarze; ci zadecydują, kto wyląduje dziś na stole operacyjnym, a kto jeszcze powalczy. Po południu przyjdzie czas na zajęcia rehabilitacyjne, na wyższych piętrach umieszczono ozdrowieńców. Nawet jeśli komuś się powiodło i uniknął noża chirurga, rzadko kiedy obywało się bez komplikacji. Odmrożenia niemal zawsze skutkowały zaburzeniami w krążeniu, trzeba było mozolnie przywracać sprawność wyleczonych kończyn.

Nagle męczący, charkotliwy kaszel Michałycza zakłócił jakiś nowy dźwięk. Niespodziewany i dziwnie nie na miejscu: dowódca gwardyjskiego pułku pancernego, człowiek, który w kilka maszyn powstrzymywał przez godzinę atak trzech kompanii szwabskich czołgów, płakał.

– Michałycz! – powiedziałem bezradnie. – No daj spokój, Michałycz. Wszystko będzie... – nie dokończyłem.

Obaj wiedzieliśmy, że nie będzie dobrze: amputacja obu stóp to nie byle co. Do tego zapalenie płuc... Czołgista zdawał sobie sprawę, że szanse ma niewielkie. Niby nic nowego dla frontowca, ale nie chodziło przecież o żołnierską śmierć z kulą w sercu czy – niechby nawet! – w płonącym czołgu. Takiej śmierci Michałycz spoglądał w oczy nie raz i nie dwa. I nie spuszczał wzroku. Tu ułożą go na stole bezradnego jak niemowlę i w ciągu godziny czy dwóch zamienią z mężczyzny w kalekę. A później, kiedy już ostrugają ze zgangrenowanej tkanki niczym tępy ołówek, przyjdzie się jeszcze pomęczyć, zanim wraz z krwawą flegmą ujdzie z niego życie.

– Aleksandrze Nikołajewiczu – odezwał się po chwili – obiecajcie mi... – Zacharczał z wysiłkiem, zagrało mu w płucach. – Musicie mi obiecać... – Splunął soczyście do ustawionej przezornie przy łóżku miski.

– Tak?

– Mam córkę, obiecajcie, że się nią zaopiekujecie.

Wybuchnąłem suchym, bezradosnym i – nie ma co ukrywać – nieco histerycznym śmiechem.

– Zaopiekować się waszą córką? W moim stanie?! Toż za dzień czy dwa sam wyląduję w operacyjnej!

– Nie – odparł spokojnie Michałycz. – Nie wy.

– Naprawdę?! – zadrwiłem. – Prawdziwy z was jasnowidz!

Przez chwilę panowała niemal całkowita cisza, słychać było tylko świszczący oddech Michałycza.

– Nie umrzecie! – powtórzył z naciskiem czołgista. – A przynajmniej nie teraz. Ja... jestem tego pewien.

– Skąd to przekonanie? – spytałem z mimowolnym zainteresowaniem.

 

– Będziecie się śmiali...

– A co, to jakiś dowcip?

Michałycz ponownie umilkł, zdawało się, że zbiera myśli, minęło kilka minut.

– Moja rodzina pochodzi z Syberii – powiedział wreszcie. – Babka była Rosjanką, ale dziadek Jakutem. Kowalem. Przed rewolucją znaczyło to tyle co szaman. Był znachorem i... – zawahał się – potrafił ujrzeć przyszłość. To dar, w mniejszym czy większym stopniu mają go wszyscy w mojej rodzinie. Ja też.

– Rzeczywiście – wycedziłem. – To widać...

– Razumowski – odparł ze znużeniem Michałycz – przestańcie się czepiać. Szkoda czasu. Tak, nie przewidziałem, że zdechnę w tym szpitalu. Zadowolony?! Taki dar, jak i każdą inną zdolność, trzeba pielęgnować. A ja cóż, sami rozumiecie: ateizm, partia... Wiedziałem, że nie zginę w walce, dlatego spróbowałem powstrzymać to szwabskie natarcie. I udało mi się! Doczekaliśmy pomocy, ale bitwa trwała trzy dni, nie było czasu na zmianę bielizny czy ciepłą kąpiel, a bywało, że brodziliśmy po kolana w śniegu... później, kiedy rozwalili nam czołgi. No i się porobiło...

– Rozumiem, że macie wizje?

– Uch – stęknął Michałycz. – Uparty jak muł. Zrozumcie, że...

– Herbatka! – zawołała, stając w progu, Warwara Siemionowna. – Gorąca, z miodem.

Siadła na skraju łóżka, włożyła Michałyczowi kubek w dłonie.

– Pijcie, zanim ostygnie – zachęciła.

Czołgista siorbnął gorącego płynu, jego twarz zastygła w bezruchu jak wyrzeźbiona w kamieniu. Herbata z miodem dobra rzecz i w sumie – przynajmniej w tym szpitalu – nic nadzwyczajnego. Wystarczy poprosić, a siostrzyczka przyniesie ci kubek pachnącego lipą płynu. Wystarczy poprosić. Tyle że od tego są pielęgniarki, a nie siostra oddziałowa. Warwara Siemionowna to zajęta kobieta, Bogiem a prawdą to ona właśnie, a nie któryś z lekarzy, utrzymuje porządek w szpitalu. Bywa, że osobiście zajmuje się pacjentami, ale posiedzieć przychodzi tylko w jednym wypadku: na pożegnanie. Nie, nie przed wypisem! Siostra Warwara nie traci na to czasu, nie podlizuje się nikomu; kiedy przychodzi się pożegnać, ma to charakter zdecydowanie bardziej... ostateczny. Leżymy z Michałyczem na parterze, wraz z innymi, których uznano za będących „w poważnym stanie”. Stąd są tylko dwie drogi: do góry – dosłownie, na wyższe piętra, gdzie umieszcza się pacjentów idących na poprawę, i w dół, do piwnicy, gdzie mieści się szpitalna kostnica. Nie ma co kryć, Warwara Siemionowna przyszła się pożegnać.

Michałycz dopił spokojnie herbatę, bez słowa oddał opróżnione naczynie. Bo i o czym tu gadać? Jego życie można było liczyć na godziny: najpierw stół operacyjny, później piwnica. Operacja to nieodzowny etap, lekarzom nie wolno poddać się bez walki. Nie w tym szpitalu.

Warwara Siemionowna podniosła się ociężałym ruchem, pogładziła czoło Michałycza. Znienacka jej dłoń zacisnęła się na piżamie czołgisty, jakby chciała zatrzymać go za wszelką cenę, nie dopuścić, by upadł w bezdenną, niezbadaną otchłań. Coś błysnęło w oczach siostry oddziałowej, na moment spod nakładanej na co dzień maski wyjrzała zrozpaczona kobieta.

– Wszystko w porządku, Warwaroczka, wszystko w porządku. – Michałycz poklepał ją po dłoni.

Znowu spokojny i budzący szacunek. Dowódca, pułkownik pancernej gwardii.

W drzwiach stanęła młoda sanitariuszka, gestem wywołała Warwarę Siemionownę na korytarz. Może to i dobrze: czasem w najtwardszym człowieku coś pęka, ale lepiej, żebyśmy nie widzieli siostry oddziałowej w takim stanie. A mnie i tak niewiele potrzeba, jeszcze trochę, a zacznę szlochać jak Michałycz...

– Saszka – odezwał się mój sąsiad – obiecaj...

– Michałycz, na litość boską! – warknąłem. – Co ja ci mogę obiecać?!

– Zacznij walczyć, zamiast rozczulać się nad sobą – powiedział ostro. – Ja już jestem po tamtej stronie, ale ty, jeśli zechcesz, dasz radę!

– Walczyć?! A jak, kurwa, można walczyć z gangreną?! Może sam byś powalczył? W końcu to ty jesteś wnukiem szamana!

– Nie masz jeszcze gangreny! Możesz z tego wyjść!

– Ciekawe jak?

– Nie wiem – odezwał się z udręką w głosie. – Jednego jestem pewien: nie licz na łapiduchów, musisz sam coś wykombinować.

– Dziękuję za przepowiednię, teraz już wszystko jasne! – odparłem sarkastycznie.

– Moja córka to Elena Szewieliewa. Mieszka w Moskwie na ulicy Frunze – powiedział, nie zwracając uwagi na moje protesty. – Z tobą będzie bezpieczna – dodał po chwili.

Znienacka ogarnęła mnie fala zmęczenia, z trudem zaczerpnąłem tchu, czułem się, jakby ktoś usiadł mi na piersi.

– Michałycz, czy ty wiesz w ogóle, czym ja się zajmuję? – spytałem ze znużeniem. – Gdybym nawet jakimś cudem wyzdrowiał, to byłbym ostatnią osobą, która mogłaby zapewnić bezpieczeństwo twojej córce. Wojennaja razwiedka to nie kwatermistrzostwo!

– Mimo wszystko – odparł niewzruszony. – Ja...

Przerwał, usłyszawszy kroki na korytarzu. To nie był stukot damskich obcasików, nadchodzący nosili ciężkie wojskowe buciory. Sanitariusze. Sala zabiegowa mieściła się na pierwszym piętrze, chorego na operację trzeba było przenieść. Mimo woli skuliłem się niczym przerażone dziecko, może to nie do nas...

Drzwi uchyliły się niespiesznie, jakby wchodzący wahał się, czy je otworzyć.

– Michałycz – powiedziała przepraszającym tonem Warwara Siemionowna – już pora.

Nie tłumaczyła, o co chodzi, i tak wszystko było jasne. Nie zajrzał do nas żaden lekarz, znaczy sprawa jest oczywista: trzeba ciąć. W końcu gangrenę potrafi rozpoznać nie to, że siostra oddziałowa, ale pierwsza lepsza pielęgniarka. Szkoda czasu na dodatkowe oględziny.

– Jak trzeba, to trzeba – wycedził Michałycz przez zaciśnięte zęby.

Bez słowa protestu pozwolił ułożyć się na noszach, zamknął oczy.

– Saszka? – rzucił pytającym tonem, kiedy sanitariusze dźwignęli go z podłogi.

– W porządku – westchnąłem. – Obiecuję. O ile wyjdę z tego cały. – Z naciskiem zaakcentowałem ostatnie słowo.

– Niech cię Bóg błogosławi – powiedział drżącym głosem Timofiej Michajłowicz.

Sanitariusze zamarli z wrażenia, popatrzyli niespokojnie na Warwarę Siemionownę. No bo jakże to tak? Pułkownik, kawaler Orderu Lenina i wzywa Boga?

– Na co czekacie? – rzuciła niecierpliwie siostra oddziałowa. – Do operacyjnej z nim!

Tak jakby nie słyszała słów Michałycza. No i nie dziwota, Warwara Siemionowna miała charakterek, pacjenci „Trzynastki” wciąż opowiadali sobie, jak uspokoiła pewnego generała, grożąc mu wyrwaniem cewnika, ale z pewnością nie była donosicielką. Co to, to nie! Zresztą nikt by się nie przejmował takim donosem, bo i co mogli zrobić Michałyczowi? Wyrzucić go z partii? Wolne żarty! Obecnie jakby mniej nachalnie przypominano o jedynym słusznym podejściu do religii. Najważniejsza była wojna, na szerzenie ateizmu i rozliczenia z nieprawomyślnymi przyjdzie czas później. Przykład dał sam towarzysz Stalin – kiedy napadli nas Niemcy, przemawiając przez radio, użył sformułowania: „bracia i siostry”. Niedługo później metropolita Sergiusz wezwał wiernych do obrony ojczyzny. Nie bez aprobaty Głównodowodzącego.

Sanitariusze wynieśli Michałycza, a Warwara Siemionowna zabrała się do zmiany moich opatrunków. Nie powiedziała ani słowa, w powietrzu wyczuć się dawało tylko ostry zapach leków, ani śladu gangrenowego smrodu, ale siostra oddziałowa nie wyglądała na zadowoloną. Nie widziałem swojej twarzy, ale wystarczyło popatrzeć na ręce i nogi, aby zrozumieć, że nie ma powodów do radości: obrzęki, purpurowa, pokryta pęcherzami skóra. Tak jak tydzień temu u Michałycza...

– Warwaro Siemionowna – odezwałem się niepewnie – chciałbym was prosić o przysługę.

– Tak?

Ton i mina siostry oddziałowej nie zachęcały do konwersacji. Gesty, wyraz rozumnej, pokrytej zmarszczkami twarzy przypominały drapieżnego ptaka; jeszcze chwila, a zerwie się i zaatakuje. Oj, biedny ten, kto jej się dzisiaj narazi... Tylko że nie miałem wyjścia, musiałem załatwić pewne sprawy. Na wypadek gdybym miał skończyć jak Michałycz.

– Mogłaby siostra wezwać doktora Nikonowa?

– Jak to wezwać? Na konsultację? Przecież to neurolog!

– Zna go siostra?

– Wszyscy go znają – odburknęła. – Jako młoda dziewczyna chodziłam na jego wykłady, jeszcze przed rewolucją. Po co on wam?

– Chodzi o sprawy osobiste – odparłem wykrętnie.

– Nie możecie zadzwonić? Telefon jest w korytarzu, wystarczy przeciągnąć kawałek kabla, na pewno któryś z tych enkawudzistów, jacy się tu kręcą, wam pomoże!

Złapałem ją za rękę, zanim zdołała wstać. Nie próbowała się wyrwać – i dobrze! – zapewne nie posłużyłoby to moim dłoniom pomimo grubej warstwy bandaży.

– Kiedy nie mogę – wymamrotałem. – Wiem, jak to wygląda, ale ci czekiści nie są moją ochroną, jeśli już, to raczej mnie pilnują.

– Pilnują?! Was? Kawalera Złotej Gwiazdy Bohatera Związku Radzieckiego?

– Nie we wszystkim zgadzamy się z towarzyszem Berią. – Odwróciłem wzrok. – Do tego pomiędzy wywiadem wojskowym a NKWD panuje pewne... napięcie.

– O co chodzi? – spytała szorstko. – Tylko konkretnie i bez kłamstw.

– Moja... kochanka dostała dwadzieścia lat, jej mąż zgłosił się do Hiwi. Zostawiła kilkuletnie dziecko, czekiści go nie znaleźli, fakt, że i nie szukali specjalnie. Oddałem malucha pod opiekę pewnej kobiecie, ale nie za darmo. Jeśli coś mi się stanie... Muszę wydać rozporządzenia na wszelki wypadek. Z oczywistych względów: nieoficjalnie.

– I Edward Piotrowicz wam w tym pomoże?!

– Po cholerę chcecie to wiedzieć?! – warknąłem wyprowadzony z równowagi. – Macie zamiar zapewnić mu parę lat na państwowym wikcie? On i tak już odsiedział swoje za Kołczaka!

Przez dobrą chwilę Warwara Siemionowna mierzyła mnie spokojnym wzrokiem, wreszcie westchnęła głęboko.

– Gdybyś nie był taki chory, dałabym ci po pysku, synku – powiedziała. – Od razu poprawiłyby ci się maniery.

– Przepraszam, nie chciałem...

Powstrzymała mnie stanowczym gestem, mimo ostrych słów nie wyglądała na rozgniewaną.

– Przynajmniej wiem, że naprawdę znasz Edwarda Piotrowicza. On rzeczywiście siedział za Kołczaka.

– Pomożecie mi?

– Poproszę Edwarda Piotrowicza, żeby cię odwiedził. – Wzruszyła ramionami. – Nie wiem, czy się zgodzi.

– Dziękuję.

Warwara Siemionowna zebrała zużyte opatrunki i wyszła bez słowa. Cóż, zrobiłem, co mogłem, pozostawało czekać.


Ocknąłem się zdrętwiały od porannego chłodu: nieszczelne okna wpuszczały mroźny zimowy wiatr. Tym razem w izdebce było cicho, zbyt cicho, po raz pierwszy od niemal miesiąca nie słyszałem kaszlu Michałycza. Czołgista przetrzymał operację, ale zaraz po zabiegu umieszczono go w izolatce. Jak twierdziły pielęgniarki, rokowania były nienadzwyczajne. Nic dziwnego, amputacja obu stóp to nie przelewki. Do tego jeszcze płuca – sam widziałem, jak Michałycz spluwał krwią. Oj, nie pożyje nam długo wnuk jakuckiego szamana...

Stękając z wysiłku, przekręciłem się na bok; ze względu na odmrożenia mogłem się poruszać jedynie w ograniczonym zakresie. Poprzedniego dnia podczas wieczornego badania Warwara Siemionowna poinformowała mnie, że na domiar złego grożą mi odleżyny. I nakazała częstą zmianę pozycji. Jak się wyraziła: „w miarę możliwości”. Problem w tym, że możliwości miałem nienadzwyczajne. Do tego zabiegi mające przeciwdziałać odleżynom były – nie ma co ukrywać – dość krępujące: dwa razy dziennie oklepywano mnie tu i ówdzie, łącznie z obszarami, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę. Na „procedury” przychodziła do mnie młoda, ładniutka siostrzyczka imieniem Tania, jednak stan, w jakim się znajdowałem, wykluczał jakąkolwiek satysfakcję z poklepywania po tyłku przez, było nie było, atrakcyjną dziewczynę. Ech, Razumowski, czas umierać, skoro nawet piękne kobiety cię nie interesują...

Poranną ciszę – szpital jeszcze spał – przerwało energiczne pukanie. Ki czort? Toż to nie kurort czy pensjonat, tu nikt nie przejmuje się prywatnością pacjentów.

– Proszę – powiedziałem niepewnie.

W drzwiach pojawił się mężczyzna w mundurze kapitana NKWD. Skądś pamiętałem tę twarz o ostrych, jakby wykutych w granicie rysach. Tylko skąd?

– Ma pan chwilkę, pułkowniku? – spytał.

Wtedy go poznałem: ostatnio widzieliśmy się na Łubiance, przed prywatnym apartamentem Berii. Kapitan był ochroniarzem Genkoma. Jednym z najbardziej niebezpiecznych ludzi, jakich kiedykolwiek spotkałem. Co on robi w szpitalu?

 

– Słucham?

– Macie gościa, pułkowniku, to niejaki profesor Nikonow. Siostra oddziałowa twierdzi, że sam go pan zaprosił, ale wolałem się upewnić, zanim go do was wpuszczę.

– Wszystko w porządku – wymamrotałem. – Dawajcie go tutaj.

– Tak jest! – odparł służbiście, choć z niemal niezauważalną nutką dezynwoltury w głosie.

Po chwili do izby wszedł niepewnym krokiem Nikonow. Doktor – a może jednak profesor? – Nikonow. Wątpliwe, aby czekiści nie znali jego osiągnięć naukowych. Było też więcej niż pewne, że wiedzą wszystko i o osiągnięciach pozanaukowych mojego znajomego.

Z lekkim zdziwieniem zauważyłem, że enkawudzista zniknął, cicho zamykając za sobą drzwi. Czyżby rzeczywiście mieli zamiar pozwolić mi na nieskrępowaną rozmowę z Nikonowem? A może w pokoju był podsłuch? Cholera by to wzięła! Wyglądało, że cały mój plan wziął w łeb: czekiści wiedzieli o wizycie Nikonowa, jeśli go przesłuchają... W tej sytuacji rozmowa na temat małego Pokrowskiego nie miała sensu, najpierw musiałbym wyjaśnić powód, dla którego znalazł się tu zaufany człowiek komisarza Berii. Co innego rutynowy nadzór, co innego obecność osobistego ochroniarza Genkoma. Z drugiej strony, o ile się orientowałem, facet specjalizował się w ochronie fizycznej, a nie inwigilacji. I jeśli miał mnie szpiegować, to dlaczego, u licha, zdemaskował się w taki głupi sposób? W tej całej historii było coś, czego nie rozumiałem.

– Proszę zawołać tego kapitana – poleciłem lekarzowi. – Póki się z nim nie rozmówię, lepiej będzie, jak poczekacie na korytarzu.

Nikonow wyszedł pospiesznie, wyglądało, że tylko szukał pretekstu, aby opuścić pomieszczenie. Nie dziwiłem mu się: nikomu nie sprawiało przyjemności zainteresowanie NKWD.

– Pułkowniku? – odezwał się grzecznie enkawudzista.

Zauważyłem, że stanął niemal w pozycji zasadniczej. Swobodniej niż na baczność, ale nie na tyle, żeby można go było posądzić o brak szacunku. Tak jakby nie chciał mnie wkurzyć. Tylko kogo w NKWD obchodziło moje zdanie?

– Możecie jakoś wytłumaczyć swoją obecność w tym szpitalu? – spytałem bez ogródek.

Teoretycznie rzecz biorąc, można wyciągnąć z rozmówcy informacje na dowolny temat, w ogóle o nim nie wspominając. Gesty, mimika twarzy czy nawet ruchy gałek ocznych są w stanie wiele wyjaśnić, wystarczy wywołać odpowiednie skojarzenia, nie napomykając wprost o interesującej nas rzeczy. Tyle że obecnie nie było nawet sensu próbować. Taka rozmowa to pojedynek intelektów, a mój intelekt był aktualnie w równie kiepskim stanie co ciało...

– Dowodzę waszą ochroną – odparł bez namysłu oficer.

– Wy? Chcecie, żebym uwierzył, że towarzysz Beria oddelegował do tego zadania swojego najlepszego ochroniarza?

Przez usta kapitana przemknął cień uśmiechu, szybki niczym spadająca gwiazda.

– Jednego z najlepszych – poprawił pedantycznym tonem. – Nie martwcie się, Genkom nie zostanie bez odpowiedniej ochrony.

– Tak czy owak, to poniżej waszych kwalifikacji – burknąłem.

– Odnoszę wrażenie, że nie doceniacie się, pułkowniku – stwierdził enkawudzista. – Generalny Komisarz ma w stosunku do was daleko idące plany.

– Jakie, do licha, plany?!

– Nie jestem wtajemniczony w detale. – Wzruszył ramionami. – Tak czy owak, póki nie wrócicie do zdrowia, nie ma o czym mówić. Ja mam tylko zapewnić wam bezpieczeństwo. Absolutne bezpieczeństwo – dodał z naciskiem. – Ta poranna wizyta Nikonowa nieco mnie zaniepokoiła, wyglądało to tak, jakby nasz drogi profesor chciał uniknąć spotkania ze mną... Stąd wolałem się upewnić, że istotnie go oczekujecie. I nie! – Podniósł obronnym gestem ręce. – Nie interesuje mnie, w jakim celu go wezwaliście i o czym będziecie rozmawiać! To wasza sprawa, poza obszarem moich zainteresowań. Chyba że chcecie, żebyśmy wam tu jeszcze kogoś sprowadzili? Jakby co, proszę się nie krępować, spełnimy wszelkie wasze życzenia. To także rozkaz towarzysza Berii – wyjaśnił, widząc, że przypatruję mu się niedowierzającym wzrokiem.

W głosie rozmówcy nie dosłyszałem nawet cienia fałszu, a wierzcie mi, znam się na tym. Enkawudzista mówił prawdę i tylko prawdę, przynajmniej tak, jak ją rozumiał. Lecz skąd ta nagła łaskawość Genkoma? Nie byliśmy wrogami – wtedy już bym nie żył – ale stwierdzenie, że cieszę się jakąś szczególną łaską towarzysza Berii, byłoby grubą przesadą.

Na naszych stosunkach kładła się cieniem sprawa pułkownika Kutiepowa, Genkom nie był też zadowolony z tego, jak potraktowałem Kamyszynów. Ten pierwszy został rozstrzelany za morderstwo generała Gurładze i próbę zamachu na samego Berię. Mimo że Generalny Komisarz w żaden sposób nie wyraził niezadowolenia z mojego udziału w sprawie Kutiepowa, jakimś szóstym zmysłem wyczuwałem, że podejrzewa mnie o wrobienie pułkownika w zabójstwo. Cóż, miał rację: rzeczywiście wystawiłem Kutiepowa, enkawudzista wszedł mi w drogę o jeden raz za dużo. Co do Kamyszynów, Genkom wyraził swoją zdecydowaną dezaprobatę, bo darowałem im szybką śmierć, co, jak przypuszczam, mocno kolidowało z planami towarzysza Berii... Gdyby nie akcja w Aleksandrowce, pewnie dosięgłaby mnie mściwa ręka Generalnego Komisarza. A tu proszę: nie tylko odpuszczono mi dawne winy, ale i można było zauważyć oznaki nieskrywanej życzliwości ze strony Genkoma. Czyżby wzruszyła go moja bohaterska postawa na polu walki? Wątpliwe, może i darowałby mi za to Kamyszynów, w końcu z wnioskiem o Gwiazdę Bohatera Związku Radzieckiego wystąpił dla mnie sam towarzysz Stalin, ale na pewno nie organizowałby mi osobiście ochrony w i tak przecież całkiem bezpiecznym szpitalu. Tu musiało chodzić o coś więcej. Taaak, kiedy wyzdrowieję – o ile wyzdrowieję – będę musiał mocno pilnować pleców. Najwyraźniej towarzysz Beria czegoś ode mnie chciał...

– Dziękuję, kapitanie – westchnąłem. – Poproście doktora Nikonowa.

Enkawudzista bez słowa otworzył drzwi, przyzwał gestem medyka, a sam wyszedł na korytarz. Przez dobrą chwilę słyszałem oddalające się kroki. Ot, taka mała demonstracja na temat: „nie podsłuchuję pod drzwiami”. Nie żebym miał wątpliwości – z jakichś względów byłem w łaskach u towarzysza Berii. W tym momencie ważne było tylko to, że mogłem swobodnie porozmawiać z Nikonowem, wiedząc, że NKWD zostawi go w spokoju. Przynajmniej dopóki nie umrę, wówczas zasady gry zapewne zmienią się radykalnie...

– Słucham was, majorze – spytał Nikonow, rozglądając się nerwowo. – Po czorta żeście mnie tu ściągnęli?!

– Macie alergię na szpitale? – warknąłem zirytowany.

– Mam alergię na czekistów – odburknął.

– Podejdźcie bliżej – rozkazałem. – Nie będę krzyczał.

Nikonow posłusznie przycupnął na łóżku.

– Pójdziecie do mojego mieszkania – poleciłem. – Najlepiej jutro. Klucze da wam pułkownik Poliakow. W biurku znajdziecie niewielką kasetkę, wewnątrz są dokumenty i pieniądze: sto imperiałów. Połowa złota jest wasza, w zamian za to zatroszczycie się o chłopaków. Będziecie płacić Kalininej tak, jak się umówiliśmy.

– Po co to wszystko? Bardziej odpowiadał mi nasz dotychczasowy układ.

– Mnie też, problem w tym, że mogę wyjść z tego szpitala nogami do przodu albo żywy, ale bez nóg. A wtedy najprawdopodobniej stracę mieszkanie: co innego pułkownik wojennoj razwiedki, a co innego nikomu niepotrzebny inwalida. Dlatego lepiej jak najszybciej zabrać tę kasetkę z chałupy.

– Pułkownik? – Obrzucił mnie szybkim spojrzeniem.

– To długa historia – mruknąłem niechętnie. – Wy też nie chwaliliście się tytułem profesorskim. Nieważne. Zrobicie to?

– Niech będzie. – Machnął ręką. – Jeśli bezpieka postanowi się do mnie dobrać, to te parę złotych monet nie zrobi wielkiej różnicy. I tak nie przeżyję nawet roku w łagrze...

– Naprawdę jesteście profesorem?

– Przedrewolucyjnym – wyjaśnił. – Obecnie tytuł mi nie przysługuje.

Nikonow bezwiednym ruchem wziął w rękę niewielkie czerwone pudełeczko.

– Można? – zapytał. – Wygląda to jak...

Uchyliwszy wieczko, zamarł jak rażony gromem. W naszym kraju wszyscy wiedzą, co oznacza prosta złota gwiazda, nawet przedrewolucyjni profesorowie kołczakowcy.

– Więc wy... – urwał, najwyraźniej nie wiedząc, jak dokończyć.

– Jakie to ma znaczenie? – spytałem apatycznym tonem. – Na razie, dopóki żyję, jesteście bezpieczni. Jeśli umrę, uciekajcie. Może dacie radę im się wymknąć – dodałem bez specjalnego przekonania.

Cóż, gdybym był hazardzistą i chciał obstawić zakład: NKWD kontra profesor Nikonow, stawiałbym na bezpiekę. Przynajmniej dziesięć do jednego, niezależnie od ilości złotych imperiałów, jakie miałby do dyspozycji medyk. Takie życie...

Nikonow roześmiał się bezradośnie, najwyraźniej doszedł do podobnego wniosku.

– To może nie umierajcie? – zaproponował cicho. – I co z waszymi ludźmi? Staruszki się skarżyły, że nikt ich nie odwiedza. Myślały, że chociaż Wiera...

– Wszyscy zginęli – odparłem głucho.

– Jak to zginęli?! A Wiera?!

Głos mu się załamał, jakby chodziło o kogoś bliskiego. Widać polubił smarkulę. Jak ja...

– Wiera – odchrząknąłem z trudem – osłoniła naszą ucieczkę. Rozumiecie, wpadliśmy w zasadzkę. Wyrwała jednemu z Niemców granat i...

Nikonow wpatrywał się we mnie szklistym wzrokiem, nie wykazując najmniejszych oznak zrozumienia. Nie dziwiłem mu się, sam nie mogłem uwierzyć, że chłopaków i Wiery już nie ma.

– Idźcie już – poprosiłem. – Jestem zmęczony.

Później leżałem wpatrzony bezmyślnie w sufit, wsłuchiwałem się w odgłosy szpitalnego życia: rozmowy pielęgniarek i chorych, szczęk instrumentów, krzyki... Czułem ostry, nieprzyjemny zapach leków i dziwnie odpychającą woń jedzenia. Nie żeby z posiłkami było coś nie tak, wręcz przeciwnie, nasz kucharz przepracował dwa lata w kuchni jednego z najlepszych moskiewskich hoteli. Po prostu nie miałem apetytu. Co więcej, sama myśl o jedzeniu wywoływała mdłości. Od dzisiaj. Bo jeszcze wczoraj prosiłem o dokładkę.