Ballady i romanseTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Warszawa 2016

Spis treści

Pierwiosnek

Romantyczność

Świteź. Ballada. Do Michała Wereszczaki

Świtezianka. Ballada

Rybka. Ballada (ze śpiewu gminnego)

Powrót taty. Ballada

Kurhanek Maryli. Romans (myśl ze śpiewu litewskiego)

Do przyjaciół posyłając im balladę „To lubię”

To lubię. Ballada

Rękawiczka. Powiastka (z Szyllera)

Pani Twardowska. Ballada

Tukaj albo Proby przyjaźni. Ballada we czterech częściach

Lilije. Ballada (z pieśni gminnej)

Dudarz. Romans (myśl z pieśni gminnej)

Pierwiosnek

Z niebieskich najrańszą piosnek

Ledwie zadzwonił skowronek,

Najrańszy kwiatek pierwiosnek

Błysnął ze złotych obsłonek.

Ja

Za wcześnie, kwiatku, za wcześnie,

Jeszcze północ mrozem dmucha,

Z gór białe nie zeszły pleśnie,

Dąbrowa jeszcze nie sucha.

Przymruż złociste światełka,

Ukryj się pod matki rąbek,

Nim cię zgubi śronu ząbek

Lub chłodnej rosy perełka.

Kwiatek

Dni nasze jak dni motylka,

Życiem wschód, śmiercią południe;

Lepsza w kwietniu jedna chwilka

Niż w jesieni całe grudnie.

Czy dla bogów szukasz datku,

Czy dla druha lub kochanki,

Upleć wianek z mego kwiatku,

Wianek to będzie nad wianki.

Ja

W podlej trawce, w dzikim lasku

Urosleś, o kwiatku luby!

Mało wzrostu, mało blasku,

Cóż ci daje tyle chluby?

Ni to kolory jutrzenki,

Ni zawoje tulipana,

Ni lilijowe sukienki,

Ni róży pierś malowana.

Uplatam ciebie do wianka;

Lecz skądże ufności tyle!

Przyjaciele i kochanka

Czy cię powitają mile?

Kwiatek

Powitają przyjaciele

Mnie, wiosny młodej aniołka;

Przyjaźń ma blasku niewiele

I cień lubi jak me ziołka.

Czym kochanki godzien rączek,

Powiedz, niebieska Marylko!

Za pierwszy młodości pączek

Zyskam pierwszą... ach! łzę tylko.

Romantyczność

Methinks, I see... Where?

– In my mind’s eyes.

Shakespeare

Zdaje mi się, że widzę... gdzie?

Przed oczyma duszy mojej.

Słuchaj, dzieweczko!

– Ona nie słucha –

To dzień biały! to miasteczko!

Przy tobie nie ma żywego ducha.

Co tam wkoło siebie chwytasz?

Kogo wołasz, z kim się witasz?

– Ona nie słucha. –

To jak martwa opoka

Nie zwróci w stronę oka,

To strzela wkoło oczyma,

To się łzami zaleje;

Coś niby chwyta, coś niby trzyma;

Rozpłacze się i zaśmieje.

„Tyżeś to w nocy? to ty, Jasieńku!

Ach! i po śmierci kocha!

Tutaj, tutaj, pomaleńku,

Czasem usłyszy macocha!

Niech sobie słyszy, już nie ma ciebie!

Już po twoim pogrzebie!

Ty już umarłeś? Ach! ja się boję!

Czego się boję mego Jasieńka?

Ach, to on! lica twoje, oczki twoje!

Twoja biała sukienka!

I sam ty biały jak chusta,

Zimny, jakie zimne dłonie!

Tutaj połóż, tu na łonie,

Przyciśnij mnie, do ust usta!

Ach, jak tam zimno musi być w grobie!

Umarłeś! tak, dwa lata!

Weź mię, ja umrę przy tobie,

Nie lubię świata.

Źle mnie w złych ludzi tłumie,

Płaczę, a oni szydzą;

Mówię, nikt nie rozumie;

Widzę, oni nie widzą!

Śród dnia przyjdź kiedy... To może we śnie?

Nie, nie... trzymam ciebie w ręku.

Gdzie znikasz, gdzie, mój Jasieńku!

Jeszcze wcześnie, jeszcze wcześnie!

Mój Boże! kur się odzywa,

Zorza błyska w okienku.

Gdzie znikłeś? ach! stój, Jasieńku!

Ja nieszczęśliwa”.

Tak się dziewczyna z kochankiem pieści,

Bieży za nim, krzyczy, pada;

Na ten upadek, na głos boleści

Skupia się ludzi gromada.

„Mówcie pacierze! – krzyczy prostota –

Tu jego dusza być musi.

Jasio być musi przy swej Karusi,

On ją kochał za żywota!”

I ja to słyszę, i ja tak wierzę,

Płaczę i mówię pacierze.

„Słuchaj, dzieweczko!” – krzyknie śród zgiełku

Starzec, i na lud zawoła:

„Ufajcie memu oku i szkiełku,

Nic tu nie widzę dokoła.

Duchy karczemnej tworem gawiedzi,

W głupstwa wywarzone kuźni.

Dziewczyna duby smalone bredzi,

A gmin rozumowi bluźni”.

„Dziewczyna czuje – odpowiadam skromnie –

A gawiedź wierzy głęboko;

Czucie i wiara silniej mówi do mnie

Niż mędrca szkiełko i oko.

Martwe znasz prawdy, nieznane dla ludu,

Widzisz świat w proszku, w każdej gwiazd iskierce.

Nie znasz prawd żywych, nie obaczysz cudu!

Miej serce i patrzaj w serce!”

Świteź. Ballada. Do Michała Wereszczaki

Ballada

Do Michała Wereszczaki

Ktokolwiek będzisz w nowogródzkiej stronie,

Do Płużyn ciemnego boru

Wjechawszy, pomnij zatrzymać twe konie,

Byś się przypatrzył jezioru.

Świteź tam jasne rozprzestrzenia łona,

W wielkiego ksztalcie obwodu,

Gęstą po bokach puszczą oczerniona,

A gładka jak szyba lodu.

Jeżeli nocną przybliżysz się dobą

I zwrócisz ku wodom lice,

Gwiazdy nad tobą i gwiazdy pod tobą,

I dwa obaczysz księżyce.

Niepewny, czyli szklanna spod twej stopy

Pod niebo idzie równina,

Czyli też niebo swoje szklanne stropy

Aż do nóg twoich ugina:

Gdy oko brzegów przeciwnych nie sięga,

Dna nie odróżnia od szczytu,

Zdajesz się wisieć w środku niebokręga.

W jakiejś otchłani błękitu.

Tak w noc, pogodna jeśli służy pora,

Wzrok się przyjemnie ułudzi;

Lecz żeby w nocy jechać do jeziora,

Trzeba być najśmielszym z ludzi.

Bo jakie szatan wyprawia tam harce!

Jakie się larwy szamocą!

Drżę cały, kiedy bają o tym starce,

I strach wspominać przed nocą.

Nieraz śród wody gwar jakoby w mieście,

Ogień i dym bucha gęsty,

I zgiełk walczących, i wrzaski niewieście,

I dzwonów gwałt, i zbrój chrzęsty.

Nagle dym spada, hałas się uśmierza,

Na brzegach tylko szum jodły,

W wodach gadanie cichego pacierza

I dziewic żałośne modły.

Co to ma znaczyć? różni różnie plotą,

Cóż, kiedy nie był nikt na dnie;

Biegają wieści pomiędzy prostotą,

Lecz któż z nich prawdę odgadnie?

Pan na Płużynach, którego pradziady

Były Świtezi dziedzice,

Z dawna przemyślał i zasięgał rady,

Jak te zbadać tajemnice.

Kazał przybory w bliskim robić mieście

I wielkie sypał wydatki;

Związano niewód, głęboki stóp dwieście,

Budują czółny i statki.

Ja ostrzegałem: że w tak wielkim dziele

Dobrze, kto z Bogiem poczyna,

Dano więc na mszą w niejednym kościele

I ksiądz przyjechał z Cyryna.

Stanął na brzegu, ubrał się w ornaty,

Przeżegnał, pracę pokropił,

Pan daje hasło: odbijają baty,

Niewód się z szumem zatopił.

Topi się, pławki na dół z sobą spycha,

Tak przepaść wody głęboka.

Prężą się liny, niewód idzie z cicha,

Pewnie nie złowią ni oka.

Na brzeg oboje wyjęto już skrzydło.

Ciągną ostatek więcierzy;

Powiemże, jakie złowiono straszydło?

Choć powiem, nikt nie uwierzy.

Powiem jednakże: nie straszydło wcale,

 

Żywa kobieta w niewodzie,

Twarz miała jasną, usta jak korale,

Włos biały skąpany w wodzie.

Do brzegu dąży; a gdy jedni z trwogi

Na miejscu stanęli głazem,

Drudzy zwracają ku ucieczce nogi,

Łagodnym rzecze wyrazem;

„Młodzieńcy, wiecie, że tutaj bezkarnie

Dotąd nikt statku nie spuści,

Każdego śmiałka jezioro zagarnie

Do nieprzebrnionych czeluści.

I ty, zuchwały, i twoja gromada

Wraz byście poszli w głębinie,

Lecz że to kraj był twojego pradziada,

Że w tobie nasza krew płynie –

Choć godna kary jest ciekawość pusta,

Lecz żeście z Bogiem poczęli,

Bóg wam przez moje opowiada usta

Dzieje tej cudnej topieli.

Na miejscach, które dziś piaskiem zaniosło,

Gdzie car i trzcina zarasta,

Po których teraz wasze biega wiosło,

Stał okrąg pięknego miasta.

Świteź, i w sławne orężem ramiona,

I w kraśne twarze bogata,

Niegdyś od książąt Tuhanów rządzona

Kwitnęła przez długie lata.

Nie ćmił widoku ten ostęp ponury;

Przez żyzne wskróś okolice

Widać stąd było Nowogródzkie mury,

Litwy naówczas stolicę.

Raz niespodzianie obległ tam Mendoga

Potężnym wojskiem Car z Rusi,

Na całą Litwę wielka padła trwoga,

Że Mendog poddać się musi.

Nim ściągnął wojsko z odległej granicy,

Do ojca mego napisze:

«Tuhanie! w tobie obrona stolicy,

Spiesz, zwołaj twe towarzysze».

Skoro przeczytał Tuhan list książęcy

I wydał rozkaz do wojny,

Stanęło zaraz mężów pięć tysięcy,

A każdy konny i zbrojny.

Uderzą w trąby, rusza młódź, już w bramie

Błyska Tuhana proporzec,

Lecz Tuhan stanie i ręce załamie,

I znowu jedzie na dworzec.

I mówi do mnie: «Jaż własnych mieszkańców

Dla obcej zgubię odsieczy?

Wszak wiesz, że Świteź nie ma innych szańców

Prócz naszych piersi i mieczy.

Jeśli rozdzielę szczupłe wojsko moje,

Krewnemu nie dam obrony;

A jeśli wszyscy pociągniem na boje,

Jak będą córy i żony?»

«Ojcze, odpowiem, lękasz się niewcześnie,

Idź, kędy sława cię woła,

Bóg nas obroni: dziś nad miastem we śnie

Widziałam jego anioła.

Okrążył Świteź miecza błyskawicą

I nakrył złotymi pióry,

I rzekł mi: ‘Póki męże za granicą,

Ja bronię żony i córy’».

Usłuchał Tuhan i za wojskiem goni,

Lecz gdy noc spadła ponura,

Słychać gwar z dala, szczęk i tętent koni,

I zewsząd straszny wrzask: „ura!”

Zagrzmią tarany, padły bram ostatki,

Zewsząd pocisków grad leci,

Biegą na dworzec starce, nędzne matki,

Dziewice i drobne dzieci.

«Gwałtu! – wołają – zamykajcie bramę!

Tuż, tuż za nami Ruś wali.

Ach! zgińmy lepiej, zabijmy się same,

Śmierć nas od hańby ocali».

Natychmiast wściekłość bierze miejsce strachu;

Miecą bogactwa na stosy,

Przynoszą żagwie i płomień do gmachu

I krzyczą strasznymi głosy:

„Przeklęty będzie, kto się nie dobije!”

Broniłam, lecz próżny opor,

Klęczą, na progach wyciągają szyje,

A drugie przynoszą topor.

Gotowa zbrodnia: czyli wezwać hordy

I podłe przyjąc kajdany,

Czy bezbożnymi wytępić się mordy;

«Panie! – zawołam – nad pany!

Jeśli nie możem ujść nieprzyjaciela,

O śmierć błagamy u ciebie,

Niechaj nas lepiej twój piorun wystrzela

Lub żywych ziemia pogrzebie»

Wtem jakaś białość nagle mię otoczy,

Dzień zda się spędzać noc ciemna,

Spuszczam ku ziemi przerażone oczy,

Już ziemi nie ma pode mną.

Takeśmy uszły zhańbienia i rzezi;

Widzisz to ziele dokoła,

To są małżonki i córki Świtezi,

Które Bóg przemienił w zioła.

Białawym kwieciem, jak białe motylki,

Unoszą się nad topielą;

List ich zielony jak jodłowe szpilki,

Kiedy je śniegi pobielą.

Za życia cnoty niewinnej obrazy,

Jej barwę mają po zgonie,

W ukryciu żyją i nie cierpią skazy,

Śmiertelne nie tkną ich dłonie.

Doświadczył tego car i ruska zgraja,

Gdy, piękne ujrzawszy kwiecie,

Ten rwie i szyszak stalony umaja,

Ten wianki na skronie plecie.

Kto tylko ściągnął do głębini ramię,

Tak straszna jest kwiatów władza,

Że go natychmiast choroba wyłamie

I śmierć gwałtowna ugadza.

Choć czas te dzieje wymazał z pamięci,

Pozostał sam odgłos kary,

Dotąd w swych baśniach prostota go święci

I kwiaty nazywa cary”.

To mówiąc pani zwolna się oddala,

Topią się statki i sieci,

Szum słychać w puszczy, poburzona fala

Z łoskotem na brzegi leci.

Jezioro do dna pękło na kształt rowu,

Lecz próżno za nią wzrok goni,

Wpadła i falą nakryła się znowu,

I więcej nie słychać o niéj.

Świtezianka. Ballada

Jakiż to chłopiec piękny i młody?

Jaka to obok dziewica?

Brzegami sinej Świtezi wody

Idą przy świetle księżyca.

Ona mu z kosza daje maliny,

A on jej kwiatki do wianka;

Pewnie kochankiem jest tej dziewczyny,

Pewnie to jego kochanka.

Każdą noc prawie, o jednej porze,

Pod tym się widzą modrzewiem.

Młody jest strzelcem w tutejszym borze,

Kto jest dziewczyna? – ja nie wiem.

Skąd przyszła? – darmo śledzić kto pragnie,

Gdzie uszła? – nikt jej nie zbada.

Jak mokry jaskier wschodzi na bagnie,

Jak ognik nocny przepada.

„Powiedz mi, piękna, luba dziewczyno,

Na co nam te tajemnice,

Jaką przybiegłaś do mnie drożyną?

Gdzie dom twój, gdzie są rodzice?

Minęło lato, zżółkniały liścia

I dżdżysta nadchodzi pora,

Zawsze mam czekać twojego przyścia

Na dzikich brzegach jeziora?

Zawszeż po kniejach jak sarna płocha,

Jak upiór błądzisz w noc ciemną?

Zostań się lepiej z tym, kto cię kocha,

Zostań się, o luba! ze mną.

Chateczka moja stąd niedaleka

Pośrodku gęstej leszczyny;

Jest tam dostatkiem owoców, mleka,

Jest tam dostatkiem źwierzyny”.

„Stój, stój – odpowie – hardy młokosie,

Pomnę, co ojciec rzekł stary:

Słowicze wdzięki w mężczyzny głosie,

A w sercu lisie zamiary.

Więcej się waszej obłudy boję,

Niż w zmienne ufam zapały,

Może bym prośby przyjęła twoje;

Ale czy będziesz mnie stały?”

Chłopiec przyklęknął, chwycił w dłoń piasku,

Piekielne wzywał potęgi,

Klął się przy świętym księżyca blasku,

Lecz czy dochowa przysięgi?

„Dochowaj, strzelcze, to moja rada:

Bo kto przysięgę naruszy,

Ach, biada jemu, za życia biada!

I biada jego złej duszy!”

To mówiąc dziewka więcej nie czeka,

Wieniec włożyla na skronie

I pożegnawszy strzelca z daleka,

Na zwykłe uchodzi błonie.

Próżno się za nią strzelec pomyka,

Rączym wybiegom nie sprostał,

Znikła jak lekki powiew wietrzyka,

A on sam jeden pozostał.

Sam został, dziką powraca drogą,

Ziemia uchyla się grząska,

Cisza wokoło, tylko pod nogą

Zwiędła szeleszcze gałązka.

Idzie nad wodą, błędny krok niesie,

Błędnymi strzela oczyma;

Wtem wiatr zaszumiał po gęstym lesie,

Woda się burzy i wzdyma.

Burzy się, wzdyma, pękają tonie,

O niesłychane zjawiska!

Ponad srebrzyste Świtezi błonie

Dziewicza piękność wytryska.

Jej twarz jak róży bladej zawoje,

Skropione jutrzenki łezką;

Jako mgła lekka, tak lekkie stroje

Obwiały postać niebieską.

„Chłopcze mój piękny, chłopcze mój młody –

Zanuci czule dziewica –

Po co wokoło Świteziu wody

Błądzisz przy świetle księżyca?

Po co żałujesz dzikiej wietrznicy,

Która cię zwabia w te knieje:

Zawraca głowę, rzuca w tęsknicy

I może jeszcze się śmieje?

Daj się namówić czułym wyrazem,

Porzuć wzdychania i żale,

Do mnie tu, do mnie, tu będziem razem

Po wodnym pląsać krysztale.

Czy zechcesz niby jaskółka chybka

Oblicze tylko wód muskać,

Czy zdrów jak rybka, wesół jak rybka,

Cały dzień ze mną się pluskać.

A na noc w łożu srebrnej topieli

Pod namiotami źwierciadeł,

Na miękkiej wodnych lilijek bieli.

Śród boskich usnąć widziadeł”.

Wtem z zasłon błysną piersi łabędzie,

Strzelec w ziemię patrzy skromnie,

Dziewica w lekkim zbliża się pędzie

I „Do mnie, woła, pójdź do mnie”.

I na wiatr lotne rzuciwszy stopy,

Jak tęcza śmiga w krąg wielki,

To znowu siekąc wodne zatopy,

Srebrnymi pryska kropelki.

Podbiega strzelec i staje w biegu,

I chciałby skoczyć, i nie chce;

Wtem modra fala, prysnąwszy z brzegu,

Z lekka mu w stopy załechce.

I tak go łechce, i tak go znęca,

Tak się w nim serce rozpływa,

Jak gdy tajemnie rękę młodzieńca

Ściśnie kochanka wstydliwa.

Zapomniał strzelec o swej dziewczynie,

Przysięgą pogardził świętą,

Na zgubę oślep bieży w głębinie,

Nową zwabiony ponętą.

Bieży i patrzy, patrzy i bieży;

Niesie go wodne przestworze,

Już z dala suchych odbiegł wybrzeży,

Na średnim igra jeziorze.

I już dłoń śnieżną w swej ciśnie dłoni,

W pięknych licach topi oczy,

Ustami usta różane goni

I skoczne okręgi toczy.

Wtem wietrzyk świsnął, obłoczek pryska,

Co ją w łudzącym krył blasku;

Poznaje strzelec dziewczynę z bliska,

Ach, to dziewczyna spod lasku!

„A gdzie przysięga? gdzie moja rada?

Wszak kto przysięgę naruszy,

Ach, biada jemu, za życia biada!

I biada jego złej duszy!

Nie tobie igrać przez srebrne tonie

Lub nurkiem pluskać w głąb jasną;

Surowa ziemia ciało pochłonie,

Oczy twe żwirem zagasną.

A dusza przy tym świadomym drzewie

Niech lat doczeka tysiąca,

Wiecznie piekielne cierpiąc żarzewie

Nie ma czym zgasić gorąca”.

Słyszy to strzelec, błędny krok niesie,

Błędnymi rzuca oczyma;

A wicher szumi po gęstym lesie,

Woda się burzy i wzdyma.

Burzy się, wzdyma i wre aż do dna,

Kręconym nurtem pochwyca,

Roztwiera paszczę otchłań podwodna,

Ginie z młodzieńcem dziewica.

Woda się dotąd burzy i pieni,

Dotąd przy świetle księżyca

Snuje się para znikomych cieni;

Jest to z młodzieńcem dziewica.

Ona po srebrnym pląsa jeziorze,

On pod tym jęczy modrzewiem.

Kto jest młodzieniec? – strzelcem był w borze.

A kto dziewczyna? – ja nie wiem.

Rybka. Ballada (ze śpiewu gminnego)

Od dworu, spod lasa, z wioski,

Smutna wybiega dziewica,

Rozpuściła na wiatr włoski

 

I łzami skropiła lica.

Przybiega na koniec łączki,

Gdzie w jezioro wpada rzeka;

Załamuje białe rączki

I tak żałośnie narzeka:

„O wy, co mieszkacie w wodzie,

Siostry moje Świtezianki,

Słuchajcie w ciężkiej przygodzie

Głosu zdradzonej kochanki.

Kochałam pana tak szczerze,

On mię przysięgał zaślubić,

Dziś księżnę za żonę bierze,

Krysię ubogą chce zgubić.

Niechże sobie żyją młodzi,

Niech się z nią obłudnik pieści,

Niech tylko tu nie przychodzi

Urągać się z mych boleści.

Dla opuszczonej kochanki

Cóż pozostało na świecie?

Przyjmijcie mię, Świtezianki!

Lecz moje dziecię... ach, dziecię!”

To mówiąc rzewnie zapłacze.

Rączkami oczy zasłoni

I z brzegu do wody skacze,

I w bystrej nurza się toni.

Wtem z lasu, gdzie się dwór bieli,

Tysiączne świecą kagańce,

Zjeżdżają goście weseli,

Muzyka, hałas i tańce.

Lecz mimo tego hałasu

Płacz dziecięcia słychać w lesie,

Wierny sługa wyszedł z lasu

I dziecię na ręku niesie.

Ku wodzie obraca kroki,

Gdzie łoza, gęsto spleciona,

Wzdłuż wykręconej zatoki

Okryła rzeki ramiona.

Tam staje w ciemnym zakątku,

Placze i woła: „Niestety!

Ach, któż da piersi dzieciątku!

Ach! gdzie ty, Krysiu, ach, gdzie ty?”

„Tu jestem, w rzece u spodu –

Cichy mu głos odpowiada –

Tutaj drżę cała od chłodu,

A żwir mnie oczki wyjada.

Przez żwir, przez ostre kamuszki

Fale mnie gwałtowne niosą;

Pokarm mój koralki, muszki.

A zapijam zimną rosą”.

Lecz sługa, jak na początku,

Tak wszystko woła: „Niestety!

Ach, któż da piersi dzieciątku?

Ach, gdzie ty, Krysiu, ach, gdzie ty?”

Wtem się coś z lekka potrąci

Śród kryształowej przezroczy,

Woda się z lekka zamąci,

Rybka nad wodę podskoczy;

I jak skałka płaskim bokiem

Gdy z lekkich rąk chłopca pierzchnie,

Tak nasza rybka podskokiem

Mokre całuje powierzchnie.

Złotymi plamki nadobna,

Kraśne ma po bokach piórka,

Główka jak naparstek drobna,

Oczko drobne jak paciórka.

Wtem rybią łuskę odwinie,

Spójrzy dziewicy oczyma;

Z głowy jasny włos wypłynie,

Szyjka cieniuchna się wzdyma.

Na licach różana krasa,

Piersi jak jabłuszka mleczne,

Rybią ma płetwę do pasa,

Płynie pod chrusty nadrzeczne.

I dziecię bierze do ręki,

U łona białego tuli,

„Luli – woła – mój maleńki,

Luli, mój maleńki, luli”.

Gdy dziecię płakać przestało,

Zawiesza kosz na gałęzi

I znowu ściska swe ciało,

I główkę nadobną zwęzi.

Znowu ją łuski powleką,

Od boków wyskoczą skrzelki,

Plusła i tylko nad rzeką

Kipiące pękły bąbelki.

Tak co wieczora, co ranka,

Gdy sługa stanie w zakątku,

Wraz wypływa Świtezianka,

Żeby dać piersi dzieciątku.

Za cóż jednego wieczora

Nikt nie przychodzi na smugi?

Już zwykła przemija pora;

Nie widać z dziecięciem sługi.

Nie może on przyjść tą stroną,

Musi zaczekać troszeczkę,

Bo właśnie teraz pan z żoną

Poszli przechadzką nad rzeczkę.

Wrócił się, czekał z daleka,

Za gęstym usiadłszy krzakiem;

Lecz próżno czeka i czeka,

Nikt nie powracał tym szlakiem.

Wstaje i dłoń w trąbkę zwinął,

I patrzył przez palców szparę,

Ale i dzień już przeminął,

I mroki padają szare.

Czekał długo po zachodzie,

A gdy noc gwiazdy zapala,

Zbliża się z lekka ku wodzie

I śledzi oczyma z dala.

Przebóg! cudy czy moc piekła!

Uderza go widok nowy.

Gdzie pierwej rzeczułka ciekła,

Tam suchy piasek i rowy.

Na brzegach porozrzucana

Wala się odzież bez ładu,

Ani pani, ani pana

Nie widać nigdzie ni śladu.

Tylko z zatoki połową

Sterczał wielki głazu kawał

I dziwną kształtu budową

Dwa ludzkia ciała udawał.

Zdumiewa się wierny sługa,

Rozpierzchłych myśli nie złowił;

Przeszła godzina i druga,

Nim wreszcie słówko przemówił.

„Krysiu, o Krysiu!” – zawoła:

Echo mu „Krysiu” odpowie,

Lecz próżno patrzy dokoła,

Nikt nie pokazał się w rowie.

Patrzy na rów i na głazy,

Otrze pot na licu zbladłem,

I kiwnie głową trzy razy,

Jakby chciał mówić: już zgadłem.

Dzieciątko na ręce bierze,

Śmieje się dzikim uśmiechem,

I odmawiając pacierze

Wraca do domu z pośpiechem.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?