Gdańsk przed burzą.

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Toteż rozzuchwalenie narodowych socjalistów rośnie coraz bardziej. W niedzielę dn. 28 lipca podczas „sportowego” dnia brunatnych szturmówek (SA) prawie wszystkie auta ciężarowe, obwożące po Gdańsku i Sopotach z całego gardła wrzeszczące grupy propagandowe, obwieszone były wielkimi plakatami z napisami (cytuję za „urzędowym organem okręgu gdańskiego NSDAP – „Danz. Vorposten”): „Żydzi – uwaga! Czy nie widzicie, że nam zawadzacie?”, „Gdziekolwiek zdarzy się jakieś świństwo, tam zawsze najmniej 90% Żydów”, „Idź, Kohnie, do kraju obiecanego, ale nie na nasze wybrzeże”, „Kiedyś wreszcie dosięgnie i was nasza pięść”, „Czy Żyd jest człowiekiem? Pluskwa też jest zwierzęciem”. I znowu gdańskie prezydium policji, które czyni w ogóle jak największe trudności, gdy chodzi o jakiekolwiek propagandowe wywieszki na ulicach, tym razem znowu nie uważało za odpowiednie ingerować i kazać usunąć tego rodzaju prowokacyjne napisy.

Nie śmiało tego uczynić, gdyż p. Forster rozgniewałby się – i może ktoś na wysokim stanowisku straciłby posadę i musiałby wyjechać do Rzeszy, gdzie jako nieprawomyślny, kto wie, czy nie powędrowałby do obozu koncentracyjnego.

Dla tegoż powodu zapewne nie zostali zaaresztowani przez policję ci SA-mani, którzy przejeżdżając tejże niedzieli w Sopocie koło cukierni Taudiena przy Seestrasse, grozili licznie tu zebranym Żydom wyciągniętymi z pochew sztyletami „honorowymi” i wrzeszczeli pod ich adresem: „Rychło poleje się wasza krew”…

Gdy mowa o dniu „sportowym” SA w niedzielę 28 lipca, to trudno nie zwrócić uwagi na jeszcze jeden ważny szczegół. Oto – rzekomo – dla wykazania sprawności „sportowej” szturmowców kazano im uprzątać dzień przedtem w 100 punktach Gdańska z przyległościami ustawione barykady. Jedna z nich, zapewne bynajmniej nie przypadkowo, umieszczona została w poprzek ul. Am Sande51, na wprost drzwi, prowadzących do lokalu gminy żydowskiej, a więc w jednym z najbardziej centralnych punktów miasta, niedaleko od pałacu wysokiego komisarza LN, inna znów w poprzek Wallstrasse52, tuż koło Domu Polskiego.

„Sportowe” te urządzenia oczywista nie mogły być ustawione w ruchliwych miejscach bez pozwolenia prezydium policji, nie mogły być dla niego niespodzianką. Tym niemniej ustawione były i tym niemniej przechodnie musieli oglądać, z jakim zapałem brunatni szeregowcy rąbali co sił stare szafy, łóżka, wozy itp. przedmioty, powiązane drutem kolczastym w jedną całość.

Zapewne, zapewne jest to ciekawy widok, ale niechże ani prezydium policji, ani Senat, ani p. Forster nie zdziwią się, jeśli ćwiczenia te nazwiemy nie „sportowymi”, lecz po ich imieniu – wojskowymi. Wiadomo przecie, że to nie sportowcy służą zwykle do zdobywania barykad, lecz policja i wojsko. Ponieważ w danym razie urzędowa policja nie występowała, więc uprzątało barykady wojsko. A gdyby ktoś temu chciał zaprzeczyć, to niech weźmie nr 174 z dn. 29 lipca „urzędowego organu okręgu gdańskiego NSDAP” – „Danz. Vorposten” i obejrzy umieszczoną tam na str. 5 reprodukcję fotografii auta ciężarowego, na którym widnieje napis Die braune Armee wacht!53

Już dawniej w „Kurierze Warszawskim” pisał mój poprzednik O.M. o tym, jak Gdańsk, który według statutu swego nie ma prawa utrzymywania armii, utrzymuje ją w postaci Landespolizei (jako kadrówki; nazywają ją nawet gdańszczanie ogólnie kleine Reichswehr) oraz brunatnych i czarnych organizacji narodowosocjalistycznych. Zaprzeczono mu wówczas kategorycznie, chociaż gołosłownie. Obecnie jednak ci, którzy wówczas zaprzeczali, sami w ferworze zdradzili się i sami brunatne szturmówki jako „armię” określili.

„Zawody sportowe” niedzielne na ulicach Gdańska były tedy niczym innym, jak ćwiczeniami wojskowymi na terenie miasta, jak w swoim czasie – w końcu maja czy w czerwcu – urządzona „wycieczka sportowa” wiejska była manewrami polowymi, odbytymi według wszelkich reguł wojskowych. Zresztą każdy, kto uważnie przeczyta w nr. 174 „Danz. Vorposten” artykuły wstępny i sprawozdawczy, musi to moje wyżej wypowiedziane zdanie podzielić. Podzielają je też tym razem dzienniki opozycyjne: „Danz. Volkstimme” i „Danz. Volkszeitung”, tak wstrzemięźliwe, jeśli chodzi o demaskowanie przygotowań wojskowych Wolnego Miasta.

Kończąc ten list, musimy zapytać, co o tym wszystkim myśli wysoki komisarz Ligi Narodów i czy nie uważałby za odpowiednie na zasadzie swych pełnomocnictw wkroczyć w to, co się w Gdańsku dzieje, co się pod bardzo przezroczystą zasłoną przygotowuje, i wymóc, aby zaprzestano z jednej strony przygotowywać pogrom żydowski (wszak wiadomo, jakie owoce na Kurfürstendamm w Berlinie przyniosła propaganda Streicherowego „Stürmera”), z drugiej zaś organizować i ćwiczyć wojsko przeznaczone do wykonania w odpowiedniej chwili puczu w imię hasła Zurück zum Reich. Przecie zarówno wysoki komisarz, jak jego zastępca chyba już wiedzą, że według słów p. Forstera, kolportowanych zawzięcie wśród szeregów narodowych socjalistów, ma się to stać… w dn. 12 września 1935 r.

Quidam

KURIER WARSZAWSKI dnia 7 sierpnia 1935 roku

Istota i przyczyny poczynań gdańskich

Gdańsk, 5 sierpnia

Z powodu nowego bezprawnego postępku Senatu gdańskiego w dn. 1 sierpnia poruszono pytanie, jaka jest istota tych poczynań gdańskich, które obserwujemy od dn. 11 czerwca.

Na to pytanie już nieraz staraliśmy się dać odpowiedź na łamach „Kuriera Warszawskiego”. Od lat czterech przy licznych sposobnościach zarówno moi poprzednicy na stanowisku gdańskim, jak i ja wykazywaliśmy, że Senat gdański, czy to dawniejszy, centrowo-niemiecko-narodowy dra Ziehma, czy to obecny, narodowosocjalistyczny, przedtem dra Rauschninga, obecnie zaś p. Greisera, stale dążył i dąży do jednego celu, a mianowicie do powrotu Wolnego Miasta do Rzeszy.

Powrót do Rzeszy – czy to drogą pokojową i w wyniku rewizji traktatu wersalskiego, czy to drogą bardziej aktywną, przez czynne wystąpienie niemieckiej części ludności gdańskiej – oto był i jest istotny cel wszelkich poczynań Senatu WM Gdańska.

Wszystkie senaty gdańskie, jakiekolwiek dotychczas były, rozżarzały nienawiść do Polski, gwałciły w mniejszym lub większym stopniu obowiązujące traktaty międzynarodowe i umowy polsko-gdańskie, czyniąc to z niesłychaną konsekwencją bez względu na to, czy to wszystko nie uderza w podstawy materialnego bytu ludności gdańskiej i czy nie mąci pokoju nad Bałtykiem.

Ale rekord pod tym względem stanowczo pobił Senat p. Greisera, i to w ostatnich czterech miesiącach.

Nie dość obeznany ze sprawami Wolnego Miasta człowiek dziwi się temu bardzo i zapytuje, jak to można pogodzić z tymi urzędowymi enuncjacjami narodowosocjalistycznego Senatu, które tyle razy składane były przezeń zarówno z mównicy sejmowej w Gdańsku, jak podczas pobytów dra Rauschninga i p. Greisera w Warszawie, a według których gdańscy narodowi socjaliści zgodę z Polską i gospodarczą z nią współpracę uważają za podstawę polityki Senatu Wolnego Miasta.

Odpowiedź na to jest stosunkowo łatwa, gdy się uwzględni, jakie są wyniki dotychczasowych rządów narodowych socjalistów w Gdańsku.

Obdarzeni wielkim temperamentem bujnej młodości, poniesieni entuzjazmem niewątpliwego zwycięstwa nad społeczeństwem gdańskim w maju 1933 r., oparci na doskonałej organizacji swych szeregów i – co ważniejsza – na identyczności partyjnej rządu Rzeszy, zabrali się gdańscy narodowi socjaliści do pracy rządzenia w Wolnym Mieście pod hasłem „Poruszymy z posad ziemię!”.

Zainicjowali wszystko na wielką skalę, a postawiwszy sobie jako pierwszy cel reformy wewnętrzne, odsunęli czasowo na dalszy plan ostateczny powrót Gdańska do Rzeszy, co miało stanowić koronę ich dzieła i co zresztą spodziewali się osiągnąć w wyniku nie tyle swoich osobistych prac, ile jako rezultat działalności Führera w Rzeszy i na terenie polityki europejskiej. Rzeczywistość jednak już po roku coraz dobitniej wykazywać poczęła, że wyniki tego wszystkiego, co przedsiębrali na froncie wewnętrznym, są dalekie od tych, jakie pp. Forster i Greiser sobie i innym obiecywali.

Brak doświadczenia z jednej strony, niechęć słuchania elementów rozważniejszych (np. dra Rauschninga) z drugiej, nie zawsze uczciwe metody postępowania z trzeciej doprowadziły do tego, że rządzące w Gdańsku stronnictwo na początku tego roku poczuło, że grunt pod nim i pod jego rządem zaczyna się chwiać.

Wówczas p. Forster postanowił ratować się błyskawicznym chwytem, przedsięwziętym na froncie wewnętrznym, i zarządził wybory do Volkstagu. Liczył na to, że zastosowawszy imponujący aparat agitacji przedwyborczej, powoławszy do agitacji słownej najwyższe szczyty partyjne i rządowe z Rzeszy, zahipnotyzuje wyborców gdańskich i zdobędzie taką większość w Volkstagu, która odda mu całkowicie w ręce rządy w Wolnym Mieście i która pozwoli nie tylko zmienić konstytucję gdańską, ale również bezapelacyjnie wprowadzić ustrój „całkowity” według wskazań programu partyjnego i praktyki Rzeszy.

Ale fortuna nieraz opuszcza gracza w hazardzie. Stało się tak i z p. Forsterem.

Narodowi socjaliści w Gdańsku w kwietniowych wyborach kwalifikowanej większości nie zdobyli – i przed oczami ludności gdańskiej i całego świata obnażył się fakt zdumiewający, że pomimo wszystko od 1933 r. w swym rozwoju nie uczynili ani jednego kroku, że rozwój ich został zahamowany. Do tej pierwszej przegranej rychło dołączyły się druga i trzecia.

Nieopatrzne szafowanie groszem oraz niekrytyczne liczenie na niewyczerpalność worka berlińskiego, który dotąd trzydziestosześciomilionowymi zapomogami co roku wciąż zasilał rząd gdański, doprowadziły Senat Wolnego Miasta do konieczności zdewaluowania w dn. 2 maja br. guldena.

Gdyby wybory oddały pp. Forsterowi i Greiserowi całkowicie opinię społeczną w ręce, dewaluacja byłaby dla nich operacją przykrą, o ile nie byłaby taką klęską, jaką się stała wobec wzmożenia się samopoczucia w szeregach opozycji na skutek wyniku wyborów w dn. 7 kwietnia.

 

Zaufanie do waluty gdańskiej i Senatu p. Greisera tak zmalało, że tylko zarządzenia dewizowe od dn. 11 czerwca utrzymały i utrzymują gulden przy jakim takim życiu. Wpływy opozycji wzrosły tutaj jeszcze bardziej.

Przegrali więc Senat i jego mocodawca na wewnętrznym froncie w rozgrywce międzypartyjnej, przegrali i na terenie gospodarczym. Przyszła do tego jeszcze przegrana na terenie międzynarodowym. P. Greiser musiał w Genewie ukorzyć się przed wysokim komisarzem LN, którego zuchwale w swoim czasie potraktował, i z góry zgodzić się na wyrok, który w sprawie oskarżeń przez partie opozycyjne Senatu o złamanie konstytucji ma wypracować komisja prawników powołana na sesji majowej przez Radę LN, a który niewątpliwie dla Senatu nie będzie pomyślny.

Poniósłszy w ten sposób potrójną porażkę i przewidując dalsze (chociażby najbliższą, w postaci unieważnienia wyborów kwietniowych, bądź przez sąd najwyższy Wolnego Miasta, bądź przez Ligę Narodów) oraz czując, że wkrótce przyjdzie im skapitulować i zejść bezsławnie z pola, skompromitowawszy nie tylko siebie, ale – co ważniejsza – ruch narodowosocjalistyczny w ogóle, postanowili pp. Forster i Greiser odegrać się przez bardziej hazardowe posunięcie – na froncie antypolskim – i otoczyć się od razu aureolą w oczach wszystkich Niemców – zarówno gdańskich, jak w Rzeszy.

Postanowili zaostrzyć stosunki z Polską do ostateczności, zrzucić następnie winę na Rzeczpospolitą i przeprowadzić w ten lub ów sposób wcielenie w czyn hasła Zurück zum Reich.

W tym celu Senat gdański złamał naprzód w dn. 11 czerwca konwencję paryską, zaprowadzając ograniczenia dewizowe, następnie umowę warszawską w dn. 17 lipca, wprowadziwszy drogą reglamentacji guldena reglamentację obrotu towarowego z Polską, dalej umowy polsko-gdańskie, rozkazawszy urzędnikom celnym nie wypełniać rozporządzenia ministra skarbu RP z dn. 18 lipca, wreszcie traktat wersalski, otworzywszy w dn. 1 sierpnia granicę celną dla towarów z Rzeszy i zakazując sprowadzania rozmaitych towarów z Polski.

Dzięki temu ostatniemu swemu czynowi Senat przeprowadził powrót Wolnego Miasta do Rzeszy tymczasem pod względem gospodarczym. Prawdopodobnie chowa w zanadrzu jeszcze inną niespodziankę, która ma Gdańsk zaprowadzić całkowicie na łono Rzeszy… Bankrut ratuje się zwykle coraz to bardziej ryzykownymi operacjami, jednak w końcu wpada w taką sytuację, z której dla niego wyjścia już nie ma.

Niewątpliwie stanie się to wkrótce i z senatem gdańskim, z pp. Forsterem i Greiserem na czele.

Rząd polski i Liga Narodów mają wszystkie środki w ręku, by nie pozwolić nieobliczalnym czynnikom w dalszym ciągu w złośliwy i występny sposób mącić życie gospodarcze i pokój nad ujściem Wisły.

Quidam

KURIER WARSZAWSKI dnia 16 sierpnia 1935 roku

Horyzont wciąż zachmurzony

Gdańsk, w sierpniu

Pomimo że już prawie tydzień temu zostały podpisane dokumenty ugodowe polsko-gdańskie, horyzont tutejszy nie wyjaśnił się i w dalszym ciągu pozostaje zachmurzony.

Jasny promień w postaci podjęcia rokowań, o których była mowa w dokumentach z dn. 8 sierpnia, jeszcze nie zabłysł. Jak podają tutejsze dzienniki, min. Roman wciąż jeszcze bawi w Gdańsku, przyjechał też przedstawiciel min. skarbu, radca Maksymowicz, ale nie odbyło się jeszcze ani jedno posiedzenie delegacji polskiej i gdańskiej. Za kulisami coś się tam dzieje.

Według zwykle dobrze poinformowanego dziennika „Danziger Volksstimme” rokujące strony nie mogą dojść do porozumienia co do bezpośrednich skutków ugody 8 sierpnia. O ile słychać, Senat gdański wzbrania się zapłacić cło za towary bezprawnie wpuszczone bez cła na teren Wolnego Miasta z Prus Wschodnich w dniach od 1–8 sierpnia. Jeśli tak jest istotnie, to ten fakt rzuca bardzo charakterystyczne światło na gdańską stronę. Każe przypuszczać, że Senat gdański nie z całkowicie dobrą wolą traktuje sprawę dojścia do istotnego porozumienia z Polską, że jeśli o tym porozumieniu mówi, to tylko dlatego, iż zawiodły go rachuby, którymi kierował się, podejmując decyzje łamiące umowy z Polską i statut Wolnego Miasta. I widocznie ma nadzieję, że jednak do podobnych metod będzie mógł powrócić.

Między innymi świadczy o tym artykuł wstępny pt. Gospodarcze czy polityczne zasady?, zamieszczony w nr. 187 „Danz. Volksstimme”, a utrzymany w tonie zupełnie niemożliwym. Autor tego artykułu p. Za(rske) pozwala sobie np. na takie zwroty, jak „wycie tryumfalne prorządowej prasy polskiej” lub „Jesteśmy już przyzwyczajeni do wszystkiego przez stronę polską”; omawiając zaś warunki, jakie musi otrzymać Gdańsk, aby mógł współpracować z Polską, nie waha się wprost grozić: „W przeciwnym razie Gdańsk w regularnych odstępach będzie budził zainteresowanie, które będzie musiało wyjść poza ramy stosunków polsko-gdańskich. Polska już chociażby kierowana własnym egoizmem nie może chcieć, aby sprawa gdańska skończyła się katastrofą. W obecnej chwili można jeszcze zapobiec katastrofie”. Ta nieprzyzwoita buńczuczność płynie niewątpliwie przede wszystkim z niedostatecznego jeszcze wychowania (p. Zarske skończył przecie zaledwie 24 lata), z drugiej strony zaś dodaje mu bodźca przekonanie, że – jak pisze w swym artykule – „Gdańsk ma możność uruchomić zamrożone aktywa i zmniejszyć swoje zapotrzebowanie dewiz”.

Toteż – twierdzi dalej w swym artykule – „Gdańsk bynajmniej nie jest zmuszony do bezwarunkowej współpracy z Polską”.

Ponieważ p. Zarske jest naczelnym redaktorem „Danz. Vorposten”, artykuł jego musimy uważać za wyraz tych nastrojów, jakie panują w kierowniczych sferach stronnictwa rządzącego w Gdańsku, a tym samym musimy zarówno za treść tej enuncjacji, jak jej formę uczynić odpowiedzialnymi i p. Forstera, jako gauleitera gdańskiego, i prez. Greisera, jako jego zastępcę. Opina polska musi też odtąd z jak największą ostrożnością i niedowierzaniem traktować każde słowo i każdy dokument, wyrzeczone lub podpisane przez stronę gdańską. Tym bardziej że przecie – mówiąc językiem naczelnego redaktora gdańskiej urzędówki narodowosocjalistycznej – „jesteśmy przez gdańską stronę przyzwyczajeni do wszystkiego”. Dość przypomnieć, że pomimo oświadczenia prez. Greisera, złożonego min. Papéemu jeszcze w listopadzie 1934 roku, wciąż jeszcze nie jest pomyślnie załatwiona sprawa placu zakupionego przez Macierz Szkolną w Piekle w celu wystawienia na nim szkoły polskiej, że pomimo niedwuznacznego brzmienia umowy w sprawach szkolnictwa, zawartej 18 września 1933 r., strona gdańska wciąż czyni wszystko, aby nie dopuszczać do szkół polskich młodzieży polskiej.

Nie brak jeszcze innych faktów budzących nieufność. Oto p. Forster w nr. 185 „Danz. Vorposten”, w artykule pt. Gdańsko-polska ugoda twierdzi, że „Gdańsk nie chce niczego innego, jak żyć w ramach obowiązujących umów”, jednak w nagłówku tegoż numeru „Vorposten” czytamy mimo to biało na czarnym odbite hasło Zurück zum Reich. Gegen vertragliche Willkür54.

Podobnie też chociaż prasa prorządowa gdańska twierdzi, że należy politykę wykluczyć z życia gospodarczego, to jednocześnie przedstawiciele stronnictwa narodowosocjalistycznego publicznie głoszą co innego. Np. „Danziger Volksstimme”, podając w nr. 122 z dn. 12 sierpnia sprawozdanie z rozprawy w sądzie pracy w sprawie zwolnienia przez firmę Sternfeld 150 pracowników na skutek trudności powstałych po dewaluacji i dewizowych zarządzeniach Senatu, przytacza twierdzenie p. Schuberta, przedstawiciela Arbeitsfrontu, którego ten pan użył w swej obronie interesów zwolnionych pracowników: „Kupiectwo gdańskie jest obowiązane prowa-dzić swe przedsiębiorstwa nie tyle z ołówkiem w ręku, ile przede wszystkim z uwzględnieniem potrzeb politycznych”.

Toteż nic dziwnego, że wszędzie tam, gdzie strona gdańska powołuje się lub będzie się powoływała na interesy gospodarcze, musimy i będziemy musieli – zgodnie z tą tak niezwykle szczerą enuncjacją – szukać, jaki interes polityczny tkwi poza tym.

Gdybyśmy tej ostrożności nie zachowywali, to naprawdę usprawiedliwilibyśmy całkowicie to przekonanie o naszej naiwności, jakie widocznie już teraz ma strona gdańska o nas, skoro tak jawnie i cynicznie głosi co innego pro fora externo i pro foro interno.

Quidam

KURIER WARSZAWSKI dnia 21 sierpnia 1935 roku

Burzliwa uwertura

Gdańsk, w sierpniu

Rozpoczęciu w dn. 20 sierpnia rokowań polsko-gdańskich w Warszawie towarzyszy tu w Gdańsku hałaśliwa uwertura, grana przez dzienniki tutejsze con fuoco. Dyryguje zaś zastępca gauleitera, a zarazem prezydent senatu (trzymam się w tytułach porządku ustalonego przez urzędówkę narodowosocjalistyczną „Danz. Vorposten”) p. Artur Karol Greiser, który w ostatnich dniach wygłosił dwa przemówienia, utrzymane w odpowiednim tonie. Zgodnie ze zwyczajem niemieckim zarówno zastępca gauleitera, jak prasa gdańska atakuje gwałtownie stronę polską. Taktyka taka daje niewątpliwe rezultaty: pozwala w następstwie drogo sprzedać każde cofnięcie się wstecz i w sumie otrzymać zawsze więcej, niż gdyby się skromnie i potulnie siedziało u stołu rokowań.

Jakaż jednak jest melodia tej uwertury? „Ostrzegam przed mówieniem o «zwycięzcach» i «zwyciężonych»!” – wykrzykuje p. A.K. Greiser w swym przemówieniu we Wrzeszczu. „Żądamy 1) uznania naszej narodowości i równouprawnienia przy stole rokowań oraz 2) uznania Wolnego Miasta Gdańska za samodzielną istotę państwową, w szczególności w dziedzinie kształtowania życia gospodarczego i politycznego” – brzmi inny passus tejże mowy. „Oświadczam, że myli się ten, kto mniema, żeśmy się przestraszyli polskiej decyzji, i przypominam, że Gdańsk może być znowu beczką prochu w dziedzinie wschodnioeuropejskiej polityki… My, narodowi socjaliści Wolnego Miasta Gdańska, rozumiemy całkowicie jasno, jakie zadanie nałożył na nas los, a mianowicie trzymania straży na niemieckim posterunku. Każdy dawny żołnierz wie o tym, że wysunięte placówki są trudniejsze do utrzymania od pozycji frontowych. Musimy tedy powierzony nam klucz wschodnioeuropejskiej polityki trzymać mocno w ręku do czasu, aż zdobędziemy wolność!” – usłyszeliśmy w zakończeniu.

Zaiste trudno powiedzieć, że nie mówi się do nas dobitnie i bez osłonek. Toteż chyba nie będziemy się więcej łudzili, z kim mamy do czynienia i jaki będzie przebieg, i jakie mogą być wyniki rokowań rozpoczętych w Warszawie.

Strona gdańska bynajmniej nie zasiada do rokowań ze szczerą chęcią dojścia do porozumienia. Pan Za(rske) w „Danz. Vorposten” z dnia 19 sierpnia zdradza ten nastrój gdańszczan, skoro pozwala sobie pisać o stronie polskiej, że chce „zgwałcić” Gdańsk i że propozycje polskie pomocy w dziedzinie walutowej można nazwać „próbami szantażu”. Grając zaś w dudkę zastępcy gauleitera, p. A.K. Greisera, zapewnia, że „stan walki między Gdańskiem i Polską może się rozpocząć znowu”, i oświadcza, że „Gdańsk ma jeszcze w ręku niejeden atut” i że „partia obecna nie jest jeszcze dla niego przegrana”.

Tym wojowniczym głosom zgodnie wtóruje opozycyjna centrowa „Danz. Volkszeitung” w numerze 99 z dn. 17 sierpnia, żądając w ogóle całkowitego cofnięcia się Polski z pozycji przez nią zajętych i skapitulowania przed Senatem gdańskim. Nie dziwi nas to bynajmniej, gdyż wiemy, że o ile chodzi o polakożerczość, to centrum w tym nikomu i nigdy nie daje się i nie da się wyprzedzić, natomiast zdumienie nas ogarnia, gdy p. v. Wilpert w „Danz. Neueste Nachrichten”55 we wstępnym swoim sobotnim artykule rozwodzi się o tym, że „siła nie powinna iść przed prawem”. Jak można być tak niewspółczesnym! A może to tylko wilk w owczej skórze? Tym bardziej że i p. Za(rske) w swym wyżej wymienionym artykule pisze: „Pozwalamy sobie także wypowiedzieć przekonanie, że moralność stosunków międzynarodowych nie daje prawa mocniejszemu napadać na słabszego”.

Słowem, powołują się na moralność i grożą zarazem zapaleniem beczki prochu. Jakże to charakterystyczne i bardzo swoiste dla umysłowości niemieckiej… Toteż słusznie komentuje socjalistyczna „Danz. Volksstimme”, że „nie można mieć nadziei na przerzucenie mostu porozumienia nad przepaścią, która się odsłoniła między Polską a Gdańskiem po zdewaluowaniu guldena”, i że „w sferach bliskich rządowi gdańskiemu panuje przekonanie, iż można się spodziewać wszelkiego rodzaju niespodzianek”.

Tego rodzaju postawienie sprawy przez stronę gdańską, jej kierownicze sfery i opinię prasową rozwiązuje chyba stronie polskiej ręce w znacznym stopniu. Byłoby bardzo a bardzo dziwne, gdybyśmy chcieli w dalszym ciągu w rokowaniach z Gdańskiem stosować nasze swoiste metody, których nutą zasadniczą jest wyrozumiałość i łagodność. Wiadomo przecie bowiem, że w stosunku do pewnego rodzaju umysłowości tylko jak najbardziej mocne i zdecydowane stawianie sprawy może dać rezultaty dodatnie.

 

Dopiero gdy przez grubą skórę odczują odpowiednie argumenty, spostrzegają, że jednak strona przeciwna się nie boi i ma rację. I przytomnieją od razu, i rozumieją, że świat nie tylko do nich należy i że żyć mają prawo nie tylko oni…

Zresztą mieliśmy tego dowód chociażby w dn. 1–8 sierpnia. Dopóki przemawialiśmy do rozumu łagodnie, powiadano: „Polska nic nie uczyni? Czemuż nie wmaszeruje do Gdańska?” Ustąpiono, gdy przekonano się, że nie żartujemy.

Że użyję ich własnego zwrotu: Nur fest drauf56.

Quidam

KURIER WARSZAWSKI dnia 2 września 1935 roku

Żadnych złudzeń!

Gdańsk, w sierpniu

W szeregu korespondencji miałem już możność przedstawić czytelnikom „Kuriera”, do czego w istocie zmierza stronnictwo narodowosocjalistyczne w Gdańsku i wyłoniony z niego Senat. Opierałem się przy tym zawsze na faktach dobrze stwierdzonych oraz enuncjacjach bądź urzędowych osób, bądź urzędowego organu lub innych druków o autorytatywnym charakterze. I zawsze musiałem stwierdzić, że robi się tu wszystko w kierunku jak najrychlejszego wcielenia w czyn hasła: Zurück zum Reich. Gegen vertragliche Willkür.

Słuszność mych wywodów zaś potwierdził chyba pod każdym względem słynny czyn z dn. 1 sierpnia, jak najbardziej bezprawne zniesienie przez prez. Senatu granicy celnej między polskim obszarem celnym a Rzeszą na odcinku granicy Wolnego Miasta Gdańska z Prusami Wschodnimi.

Co prawda pod naciskiem ze strony polskiej musiał prez. Greiser po tygodniu swe bezprawne zarządzenie cofnąć, nie należy się jednak łudzić, że to cofnięcie się oznacza wyrzeczenie się zamiarów przyłączenia terenu gdańskiego do Rzeszy i złamania w ten sposób statutu Wolnego Miasta.

Wszystkie czynniki narodowosocjalistyczne, a przede wszystkim sam prez. Greiser, właśnie w ostatnich dniach czynią wszystko, abyśmy czasem nie mieli najmniejszej wątpliwości o ciągłości ich dążeń i o stałości ich zamiarów. Bo tylko zestawmy, co następuje.

Gdy urzędowa narodowosocjalistyczna „Danziger Vorposten” w dn. 20 sierpnia zamieściła artykuł wstępny pt. Walczyć – nie pytać! i pisma opozycyjne na zasadzie pewnych ustępów jego zaczęły rozpisywać się, że narodowi socjaliści wyrzekli się w istocie rzeczy swego dążenia do powrotu Gdańska do Rzeszy, tenże „Vorposten” w jednym z następnych numerów jak najwyraźniej odpowiedział, że narodowi socjaliści bynajmniej nie zapominają o haśle: Zurück zum Reich, lecz wykonanie jego odkładają do odpowiedniej chwili, przy czym zdanie to zostało wydrukowane rozstrzelonym drukiem.

P. prezydent Senatu zaś, przemawiając w niedzielę, dn. 25 sierpnia, na stadionie im. Alberta Forstera w Gdańsku do organizacji młodzieży hitlerowskiej (HJ), wzywał ją, aby „była tęgą i niemiecką i marzyła tylko o dniu, w którym nie będzie już mowy o Wolnym Mieście Gdańsku, lecz o niemieckim Gdańsku w wielkim państwie niemieckim” (das deutsche Danzig im grossen deutschen Raum – cyt. za „Danz. Vorposten”, nr 198 z dn. 26 sierpnia, str. 9).

A na dożynkach w miejscowości Zugdam (pow. Gdańskie Niziny) tenże p. prezydent Senatu rzekł m. in. do zgromadzonych rolników: „Rząd gdański będzie dalej twardo kroczył swoją drogą i będzie miał odwagę po raz drugi sięgnąć po środki, które są potrzebne nie dla międzynarodowych paragrafów, lecz dla Gdańska” (cyt. za „Danz. Neueste Nachr.”, nr 198 z dn. 26 sierpnia, str. 12. W „Danz. Vorposten” ten – tak znamienny – passus został starannie zatuszowany!).

Zaznaczyć trzeba, że p. prez. Greiser tę ożywioną akcję przemówieniową prowadzi, jak sam to zaznaczył w swej mowie do HJ, „nie jako naczelnik rządu Wolnego Miasta, lecz jako zastępca wodza stronnictwa w Gdańsku, a więc w jak najbardziej rdzennym charakterze jako narodowy socjalista” (cyt. za „Danz. Vorposten”, nr 198 z dn. 26 sierpnia, str. 9), i że dzięki temu za tym bardziej ważkie musimy uznać jego słowa, wiemy bowiem, że narodowi socjaliści gdańscy na pierwszym miejscu zawsze i wszędzie stawiają swą przynależność partyjną, a nie jakieś tam przejściowe stanowisko urzędowe w Wolnym Mieście, o którym w swoim czasie wobec całego Volkstagu, nieskarcony przez przewodniczącego izby ani przez ówczesnego prez. Senatu dra Ziehma ówczesny poseł A. K. Greiser użył wyrażenia niezbyt eufonicznego – koddrig.

Jeszcze jawniej i otwarciej o realizacji hasła Zurück zum Reich mówiono na trzygodzinnym posiedzeniu Volkstagu w dn. 26 sierpnia.

Przedstawiciel narodowych socjalistów podczas debaty nad wnioskiem o rozwiązaniu Volkstagu, poseł Andres57, landrat zarazem pow. Wielkie Żuławy i wiceprezes Sejmu, oświadczył w zakończeniu dosłownie: „Tylko my, narodowi socjaliści, możemy usunąć bezprawie wyrządzone Gdańskowi przez traktaty. Oczekujemy chwili, w której wydany zostanie nam rozkaz do rozwiązania sprawy gdańskiej. Do tej chwili walczyć będziemy wytrwale pod hasłem: Zurück zum Reich. Gegen vertragliche Willkür”.

A p. prezydent Senatu Greiser w swym exposé, wygłoszonym na tymże posiedzeniu Volkstagu, a o którym warto by pomówić obszerniej osobno, aczkolwiek starał się dostosować do swego urzędowego stanowiska, to jednak uważał za potrzebne w zakończeniu znacząco podkreślić, że wizyta krążownika „Admirał Scheer” w dn. 30 sierpnia – 2 września ma uzmysłowić ludności gdańskiej nie tylko związek z narodem niemieckim, lecz „w szczególności zmartwychwstałą armię i marynarkę wojenną niemiecką”, i „utrwalić przekonanie, że wódz i jego dzieło oznaczają wolność niemieckiego narodu, do którego należy również Gdańsk”.

Odpowiadając zaś posłowi Budzyńskiemu, powiedział: „Pan poseł chciał ofiarować Gdańskowi bilet jazdy do Warszawy, ale rząd gdański dziękuje mu za to i woli sobie zapewnić ją w przeciwnym kierunku”.

Zasługuje też na uwagę ten ustęp wczorajszego exposé, w którym była mowa o Lidze Narodów. Usłyszeliśmy tedy dosłownie: „Gdańsk jest w przyjemnym położeniu, że może w każdej chwili zwrócić się do tak mocnego opiekuna, jak Liga Narodów, lecz jednocześnie jest on w tym przyjemnym położeniu, że może nazwać się miastem niemieckim. Dążmy do tego, aby oficjalny Gdańsk, rząd i państwo, zachował ten dobry stosunek do Ligi Narodów, ale dążmy też, aby ludność Gdańska pozostawała w dobrych stosunkach z niemieckim narodem. Wówczas nikt nie będzie nam mógł przeszkodzić spodziewać się dobrej przyszłości, chociaż obecnie jesteśmy w ciężkim materialnym położeniu” (podkreślenia „Danz. Neueste Nachr.”, nr 199).

Mamy w tym ustępie jak najwyraźniejsze i jak najbardziej autorytatywne stwierdzenie dwutorowości polityki gdańskiej, z jednej strony maskującej się rzekomym dochowywaniem traktatów i umów, z drugiej zaś przygotowującej jak najbardziej kategoryczne ich złamanie. Co do tego, który tor jest w danym razie istotny, to chyba nikt już ani w Polsce, ani w całym świecie nie ma wątpliwości. Pora już – właśnie dlatego – aby ten, kto to powinien uczynić, położył już raz koniec tej niebezpiecznej grze. Jeżeli bowiem nawet przyjmiemy, że to gwałtowne szermowanie zapowiedzią spełnienia hasła Zurück zum Reich przypisać należy demagogicznej chęci odbicia swych strat w oczach szerokich bezkrytycznych sfer ludności Wolnego Miasta, to fakt, że tak pod każdym względem oficjalna osoba, jak p. prezydent Senatu, tylokrotnie w ciągu niemal jednej doby zapowiada „wyskoczenie z paragrafów”, każe mniemać, że niedaleka jest już chwila zasadniczego złamania statutu Wolnego Miasta Gdańska.

Quidam


Wielka pieczęć państwowa Wolnego Miasta Gdańska

KURIER WARSZAWSKI dnia 13 września 1935 roku

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?