Będzie bolałoTekst

Autor:Adam Kay
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Będzie bolało
Będzie bolało
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 62,89  50,31 
Będzie bolało
Audio
Będzie bolało
Audiobook
34,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Tytuł oryginału

This is Going to Hurt. Secret Diaries of a Junior Doctor

Copyright © Adam Kay 2017

First published 2017 by Picador, an imprint of Pan Macmillan

20 New Wharf Road, London N1 9RR

Associated companies throughout the world

www.panmacmillan.com

Przekład

Katarzyna Dudzik

Redakcja

Dominika Rychel, Justyna Charęza

Korekta

Maria Brzozowska, Julia Diduch

Skład

Tomasz Brzozowski

Konwersja do wersji elektronicznej

Aleksandra Pieńkosz

Copyright © for this edition Insignis Media, Kraków 2018

Wszelkie prawa zastrzeżone.

ISBN 978-83-66071-09-4


Insignis Media

ul. Lubicz 17D/21–22, 31-503 Kraków

tel. +48 (12) 636 01 90

biuro@insignis.pl, www.insignis.pl

facebook.com/Wydawnictwo.Insignis

twitter.com/insignis_media (@insignis_media)

instagram.com/insignis_media (@insignis_media)

Snapchat: insignis_media

Dla Jamesa

za jego nieco chwiejne wsparcie

I dla mnie samego,

bo gdyby nie ja, ta książka nigdy by nie powstała

Aby uszanować prywatność tych spośród moich przyjaciół i kolegów, którzy nie chcą, aby rozpoznano ich wśród bohaterów tej książki, zmieniłem wiele dotyczących ich szczegółów. Aby uszanować prawo pacjentów do tajemnicy lekarskiej, zmieniłem wszystkie dane kliniczne, które umożliwiłby ich identyfikację, a także wszystkie daty[1] oraz imiona[2].

W sumie nie wiem, po jakiego grzyba to zrobiłem. I tak nikt już nie może mi wygrażać, że pozbawi mnie prawa do wykonywania zawodu.

1 Pracowałem na oddziale położniczym, a ludzie zazwyczaj pamiętają daty narodzin swoich dzieci.

2 Większość imion zastąpiłem imionami trzecioplanowych postaci z Harry’ego Pottera, co chyba wcale nie zmniejszyło ryzyka, że ktoś mnie w końcu pozwie.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Wstęp

W 2010 roku, po sześciu latach studiów i kolejnych sześciu latach pracy w szpitalu, zrezygnowałem z kariery medycznej. Moi rodzice do tej pory mi tego nie wybaczyli. W zeszłym roku otrzymałem od Naczelnej Izby Lekarskiej list z informacją, że wykreślono mnie z rejestru lekarzy. Nie mogę powiedzieć, że mnie to zaskoczyło, w końcu nie praktykowałem medycyny niemal przez połowę dekady[1], ale trudno było mi przejść do porządku dziennego nad takim definitywnym zamknięciem pewnego rozdziału w moim życiu.

Miało to jednak swoje zalety, ponieważ w końcu mogłem pozbyć się z pokoju gościnnego całej masy pudeł pełnych różnych papierów; wpychałem do niszczarki kolejne dokumenty szybciej, niż robi to księgowy Jimmy’ego Carra. Jedyną rzeczą, której nie rzuciłem w otchłań nicości, było moje portfolio szkoleniowe. Lekarzom zaleca się, żeby prowadzili dziennik, w którym w ramach tak zwanej autorefleksji opisują przypadki wszystkich swoich pacjentów. Przeglądając to portfolio po tylu latach, doszedłem do wniosku, że cała moja autorefleksja sprowadzała się do pośpiesznego zapisywania w dyżurce, co średnio interesującego przydarzyło mi się danego dnia. Zupełnie jakbym był jakąś szpitalną Anne Frank (chociaż spałem w gorszych warunkach niż ona).

Szara proza życia ubarwiona od czasu do czasu zabawnym wydarzeniem, niezliczone przypadki, gdy jakiś przedmiot utknął w czyimś otworze ciała, bezduszna biurokracja – czytając moje portfolio, przypomniałem sobie te wszystkie straszne godziny. Przypomniałem sobie, jak ogromny wpływ na moje życie miała ta praca. Pomyślałem, że wymagano ode mnie rzeczy zupełnie nieprawdopodobnych, choć wtedy uznawałem to za coś zupełnie naturalnego. Nie zdziwiłbym się wcale, gdybym w swoich zapiskach znalazł takie fragmenty jak: „popłynąłem wpław do Islandii, żeby odwiedzić jedną z poradni ginekologiczno-położniczych” albo „musiałem dziś zjeść helikopter”.

Kiedy ja przeżywałem na nowo wydarzenia opisane w moim dzienniku, młodzi lekarze znaleźli się nagle pod ostrzałem polityków. Odniosłem wrażenie, że moi koledzy po dawnym fachu nie potrafią dotrzeć do opinii publicznej ze swoją wersją wydarzeń (prawdopodobnie dlatego, że cały czas siedzą w pracy). Uświadomiłem sobie, że ludzie nie wiedzą, co to tak naprawdę znaczy być lekarzem. Zamiast wzruszyć ramionami i wrzucić dowód rzeczowy do niszczarki, postanowiłem, że muszę zrobić coś, co zmieni panujący obecnie układ sił.

Tak więc oto on – mój dziennik. Pisałem go w trudnych czasach pracy w państwowym szpitalu, czasach kurzajek i innych paskudztw. Dowiecie się z tych zapisków, jak to jest pracować na pierwszej linii frontu publicznej służby zdrowia, jaki to miało wpływ na moje życie osobiste i jak to się stało, że pewnego dnia uznałem, iż mam już tego dosyć (przepraszam za spoilery, ale oglądaliście przecież Titanica, wiedząc z grubsza, jak to się skończy).

Oczywiście będę wyjaśniał trudniejsze terminy medyczne i opiszę, na czym dokładnie polega praca na poszczególnych stanowiskach. Nie potraktuję was jak młodych lekarzy i nie rzucę was na głęboką wodę w przekonaniu, że sami sobie ze wszystkim poradzicie.

1 Z badań przeprowadzonych przez brytyjskie Ministerstwo Zdrowia w 2006 roku wynika, że większość ankietowanych była przekonana (i nie ma w takim przekonaniu niczego dziwnego), że lekarze co roku poddawani są okresowej ocenie. Jednak prawda jest taka, że w tamtym czasie lekarz od dnia uzyskania dyplomu do dnia przejścia na emeryturę mógł leczyć ludzi nie niepokojony żadnymi kontrolami. Nikt nie zadawał sobie nawet trudu, żeby sprawdzić, czy wciąż pamiętamy, którą stronę strzykawki należy wetknąć w żyłę pacjenta. Skutkiem śledztwa w sprawie Harolda Shipmana, czyli niesławnego „doktora Śmierć”, było wprowadzenie w 2012 roku konieczności przedłużania prawa do wykonywania zawodu. Od tamtej pory lekarze co pięć lat poddawani są ocenie. Prawdopodobnie bylibyście nieco zaniepokojeni, gdyby po drogach mogły poruszać się samochody, które ostatni przegląd techniczny przeszły pięć lat temu, ale i tak lepsze to niż nic.

1

Stażysta

Decyzja o wyborze zawodu lekarza przypomina decyzję o wyborze potraw, które zjecie na firmowej wigilii, podejmowaną na początku października po otrzymaniu ponaglającego e-maila od organizatorów. Nie ryzykujecie i wybieracie kurczaka. I jest więcej niż prawdopodobne, że to dobry wybór. Co jednak, jeśli któryś z waszych znajomych dzień przed przyjęciem zamieści na Facebooku wstrząsający filmik pokazujący okropieństwa przemysłowej hodowli zwierząt i chcąc nie chcąc, staniecie się świadkami skracania kurom dziobów? Co, jeśli w październiku umrze Morrissey i z szacunku dla niego odrzucicie swój dotychczasowy styl życia, który sprowadzał się głównie do konsumowania mięsa? Co, jeśli rozwinie się u was zagrażająca życiu alergia na eskalopki? No i przecież nikt nie wie, na co będzie miał apetyt za dwa miesiące.

Każdy lekarz dokonuje wyboru zawodu w wieku szesnastu lat, dwa lata wcześniej, niż zgodnie z prawem będzie mógł wysłać komuś zdjęcie własnych genitaliów. Przystępując do egzaminów maturalnych, wkraczacie na ścieżkę, na końcu której czeka was emerytura lub śmierć. I – inaczej niż na firmowej wigilii, kiedy w końcu przekonaliście Janet z zaopatrzenia, żeby oddała wam swoje szaszłyki z sera halloumi w zamian za waszą porcję kurczaka – będziecie musieli ponieść konsekwencje swojej decyzji.

W wieku szesnastu lat, wybierając zawód lekarza, kierujecie się mniej więcej takim pobudkami: „Moja mama / mój tata jest lekarzem”, „Szpital Holby City to świetny serial” lub „Chcę znaleźć lek na raka”. Pobudki numer jeden i dwa są zupełnie idiotyczne, natomiast pobudka numer trzy – jeśli szczera – jest szlachetna i całkowicie racjonalna, tyle tylko, że takimi sprawami zajmują się nie lekarze, a naukowcy. Poza tym uznawanie deklaracji szesnastolatka odnośnie do jego zawodowej przyszłości za ostateczne i nieodwołalne wydaje się trochę niesprawiedliwe – to trochę tak, jakby potraktować wykonany w wieku pięciu lat rysunek pod tytułem „Chcę zostać astronautą” za dokument o wiążącej mocy prawnej.

Jeśli o mnie chodzi to, szczerze mówiąc, nie pamiętam, żebym „wybrał” zawód lekarza. Medycyna była po prostu zapisana w domyślnych ustawieniach mojego życia – niczym dzwonek marimba w telefonie czy zdjęcie górskich szczytów na pulpicie komputera. Wychowałem się w żydowskiej rodzinie (chociaż mam wrażenie, że moi bliscy trwali przy tej religii głównie ze względu na jej bogate tradycje kulinarne), chodziłem do szkoły, która była fabryką lekarzy, prawników i członków rządu, w dodatku mój tata był lekarzem. Mane, tekel, fares.

 

Ponieważ o jedno miejsce w szkole medycznej ubiega się dziesięciu kandydatów, wszyscy muszą przejść rozmowę kwalifikacyjną i tylko ci, którzy najlepiej poradzą sobie w krzyżowym ogniu pytań, zostaną wynagrodzeni przyjęciem w poczet studentów. Wszyscy kandydaci mają same piątki z egzaminów maturalnych, więc komisja rekrutacyjna podejmuje decyzję na podstawie tak zwanych kryteriów „pozaakademickich”. Ma to, oczywiście, sens. Praca lekarza wymaga pewnych szczególnych predyspozycji psychicznych – lekarze muszą posiadać umiejętność działania pod ogromną presją czasu, delikatnego i empatycznego przekazywania złych wieści zapłakanej rodzinie, a także radzenia sobie na co dzień ze śmiercią. Nie nauczycie się tego z podręcznika. Dobry lekarz musi mieć ogromne serce i szeroką aortę, którą płynie cała rzeka współczucia i ludzkiej dobroci.

Tak wam się pewnie wydaje. Tymczasem członków komisji rekrutacyjnych gówno to obchodzi. Nie pytają was nawet, jak reagujecie na widok krwi. Zamiast tego mają jakąś obsesję na punkcie pozaszkolnych aktywności. Ich zdaniem idealny student medycyny to kapitan dwóch drużyn sportowych, zwycięzca zawodów pływackich co najmniej na poziomie hrabstwa, dyrygent młodzieżowej orkiestry i redaktor szkolnej gazetki jednocześnie. Przypomina to wybory Miss Wszechstronności, tyle tylko, że nikt nie wręcza wam szarf. Przeczytajcie sobie biogramy słynnych lekarzy na Wikipedii. Znajdziecie tam na przykład coś takiego: „utalentowany zawodnik rugby w lidze młodzieżowej, wyróżniał się także w biegach na długie dystanse, w ostatniej klasie liceum został zastępcą kapitana szkolnej drużyny lekkoatletycznej”. Ten konkretny opis dotyczy Harolda Shipmana, więc chyba nie jest to system, który dobrze się sprawdza.

Według komisji rekrutacyjnej Imperial College w Londynie moje osiągnięcia w grze na pianinie i saksofonie, a także marne recenzje teatralne publikowane w szkolnej gazetce stanowiły gwarancję, że jestem doskonałym materiałem na lekarza. I tak oto w 1998 roku spakowałem walizki i wyruszyłem w ekscytującą i niebezpieczną prawie dziesięciokilometrową podróż z Dulwich do South Kensington.

Jak nietrudno się domyślić, poznanie każdego szczegółu anatomii i fizjologii ludzkiego ciała, a także każdej możliwej nieprawidłowości w jego funkcjonowaniu, to gargantuiczne przedsięwzięcie. Jednak podekscytowanie wywołane wizją, że pewnego dnia zostanę lekarzem – a to przecież na tyle poważna sprawa, że gdy już uzyskacie tytuł, ludzie zwracają się do was inaczej, właściwie to zyskujecie nowe imię, niczym jakiś superbohater czy przestępca o międzynarodowej sławie – napędzało mnie przez te sześć długich lat.

W końcu zostałem tak zwanym „młodszym lekarzem”[1]. Mógłbym wystąpić w programie Mastermind i zadeklarować, że będę odpowiadał na pytania z kategorii „ciało człowieka”. Widzowie przed telewizorami pewnie wrzeszczeliby, że wybrałem zbyt szeroką dziedzinę wiedzy, że powinienem zdecydować się na coś bardziej specjalistycznego, jak na przykład „miażdżyca naczyń krwionośnych” albo „haluksy”, ale nie mieliby racji. Odpowiedziałbym poprawnie na każde pytanie.

Nadszedł czas, kiedy wkroczyłem wreszcie na oddział uzbrojony w rozległą wiedzę medyczną. Teraz mogłem przekuć teorię w praktykę. Wprost nie mogłem się doczekać. Byłem niczym nakręcona do oporu sprężyna zegarka. Przeżyłem wstrząs, kiedy okazało się, że chociaż spędziłem na uczelni medycznej jedną czwartą swojego życia, to nawet w najmniejszym stopniu nie przygotowało mnie to na – przypominającą przygody doktora Jekylla i pana Hyde’a – egzystencję lekarza stażysty[2].

Pracę na dziennej zmianie dało się jeszcze ogarnąć, chociaż pożerała mnóstwo czasu i sprawiała, że czułem się otępiały. Każdego ranka razem z resztą lekarzy ruszałem na „obchód oddziału”. Snułem się za nimi niczym zahipnotyzowane kaczątko z głową przekrzywioną na bok w geście wyrażającym współczucie dla pacjentów, zapisując każde słowo, jakie padło z ust bardziej doświadczonego ode mnie lekarza: „umówić pacjenta na rezonans magnetyczny, zadzwonić na reumatologię, załatwić EKG”. Resztę dnia pracy (a na ogół także cztery niepłatne nadgodziny) spędzałem na wykonywaniu tych dziesiątek, a czasami nawet setek zadań – wypełniałem formularze, wykonywałem telefony itp., itd. Prawdę mówiąc, byłem nie tyle lekarzem, ile sekretarką z turbodoładowaniem. Nie po to studiowałem przez wiele długich lat, ale kto by się tym przejmował.

Jednak nocne dyżury były czymś, co sprawiło, że opisy piekła u Dantego wydały mi się przyjemne niczym kreskówki Disneya. To był niekończący się koszmar. I pomyśleć, że kiedyś tak rwałem się do wykorzystania w praktyce zdobytej na studiach wiedzy. W nocy dostajecie urządzonko nazywane, jakże czule, pagerem, i bierzecie na siebie odpowiedzialność za każdego pacjenta w szpitalu. A jest ich cholernie wielu. Starszy stażysta i rezydent schodzą na izbę przyjęć. Tam badają pacjentów i albo przyjmują ich na oddział, albo odsyłają do domu. Tymczasem wy zostajecie sami na mostku kapitańskim. Żeglujecie statkiem, który jest ogromny. I stoi w płomieniach. I tak naprawdę nikt nigdy nie powiedział wam, co robić w takiej sytuacji. Wiecie, jak sprawdzić stan układu krążenia pacjenta, wiecie, w jaki sposób działają naczynia wieńcowe, potraficie też rozpoznać każdy objaw ataku serca, to wszystko nie oznacza jednak, że zareagujecie właściwie, kiedy pierwszy raz w życiu będziecie musieli zająć się pacjentem po ataku serca.

Wciąż słyszycie sygnał pagera. Biegacie niczym w transie: z oddziału na oddział, od pielęgniarki do pielęgniarki, od jednego pilnego przypadku do drugiego. Wasi starsi koledzy pracujący na izbie przyjęć udzielają pomocy pacjentom, którzy zgłosili się do nich z konkretnymi problemami, na przykład z zapaleniem płuc albo złamaną nogą. Stan waszych pacjentów również jest poważny, ale ponieważ zostali przyjęci do szpitala, oznacza to, że już wcześniej było z nimi coś nie tak. Objawy różnych chorób nakładają się na siebie niczym kolejne warstwy w big macu: zajmujecie się pacjentem z zapaleniem płuc, który został przyjęty do szpitala z powodu niewydolności wątroby, albo pacjentem ze złamaną nogą, który spadł z łóżka z powodu napadu padaczkowego. Jesteście jednoosobową mobilną izbą przyjęć zalewaną płynami ustrojowymi (i to wcale nie tymi fajnymi). Wciąż trafiają do was pacjenci, których stan zdrowia budzi poważne obawy i którymi zaledwie dwanaście godzin wcześniej zajmował się cały zespół lekarzy. Właściwie trudno nazwać was wykwalifikowaną siłą roboczą, bo nie przeszliście odpowiedniego szkolenia. Nagle zaczynacie marzyć o papierkowej robocie, niechby nawet miała trwać szesnaście godzin (albo, jeśli bardzo się rozmarzycie, fantazjujecie o pracy, która nie byłaby ani powyżej, ani poniżej waszych kwalifikacji).

Wrzucają was na głęboką wodę i sami musicie nauczyć się pływać. Jeśli utoniecie, razem z wami utoną setki pacjentów.

Na swój perwersyjny sposób było to wyzwalające doświadczenie. Oczywiście praca była bardzo ciężka, liczba godzin, jakie musiałem w niej spędzić – nieludzka. Poznałem granice własnej wytrzymałości i widziałem rzeczy, na których wspomnienie nawet teraz mój żołądek się kurczy, ale liczyło się tylko jedno: wreszcie byłem lekarzem.

3 sierpnia 2004, wtorek

Dzień pierwszy. H.[3] zrobił mi kanapki do pracy. Mam nowy stetoskop[4], nową koszulę i nowy adres e-mail: atom.kay@nhs.net. Dobrze wiedzieć, że niezależnie od tego, jak pójdzie mi dziś w pracy, i tak nie grozi mi tytuł najbardziej niekompetentnego pracownika szpitala. Nawet gdybym zasłużył na to miano, wina spadnie na Atoma.

Cieszę się, że będę miał fajną historyjkę do opowiedzenia, która pomoże mi przełamać pierwsze lody z kolegami i koleżankami z pracy, ale później, w pubie, okazuje się, że moja anegdota zostaje przyćmiona przez opowieść Amandy. Amanda nosi dwuczłonowe nazwisko połączone dywizem: Saunders-Vest. Szpitalny informatyk założył jej skrzynkę o adresie amanda.saundersminusvest@nhs.net.

18 sierpnia 2004, środa

Pacjent M.O. to siedemdziesięcioletni emerytowany monter instalacji grzewczych ze Stoke-on-Trent. Ale dzisiejszej nocy Matthew jest ekscentrycznym niemieckim profesorem z niepschekonujoncy akzent. Co gorsza, nie tylko dzisiejszej nocy, ale też dzisiejszego poranka, popołudnia i każdego innego dnia jego pobytu w szpitalu. Wszystko przez demencję, która jeszcze nasiliła się w trakcie infekcji dróg moczowych[5].

Ulubionym zajęciem profesora M.O. jest podążanie za grupą lekarzy w trakcie obchodu. M.O. zakłada swoją szpitalną koszulę tyłem na przód, niczym biały kitel (czasem ma na sobie bieliznę, a czasem serwuje nam na śniadanie widok swojego wurstu) i snuje się za nami, wołając: „Jawohl!”, „Gut!” i okazjonalnie: „Genialne!”, kiedy tylko któryś z nas coś powie.

W trakcie obchodu z rezydentami i lekarzami specjalistami odholowuję go do jego łóżka i upewniam się, że pielęgniarki przetrzymają go tam przez kilka godzin. Kiedy obchodzę oddział sam, pozwalam mu się trochę powłóczyć po szpitalu. Właściwie nie do końca wiem, co robię, i brakuje mi pewności siebie przy podejmowaniu decyzji, więc podstarzała niemiecka cheerleaderka wrzeszcząca co chwilę za moimi plecami „Sehr gut!” poprawia mi nastrój.

Dzisiaj M.O. wypróżnił się na podłogę tuż obok mnie, więc z żalem musiałem zwolnić go ze służby.

30 sierpnia 2004, poniedziałek

Może nie mamy zbyt wiele wolnego czasu, ale za to mamy mnóstwo świetnych anegdotek o pacjentach. Dzisiaj, jedząc lunch w naszym pokoju socjalnym, wyposażonym w powycierane sofy i rozpadający się stół bilardowy[6], dzielimy się opowiastkami o najbardziej nonsensownych objawach zgłaszanych przez pacjentów. Jak się okazało, przychodzili do nas pacjenci ze swędzącymi zębami, z nagłą poprawą słuchu i z bólem ramienia w trakcie oddawania moczu. Każda historia kwitowana jest niezbyt głośnymi, uprzejmymi chichotami, niczym przemowa lokalnego polityka na uroczystości rozdania dyplomów w jakiejś szkole wyższej. Wszystkie siedzące przy stole osoby, jedna po drugiej, zabierają głos, tak jakbyśmy siedzieli przy obozowym ognisku i opowiadali sobie historie o duchach. W końcu przychodzi kolej na Seamusa, który oznajmia, że dzisiaj rano na izbie przyjęć rozmawiał z pacjentem twierdzącym, że poci się tylko jedna strona jego twarzy.

Odchyla się na krześle w oczekiwaniu na wybuch aplauzu, ale odpowiada mu cisza. Po chwili każdy z nas wysuwa to samo przypuszczenie: „To chyba zespół Hornera?”. Seamus nigdy o nim nie słyszał. Ani o tym, że taki syndrom wskazuje na nowotwór płuc. Podrywa się na równe nogi, odsuwa z okropnym piskiem swoje krzesło i biegnie zadzwonić do pacjenta, by sprowadzić go z powrotem do szpitala. Dojadam jego twixa.

10 września 2004, piątek

Moje podejrzenia wzbudza fakt, że każdemu pacjentowi na oddziale w rubryce „tętno” w karcie obserwacji klinicznej wpisano liczbę 60. Ukradkiem przyglądam się, w jaki sposób salowy mierzy tętno swoim podopiecznym: najpierw wyczuwa ich puls, a potem patrzy na zegarek i skrupulatnie liczy liczbę sekund na minutę.

17 października 2007, niedziela

Muszę się pochwalić, że zdołałem jakoś opanować panikę, kiedy z ust pacjenta, którego właśnie badałem, zaczęły wydobywać się ogromne ilości krwi. Cała moja koszula została obryzgana. Z drugiej strony, chyba jednak nie nadaję się na lekarza, bo zupełnie nie wiedziałem, co zrobić. Poprosiłem pielęgniarkę, żeby przyprowadziła Hugo, przydzielonego mi rezydenta, który przebywał wtedy na sąsiednim oddziale. Czekając na niego, założyłem pacjentowi wenflon[7] i podałem mu dożylnie płyny. Chwilę później przyszedł Hugo. Ucieszyłem się na jego widok, bo zupełnie skończyły mi się pomysły. Co właściwie mógłbym teraz zrobić? Poszukać kurka, który da się zakręcić, żeby krew przestała wypływać? Wepchnąć pacjentowi do gardła rolkę ręcznika papierowego? Wrzucić do czerwonej kałuży kilka listków bazylii i udawać, że to gazpacho?

Hugo zdiagnozował u mężczyzny żylaki przełyku[8] – w sumie było dość oczywiste, że przyczyną złego stanu pacjenta jest jakiś problem z wątrobą, bo facet wyglądał jak Homer Simpson w pierwszych sezonach serialu, kiedy twórcy kreskówki stawiali jeszcze na mocny kontrast barwny, przez co każda postać wyglądała niczym naskalne malowidło – i spróbował opanować krwawienie za pomocą zgłębnika Sengstakena[9].

 

Pacjent rzucał się niczym wyciągnięta z wody ryba, próbując nie dopuścić do tego, żebyśmy włożyli mu do gardła tę okropną rzecz. Krew była dosłownie wszędzie: na mnie, na Hugo, na ścianach, na zasłonach, na suficie, zupełnie jakbyśmy brali udział w wyjątkowo awangardowym odcinku programu o metamorfozie wyglądu mieszkania. Jednak to, co słyszeliśmy, przerażało nas jeszcze bardziej niż to, co widzieliśmy. Przy każdym oddechu, który zdołał zaczerpnąć pacjent, słychać było, jak krew ścieka w głąb jego płuc i jak ten biedak się nią dławi.

Zanim udało nam się włożyć zgłębnik, krwawienie ustało. Krwawienie zawsze w końcu ustaje. Tym razem ustało z tej najsmutniejszej przyczyny. Hugo stwierdził zgon pacjenta, wypełnił odpowiednie dokumenty i poprosił pielęgniarkę, żeby poinformowała rodzinę. Zdjęliśmy nasiąknięte krwią ubrania i w milczeniu przebraliśmy się w stroje chirurgów, w których spędziliśmy resztę naszej zmiany. A więc miałem to już za sobą. Po raz pierwszy byłem świadkiem czyjejś śmierci i było to tak straszne, jak tylko mogło być. Nie dostrzegłem w tym żadnego piękna ani romantyzmu. I jeszcze te odgłosy. Hugo wyciągnął mnie na papierosa. Obaj po prostu musieliśmy zaciągnąć się dymem tytoniowym. To był mój pierwszy papieros w życiu.

9 listopada 2004, wtorek

O trzeciej nad ranem moją pierwszą półgodzinną drzemkę po pracy na trzech zmianach z rzędu przerywa dźwięk pagera. Mam zejść na oddział i przepisać pigułkę nasenną pacjentowi, którego nocny wypoczynek jest, jak widać, ważniejszy niż mój. Po dotarciu na miejsce okazuje się, że mam moce potężniejsze, niż sądziłem – pacjent już śpi.

12 listopada 2004, piątek

Wyniki badań krwi pacjentki pokazują, że ma problem ze zbyt dużą krzepliwością, i nie wiemy, jaka jest tego przyczyna. W końcu Hugo to rozgryza. Kobieta, chcąc ukoić nerwy, regularnie przyjmuje tabletki z wyciągiem z dziurawca, które kupiła w sklepie zielarskim. Hugo tłumaczy jej (szczerze mówiąc, ja też słyszę o tym po raz pierwszy), że dziurawiec wchodzi w interakcję z warfaryną i że krzepliwość wróci do normy, jeśli odstawi tabletki. Kobieta jest zdumiona. „Myślałam, że to zwykłe ziółka. Nie wiedziałam, że mogą szkodzić”.

Kiedy pacjentka wypowiada słowa „zwykłe ziółka”, temperatura w pokoju obniża się o kilka stopni, a Hugo z trudem powstrzymuje się przed znużonym westchnięciem. Jest oczywiste, że nie pierwszy raz słyszy coś takiego.

„Pestka moreli zawiera cyjanek – odpowiada oschle. – Spożycie muchomora sromotnikowego w pięćdziesięciu procentach przypadków kończy się śmiercią. To, że coś jest naturalne, nie oznacza, że jest bezpieczne. W moim własnym ogródku rośnie pewna roślina. Wystarczyłoby, że posiedziałaby pani pod nią przez dziesięć minut, a pożegnałaby się pani z życiem”.

Misja zakończona sukcesem. Kobieta wyrzuca tabletki do kubła.

Chwilę później, podczas kolonoskopii, pytam go o tę roślinę z jego ogrodu.

„To lilia wodna”.

6 grudnia 2004, poniedziałek

Wszyscy młodzi lekarze zostali poproszeni o podpisanie klauzuli wyłączającej nas spod obowiązywania europejskiej dyrektywy w sprawie czasu pracy[10], ponieważ umowy, które zawarliśmy ze szpitalem, nie spełniają wymagań, o jakich mowa we wzmiankowanym akcie prawnym. W tym tygodniu spędziłem z H. mniej niż dwie godziny, za to pracowałem przez dziewięćdziesiąt siedem godzin. Powiedzieć, że moja umowa „nie spełnia wymagań” dyrektywy, to nic nie powiedzieć. Moja umowa wywlekła tę dyrektywę z łóżka w środku nocy, zaciągnęła ją – wrzeszczącą wniebogłosy – do łazienki i zaczęła podtapiać w umywalce.

20 stycznia 2005, wtorek

Szanowny handlujący dragami kutasie,

w ciągu ostatnich kilku dni przyjęliśmy na oddział kilkoro młodych kobiet i mężczyzn – wszyscy byli odwodnieni, nieprzytomni z powodu hipotensji i mieli spieprzony poziom elektrolitów[11]. Łączyło ich to, że niedawno zażywali kokainę. Chociaż kokaina zakłóca pracę serca i niszczy tkankę przegrody nosowej, to nie wywołuje takich efektów jak powyższe. Jestem niemal stuprocentowo pewny, że znaleźli się w tym stanie, bo – i chcę nagrodę Nobla albo chociaż Pride of Britain Award, jeśli moje przypuszczenia się potwierdzą – domieszałeś do towaru trochę furosemidu[12] swojej babci. Nie dość, że przez Ciebie na moim oddziale nie ma wolnych miejsc, a ja sam nie mam wolnych wieczorów, to jeszcze posyłasz do szpitala swoich własnych klientów. To godna potępienia praktyka biznesowa. Uprzejmie proszę, abyś używał kredy jak wszyscy inni dilerzy.

Z poważaniem

dr Adam Kay

31 stycznia 2005, poniedziałek

Dzisiaj uratowałem komuś życie. Pager wezwał mnie do sześćdziesięcioletniego pacjenta, który był tak blisko przejścia na drugą stronę, jak to tylko możliwe. Położył już palec na dzwonku i zaglądał przez szybę w drzwiach do domu Ponurego Żniwiarza. Poziom saturacji[13] tego mężczyzny wynosił 73 procent. Gdyby maszyna z batonikami się nie zepsuła i gdybym kupił, tak jak planowałem, swojego snickersa, byłoby za późno.

Nie miałem nawet sekundy, żeby stworzyć w myślach plan działania. Po prostu wykonywałem czynność za czynnością. Leciałem na autopilocie: tlen, kaniulacja, badania krwi, gazometria, diuretyki, cewnik. Nie miałem pojęcia, że zainstalowano takie oprogramowanie w moim mózgu. Pacjent szybko odzyskał przytomność, lina bungee, do której był przywiązany, skróciła się, gdy zaledwie milimetr dzielił jego głowę od betonu. Przykro mi, Ponury Żniwiarzu, dzisiejszej nocy na twoim przyjęciu będzie o jednego gościa mniej. Czekając na Hugo, czułem się niczym Superman.

Uświadomiłem sobie także coś dziwnego: pracuję jako lekarz od pięciu miesięcy i dopiero teraz uratowałem komuś życie. Ludzie pewnie wyobrażają sobie, że codziennie dokonujemy aktów bohaterstwa. Nawet ja tak myślałem pierwszego dnia pracy. Tymczasem prawda jest taka, że w szpitalu ratujemy życie dziesiątków, a może nawet setek ludzi, ale dokonujemy tego w dużo mniej widowiskowy sposób, wspólnym wysiłkiem całego zespołu. Nie chodzi o decyzję jednego lekarza, ale o opracowanie sensownego planu realizowanego później przez wielu ludzi, którzy na każdym etapie leczenia sprawdzają, czy pacjent miewa się lepiej, a jeśli nie, modyfikują plan.

Jednak czasami ciężar odpowiedzialności spoczywa na barkach jednej osoby. Dzisiaj, po raz pierwszy, były to moje barki. Hugo wydaje się zadowolony, przynajmniej na tyle, na ile potrafi odczuwać zadowolenie:

„No cóż, kupiłeś mu kilka tygodni życia” – powiedział.

Ejże, Hugo, doceń superbohatera.

7 lutego 2005

Ledwo co przeniosłem się na chirurgię[14], a już trafiło mi się pierwsze urazowe oskalpowanie[15].

Osiemnastoletni pacjent W.M. ostro imprezował ze swoimi znajomymi. Po zamknięciu wszystkich knajp postanowił kontynuować zabawę na dachu przystanku. Potańczył tam przez chwilę, a potem stwierdził, że zamiast zeskoczyć z dachu na ziemię, ześlizgnie się po słupku sąsiedniej latarni niczym strażak, który zjeżdża po rurze, śpiesząc się do pożaru. Skoczył na słupek, obłapiając go jak miś koala drzewo, i zjechał na dół. Niestety, błędnie ocenił powierzchnię słupka. Zamiast gładko sunąć w dół, doświadczył bolesnej udręki szorowania ciałem o chropowaty beton. Wkrótce potem pojawił się na izbie przyjęć z odartymi ze skóry dłońmi i całkowicie oskalpowanym prąciem.

Widziałem wiele członków w trakcie mojego krótkiego pobytu na oddziale urologicznym (i nie tylko wtedy), ale ten był najstraszniejszy ze wszystkich. Gdyby tylko dało się to zrobić, należałoby przypiąć do niego jakąś odznakę. Jak wyglądał? Kilka centymetrów cewki moczowej owinięte było cienką – mniej więcej półcentymetrową – warstwą mięsnej pulpy. To, co pozostało z tego narządu, przypominało utaplaną w zasychającym sosie pomidorowym nitkę makaronu spaghetti, jaka czasem przykleja się do dna miski. Pacjent W.M., jak można się było spodziewać, był trochę zdenerwowany. Jego niepokój wzrósł jeszcze bardziej, kiedy zapytał, czy możemy z powrotem owinąć jego penis „skalpem”, a doktor Binns, lekarz specjalista, wyjaśnił mu łagodnym tonem, że jego „skalp” został rozsmarowany równiutko na dwuipółmetrowej latarni oświetlającej ulicę w jednej z dzielnic zachodniego Londynu.

21 lutego 2005, poniedziałek

Odsyłając pacjentkę do domu po zabiegu laparoskopii[16], wypisuję jej zwolnienie z pracy na dwa tygodnie. Kobieta chce dać mi dziesięć funtów w zamian za miesięczne zwolnienie. Wybucham śmiechem, ale okazuje się, że to poważna propozycja. Pacjentka podbija stawkę do piętnastu funtów. Radzę jej, żeby poszła do swojego internisty, jeśli za dwa tygodnie nie będzie się czuła na tyle dobrze, żeby wrócić do pracy.

Muszę chyba zacząć się lepiej ubierać, skoro pacjenci oferują mi tak niskie łapówki. Wracając do domu, zastanawiam się, ile musiałaby mi zaproponować, żebym się zgodził. To smutne, ale dochodzę do wniosku, że wystarczyłoby pięćdziesiąt funtów.

14 marca 2005, poniedziałek

Inne książki tego autora