Cień

Tekst
Z serii: Cykl Materia Prima #3
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Cień
Cień
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 67,83  54,26 
Cień
Audio
Cień
Audiobook
Czyta Masza Bogucka
4,99 
Szczegóły
Audio
Cień
Audiobook
Czyta Mateusz Drozda
37,90  27,67 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta tytułowa

·R·O·Z·D·Z·I·A·Ł· I

·R·O·Z·D·Z·I·A·Ł· II

·R·O·Z·D·Z·I·A·Ł· III

·R·O·Z·D·Z·I·A·Ł· IV

·R·O·Z·D·Z·I·A·Ł· V

·R·O·Z·D·Z·I·A·Ł· VI

·R·O·Z·D·Z·I·A·Ł· VII

·R·O·Z·D·Z·I·A·Ł· VIII

·R·O·Z·D·Z·I·A·Ł· IX

·R·O·Z·D·Z·I·A·Ł· X

·R·O·Z·D·Z·I·A·Ł· XI

Zwroty obcojęzyczne i ciekawostki

Adam Przechrzta

Karta redakcyjna

Okładka


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

I
·R·O·Z·D·Z·I·A·Ł·

Lampa przygasła, później zajaśniała nagle jak spadająca gwiazda, wreszcie zagrała wszystkimi kolorami tęczy. Rudnicki westchnął, podkręcił knot, po czym pochylił się nad chorym. Oślepiony kolejnym rozbłyskiem, przetarł oczy i gniewnym gestem odsunął buteleczkę z lekarstwem. Pomogło. Sama obecność materia prima wpływała na rzeczywistość często w zaskakujący sposób.

– Jak pan się czuje? – spytał neutralnym tonem.

Jakub Ochls nie należał do ulubionych pacjentów Rudnickiego, być może ze względu na zawód: gospodin Ochls raczył być lichwiarzem.

– Lepiej, doktorze – wychrypiał otyły starszy mężczyzna. – Lżej mi oddychać.

Alchemik skinął głową, przyłożył dwa palce do tętnicy szyjnej leżącego. Zwiotczała, lepka od potu skóra przypominała w dotyku nieświeżą słoninę.

– Dziewięćdziesiąt na minutę – oznajmił po chwili. – Ostatnio było sto dwadzieścia.

– Toż mówię, że jest poprawa! Choć za takie pieniądze spodziewałem się szybszych rezultatów – dodał zgryźliwie lichwiarz.

– W każdej chwili może pan zrezygnować z moich usług i poprosić o poradę innego lekarza – odparował chłodno Rudnicki.

Alchemik już dawno pogodził się z faktem, że poprawa zdrowia pacjenta przeważnie idzie w parze z narastającą niechęcią do regulowania zobowiązań finansowych.

– Coś pan taki w gorącej wodzie kąpany? – wychrypiał Ochls. – Zostawiłby mnie pan w połowie kuracji?

– Dziesięć rubli – oznajmił Rudnicki, ignorując pytanie. – Mikstura wystarczy na tydzień.

Lichwiarz usiadł z bolesnym stęknięciem i sięgnął do szuflady.

– Proszę – powiedział, rzucając na stół garść srebra. – Drogo, ale niech tam! Zdrowie ważniejsze niż pieniądze.

Rudnicki wyciągnął lupę i obejrzał jedną z monet: te fałszywe przeważnie odlewano, a nie bito, dlatego zdradzały je nieprecyzyjne detale, zdarzały się też niewielkie zagłębienia w miejscach, gdzie metal nie przylegał do formy.

– Nie oszukałbym pana – odezwał się Ochls z urazą w głosie.

– W ciągu ostatniego tygodnia dwukrotnie płacono mi fałszywymi rublami – odparł sucho alchemik. – Stąd moja ostrożność.

– Prawda, że namnożyło się teraz cwaniaków – przyznał lichwiarz. – Ale to nie dla mnie, ja wolę uczciwy zarobek.

Alchemik z trudem powstrzymał się od komentarza na temat definicji uczciwości – Ochls działał mu na nerwy – i pożegnawszy się z gospodarzem, ruszył do korytarza. Olbrzymi lokaj otworzył przed nim drzwi, które zaryglował natychmiast po wyjściu Rudnickiego. Najwyraźniej lichwiarz niespecjalnie wierzył w bliźnich.

Szklane klosze gazowych latarni płonęły w nocnym mroku niby miniaturowe słońca, konkurując z księżycem w pełni. Na widok pryncypała kuczer zeskoczył z kozła i wytrenowanym ruchem rozłożył składane schody. Rudnicki podziękował skinieniem i zajął miejsce w powozie.

– Do hotelu! – polecił.

Ekwipaż potoczył się po bruku, aby zatrzymać się po przejechaniu zaledwie kilku metrów. Ciche przekleństwo i szczęk odwodzonego kurka sugerowały, że przyczyna niespodziewanego postoju wzbudziła podejrzliwość woźnicy.

– Co się dzieje?! – rzucił ostro alchemik.

– Wydaje się, że ma pan gościa – odparł tamten z wahaniem.

Rudnicki wysiadł z karety: kuczer trzymał na muszce ubraną na czarno kobietę. Twarz nieznajomej skrywała woalka.

– Czym mogę pani służyć? – odezwał się uprzejmie Rudnicki.

– Rozmową. Być może poradą.

– Teraz? O tej porze? Dochodzi jedenasta w nocy!

– Gdyby sprawa nie była pilna, nie zawracałabym panu głowy. Czekam tu od godziny.

– Sama?! To niebezpieczna okolica.

– Nie jestem bezbronna, a niedaleko czeka mój powóz. Zanim dojedziemy do hotelu, zdążę przedstawić swój problem, oczywiście zapłacę za pański czas.

– No dobrze, proszę wsiadać – zadecydował po namyśle Rudnicki, powstrzymując dyskretnym gestem kuczera.

Ten był jednym z ludzi Ankwicza i nie tylko powoził, ale też dbał o bezpieczeństwo alchemika. Teraz zapewne zamierzał sprawdzić, czy nieznajoma nie ma przy sobie broni, jednak śmiertelnie znudzony leczeniem Ochlsa Rudnicki nie chciał zrażać sobie tajemniczej damy.

– Słucham – ponaglił, usadowiwszy się w berlince.

Kobieta uniosła woalkę, ale panujący w powozie półmrok nie pozwalał ocenić jej wieku, choć wyraźnie zarysowany owal twarzy świadczył, że raczej nie przekroczyła jeszcze czterdziestki.

– Klara Rossi – przedstawiła się zdawkowo.

Rudnicki uścisnął smukłą dłoń w koronkowej rękawiczce.


– Wspominała pani o jakimś problemie – przypomniał.

– Owszem – potwierdziła, przygryzając wargi. – Jedną z moich dziewcząt znaleziono na wysypisku śmieci martwą, a dwie inne zaginęły.

– Nie bardzo rozumiem – zmarszczył brwi alchemik. – Myślałem, że chodzi o kwestie zdrowotne...

– Niezupełnie. Raczej związane z magią.

– Skąd to przekonanie? Powinna pani raczej powiadomić władze.

– Powiadomiłam. I niech mi pan wierzy: policja robi, co może. Obawiam się jednak, że ta sprawa ich przerasta.

– Jeśli policja...

– Alicję znaleziono bez głowy, z okultystycznymi znakami na ciele – przerwała szorstko. – Podobno coś takiego miało miejsce w czasie rosyjskiej okupacji i poinformowano mnie, że brał pan udział w śledztwie.

– Tylko jako konsultant – zastrzegł szybko Rudnicki.

– I jaki był finał tych konsultacji?

– O ile wiem, znaleziono mordercę.

– Co się z nim stało? Bo przecież nie było żadnego procesu. Czyżby uciekł z więzienia?

– Nie uciekł.

– A dokładniej?

– To skomplikowana sprawa, a ja nie znam wszystkich detali.

– Nie mógł wrócić?

– W żadnym wypadku!

– W takim razie ma naśladowców. Czy to też niemożliwe?

– Wręcz przeciwnie, bardzo prawdopodobne – odparł ponuro alchemik. – W jakim wieku były te dziewczęta? Kiedy zniknęły? Pozostawiono je bez opieki?

– Bez opieki? Przecież to nie dzieci.

– Myślałem, że prowadzi pani pensję dla panien albo sierociniec.

Usta kobiety drgnęły w nerwowym grymasie.

– Prowadzę, ale one wszystkie skończyły już szkołę. Nie czyta pan gazet, prawda? Tych z ploteczkami?

– Istotnie, ale co to ma do rzeczy?

– Słyszał pan nazwę „Złoty Pałac”? – spytała z niemal nieuchwytnym wyzwaniem w głosie.

Alchemik skrzywił się bezwiednie, „Złotym Pałacem” nazywano elitarny, dostępny tylko dla wybranych dom publiczny. Fama głosiła, że związane z nim kobiety bardziej przypominają greckie hetery niż prostytutki, nie tylko ze względu na urodę i wykształcenie, ale też z uwagi na fakt, że same decydują, komu i na jakich warunkach ofiarować swoje towarzystwo.

– Jest pani pewna, że policja naprawdę stara się złapać mordercę? Przeważnie takie sprawy nie budzą specjalnego zainteresowania władz. Ot, jedna prostytutka więcej, jedna mniej.

– Alicja miała tylko jednego mężczyznę, a to więcej, niż mogą o sobie powiedzieć te bogobojne na starość poczwary zajmujące pierwsze ławki w kościele! I niech pan nie waży się nazywać jej prostytutką!

 

– Nie chciałem pani urazić, niemniej...

Powóz się zatrzymał, Rudnicki przez okno dojrzał fasadę „Azylu”.

– Dojechaliśmy – oznajmił.

– Nie zmieściłam się w czasie – westchnęła Klara Rossi. – Jeśli nie jest pan zainteresowany sprawą, zapłacę sto rubli, zgodnie z obietnicą. Jeżeli pozwoli mi pan dokończyć, pięćset.

Alchemik bez słowa pomógł kobiecie wysiąść z powozu, poprowadził do hotelowej recepcji. Ostre elektryczne światło pozwoliło mu dokonać bardziej precyzyjnej oceny wieku: pani Rossi miała pod pięćdziesiątkę, choć na pierwszy rzut oka jej twarz mogłaby należeć do trzydziestolatki. Atrakcyjnej trzydziestolatki. Tylko siateczka cienkich jak pajęcza nić zmarszczek w kącikach oczu i zaczynający tracić jędrność podbródek świadczyły, że jest starsza, niż na to wygląda.

– Co pan zdecydował? Możemy kontynuować?

– Oczywiście. Zaciekawiła mnie pani. Herbaty, a może kawy?

– Poproszę kawę.

Usiedli w rogu sali, przy ulubionym stoliku alchemika. Zdopingowani obecnością pracodawcy kelnerzy błyskawicznie zrealizowali zamówienie: w powietrze wzleciał śnieżnobiały, wykrochmalony obrus, jak za skinieniem czarodziejskiej różdżki pojawiła się porcelanowa zastawa.

Klara Rossi wyraziła uznanie wdzięcznym gestem urękawiczonej dłoni.

– Znakomita obsługa!

– Staramy się – odparł Rudnicki. – Wracając do rzeczy...

– Musi pan zrozumieć jedno – powiedziała, mieszając kawę srebrną łyżeczką. – Mamy potężnych wrogów.

– A to z jakiego powodu?

– Co pan o nas wie?

– Nic konkretnego. – Wzruszył ramionami. – Obiły mi się o uszy jakieś plotki, to wszystko.

– Nie sprzedajemy się jak prostytutki – powiedziała z naciskiem. – Uciechy ciała to tylko dodatek, przede wszystkim oferujemy urodę, intelekt i jakkolwiek dziwnie by to zabrzmiało: wierność. Nasze dziewczęta znają po kilka języków, są oczytane i wykształcone, potrafią się znaleźć choćby i na książęcym dworze.

– Mimo wszystko...

– Nikogo nie zmuszamy – kontynuowała uparcie. – Dziewczęta same wybierają swój los, później także partnerów. Na chwilę, sezon, kilka lat lub całe życie. Tak! Wiele z nich wychodzi za mąż – dodała, zauważywszy niedowierzający wzrok alchemika. – Cieszą się szacunkiem i poważaniem, a dzięki kontraktowi stają się zamożne, bywa, że bogate.

– Kontraktowi?

– Klient musi zabezpieczyć je finansowo. To podstawowy, choć nie jedyny warunek. Dlatego wielu chętnych odchodzi z kwitkiem.

– A konkretnie?

– Nie wymieniłabym wszystkich do rana – zapewniła. – Wszelkiej maści bufoni, hazardziści, lowelasi, syfilitycy... Ci, bez względu na majątek, nie mogą mieć żadnej z nas. No i najważniejsze: klient musi spodobać się swojej wybrance. Omówienie detali zabrałoby zbyt wiele czasu, więc chwilowo wystarczy, jeśli uwierzy mi pan na słowo.

– Rozumiem, że te zaginione nie mogły odejść z własnej woli?

Przez twarz Klary Rossi przeleciała błyskawica gniewu, kobieta opanowała się wysiłkiem woli.

– Nie w taki sposób! Powtarzam, nikogo nie zmuszamy! Tak, nie jesteśmy instytucją charytatywną, ale procent, jaki pobieramy z każdego kontraktu, zapewnia nam dostateczny zysk.

– Nam? Wiec nie tylko pani kieruje tym... przedsięwzięciem?

– To nie ma nic do rzeczy – ucięła sucho. – Powiedzmy, że reprezentuję zarząd.

Rudnicki skosztował kawy, żeby zyskać na czasie. Problem był poważny: z jednej strony nie uśmiechało mu się prowadzenie śledztwa w sprawie najbardziej nawet wyemancypowanych prostytutek, z drugiej, jeśli w grę wchodziła magia albo co gorsza, działania theokatáratos, prędzej czy później władze poproszą go o pomoc. Stosunki Rudnickiego z rządem Rzeczpospolitej Warszawskiej były dość skomplikowane, nie pełnił żadnej oficjalnej funkcji, ale ze względu na wcześniejsze zasługi traktowano go w sposób szczególny, zapewniając uprzywilejowaną pozycję w handlu materia prima, a także, jak przypuszczał, dyskretną ochronę. A wrogów mu nie brakowało... Jeżeli władze zwrócą się do niego, nie będzie mógł odmówić.

– No dobrze – powiedział wreszcie. – Zajmę się tym.

– Dziękuję! Ja...

Alchemik powstrzymał panią Rossi stanowczym gestem.

– Nie skończyłem. Przyjmę to zlecenie pod warunkiem, że wszelkie moje polecenia będą wykonywane natychmiast i bez dyskusji. Dosłownie! Jeśli każę pani stanąć na jednej nodze i kreślić rękoma ósemki, zrobi to pani bez wahania!

– Zgoda! – odparła pospiesznie. – Zgadzam się na wszystko.

– W takim razie zobaczymy się jutro. Gdzie panią odwieźć?

– Do pałacyku Lubomirskich, na Puławską.

Rudnicki przywołał stojącego opodal Majewskiego.

– Wiesz, co masz robić – powiedział.

Szczupły mężczyzna obrzucił Klarę Rossi taksującym spojrzeniem, po czym przytaknął.

– Będę musiał wziąć dwa powozy – zauważył. – I paru chłopaków.

– Weź – przyzwolił alchemik. – Do roboty!

Majewski skwitował polecenie nieartykułowanym chrząknięciem i pospieszył do wyjścia.

– Mój ekwipaż powinien tu być lada moment, nie ma potrzeby angażowania pańskich ludzi. Także nasza siedziba jest dobrze chroniona – zapewniła kobieta. – Ach, prawda! Niemal zapomniałam... Pańskie pieniądze.

Sięgnęła do torebki i położyła na stole czek bankowy na sumę pięciuset rubli. Rudnicki schował czek do portfela i pokręcił z rezygnacją głową. Najwyraźniej pani Rossi nie była wyjątkiem i jak wielu innych uważała, że mimo całego zamieszania z enklawami niewiele się zmieniło. Oczywiście, mógł powołać się na złożoną przed chwilą obietnicę i wymusić na rozmówczyni posłuszeństwo, ale pewne rzeczy lepiej było wyjaśnić poglądowo. Dla uniknięcia nieporozumień w przyszłości.

– Nie ma pani pojęcia o zagrożeniach związanych z magią czy theokatáratos – powiedział znużonym tonem. – Zapewne zabrała pani ze sobą jakiegoś ochroniarza?

– Dwóch. Czekają w powozie.

– Proszę ich zawołać – polecił.

Klara Rossi wstała bez słowa, po chwili wróciła w towarzystwie potężnie zbudowanych mężczyzn. Uniosła brwi, widząc na stole dorodnego arbuza.

– To deser? – spytała.

– Nie, wyobraźmy sobie, że to pani głowa – zaproponował alchemik. – A ja jestem złoczyńcą, którego powinno się powstrzymać.

– Moi ludzie zastrzeliliby pana, zanim zdążyłby pan wydobyć broń – zapewniła kobieta.

– Doprawdy? Przekonajmy się.

Rudnicki wypowiedział kilka sylab z taką szybkością, że zlały się w syk, w jego dłoni znikąd pojawił się nóż. Krótki, oszczędny ruch i ostrze przecięło arbuza niemal na dwoje. Jeden z mężczyzn zdążył sięgnąć do kieszeni, drugi stał z wybałuszonymi oczyma, próbując zrozumieć, co się stało.

– Teraz pani pojmuje?

Klara Rossi przytaknęła gorliwie, w jej oczach pojawił się strach. Kiedy wrócił Majewski, posłusznie przyjęła podane jej ramię i pożegnawszy alchemika lekkim ukłonem, udała się do powozu.

Rudnicki dopił ledwo ciepłą już kawę, otarł serwetką zbryzgane sokiem z arbuza palce. Zegar w holu wybił północ, rozpoczął się nowy dzień. Alchemik przywołał gestem portiera.

– Budzenie na szóstą, śniadanie na wpół do siódmej – zadysponował.

– Wezwać maestra?

– Nie, na tym etapie nie będziemy jeszcze fatygować pana Ankwicza – zadecydował Rudnicki po chwili namysłu. – Ale poinformujcie go o sytuacji.

Idąc do swoich apartamentów, czuł lekką ekscytację podszytą – nie ma co ukrywać! – obawą. Od czasu zakończenia walk Warszawa przeżywała okres spokoju. Ba, można by nawet powiedzieć: rozkwitu. Żadnych walk, problemów z enklawą, poprawiła się też sytuacja gospodarcza niewielkiej republiki. Także interesy alchemika miały się znakomicie, zarówno hotel, jak i gildia działały niczym dobrze naoliwiony mechanizm. I przynosiły niebagatelny dochód, szczególnie zyskowne okazało się wytwarzanie materia prima metodą „ekstrakcji Rudnickiego”. Tyle że tym wszystkim sukcesom towarzyszyła wszechogarniająca nuda. Nowy dzień z pewnością nie będzie nudny, doszedł do wniosku alchemik. Oby tylko nie okazał się nadmiernie interesujący...


Pałac sprawiał wrażenie dobrze utrzymanego: świeżo położone tynki, połyskujące po niedawnym deszczu dachówki i zadbane gazony świadczyły, że jego właścicielom nie brak pieniędzy, choć całość nie sprawiała bynajmniej dekadenckiego wrażenia. Także wnętrze zaskoczyło Rudnickiego, zamiast tonących w luksusie buduarów ujrzał szkolne gabinety i spacerujące po korytarzach skromnie ubrane panienki.

– To wygląda jak pensja dla dziewcząt – wymamrotał zaskoczony.

– Trafił pan w sedno, szefie – odparł z uśmiechem Majewski. – To szkoła. Jedna z wielu połączonych z fundacją Znojemskich.

– Tych bankierów?

Majewski przytaknął.

– Uczą się tutaj przeważnie biedne dzieci, takie, których nie stać byłoby na czesne. Wiele z nich to sieroty.

– A gdzie są...

– Buduary? – dokończył Majewski. – Nie ma, wbrew doniesieniom prasy „Złoty Pałac” to bardziej instytucja niż burdel. Siedziałem pół nocy nad papierami, które udostępniła mi nasza klientka, stąd orientuję się mniej więcej w ich systemie.

– I jak on wygląda?

– W szkole uczą się dziewczęta od siedmiu do dziewiętnastu lat. Czasem robi się wyjątki i przyjmuje ciut młodsze, a szczególnie uzdolnione uczennice kończą naukę nieco później.

– Szczególnie uzdolnione?

– Bez podtekstów, mają po prostu dodatkowe zajęcia. Wyboru, o którym pan myśli, dokonują już dorosłe, dziewiętnastoletnie panienki. A i to nie wszystkie, dla większości to zwykła szkoła.

– Nie rozumiem.

– Kurtyzanami mogą zostać tylko dziewczęta obdarzone nieprzeciętną inteligencją i urodą. Innym fundacja stara się znaleźć pracę.

– Bardzo to szlachetne – zauważył Rudnicki z przekąsem. – Rozumiem, że nikt nie wywiera nacisku nawet na te najładniejsze?

Majewski spojrzał na niego spod oka, alchemik odniósł wrażenie, że podwładny ostatkiem sił powstrzymuje się przed niezbyt uprzejmą ripostą.

– No co tam? – burknął. – Proszę mówić śmiało. Zanim zabiorę się za śledztwo, muszę mieć pewność, że te dziewuchy nie uciekły z własnej woli.

– Nie uciekły! – zapewnił z naciskiem Majewski. – Zastanawiał się pan kiedyś, jaką swobodę mają panienki z dobrych domów? Czy ktoś pozwala im wybrać sobie męża? A kontrakt ślubny? Rodzice często sprzedają własne dziecko niczym klacz na targu, żeby spłacić długi albo polepszyć swój status. Tu przynajmniej wszystko jest jasne, a najwięcej korzyści odnosi sama dziewczyna. No i to ona decyduje, realizując swoje, a nie cudze ambicje. Tak! – dodał, widząc minę pryncypała. – Wszystkie czy niemal wszystkie wychowanki tej szkoły chcą dobrze wyjść za mąż, a jeśli tylko mają szansę, dostać się na salony.

– To chyba niemożliwe. Sieroty bez grosza przy duszy?

– Dlaczego nie? Przeglądałem księgi rachunkowe. Te prawdziwe, nieoficjalne. Spory procent kosztów to kupno tytułów arystokratycznych. Na świecie roi się od ubogich władców, bardziej niż chętnych do podreperowania budżetu w zamian za autentyczne, choć niewiele znaczące tytuły – dodał Majewski, wzruszając ramionami. – Oczywiście w takich wypadkach kontrakt dziewczyny musi zrekompensować te koszty, ale wielcy tego świata płacą bez mrugnięcia okiem, najwyraźniej idealne żony czy kochanki są w cenie.

Rudnicki skrzywił się, jakby rozgryzł cytrynę. Cała sprawa coraz mniej mu się podobała, z relacji Majewskiego wynikało, że istotnie doszło do porwania. Ostatnie, czego było trzeba alchemikowi, to konfrontacja z działającymi nielegalnie magami czy theokatáratos, jednak wydawało się, że los nie pozostawia mu wyboru. Jeśli teraz odpuści, za miesiąc czy dwa będzie musiał pertraktować nie z madame Rossi, ale dużo ważniejszymi personami, być może mając na sumieniu śmierć kolejnych dziewcząt.

– No dobrze – zadecydował. – Porozmawiajmy z panią Rossi o konkretach.

– Tędy, szefie – wskazał Majewski.

Wspinając się po schodach, alchemik zwrócił uwagę na pewność, z jaką jego towarzysz porusza się po budynku, który ujrzał kilka godzin wcześniej. Najwyraźniej Majewski doskonale zapamiętał, gdzie znajduje się gabinet dyrektorki szkoły.


Pomieszczenie umeblowano wykwintnie i ze smakiem: podłogę pokrywał ręcznie tkany dywan z Aubusson, jedwabne tapety na ścianach stanowiły tło dla zdjęć przedstawiających uśmiechnięte uczennice, a na stoliku pod oknem pysznił się bukiet róż w majolikowym wazonie. Jedyny dysonans stanowiła zasłana dokumentami sekretera. Podkrążone oczy i ubrudzone atramentem dłonie Klary Rossi sugerowały, że dyrektorka spędziła noc w gabinecie.

 

– Próbowałam coś znaleźć – powiedziała na widok Rudnickiego. – Jakąś prawidłowość w tym całym szaleństwie. Bezskutecznie...

– Potrzebujemy wszelkich informacji o pani podopiecznych – powiedział alchemik. – Łącznie z tymi, których wolałaby pani nie ujawniać.

Kobieta wskazała mu fotel, nieświadomym gestem szarpnęła rękaw sukni.

– Zdaję sobie z tego sprawę – odparła, wziąwszy głęboki oddech. – Nie mam zamiaru niczego ukrywać, życie dziewcząt jest najważniejsze, jednak liczę, że nie zdradzi pan naszych sekretów.

– Ma pani moje słowo – obiecał alchemik. – Zawsze gram uczciwie wobec ludzi, którzy odwzajemniają mi się tym samym.

Zrezygnowany wzrok dyrektorki dowodził, że zrozumiała aluzję.

– Nie mam nic do ukrycia – powtórzyła. – Proszę pytać.

– Jak nazywała się ta zamordowana dziewczyna?

– Alicja Zamoyska.

Rudnicki zmierzył ją ciężkim spojrzeniem, Klara Rossi przez chwilę wytrzymała jego wzrok, wreszcie spuściła głowę.

– No dobrze – wymamrotała. – Urodziła się jako Helena Tracz. Naprawdę nie sądzę, żeby to miało jakiekolwiek...

– Pozwoli pani, że ja to ocenię! – warknął alchemik, wchodząc jej w słowo. – A te dwie pozostałe?

– Maria Gronowska i Natalia Wodzińska. Dopiero ukończyły szkołę, więc nie zmieniliśmy im jeszcze nazwisk. Zresztą Natalia pochodzi z solidnej szlacheckiej rodziny, spokrewnionej z arystokracją. Tak, takie też czasem do nas trafiają! – dodała gniewnie. – Po śmierci rodziców krewni przejęli jej majątek, a ona sama wylądowała na bruku. Wyciągnęłam ją z sierocińca. Proszę, oto ich fotografie.

Dziewczyny były wyjątkowo ładne – nic dziwnego, biorąc pod uwagę ich plany życiowe – i absolutnie nie wyglądały na wystraszone czy zmuszane do czegokolwiek. Obie wytwornie ubrane, w sukniach uwydatniających kuszące krągłości, ciemnowłose, roześmiane, z figlarnymi ognikami w oczach, sprawiały wrażenie sióstr.

– No dobrze, a jak wyglądała sprawa ich... – Rudnicki zawahał się na moment, nie wiedząc, jak sformułować pytanie.

– Alicja podpisała swój pierwszy kontrakt – odparła pospiesznie dyrektorka. – Na kwartał. Została kochanką hrabiego Alfreda Kościelskiego.

– Jak im się układało?

– Nie wspominała o żadnych kłopotach. Była zadowolona, choć myślę, że traktowała tę znajomość wyłącznie profesjonalnie.

– To znaczy?

– Dziewczęta często zakochują się w swoim pierwszym kliencie – wyjaśniła Klara Rossi. – Wiele takich związków kończy się małżeństwem, ale wydaje mi się, że Kościelski nieco rozczarował Alicję.

– Czy to rozczarowanie mogło przeszkodzić w wypełnieniu kontraktu?

– Nie. Taki dokument daje gwarancję obu stronom i zerwać go można tylko z wyjątkowo ważnych i ściśle określonych przyczyn.

– Na przykład? – zainteresował się Majewski.

– Jak już mówiłam wcześniej, przeprowadzamy coś w rodzaju selekcji, ale czasem zdarza się, że przez sito przejdzie ktoś, kto nie powinien. Wtedy i tylko wtedy można zerwać kontrakt.

– I klienci nie protestują?

– Raczej nie – stwierdziła chłodno kobieta. – Zdają sobie sprawę z możliwych konsekwencji.

– Arystokraci? – powiedział z niedowierzaniem Rudnicki. – Mężczyźni z wyższych sfer?

– Owszem. Swego czasu jedna z moich dziewcząt zawarła umowę z osobnikiem, który okazał się sadystą. Rozumieją panowie, nie chodziło o parę klapsów na gołą pupę, tylko niczym niekontrolowaną agresję. W ataku szału wybił jej zęby, połamał żebra i ręce.

– Zawiadomiliście policję?

– Nie. Wolimy sami załatwiać takie sprawy. Zerwaliśmy kontrakt i zażądaliśmy odszkodowania. Klient odmówił.

– Co pani zrobiła? – zainteresował się alchemik.

Uśmiech Klary Rossi przypominał rozbłysk światła na stalowej klindze, równie zimny i budzący dreszcze.

– Ja? Nic. Za to nasz krnąbrny dłużnik zachorował nagle i zmarł po kilku dniach. Podejrzewano, że zjadł nieświeże ostrygi. Kto wie? Może to i prawda? Zupełnie bez związku dodam, że właściciel restauracji, w której stołował się pan radca, miał młodą, piękną i wykształconą żonę, podobnie jak jego lekarz, a nawet prowadzący śledztwo policjant...

– Dobra robota! – powiedział z uznaniem Majewski.

Kobieta podziękowała skinieniem głowy, do jej oczu powróciło ciepło.

– Ciało Alicji znaleziono trzy dni temu, Maria i Natalia zniknęły przedwczoraj – kontynuowała. – Początkowo nie łączyłam tych dwóch faktów, jednak po rozmowie z pracownikami nie miałam już wątpliwości, że stało się coś złego: dziewczęta mieszkały we wspólnym pokoju na drugim piętrze i żadna z nich nie opuściła budynku. Przy drzwiach dzień i noc czuwa portier – dodała tytułem wyjaśnienia.

– Ma pani na myśli główne wejście – wtrącił Rudnicki.

– Tak. Oczywiście są i inne, ale zamknięte, a klucze ma tylko moja pomocnica.

– A okno? Ile one miały... mają lat? Dziewiętnaście? Czy nie mogłyby wyśliznąć się przez okno? Były sprawne fizycznie? Mogły użyć liny?

Klara Rossi westchnęła ciężko i obrzuciła alchemika zniesmaczonym spojrzeniem.

– Przykładamy dużą wagę do sprawności fizycznej, ale nie było żadnego powodu, aby dziewczęta zjeżdżały po linie jak jakieś cyrkówki, zamiast zejść po schodach! Zresztą nie tego ich uczymy.

– A czego? – spytał alchemik.

Nieoczekiwanie dyrektorka spłonęła krwistym rumieńcem.

– To nie ma większego znaczenia. Wracając do sprawy: zarówno Maria, jak i Natalia w zasadzie skończyły już szkołę, obecnie pomagały nauczycielkom, a oprócz tego uczestniczyły w zajęciach... – Wykonała bezradny gest. – Jednym słowem, mogły wychodzić i wracać o dowolnej porze.

– Rozumiem, że należały do „Złotego Pałacu”?

– Przygotowywały się do tego – sprostowała Klara Rossi. – Nie podpisały jeszcze żadnego kontraktu.

– Wracając do ćwiczeń...

Rudnicki nie dokończył, trącony łokciem przez podwładnego. Odchrząknął zmieszany, Majewski wykonał gest znaczący tyle co „nie teraz”.

– No dobrze – mruknął alchemik. – Mniejsza z tym. Rozmawiała pani z Kościelskim? Wie coś o zaginięciu kochanki?

– Krótko. Byłam zajęta formalnościami: składałam zeznania, musiałam zidentyfikować zwłoki, a później zniknęły Natalia i Maria. Kościelski twierdzi, że ostatni raz widział Alicję tydzień przed tą tragedią.

– To możliwe? A co z kontraktem?

– Bywa, że klienci potrzebują towarzystwa pięknych kobiet tylko w określonych okolicznościach, na przykład z okazji jakiegoś balu czy spotkania towarzyskiego. Często wręcz nie życzą sobie, aby dziewczęta przebywały z nimi na co dzień.

– Nie rozumiem...

Klara Rossi zabębniła palcami o blat.

– Niektórzy z nich mają specyficzne upodobania, na przykład wolą mężczyzn niż kobiety – wymamrotała. – Wówczas rola dziewcząt polega jedynie na odwracaniu uwagi od ich prawdziwych skłonności. Inni z kolei wdają się w zakazane i niebezpieczne dla siebie romanse, niebezpieczne w dosłownym znaczeniu, na przykład z mężatkami. Im także potrzebna jest pomoc z naszej strony. Czasem to kwestia kondycji... Konkludując: my nie osądzamy, dostosowujemy się do życzeń klientów. I tak. Związek z Kościelskim nie wyglądał na namiętny romans, choć nie znam szczegółów, nie rozmawiamy bez potrzeby o tajemnicach alkowy.

– Podejrzewa go pani? – zapytał Majewski.

Kobieta nie odpowiedziała od razu, podparła dłonią głowę, zapatrzyła się w dal.

– Raczej nie – odparła z wahaniem. – Nie wyczułam w nim nie tylko gwałtowności, ale nawet pasji. To człowiek letnich uczuć. Oczywiście nie jestem nieomylna, ale rzadko kiedy zawodzi mnie intuicja.

– Mogłaby pani podać nam adres hrabiego?

– Oczywiście. Kościelski utrzymuje pied-à-terre na Krakowskim Przedmieściu. Będzie mnie pan informował o postępach śledztwa?

– W miarę możliwości – obiecał alchemik.

Dyrektorka towarzyszyła im do wyjścia, jakby czerpała pociechę z ich obecności. Rudnicki czuł na sobie jej wzrok, dopóki nie odjechali.


Lokaj hrabiego Kościelskiego, młody, niespełna trzydziestoletni mężczyzna o aroganckim wyrazie twarzy, z wyraźnym lekceważeniem umieścił na tacy wizytówkę Rudnickiego, po czym zniknął za drzwiami, zostawiając gościa w przedpokoju. Alchemik zacisnął usta, najwyraźniej ani jego tytuł, ani stanowisko mistrza gildii nie zrobiły na służącym wrażenia. Mijały minuty, wreszcie zniecierpliwiony Rudnicki ruszył do wyjścia. Zanim dotknął klamki, z głębi mieszkania dał się słyszeć gniewny okrzyk połączony z głośnym plaśnięciem i do przedpokoju wpadł lokaj. Tym razem zgięty wpół, z przerażeniem w oczach. Zaczerwieniony policzek świadczył, że udzielono mu reprymendy, nie bawiąc się w subtelności.

– Pan hrabia prosi – oznajmił przymilnie.

Hrabia Alfred Kościelski przyjął alchemika w domowym garniturze z czesuczy i przeprosiwszy za zachowanie służącego, natychmiast zaprosił do stołu.

Wysoki, smukły, z wypielęgnowanym wąsikiem i uśmiechem na zmysłowych ustach, mógł podobać się kobietom. Gładka cera, regularne rysy i bujne, zaczesane do tyłu włosy czyniły go co najmniej przystojnym, a oszczędne, precyzyjne ruchy zdradzały doświadczonego szermierza. Alchemik ocenił jego wiek na nie więcej niż czterdzieści lat.

– Czym mogę służyć, ekscelencjo? – zapytał gospodarz, kiedy tylko pokojówka podała herbatę.

– Informacją – odparł zwięźle Rudnicki.

– Chodzi o biedną Alę? – domyślił się Kościelski. – Cóż, nie byliśmy ze sobą zbyt blisko, wykupiłem jej kontrakt zaledwie miesiąc temu.

– Co pan może o niej powiedzieć?

– Ładna, miła, inteligentna – odparł obojętnie Kościelski. – Z początku pełna entuzjazmu, później stała się bardziej chłodna, tak jakby coś ją absorbowało. Coś poza kontraktem – podkreślił. – Zaczęliśmy rzadziej się spotykać, ostatni raz widziałem ją kilka dni przed śmiercią.