Świąteczny dyżurTekst

Autor:Adam Kay
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Świąteczny dyżur
Świąteczny dyżur
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59,89  47,91 
Świąteczny dyżur
Audio
Świąteczny dyżur
Audiobook
34,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Tytuł oryginału

Twas the Nightshift Before Christmas

Copyright © Adam Kay 2019

First published 2019 by Picador, an imprint of Pan Macmillan

20 New Wharf Road, London N1 9RR

Associated companies throughout the world

www.panmacmillan.com

Przekład

Katarzyna Dudzik

Redakcja

Marcin Piątek, Dominika Rychel

Korekta

Elżbieta Krok

Ilustracje

Steph von Reiswitz

Skład

Tomasz Brzozowski

Konwersja do wersji elektronicznej

Aleksandra Pieńkosz

Copyright © for this edition

Insignis Media, Kraków 2019. Wszelkie prawa zastrzeżone.

ISBN 978-83-66360-69-3


Insignis Media

ul. Lubicz 17D/21–22, 31-503 Kraków

tel. +48 (12) 636 01 90

biuro@insignis.pl, www.insignis.pl

facebook.com/Wydawnictwo.Insignis

twitter.com/insignis_media (@insignis_media)

instagram.com/insignis_media (@insignis_media)

Moim rodzicom

Cóż, tak naprawdę nie dedykuję tej książki moim rodzicom, ale wiem, że nie przeczytają nic poza dwiema pierwszymi stronami. To powinno wystarczyć, żeby dopisali mnie z powrotem do testamentu.

Moim wydawcom bardzo zależy na tym, żebym nie trafił do więzienia. Sami również woleliby uniknąć odsiadki. Dlatego pozmieniałem imiona i nazwiska, daty, dane kliniczne oraz inne szczegóły umożliwiające rozpoznanie pacjentów. W mojej poprzedniej książce imiona opisanych osób zastąpiłem imionami trzecioplanowych postaci z Harry’ego Pottera. Tym razem źródłem inspiracji stało się dla mnie inne dzieło kultury[1].

[1] Mój wybór padł na film Kevin sam w domu.


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Wstęp

Święta Bożego Narodzenia to pachnący świerkiem, migoczący świecidełkami czas wytchnienia, kiedy wszystko – czy wam się to podoba, czy nie – po prostu zamiera. To chwilowa apokalipsa, w której trakcie codzienne normy zastąpione zostają gorączkowymi rojeniami o dobrej woli i powszechnej radości. Przez wlokący się w nieskończoność tydzień dotychczasowa rutyna ulega zawieszeniu, a jej miejsce zajmują dziwaczne rytuały, od których nie ma ucieczki.

Musicie grać w planszówki ze swoją rodziną – tymi w zasadzie obcymi wam ludźmi, z którymi nie łączy was nic poza więzami krwi i których rozmyślnie unikacie przez pozostałą część roku. Obżeracie się tak, jakby to była dyscyplina sportowa, w której każdy kilogram pochłoniętego mięsa lub ciasta gwarantuje wam przejście do kolejnego etapu rozgrywek. Aby poradzić sobie z napięciem, które wywołują w was krewni, nie tyle flirtujecie z alkoholem, ile raczej wikłacie się w jakiś sadomasochistyczny związek z mocnymi trunkami.

Święta to dziwaczna odmiana prawdziwego życia, to alternatywna rzeczywistość, w której dobry humor jest obligatoryjny, a zarazem osiągalny jedynie dzięki rozwiązywaniu szarad, tłumieniu gniewu, zgadze i kanapowym odleżynom. Wszystko to jest możliwe, ponieważ – dzięki niech będą Dzieciątku Jezus – nie musicie wtedy chodzić do pracy. Cóż, przynajmniej większość z was nie musi.

Działający na pierwszej linii frontu pracownicy publicznej służby zdrowia nie dostają, niestety, zaproszenia na świąteczną balangę z nielimitowaną wyżerką. Dla personelu medycznego na całym świecie Boże Narodzenie to po prostu kolejny dzień pracy.

Święta Bożego Narodzenia, chociaż są tylko raz w roku (na całe cholerne szczęście), przynoszą nam taką porcję szpitalnych dramatów, że mamy ich po dziurki w nosie. Bożonarodzeniowe grypy i zapalenia płuc dają zajęcie pulmonologom, a zatrucia pokarmowe i norowirusy nie pozwalają odpocząć gastrologom. Endokrynolodzy wyciągają pacjentów ze śpiączki cukrzycowej wywołanej świątecznymi wypiekami, z kolei oddziały ortopedyczne wypełnione są staruszkami, którzy wywinęli orła na oblodzonym chodniku i rozkruszyli swoje biodra niczym paczkę herbatników.

Na izbach przyjęć jest tłoczniej niż w kurniku z powodu wszystkich tych nieszczęśników, którzy dorobili się śliwki pod okiem, nieostrożnie otwierając szampana, albo do żywego mięsa przypalili sobie przedramię blachą do pieczenia. Pełno jest tam także dzieci, które doznały wstrząśnienia mózgu, zjeżdżając po schodach w pudełku po minitorze wyścigowym Scalextric. Do tego dochodzą porażenia prądem przy rozwieszaniu lampek choinkowych, indycze kości uwięźnięte w tchawicach i palce do amputacji po nieuważnym krojeniu pasternaku. Ofiar wypadków spowodowanych jazdą pod wpływem alkoholu jest tyle, że nie jestem w stanie podać nawet ich przybliżonej liczby.

Lekarze muszą też zająć się ofiarami rodzinnych jatek. Kiedy napięcie między członkami rodziny osiąga punkt krytyczny (zazwyczaj dzieje się to gdzieś między przemówieniem królowej a emitowanym późną nocą talk-show), pod wpływem ducha świąt czy może zapachu jemioły agresja uwalnia się z ludzi niczym zły dżin wypuszczony z butelki i salony rozsianych po całym kraju domów stają się scenami zbrodni w afekcie – wciąż lepki nóż do krojenia mięsa zostaje wbity w siedzącego najbliżej wujka rasistę.

Przez większość mojej medycznej kariery zajmowałem się głównie ginekologią i położnictwem. Rodzące kobiety raczej nie mogą zostać w domu przez kilka dni i zobaczyć, czy przypadkiem „wszystko się samo nie ułoży”. Święta to także czas, kiedy ginekolodzy znacząco częściej mają do czynienia z pacjentkami, które na rauszu wywołanym ajerkoniakiem wepchnęły sobie jakiś przedmiot do któregoś z otworów ciała, a potem odkryły, że nie sposób go wyjąć.

Zdarzają się również sytuacje, które wprost ściskają serce. Mówię o ulubionej rozrywce klasy średniej, czyli podrzucaniu babci do szpitala na Wigilię. Spryciarze przyjeżdżają ze starszym lub niedołężnym krewnym i jakąś wymyśloną naprędce mętną historyjką o rzekomym pogorszeniu stanu zdrowia seniora; dzięki temu przez następnych kilka dni będą mogli ostro imprezować, nie przejmując się opieką nad rodzicami.

Wielu ludzi doprowadzonych do ostateczności przez instagramowych chwalipiętów, reklamy Johna Lewisa i straszliwą pieśń Paula McCartneya (wmawiającą słuchaczom, że każdy człowiek na świecie rozkoszuje się magią świąt) dochodzi do wniosku, że nie są w stanie dłużej tego znosić, i postanawia skorzystać z naszej okrutnie niedofinansowanej opieki psychiatrycznej. I chociaż, ma się rozumieć, utrata ukochanej osoby jest czymś strasznym niezależnie od daty w kalendarzu, przeżywanie żałoby w trakcie świąt, gdy jest się otoczonym opresyjną globalną wesołością, ma w sobie coś naprawdę wstrząsającego.

Zimowy kryzys w ochronie zdrowia co roku trafia na pierwsze strony gazet, ale w trakcie świąt media, nie chcąc napluć wam do kieliszka z baileysem, przymykają oko na złe wieści i karmią was krzepiącymi historyjkami o niedźwiedziu polarnym, który robi pocieszne fikołki, albo o jednym z królewskich berbeci drepczącym do kościoła w obszytym futrem płaszczyku. Jednak strategia ta nie przynosi rezultatów. Pacjenci nie znikają (tak samo jak wy nie znikacie, kiedy zasłonicie sobie oczy rękami), a kolejki karetek przed szpitalami przypominają rzędy ciężarówek przed Calais. Personel medyczny również nie znika; nie przedkłada świętowania nad powołanie. Nie ma żadnych rezerw, żadnych ochotniczych hufców pracy, które pozwoliłyby odpocząć pracownikom służby zdrowia. Prawie półtora miliona zatrudnionych w brytyjskiej służbie zdrowia (NHS) rozdziela między siebie wszystkie zmiany, pracując w godzinach, które uniemożliwiają im prowadzanie normalnego życia. Robią to, żeby reszta z nas dotrwała do Nowego Roku w jednym kawałku.

Praktykowałem medycynę przez siedem lat i przez te siedem lat aż sześć razy spędziłem święta, pracując w szpitalu. Złożyło się na to kilka powodów. Po pierwsze wszyscy myśleli, że jestem Żydem, założyli więc, że nie będę miał nic przeciwko wypełnianiu obowiązków zawodowych w najmniej żydowskie święto w roku. Muszę dodać, że ludzie, którzy sądzili, że jestem Żydem, mieli rację. Byłem i nadal jestem Żydem, ale niepraktykującym. Jestem typem Żyda, który ubiera choinkę na święta, nie chodzi do synagogi i który, pisząc to zdanie, musiał wygooglować sobie, czy żydowski dom modlitewny to faktycznie synagoga. No i nie wierzę w Boga, co jest, jak sądzę, kwestią podstawową dla bardziej sumiennych wyznawców judaizmu. Tak czy inaczej, moi współpracownicy uznali, że moje żydowskie korzenie są wystarczająco silne, abym z radością poświęcił coroczny dwudziestoczterogodzinny maraton obżerania się i oglądania telewizji na rzecz większego dobra[1].

Co więcej, nie miałem (i wciąż nie mam) dzieci. Boże Narodzenie to rodzinny czas, dlatego wszyscy lekarze, na których czekała w domach dziatwa, cieszyli się w święta specjalnymi względami i dostawali dzień wolnego. Nie zazdrościłem im, chociaż przez pewien czas całkiem poważnie zastanawiałem się nad załatwieniem sobie jakiegoś potomstwa (oczywiście wyimaginowanego). Wzięcie na siebie niewdzięcznych obowiązków faktycznego rodzicielstwa byłoby koszmarnie drogim, stresującym i nieefektywnym sposobem na to, żeby móc jeść brukselkę w ten sam dzień, co reszta Brytyjczyków.

 

Ze względu na charakter szkolenia młodych lekarzy (raz tu, raz tam – adepci tego zawodu mogliby stworzyć klub perypatetyków) każde kolejne święta przepracowałem w innym szpitalu. Nie mogłem więc protestować i narzekać, że pracowałem także w poprzednim roku. Byłoby to mniej więcej tak, jakbym odmówił kupna pierwszej kolejki drinków, ponieważ tydzień wcześniej w trakcie wypadu z paczką innych znajomych kupiłem ostatnią kolejkę. W pubie oddalonym o 150 kilometrów.

Oczywiście gdybym to ja układał grafik, mógłbym mieć więcej szczęścia. Osobom, które się tym zajmowały, podejrzanie często udawało się uniknąć najgorszych zmian. Ale wypełnianie oznaczonych różnymi kolorami arkuszy kalkulacyjnych nigdy nie było moją mocną stroną, a po pieniądze, jakie oferowano za ten przywilej, nie warto było się nawet schylać. Wolny czas, którego miałem naprawdę niewiele, wolałem spędzić z moim partnerem, zamiast trwonić go na walkę z Excelem ciągle wyrzucającym błąd #VALUE! i na odbieranie telefonów od pokrzywdzonych moimi decyzjami kolegów. Zresztą, nawet gdyby udało wam się uniknąć pracy w pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia, niemal na pewno dostalibyście nocny dyżur w drugi dzień świąt albo w sylwestra. Szpitale starają się ograniczyć obsadę kadrową w dni świąteczne do niezbędnego, ale bezpiecznego dla pacjentów minimum. Ponieważ jednak nawet w dni powszednie niezbędne minimum kadrowe to najlepsze, na co możecie liczyć, trudno dostrzec różnicę między jednym a drugim.

Koniec końców nawet najgorsze zmiany muszą zostać obsadzone i nikt nie jest w stanie ich uniknąć. Prawdopodobieństwo, że młody lekarz dostanie tydzień wolnego na święta Bożego Narodzenia, jest mniej więcej takie samo, jak prawdopodobieństwo, że będzie miał wystarczająco dużo pieniędzy, żeby spędzić ten czas na jednej z karaibskich wysp, popijając przy hotelowym basenie koktajl White Spider w towarzystwie Berniego Ecclestone’a. Albo Jeremy’ego Hunta.

Książka, którą trzymacie w rękach, to mój szpitalny dziennik, będący zapisem wszystkich bożonarodzeniowych dni spędzonych na wyjmowaniu bombelków i bombek z różnych miejsc, w których zdarzyło im się utknąć[2]. Nie był to wcale zły czas. Przynajmniej miałem wymówkę, żeby nie spędzać świąt z rodziną.

[1] Co dziwne, żydowski rodowód nie uprawniał mnie do wolnych sobót. Chyba mogę nazwać to prześladowaniem.

[2] Redaktorzy pracujący nad moją pierwszą książką pt. Będzie bolało usunęli część wpisów, ponieważ uznali je za „zbyt obrzydliwe” lub „zbyt świąteczne”. W tej książce wynagrodzę to sobie z nawiązką.


Pierwsze święta

W dzień Bożego Narodzenia Krew się leje z przyrodzenia.

20 grudnia 2004, poniedziałek

O tej porze roku na szafkach i parapetach przy łóżkach pacjentów leży sporo kartek z życzeniami radosnych świąt i szybkiego powrotu do zdrowia.

Pacjent C.G. odzyskuje siły po operacji resekcji jelita. Jego pokój wygląda jak kiosk z pamiątkami.

W trakcie obchodu oddziału rezydent nadzorujący mój staż[1] rzuca wesoło: „Ktoś tutaj jest bardzo lubiany!” ułamek sekundy przed tym, zanim zdążę szepnąć mu do ucha: „Komuś tutaj właśnie umarła żona…”.


22 grudnia 2004, środa

W lekarskiej stołówce dzielę się ze współpracownikami znakomitą według mnie anegdotką. Z zachwytem opowiadam o dwudziestolatku i jego kostiumie na świąteczne przyjęcie, przez który ów facet wylądował na naszej izbie przyjęć[2]. Musiało mu się wydawać, że to świetny pomysł. Szkoda, że nie skonsultował tego z kimś, kto miałby choć odrobinę zdrowego rozsądku. Chłopak owinął sobie ręce, nogi, tułów i głowę folią aluminiową, zrobił dziury na oczy i usta, po czym wyruszył na imprezę przebrany za indyka. Kilka godzin później zasłabł, ponieważ odwodnił się tak, że stał się ludzkim odpowiednikiem wafli ryżowych i wymagał hospitalizacji w celu dożylnego nawodnienia.

Ku mojemu rozczarowaniu opowiastka o człowieku-indyku nie wywiera na nikim szczególnego wrażenia[3]. Frank, jeden ze starszych stażystów, próbuje wyciągnąć ze mnie trochę szczegółów i nieco ubarwić moją historię. „Czy twój pacjent wepchnął też sobie do tyłka dwa kilo farszu?” Niestety nie. Frank opowiada o pacjencie z zeszłego roku, który każdy centymetr swojego ciała pokrył płócienną taśmą klejącą. „Nie wybierał się jednak na przyjęcie…” – dodaje.

Pytam więc, dlaczego to zrobił, ale natychmiast uświadamiam sobie, z jakiego powodu większość ludzi robi większość rzeczy. W ten właśnie sposób, jako niewinny dwudziestoczterolatek, zaznajamiam się z fetyszem mumifikacji.

Niewiele się zmieniło przez ostatnie trzy tysiąclecia, odkąd Ramzes i jego kumple wymyślili tę procedurę. Jedyne ulepszenie to dwie dziurki doprowadzające powietrze do nozdrzy i trzecia, trochę większa, po drugiej stronie ciała. Pacjent Franka odkrył jednak, że płócienna taśma klejąca ma swoje ograniczenia jako materiał mumifikujący. Po „odsłonięciu”, jak oddający się tej praktyce nazywają odpakowanie mumii, taśma usuwa nie tylko naskórek i włosy na ciele, ale również napletek.


25 grudnia 2004, sobota

A więc to już dzisiaj. Wesołych Świąt! Wszyscy bawią się świetnie – ale nie tutaj. Po raz pierwszy spędzam święta na oddziale. Staram się sprawiać wrażenie uśmiechniętego doktorka z telewizji, ale drażnią mnie wszystkie świąteczne życzenia – zarówno te składane przez pacjentów, jak i przez współpracowników.

Próbuję nie myśleć o tym, co mnie omija, i zachowywać się tak, jakby to był kolejny zwykły dzień, ale co kilka minut coś przypomina mi, że wcale tak nie jest. Każdy kąt szpitala obwieszony jest sfatygowanymi świątecznymi dekoracjami, które wyglądają, jakby wyciągano je z pudełek rok w rok od czasu, gdy z Betlejem poszła w świat dobra nowina. Mój telefon aż dygocze od przychodzących bezustannie wiadomości. Mam wrażenie, że trzymam w kieszeni rozregulowany wibrator.

Święty Mikołaj odpoczywa teraz po długiej pracowitej nocy, ale jego kumpel, Ponury Żniwiarz, nigdy nie bierze wolnego. Dlatego siedzę teraz w pokoju ze zrozpaczoną rodziną i przekazuję złe wieści o ich mamie/babci. Wiedzą, jaka będzie puenta mojej przemowy, jeszcze zanim otworzę usta – lekarze nie wzywają wszystkich członków rodziny w dzień Bożego Narodzenia i nie sadzają ich na niewygodnych krzesłach, żeby pogratulować im wygrania pięćdziesięciu tysięcy w zdrapce.

Staruszka została zaatakowana przez przeważające siły wroga: w jej krwiobiegu znajduje się siedem miliardów bakterii E. coli. To może skończyć się tylko w jeden sposób, jednak krewni starszej pani wciąż liczą na jakiś zwrot akcji.

„Na pewno jest coś, co możecie jeszcze zrobić” – mówi załamany syn błagalnym tonem. Szczerze powiedziawszy, gdyby faktycznie tak było, wolałbym po prostu to zrobić i uniknąć tej rozmowy. Trudno się słucha złych wieści, ale równie trudno się je przekazuje. Widzę wtedy wymizerowane twarze tych ludzi ze znieruchomiałymi w smutnym grymasie ustami i zmatowiałymi, pełnymi rezygnacji oczami, widzę ich zaciśnięte dłonie z kłykciami wyraźnie rysującymi się pod skórą. Niektórzy szlochają, inni krzyczą, jeszcze inni wpatrują się pustym wzrokiem w otchłań, którą rozwarły przed nimi moje słowa. Dziś muszę zmierzyć się z tym kolejny raz.

Z całym spokojem i profesjonalizmem, na jaki mnie stać, tłumaczę, że chociaż organizm kobiety dzielnie walczył z chorobą, jej stan szybko się pogarsza – narządy wewnętrzne przestają działać jeden po drugim pomimo wszystkich antybiotyków i płynów, jakie jej podaliśmy. Oczy moich rozmówców wypełniają się łzami, a ja dodaję, że poprosiłem już lekarzy z oddziału intensywnej terapii, żeby skonsultowali ten przypadek – moi koledzy doszli do wniosku, że nie ma sensu kontynuować agresywnej terapii, która i tak nie ma szans zadziałać.

Pochylam się, próbując językiem ciała wyrazić moje współczucie, i dodaję, że jedyne, co możemy w tej chwili zrobić, to skoncentrować się na zapewnieniu jej komfortu i zadbać o to, żeby nie pozbawiać jej godności w ostatnich chwilach życia. Wypowiadając te słowa, niechcący naciskam końcówkę mojego krawata.

To świąteczny krawat – tuż pod węzłem widać Świętego Mikołaja w saniach na tle nocnego nieba. Niżej tłoczą się Pyszałek, Tancerz i cała reszta stada reniferów z Rudolfem dumnie rozpychającym się na samym środku. Mój łokieć zawadza o ukryty podstępnie pod czerwonym nosem Rudolfa przycisk aktywujący głośnik, z którego rozlega się opętańcza elektroniczna interpretacja Jingle Bells.

Moja twarz przybiera kolor keczupu. Przepraszam wszystkich zgromadzonych i dźgam się ręką w brzuch. Niestety udaje mi się jedynie puścić cholerną melodyjkę od początku. Po kilkunastu nieudanych próbach wyciszenia tego ustrojstwa (które, w moim odczuciu, zajęły z grubsza jakieś piętnaście lat) wybiegam na korytarz i ciskam krawat do dyżurki pielęgniarek.

Wracając, zastanawiam się, co jeszcze mógłbym dodać do moich przeprosin. Po wejściu do pokoju widzę, że córką pacjentki owładnął napad niepohamowanego śmiechu. Pozostali członkowie rodziny się uśmiechają. Być może jednak istnieje mniej bolesny sposób przekazywania złych wiadomości.

Dopiero o siedemnastej udaje mi się zjeść świąteczny obiad (ukradziony z oddziałowej kuchni tost i garść kiepskich czekoladek Quality Street). Uderza mnie wtedy niepokojąca myśl, że wcale nie śpieszy mi się do domu. Wlec się do pustego mieszkania? Nie uśmiecha mi się to. H.[4] wyjechał, żeby wypełniać rodzinne obowiązki, a moi najbliżsi i najdrożsi nie są mi ani szczególnie bliscy, ani szczególnie drodzy. Tak czy inaczej, szanse na to, że skończę pracę przed dwudziestą, są mniejsze niż jądra chomika, więc spędzę w domu samotnie zaledwie półtorej godziny tego świątecznego dnia.

Duncan, mój kolega ze stażu, wchodzi do kuchni, wymachując jednym z bardziej brytyjskich świątecznych artefaktów – zapakowanym w błyszczącą owijkę kartonowym cukierasem, który nazywamy Christmas cracker. Ten znaleziony przez Duncana wygląda dosyć smętnie. Ciągniemy za końce crackera, a potem wywracamy oczami, czytając homeopatycznie słaby dowcip wydrukowany na włożonym do środka karteluszku. Duncan wraca na oddział w papierowej koronie, która również stanowiła zawartość kartonowej rolki, a ja stoję przy kuchence mikrofalowej i wyciągam z owijki przepowiadającą przyszłość magiczną rybkę. Jej głowa podnosi się na mojej dłoni. Spoglądam na karteczkę z objaśnieniami tajemnych znaków dawanych przez rybkę: „Poruszająca się głowa – zazdrość”.


26 grudnia 2004, niedziela

Brawa dla anestezjologów, którzy przypięli sobie plakietki z fragmentem świątecznej piosenki Binga Crosby’ego: „He sees you when you’re sleeping, he knows when you’re awake” (On obserwuje cię, gdy śpisz, on wie, kiedy się obudzisz).


27 grudnia 2004, poniedziałek

Ciepły blask, który na was spływa, jest jedną z rzeczy, które wynagradzają wam trudy tej pracy. Nie sprawi on, że będziecie wyglądali na mniej zmęczonych, nie zapłacicie nim za czynsz i z pewnością jest wart mniej niż życie towarzyskie, które za niego oddajecie. Jednak to krzepiące przekonanie o własnej dobroci oraz poczucie sensu rozjaśniają nieco ciężkie życie lekarzy i pomagają im znosić trudy tego zawodu.

 

Ta Siła staje się jeszcze potężniejsza, kiedy pracujecie w dni świąteczne. W tym roku pierwszy dzień świąt, drugi dzień świąt oraz dzień dzisiejszy przekazałem na rzecz publicznej służby zdrowia, więc otaczający mnie blask można zobaczyć i poczuć nawet z gwiazdozbioru Wielkiego Psa, jednak światło to przygasło mocno na skutek działań pewnej kobiety, którą nie bez kozery mogę nazwać świętą.

O 14 na mój pager przychodzi wiadomość z centrali. Kate, jedna ze starszych stażystek, prosi, żebym zszedł na dół do recepcji. Zbiegając po schodach, sapię poirytowany. „Jestem zajęty… Czego ona chce… Nawet dziś nie pracuje”.

Kiedy staję przed nią, uśmiecha się ciepło niczym księżna Diana w sierocińcu i wyciąga rękę po mój pager. „Mąż zabiera dzieci do parku. Może chciałbyś wyjść na kilka godzin?” Mój mózg nie jest w stanie przetworzyć takiej ilości niespodziewanego i ekstremalnego altruizmu. Na początku nie jestem pewien, o co jej chodzi. Chce, żebym niańczył jej dzieci? A może mam śledzić jej męża? W końcu jednak dociera do mnie, że zostałem zaproszony na wagary. Jakimś cudem udaje mi się wyjąkać bełkotliwe podziękowanie. Powoli, jakbym trzymał w ręku granat odłamkowy, przekazuję jej pager. Może to jakiś dowcip? Ale nie, Kate bierze pager i udaje się z nim na oddział.

Wychodzę na ulicę i idę przed siebie zdumiony. Czuję się, jakby przed chwilą ktoś zadzwonił i poinformował mnie, że zostałem królem. Albo jakbym znalazł amulet, który obdarzył mnie umiejętnością latania.

Robię sobie krótki przystanek na wypicie kawy, a potem niespiesznym spacerkiem zachodzę do kina. Mam do wyboru film akcji, który z chęcią bym obejrzał, ale musiałbym zadowolić się jedynie jego drugą połową, hit kina familijnego, który niespecjalnie mnie interesuje, oraz jakiś francuski artystowski gniot – wolałbym włożyć głowę do wiadra gnojówki, niż oglądać coś takiego. Wybieram zatem najmniej nieciekawą opcję, czyli dwugodzinny film Pixara.

Film okazuje się dużo lepszy, niż przypuszczałem. Daję także upust moim wstydliwym upodobaniom żywieniowym. Kupuję coś, czym zajadam się jedynie w ciemności i samotności albo w towarzystwie osób, które znam od przeszło dwóch dekad i które mógłbym szantażować ujawnieniem równie niechlubnych faktów – jest to kubełek słodkiego popcornu wymieszanego ze skittlesami. A wszystko to za niewiele więcej, niż kosztuje tydzień wakacji na Santorynie!

Wracam do pracy przepełniony syntetycznymi dodatkami do żywności oraz wiarą w ludzką dobroć.

„No i co, porozrabiałeś trochę?” – pyta Kate.

„Tak” – odpowiadam rozpromieniony. „Poszedłem zobaczyć Iniemamocnych”.

„Och, jakie to urocze, że tak ich nazywasz! Mieszkają tu gdzieś w pobliżu?” Czyżbym wyszedł z kina niewłaściwym wyjściem i zanurzył się w równoległym wszechświecie?

„Urocze?”

„Tak, to urocze, że nazywasz rodziców Iniemamocnymi”.

Uśmiecham się tak, jak uśmiechnąłby się dobry syn, którym nie jestem, i odpowiadam, że owszem, tak ich właśnie nazywam. Dzięki temu Kate może trwać w przekonaniu, że zrobiła miłą rzecz dla miłej osoby, a nie dla sukinsyna, któremu nawet nie przyszło do głowy, że mógłby odwiedzić swoją rodzinę, i który zamiast tego poszedł do kina i obżarł się barwnikami, zagęstnikami, stabilizatorami i konserwantami.


29 grudnia 2004, środa

„Proszę mi pomóc” – mówię do pacjenta, kiedy mam już dosyć naszego siłowania się na spojrzenia w niezręcznym milczeniu. „Czy ma pan jakiekolwiek przypuszczenia, jak mogło do tego dojść?”

Dwudziestolatek nadal milczy, wzrusza jedynie ramionami i odgarnia grzywkę, która opada mu na oczy, gdy przyglądam się uważnie jego półprzezroczystemu penisowi, przypominającemu maleńką foliową torebkę wypełnioną drobiowymi podrobami.

Wygląda to tak, jakby co noc zanurzał swoje berło w garnuszku z kwasem. Cokolwiek tak naprawdę robił, udało mu się zmacerować skórę na penisie do tego stopnia, że nabrała przejrzystego blasku. Kiedy znowu wybiorę się do wietnamskiej restauracji, z pewnością nie zamówię już summer rolls.

Dwadzieścia minut później obaj jesteśmy bogatsi o nową wiedzę. Ja w końcu dowiedziałem się, kto klika na internetowe reklamy środków powiększających przyrodzenie – magicznych kremów na wydłużenie wacka za prawdziwe pieniądze. On z kolei dowiedział się, że krem, w którym pokładał swoje nadzieje, najprawdopodobniej jest silnym sterydem, oraz że sterydy powodują ścieńczenie skóry. I że zakupiony przez niego środek nie przyniósł pożądanego efektu (no chyba że wcześniej jego nieszczęsne prącie nie było większe od pinezki).


30 grudnia 2004, czwartek

Pacjent V.Y. ma osiemdziesiąt dwa lata i został przyjęty do szpitala w zeszłym tygodniu z rozpoznaniem uwięźnięcia przepukliny[5], po czym natychmiast skierowano go na operację. Dzisiaj zostanie wypisany do domu i najwyraźniej nie może się już tego doczekać. Gdy wchodzę do jego sali, widzę, że siedzi na krześle ubrany niczym pan Banks z Mary Poppins – ma na sobie trzyczęściowy garnitur, dopasowany kolorystycznie krawat oraz poszetkę. Brakuje mu tylko zegarka kieszonkowego. Żartobliwie dziękuję mu, że zadał sobie trud, by wystroić się na mój obchód.

„A widzisz?” – mówi do swojej córki, która siedzi tuż obok niego. Kobieta przewraca oczami i opowiada mi, że karetka musiała czekać pięć minut, ponieważ jej tata postanowił przebrać się w strój formalny pomimo koszmarnego bólu, który odczuwał. „Nie ma żadnego usprawiedliwienia dla niechlujnego wyglądu” – napomina nas starszy pan.

„I nie dał się zabrać do szpitala, dopóki nie wyszczotkował zębów!” – dodaje córka.

„To na wypadek, gdybym potrzebował reanimacji metodą usta-usta” – wyjaśnia staruszek.


31 grudnia 2004, piątek

Potrafię to wyczuć, jeszcze zanim przekroczę próg oddziału – charakterystycznego smrodu wybielacza i serwilizmu nie da się pomylić z niczym innym. Jeden z naszych ukochanych ministrów zdrowia wizytuje dzisiaj szpital, w którym pracuję[6]. Te groteskowe szwarccharaktery przemierzają kraj, myśląc sobie pewnie, że całe Zjednoczone Królestwo pachnie jak Flash – „uniwersalny środek czyszczący”.

Pan minister będzie paplał jakieś frazesy, które naskrobał sobie wcześniej na grzbiecie dłoni. Zapewne padnie: „Dziękuję wam za waszą ciężką pracę”, ale prawdopodobnie każda praca wydaje się ciężka komuś, na kim obowiązki zawodowe – sprowadzające się do drzemania na wykładanych skórą ławach oraz obżerania się polędwicą wołową na koszt podatników – ciążą przez zaledwie 150 dni w roku.

Pamiętacie tę historię o drzewie upadającym w lesie? Tutaj dylemat jest podobny. Jeśli ministrowi nie towarzyszy rój dziennikarzy i fotografów, to czy można powiedzieć, że jego wizyta faktycznie miała miejsce? Wyobrażam sobie to ładnie obramowane zdjęcie w jutrzejszych gazetach: minister ustawia się tak, żeby aparaty nie uchwyciły łysiny na czubku jego głowy, i jednocześnie wymienia uprzejmości z pielęgniarką, starając się wyglądać na zainteresowanego rozmową. Pielęgniarka, powściągając targające nią żądze, odwzajemnia uśmiech, zamiast wbić skalpel w szyję ministra. Na ścianie za nimi widać artystycznie udrapowane łańcuchy choinkowe, co ma przypomnieć czytelnikom, że nie tylko pracownicy służby zdrowia, ale także, co ważniejsze, politycy ciężko pracują w okresie świątecznym.

Przypuszczam, że nie będzie mnie w gronie nielicznych wybrańców mających okazję uścisnąć bezwładną, lepką dłoń jednego z najwyższych rangą rządowych dementorów (czy łapsko oderwałoby się od nadgarstka?), ale martwię się, czy zdołam zapewnić moim pacjentom anonimowość. Byłoby niewybaczalnym błędem, gdyby jakiekolwiek dane pozwalające na ich identyfikację zostały uwiecznione na pamiątkowej fotografii i opublikowane, dlatego zasuwam teraz sprintem do naszej oddziałowej tablicy suchościeralnej. Tak czy inaczej, posługujemy się jedynie inicjałami pacjentów, ale kto może mi obiecać, że to wystarczy, aby nie dopuścić do naruszenia tajemnicy lekarskiej? Ostrożności nigdy za wiele. Postanawiam zaszyfrować inicjały pierwszych ośmiu pacjentów, zastępując je całkowicie przypadkowymi literami.

F.U.

C.K.

Y.O.

U.T.

O.N.

Y.B.

L.A.

I.R.


4 stycznia 2005, wtorek

Warto mieć jakieś hobby. To odskocznia dla mózgu; sposób na pozbycie się stresu, który po całym dniu harówki pozatykał wam neurony. Ja lubię grać na pianinie i pisać, na więcej pasji nie mam czasu, zresztą to i tak całkiem sporo. Inni ludzie biegają, wyplatają makramy, amatorsko ścigają się na torach wyścigowych, chodzą na ryby. Pacjent A.M., dwudziestoparoletni artysta hip-hopowy, odwiedza prostytutki, wręcza im zwitek banknotów, w zamian za co one przebijają igłami jego penisa. Oto akupunktura, jaką praktykowałby markiz de Sade.

Ale sami wiecie, jak to bywa w święta. Wszyscy biorą urlop, więc trzeba zadowalać się usługami świadczonymi przez pracowników tymczasowych. Idziecie do fryzjera – niestety nie ma tam gościa, u którego strzyżecie się od lat, więc fryzura, z jaką wychodzicie z salonu, nie całkiem wam odpowiada. Pracujący na zastępstwo listonosz nie wie, że w razie waszej nieobecności powinien zostawić przesyłkę za koszem na śmieci, więc paczka ląduje w jakimś zapomnianym przez Boga i ludzi magazynie oddalonym od waszego domu o pięćdziesiąt kilometrów. A nowa prostytutka, wybierając kawałek stali, który przeciągnie przez waszego wacka, sięga po igłę o innej średnicy niż zwykle. I już wiecie, dlaczego pacjent A.M. został skierowany z izby przyjęć na urologię z rozpoznaniem „trudności w oddawaniu moczu”. Nie chodziło bynajmniej o typowy w takim przypadku ból czy zbyt słaby strumień. Było wręcz odwrotnie – pacjent nie potrafił kontrolować mikcji. Jak ujął to sam następca Eminema, jego „fiut działa jak durszlak”. Zakładam mu cewnik, przyjmuję go na oddział i z trudem powstrzymuję się przed wysłaniem SMS-a do trzydziestu znajomych, w którym opisałbym, czego byłem świadkiem[7].

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?

Inne książki tego autora