Gdańsk przed burzą.Tekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Wie on – i jego doradcy – doskonale, że guldena nie uratuje. Po najdłuższym życiu ograniczeń dewizowych pewnego dnia po ich zniesieniu umrze on śmiercią właściwą wszystkim tworom sztucznym i nieopartym na naturalnych podstawach. (Przecie trzymał się na poziomie tylko tak długo, jak długo Rzesza pokrywała 36 milionów rocznego deficytu Wolnego Miasta!) Po cóż więc chce świadomie doprowadzić Gdańsk do położenia jakiejś Słupi (Stolp) czy innego Pacanowa niemieckiego, o którym to zamiarze oświadczył jawnie w tych dniach jednemu z przedstawicieli sfer gospodarczych polskich pewien dygnitarz finansowy gdański?

A po to, aby móc przed całym światem nader efektownie obnosić się z kłamliwym do gruntu twierdzeniem, że ruina Gdańska jest wynikiem oddzielenia go od Rzeszy, że Polska świadomie i w złośliwy sposób tyranizuje, ogładza i niszczy Wolne Miasto i że jedyny ratunek jest w powrocie Gdańska do Rzeszy.

Dowodów słuszności tego przypuszczenia jest cała masa.

Przede wszystkim rządzi Wolnym Miastem stronnictwo (Senat jest przecie tylko jego emanacją, całkowicie zależną od woli przywódcy gdańskiego okręgu NSDAP – Alberta Forstera), którego organ nosi wciąż w swym nagłówku hasło: Zurück zum Reich.

Następnie przecie prez. Greiser w mowie swej w Volkstagu w dn. 2 maja, omawiając dewaluację guldena, powiedział: „Narodowi socjaliści w Gdańsku działają w ramach wielkich zadań niemieckich, a nie z punktu widzenia potrzeb malutkiej polityki gdańskiej dzwonnicy. Działamy tu nie jako gdańszczanie, lecz jako Niemcy”.

Zresztą ten sam p. Greiser w swoim czasie, kiedy jeszcze nie był senatorem i mógł mniej się krępować, wołał w tymże Volkstagu: „Niech zginie to cuchnące Wolne Miasto”.

Obok tego szerzy się w Gdańsku z najwyższych szczytów stronnictwa nienawiść do Polski. Albert Forster w swej wiecowej mowie w dn. 14 czerwca tłumaczył członkom stronnictwa, że Gdańsk ginie wskutek traktatu wersalskiego i włączenia do obszaru gospodarczego polskiego; wskutek tego, że Polska prowadzi sprawy zagraniczne Gdańska i że do Polski Gdańsk wysyłał setki milionów za zakupywane w niej produkty spożywcze; że Polska zniszczyła Gdańsk, wybudowawszy Gdynię i stworzywszy własny wielki przemysł.

A na pewnym poufnym zebraniu partyjnym jeden z senatorów wołał, że Polska chce skorzystać z obecnego upadku guldena, aby za złotego kupić na wieki i włączyć w swe granice Gdańsk, i judził w najobraźliwszy sposób członków stronnictwa przeciw Polsce i Polakom. I wygadał się, że tylko obawa przed przedwczesnym otwarciem kart nie pozwala mu powiedzieć zgromadzonym, co się stanie z Gdańskiem lada tydzień.

Widocznie jednak inni mniej są wstrzemięźliwi, gdyż niemal wszyscy członkowie SA i SS opowiadają, że oto lada dzień Gdańsk zostanie włączony do Rzeszy, a przeciw protestom polskim znajdzie się doraźna skuteczna rada.

Oczywiście trudno przypuścić, aby p. Forster któregoś dnia wydał polecenie wykonania jakiegoś puczu – nie dlatego, że tego nie chce, ale że mu jego przełożeni w Berlinie nie pozwolą.

Lecz wobec zsuwania się rządów narodowych socjalistów w Gdańsku po równi pochyłej w coraz szybszym tempie czy nie zechcą ratować się woltą, postawić wszystko od razu na jedną kartę i np. zgłosić w Volkstagu wniosek do uchwalenia, że zdaniem przedstawicieli ludności Wolnego Miasta winno ono – wobec takich a takich przyczyn (pt. wyżej) – powrócić na łono Rzeszy.

Za takim wnioskiem opowiedzieć się będą musieli – i opowiedzą się – nie tylko wszyscy posłowie narodowosocjalistyczni, lecz i wszyscy członkowie opozycji, z wyjątkiem chyba jednych komunistów.

O ile wiadomo, taki zamiar jest istotnie żywiony przez szczyty tutejszego okręgu stronnictwa narodowosocjalistycznego – i czas, abyśmy sobie wyraźnie o tym powiedzieli, a to w celu obmyślenia zawczasu tych środków, które pozwoliłyby zapobiec, i to skutecznie, „śmierci paragrafów papierowych”, o jakiej mówił w dn. 12 czerwca w Volkstagu prez. Greiser i dr Schacht z Berlina w gdańskim Domu Artusa w dn. 14 czerwca.

Przede wszystkim zaś strona polska winna już raz zerwać z wyrozumiałością dla szaleństwa i złej woli Gdańska i wezwać odpowiednie czynniki do przywrócenia tego stanu prawnego, który tu istniał do dnia 12 czerwca zgodnie z obowiązującymi umowami i który został naruszony zarządzeniami wprowadzającymi ograniczenia dewizowe.

Wszyscy spokojni i rozsądni gdańszczanie będą nam tylko jak najwdzięczniejsi za to, że nareszcie ukrócone będą naprawdę niepoczytalne wyskoki przybysza z Bawarii, rządzącego się w Gdańsku jak szara gęś, a o którym już nawet w Berlinie mówią, iż aczkolwiek jest niewątpliwie bardzo zdolnym agitatorem partyjnym, to jednak zupełnie nie nadaje się na kierownika nawet tak małego i tak swoistego tworu, jakim jest Gdańsk.

Quidam

KURIER WARSZAWSKI dnia 3 lipca 1935 roku

Uchylenie przyłbicy

Gdańsk, w lipcu

Ostatnie posiedzenie Volkstagu znowu odsłoniło oblicze polityki pp. narodowych socjalistów w stosunku do Polski.

Po oświadczeniach, złożonych przez przedstawiciela stronnictwa narodowosocjalistycznego posła Beyla44 oraz przez prez. Greisera powinniśmy już raz pożegnać się z wszelkimi złudzeniami co do możliwości dojścia do porozumienia z rządzącym obecnie w Wolnym Mieście kierunkiem politycznym.

Przede wszystkim już bez wszelkich ogródek powiedziano, że Gdańsk nie chce żadnego zasadniczego porozumienia z Polską w dziedzinie walutowej.

Prez. Greiser powiedział: „Żaden gdański senat nie zwróci się do Polski o pomoc, dopóki nie zostaną wyczerpane wszystkie źródła własnej siły Gdańska… W Gdańsku nigdy nie będzie senatu, który by chciał z Polską rokować na temat jakiejś stałej umowy unifikacyjnej”.

Co prawda gotów jest Senat prowadzić rokowania z Polską w sprawie zarządzeń dewizowych, ale nie uznaje, aby były one sprzeczne z obowiązującymi umowami.

A więc niepotrzebnie łudziliśmy się, że ciężkie przejścia obecne nauczyły Gdańsk, że tylko w Polsce jest dla niego ratunek. Gdańsk chce w dalszym ciągu brnąć dalej w swej samobójczej polityce walutowej i gospodarczej, a to dlatego, że spodziewa się, iż tą drogą łatwiej dojdzie do celu, którego miano Zurück zum Reich.

Poseł Beyl, jeneralny mówca nar. socjalistów, oświadczył w im. stronnictwa: „Gdańsk wszedł w okres czasów ciężkich, decydujących jednak o przyszłości… Przyczyna obecnego kryzysu tkwi swymi źródłami w traktacie wersalskim… Stosunek Gdańska do Niemiec nie jest zwykłym stosunkiem dwóch zaprzyjaźnionych państw… Każdy prawdziwy Niemiec w Gdańsku musi stać się nar. socjalistą, gdy obserwuje czyny twórcze Hitlera i gdy widzi, jak naród niemiecki się podnosi, jak kolejno łamie wszystkie postanowienia traktatu wersalskiego. Ostateczne rozstrzygnięcie sprawy gdańskiej również nie padnie w Gdańsku, lecz przyjdzie z zewnątrz. Gdańsk ma obowiązek przetrwania z tą pewnością w sercu, że rozstrzygnięcie to będzie pomyślne i ostateczne. Opozycja nie potrafi wstrząsnąć wiary narodowych socjalistów, że przyjdzie dzień, w którym nie tylko zdanie «Gdańsk jest niemiecki» będzie obowiązywało, ale w którym «Gdańsk do Niemiec wróci»”.

Prez. Greiser zaś z właściwą sobie impulsywnością rzucił nam duży snop światła na to oświadczenie posła Beyla. Powiedział m.in.: „Niebawem nastaną w Gdańsku czasy, kiedy nie będzie już prezydentów senatu, zmuszonych do tłumaczenia się z trybuny parlamentarnej…

Gdańskowi nie wolno sabotować polityki niemieckiej, lecz musi on, mimo najcięższych ofiar, kroczyć swą drogą krzyżową, aż przyjdzie dzień, w którym Niemcy będą mogły Gdańsk uwolnić”.

Zapowiadając zaś opozycji, że od dnia dzisiejszego będzie stosował do niej, jako do „zdrajców kraju”, którzy nie chcą ratować Wolnego Miasta, przyznając obecnemu Senatowi prawo do zmiany konstytucji, zasadę „oko za oko, ząb za ząb”, dodał: „Za rok lub dwa przyjdzie dzień, w którym będę mógł działać według swej woli, i wówczas stanę się dla opozycji bezlitosnym sędzią”.

A więc zupełnie jasno i bez wszelkich osłonek ujawnili prez. Greiser i poseł Beyl to, co jest planowane przez szczyty narodowosocjalistyczne na odcinku gdańskim. Bylibyśmy tedy bardzo nieostrożni, gdybyśmy tych enuncjacji nie zapamiętali i gdybyśmy się z tymi słowami nie chcieli liczyć.

Wyrzeczono je niewątpliwie w uniesieniu, a więc bez zastanowienia się, że są niedyskrecją polityczną najwyższego rzędu w stosunku do tych, których pp. Beyl i Greiser uważają za swych wodzów i mocodawców, ale daremnie są one starannie zatuszowane w dzisiejszych dziennikach gdańskich w sprawozdaniach z Volkstagu; powiedziane zostały, zanotowaliśmy je dokładnie i zamieszczamy je po to, abyśmy kiedyś nie usłyszeli zarzutu, żeśmy ich naszemu społeczeństwu do wiadomości nie podali.

Próżno by też ktoś pocieszał zapewnieniami o istnieniu dziesięcioletniego paktu o nieagresji. Ze słów prez. Greisera wynika, że pakt ten to tylko środek, a nie cel polityki naszego zachodniego sąsiada. Prez. Greiser rzekł, odpowiadając opozycyjnemu posłowi Weisemu: „Polityka porozumienia z Polską nie tylko nie przyniosła Gdańskowi żadnych szkód, lecz przeciwnie, dała mu bardzo dodatnie rezultaty. Nie prowadzimy jej zresztą tylko w interesie Gdańska, lecz także w interesie niemieckiej ojczyzny. Dzięki tej polityce w stosunku do Polski zdołał wódz narodu niemieckiego rozbić krąg nieprzyjaciół otaczających pierścieniem Niemcy i wybić sobie drogę na świat, która go ostatecznie doprowadziła do porozumienia z Anglią”. A natychmiast po tych słowach następuje zdanie, przytoczone już wyżej, w którym mowa o uwolnieniu Gdańska przez Niemcy z zależności od postanowień traktatu wersalskiego.

Quidam

KURIER WARSZAWSKI dnia 10 lipca 1935 roku

Na froncie wewnętrznym

Gdańsk, w lipcu

Jednym z najwybitniejszych pod względem zajmowanych stanowisk narodowym socjalistą w Gdańsku był do niedawna p. Wilhelm von Wnuck45, senator do spraw opieki społecznej, przewodniczący Volkstagu i wreszcie komisarz do kontroli cen.

 

I oto naraz ten potrójny dostojnik spadł z wysokości. Naprzód dowiedzieliśmy się, że przestał być senatorem, potem, że złożono go z urzędu senatora, wreszcie, że skreślono go z listy posłów, a tym samym ze stanowiska przewodniczącego Volkstagu.

A jednocześnie centrowa „Danz. Volkszeitung”, zapytując o przyczynę tego tak raptownego upadku, powiązała go z faktem kupna przez upadłego dostojnika w ostatnich dniach kwietnia, a więc przed dewaluacją guldena, domu przy Schmiedgasse…46

Istotnie, natychmiast po dn. 2 maja zaczęły krążyć po mieście pogłoski o tym, jak to niektórzy dostojnicy narodowosocjalistyczni, wiedząc o mającej nastąpić dewaluacji, ratowali swe kapitały, kupując domy, zapasy cegły itp. Potem opowiadano sobie na ucho o rozwiązaniu transakcji kupna domu przy Schmiedgasse, o powrocie tego domu w ręce poprzedniego właściciela itd. I wreszcie przyszły urzędowe ogłoszenia o destytucji p. v. Wnucka z zajmowanych przez niego stanowisk.

I nic dziwnego, że po tym skandalu, który rozegrał się co prawda za kulisami, ale który ujawnił duże zdemoralizowanie w szeregach brunatnych dostojników w Gdańsku, zaczęły krążyć pogłoski o przyjeździe „rewizora” z Berlina w celu przeprowadzenia „czystki” w tutejszym okręgu NSDAP.

Jakoż zjawił się w końcu ubiegłego tygodnia w Sopocie incognito p. Hess i ponoć dużo miał do czynienia podczas swego czterodniowego pobytu.

Według innych p. Hess miał również zadanie pozyskania gdańskich deutsch-nacjonalistów dla planów Senatu.

Widocznie jednak p. Hess nie doszedł do porozumienia z posłem adw. Weisem47, skoro „Danz. Vorposten” w dn. 1 lipca zamieścił artykuł wstępny ziejący nienawiścią przeciw niemieckonarodowym urzędnikom tutejszym, którzy w dn. 29 czerwca w restauracji Hohenzollern odbyli zebranie organizacyjne związku narodowych urzędników, a w dn. 3 i 4 lipca, jak doniosły urzędowe komunikaty Senatu, pod zarzutem przestępstwa działania na szkodę państwa aresztowano 9 uczestników tego zebrania, przeważnie wyższych urzędników sądowych.

Jest to niewątpliwie jedno z tych uderzeń w opozycję, które zapowiedział z takim impetem prof. Greiser w ostatniej swej mowie w Volkstagu. Senat bowiem ma kłopoty nie tylko z guldenem gdańskim, front antynarodowosocjalistyczny krzepnie coraz bardziej i wyraźnie wzbiera na siłach. Dzieje się to niewątpliwie pod wpływem dra Herm. Rauschninga, b. prez. Senatu i przed rokiem czołowego człowieka narodowych socjalistów, obecnie zaś głównego ich wroga. Dr Rauschning ze wszech miar nadaje się do odegrania roli zjednoczyciela opozycji. Podczas swego urzędowania nie naraził się nikomu z opozycji, jest człowiekiem bardzo wyrobionym, rozważnym i niewątpliwie ożywionym szczerym dążeniem do zapewnienia Wolnemu Miastu Gdańskowi samoistnego życia i rozwoju.

Posiedzenie Volkstagu w dn. 25 czerwca, na którym Senatowi nie udało się przeprowadzić swych zamierzeń, było pierwszą próbą sił stronnictwa rządzącego i opozycji. Wypadła ona korzystnie dla opozycji i dodała jej wiele otuchy. Zabiera się też ona z energią do dalszej pracy.

Ponieważ Volkstag przeszedł do porządku dziennego nad wnioskiem opozycji co do rozwiązania Sejmu i zarządzenia nowych wyborów, przeto opozycja zamierza z kolei postawić ten wniosek na referendum ludowe. Według konstytucji Wolnego Miasta potrzeba na to zgłoszenia podpisanego przez 10 proc. ogólnej ilości wyborców, którzy brali udział w ostatnim głosowaniu. To znaczy, że wniosek o zarządzenie głosowania w sprawie rozwiązania Sejmu musiałby być podpisany przez 25 tysięcy osób. Wobec ogólnego rozgoryczenia, które ogarnęło szerokie sfery ludności gdańskiej, zebranie tej ilości podpisów jest zupełnie osiągalne. Tym bardziej że za wnioskiem agitują i agitować będą bardzo obecnie w Gdańsku czytane pisma opozycyjne – „Danz. Volkszeitung” i „Danz. Volksstimme”.

Socjalistyczna „Volksstimme” ukazuje się znowu od dn. 1 lipca – po trzymiesięcznym zawieszeniu. Co prawda senat. Greiser – jak słychać – musiał przyrzec w Genewie wysokiemu komisarzowi LN, że ten termin wydatnie skróci.

Quidam

KURIER WARSZAWSKI dnia 23 lipca 1935 roku

Bank von Danzig

Gdańsk, w lipcu

Jedną z głównych przyczyn katastrofy walutowej gdańskiej było niewątpliwie niezgodne z podstawowymi zasadami istnienia banku emisyjnego zachowanie się Banku von Danzig od czasu, kiedy przeszedł on całkowicie pod wpływ rządzących w Wolnym Mieście narodowych socjalistów i stał się posłusznym narzędziem nie tylko Senatu, lecz – co gorzej – p. Alberta Forstera, zupełnie nieodpowiedzialnego pod żadnym względem czynnika. Odkąd prezesura Banku spoczęła w ręku dra Schaefera, a przewodniczącym rady został p. Schnee, Bank zapomniał całkowicie o tym, że jego zadaniem jest li tylko czuwanie nad tym, by waluta – podstawa życia gospodarczego Wolnego Miasta – się nie załamała, a nie finansowanie rozmaitych wątpliwej wartości przedsięwzięć ad maiorem NSDAP gloriam.

Poseł socjaldemokratyczny do Volkstagu Artur Brill na ostatnim posiedzeniu tej izby w dn. 25 czerwca mocno podkreślił to wadliwe postępowanie Banku, mówiąc, że „Bank emisyjny udzielił państwu bardzo znacznych kredytów, co było całkowicie niezgodne z zupełnie wyraźnie sformułowanymi punktami ustawy Banku von Danzig”.

Organ socjaldemokratyczny zaś, „Danz. Volksstimme”, w pierwszym numerze, wydanym po trzymiesięcznym zawieszeniu (nr 96 z dn. 1 lipca) w obszernym artykule poświęconym walutowemu i gospodarczemu kryzysowi Gdańska tak rozwinął dalej ten zarzut posła Brilla:

„Bank von Danzig udzielił kredytu na zamówione w Rzeszy należności [które wynoszą, jak wiadomo, co najmniej 15 milionów guldenów pełnowartościowych – przyp. mój]. Równie w najwyższym stopniu ujemnie oddziałało [na stan waluty – przyp. mój] finansowanie przez Bank von Danzig tzw. «bitew pracy» [Arbeitschlachten, tzn. robót przedsiębranych dla zwalczania bezrobocia – przyp. mój]. Taka polityka Banku emisyjnego doprowadziła do przerostu kredytu. Licząc w okrągłych liczbach, portfel wekslowy Banku von Danzig z 6,9 miliona w dn. 15 VI r. 1933 wzrósł do 36,8 miliona w dn. 30 IV r. 1935. Weksle tedy stanowiły w tym dniu 75% obiegu, wynoszącego 38,5 miliona; taki stosunek nie może być nazwany zdrowym. Nasz bank emisyjny jeszcze nawet w drugiej połowie kwietnia udzielił – tuż przed dewaluacją – 5 milionów kredytu…”

Łamali więc i Senat gdański, i p. Forster statut Banku von Danzig dla celów czysto politycznych i partyjnych – i nic dziwnego, że w końcu musiała nastąpić katastrofa guldena, przed którą tak wymownie ostrzegał pierwszy prezydent narodowosocjalistycznego Senatu, dr H. Rauschning, w swym liście do przewodniczącego Volkstagu v. Wnucka z dnia 11 listopada 1934 r., a więc na kilkanaście dni przed swym ustąpieniem. Prez. v. Rauschning w tym niezwykle interesującym dokumencie, przedstawiwszy wadliwą gospodarkę swych mocodawców, z daleko widzącą bystrością pisał m.in.:

„Od stanu naszego bilansu płatniczego zależy stan naszej waluty i co za tym idzie, zachowanie naszej gospodarczej samodzielności – oraz niemieckości Gdańska. Jeśli nie uda się zmienić na lepsze wpływu dewiz, to będziemy musieli dla pokrycia deficytu bilansu płatniczego czerpać z pokrycia naszej waluty, co przy obecnym sposobie gospodarki w ciągu pięciu miesięcy doprowadzi do załamania się guldena…”

P. Forster i Senat gdański nie posłuchali tych mądrych ostrzeżeń i w dalszym ciągu prowadząc swą politykę, zmusili Bank von Danzig do dalszego łamania statutu. A jak działali samorzutnie, to widać chociażby z tego, że dewaluacja guldena została postanowiona w dn. 1 maja na konwentyklu, na którym z władz Banku byli tylko posłuszni p. Forsterowi prezydent dr Schaefer i p. Schnee, a wydział Banku ani rada nadzorcza, ani ogólne zgromadzenie akcjonariuszów o tak kapitalnym kroku zupełnie nie zostali zawiadomieni.

Podobnie i ograniczenia dewizowe zostały ogłoszone w dn. 11 czerwca bez wiedzy wszystkich najwyższych władz Banku, a nawet wyraźnie wbrew stanowisku prezydenta Banku dra Schaeffera, który w przemówieniu swym w dn. 24 maja 1935 r. oświadczył całkowicie wyraźnie, że „nie należy się spodziewać zaprowadzenia ograniczeń dewizowych; nie mogą one być zarządzone w szczególności z tego powodu, iż dla Gdańska jako portu i punktu przeładunkowego swobodna gospodarka dewizowa jest koniecznością życiową”.

Niewątpliwie prez. dr Schaeffer w dalszym ciągu jest tegoż zdania i tylko ślepe posłuszeństwo p. Forsterowi zmusza go do solidaryzowania się z poczynaniami i zarządzeniami płynącymi z natchnienia tego dyktatora.

Wszystkie te niezgodne ze statutem Banku von Danzig czyny jego kierownictwa obchodziłyby nas niewątpliwie mniej, gdyby nie odbijały się one fatalnie na naszych tzw. polskich interesach.

Przecie 40% całego kapitału akcyjnego Banku von Danzig stanowią akcje grupy polskiej – i już ten fakt upoważnia opinię polską do jak najszerszego zajęcia się sprawą złego funkcjonowania tego Banku.

Opinia polska musi się domagać głośno a z krzykiem o położenie tamy temu nieodpowiedzialnemu rządzeniu b. aplikanta bankowego (był nim przecie p. Forster, zanim całkowicie przerzucił się do polityki) cudzymi pieniędzmi ze szkodą dla ich właścicieli, jak również Wolnego Miasta. Opinia polska winna tym bardziej zabrać głos, że kierownictwo Banku, pozostające w całkowitej niewoli partyjnej, sprzeciwia się wszelkim usiłowaniom zreparowania błędów przez nie popełnionych.

Bo oto grupa polska akcjonariuszów Banku von Danzig daremnie zabiegała przez ostatnie dwa tygodnie czerwca o zwołanie posiedzenia wydziału Banku. Z różnych przyczyn, całkowicie niezrozumiałych dla grupy polskiej, wciąż odsuwano termin zebrania, tak iż zostało ono wreszcie zwołane na dzień 1 lipca, czyli dopiero po trzech tygodniach po ogłoszeniu zarządzeń dewizowych. Ale i tym razem znowu jakieś rzekomo „niezwykle ważne powody” zmusiły zarząd Banku do odsunięcia terminu o jeden dzień, tak iż w końcu dopiero dn. 2 lipca odbyło się to posiedzenie.

Troską grupy polskiej był i jest tak stan rachunków Banku von Danzig przed jego dewaluacją guldena, jak też interesy gospodarcze portu, które – jak wiadomo – są wciąż narażone na szwank wskutek ograniczeń dewizowych, a w które to interesy gospodarstwo polskie jest w znacznym stopniu zaangażowane.

Z tych względów grupa polska zażądała, aby Bank von Danzig w zrozumieniu sytuacji krytycznej dla portu, wywołanej przez restrykcje dewizowe, wystąpił do Senatu Wolnego Miasta z żądaniem natychmiastowego uchylenia wszelkich ograniczeń dewizowych. Niestety ten słuszny wniosek grupy polskiej upadł, albowiem miarodajni panowie nie ośmielili się stanąć w obronie słusznych praw instytucji, którą zarządzają, i wystąpić przeciw bezprawnym zarządzeniom Senatu, pozostającego w całkowitej zależności od czynnika nieodpowiedzialnego, którego rządy w Gdańsku są pod każdym względem sprzeczne ze statutem Wolnego Miasta i jego konstytucją.

Quidam

KURIER WARSZAWSKI dnia 29 lipca 1935 roku

Krzyki i groźby

Gdańsk, w lipcu

Rozrzutna gospodarka Senatu gdańskiego, w szczególności od czasu objęcia władzy przez narodowych socjalistów, stałe liczenie na zapomogi wielomilionowe Rzeszy, które w ostatnich czasach zawiodły, nienależyte zorientowanie kierunku pracy gospodarczej w myśl zasady „Jak najdalej od Polski”, wreszcie naruszenie zasadniczych podstaw działalności banku emisyjnego, jakim jest Bank von Danzig – wywołały załamanie się guldena gdańskiego.

Senat gdański, zamiast zgodnie z wymaganiami zdrowego życia gospodarczego odrzucić zużyte narzędzie, jakim stał się po dniu 31 kwietnia, a tym bardziej po dniu 10 czerwca gulden, i skorzystać z przewidzianej konwencją paryską i umową warszawską możności wprowadzenia na terenie Wolnego Miasta zdrowej i mocnej waluty polskiej, pomimo zaofiarowanej w tym kierunku pomocy rządu polskiego wolał złamać obowiązujące go umowy i wydać bezprawnie zarządzenia dewizowe, które tyle pod każdym względem przyniosły i wciąż jeszcze przynoszą szkody nie tylko dla Gdańska, lecz i dla Rzeczypospolitej. A wszystko to w celu utrzymania zupełnie już nieżywotnego guldena, który przecie, jako nieposiadający już zaufania nawet gdańszczan, stanie się całkowicie bezwartościowy z chwilą, gdy zarządzenia dewizowe upadną. Nie pomogą ani uzyskiwane z Rzeszy zaliczki na zamrożone tam należności, ani przelewane do Banku von Danzig zapasy złota, znajdujące się dotychczas w Sparkassen Aktien Vereinie, a stanowiące wartość 750 tys. guldenów, ani nawoływania p. Forstera, że z istnieniem guldena związana jest niemieckość Gdańska. Sami gdańszczanie nie chcą mieć nic do czynienia z guldenem, o czym świadczy chociażby to, iż sprzedają go chętnie za złote za coraz niższą cenę.

 

Co prawda w ubiegłym tygodniu, dn. 17 lipca, ukazało się rozporządzenie Senatu w pewnym stopniu rozluźniające wydane przed miesiącem ograniczenia dewizowe, ale § 8 tego nowego rozporządzenia zobowiązuje importera gdańskiego do uzyskiwania zezwolenia urzędu nadzorczego, ustanowionego przy Bank von Danzig, na zawarcie transakcji na import towarów przeznaczonych do spożycia na rynku wewnętrznym gdańskim, bez względu na to, czy chodzi o transakcję guldenową, czy też w jakiejkolwiek innej walucie.

W ten sposób wprowadził senat gdański nowy sposób ograniczenia życia gospodarczego w postaci reglamentacji guldena, które jest niczym innym, jak bardzo daleko idącym ograniczeniem obrotu towarów pomiędzy Polską a Gdańskiem, co jest jak najwyraźniej całkowicie sprzeczne z art. 215 i 217 umowy warszawskiej, według których ani Polska, ani Wolne Miasto nie mają prawa wydawać ograniczeń przywozowych lub wywozowych we wzajemnym obrocie towarowym.

A więc zaszło nowe – już drugie – naruszenie przez Senat gdański umów z Polską, świadczące, że Senat systematycznie nie chce liczyć się z nimi, jak również z protestami rządu polskiego i jego przyjaznymi propozycjami.

Rząd polski przez cały czas od dn. 2 maja złożył istotne dowody zarówno daleko idącej cierpliwości, jak życzliwości dla Wolnego Miasta, w przekonaniu, że wreszcie minie zacietrzewienie gdańskie na punkcie sztucznie przy życiu podtrzymywanego guldena.

Pomimo najlepszej woli nie mógł jednak dłużej pozwolić na umyślne i planowe szkodzenie interesom Rzeczypospolitej.

Nie mógł pozwolić na to, aby płacono w Gdańsku cło w zdeprecjonowanych guldenach, które następnie przeliczano według parytetu na złoty przy przekazywaniu wpływów z cła do polskiej kasy państwowej. Przecie w ten sposób polska taryfa celna w Gdańsku – dla osób nabywających guldeny po kursie nieoficjalnym – była 10–15% tańsza niż na pozostałym polskim obszarze celnym.

I nic dziwnego, że musiało się wreszcie ukazać rozporządzenie ministra skarbu RP (z dn. 18 lipca), według którego towary importowane do Polski muszą być clone w urzędach celnych poza Gdańskiem.

W Gdańsku zaś podlegają ocleniu tylko te towary, które są sprowadzane dla spożycia na terenie Wolnego Miasta.

To zarządzenie, ukrócające nielojalną konkurencję Gdańska w stosunku do innych punktów importowych oraz kładące koniec krzyżowaniu polskiej polityki celnej, wywołało, oczywiście, natychmiast krzyk w Gdańsku. Zarówno sfery oficjalne, jak inspirowane przez nie dzienniki oskarżyły rząd polski natychmiast o złamanie umów, a nawet traktatu wersalskiego! Ci, co niedawno mówili, że „muszą umrzeć papierowe paragrafy”, od razu przypomnieli sobie, że jednak one żyją i posiadają walor… Musimy to sobie dobrze zapamiętać, odrzucając jednak jak najbardziej stanowczo zarzuty, że to my łamiemy umowy. Między Rzecząpospolitą i Wolnym Miastem Gdańskiem nie ma unii celnej, Gdańsk jest częścią polskiego obszaru celnego i polski minister skarbu może i ma prawo, tak jak w innym obszarze celnym Rzeczypospolitej, wydawać zarządzenia zamykające lub otwierające taką lub inną działalność urzędów celnych w gdańskim okręgu celnym. Zarządzenie z dn. 18 lipca jest w całkowitej zgodzie z paragrafami umów. Przyznaje to pośrednio nawet tak głośno krzycząca prasa prosenacka, starając się dowieść, że rozporządzenie to uderza w ducha umów polsko-gdańskich.

Natomiast musimy i możemy z całkowitym prawem określić jako nową – trzecią z kolei – action directe Gdańska w stosunku do Rzeczypospolitej rozkaz prezydenta Senatu, wydany urzędnikom celnym gdańskim, aby nie stosowali się do rozporządzenia ministra skarbu RP z dn. 18 lipca, o którym to rozkazie mowa jest w nocie złożonej dziś przez p. Greisera komisarzowi jeneralnemu RP.

Toteż niewątpliwie rząd polski nie cofnie swego zarządzenia, spowodowanego koniecznością obrony interesów życia gospodarczego Rzeczypospolitej, jak tego domaga się Senat gdański w zakończeniu swej noty. Nie powinien się cofnąć, aż Senat nie zniesie wszystkich ograniczeń dewizowych i nie wejdzie na jedyną drogę, jaka może doprowadzić do celu, do całkowitego uzdrowienia stosunków walutowych, tj. na drogę pertraktacji co do ustabilizowania pieniądza w Gdańsku. Na jednym obszarze celnym nie mogą istnieć dwie waluty, o ile życie gospodarcze ma rozwijać się normalnie. Tym bardziej nie mogą istnieć obok siebie dwie waluty, z których jedna jest zdrowa, a druga sztuczna i nieoparta na niczym innym, jak na ograniczeniach dewizowych.

Zarówno Senat, jak dzienniki jego ośmielają się nawet grozić nam jakimiś daleko idącymi konsekwencjami, wychodzącymi nawet poza ramy traktatu wersalskiego (?).

Oczywiście wiemy dobrze, że p. Forster wciąż sieje hasło: Zurück zum Reich, wiemy, że w szeregach jego organizacji partyjnej szerzy się teraz przekonanie, że lada ranek Gdańsk obudzi się w granicach Prus Wschodnich, wiemy, że tenże p. Forster postanowił wczoraj wygrać sprawę zarządzenia z dn. 18 lipca w kierunku urzeczywistnienia tego hasła i tej zapowiedzi, ale wiemy też, że istnieją i że mamy w rękach środki skutecznego przeciwdziałania temu, wiemy, że istnieje jeszcze instancja, która jest obowiązana czuwać nad tym, aby statut Wolnego Miasta nie został naruszony.

I niech też p. Forster będzie przekonany, że Polska się nie zgodzi, aby w sprawach Gdańska zabierał głos ktoś trzeci, poza Ligą Narodów.

Quidam

KURIER WARSZAWSKI dnia 5 sierpnia 1935 roku

Antysemityzm i „brunatna armia”

Gdańsk, w sierpniu

Zdaniem gdańskich narodowych socjalistów wszystko, co się z rozkazu kierownictwa partyjnego aplikuje w Rzeszy, musi natychmiast być stosowane na terenie Wolnego Miasta. Ma to być z jednej strony świadectwem niemieckości Gdańska, z drugiej zaś jak najbardziej skutecznym środkiem zachowania tej jego cechy.

Ponieważ w ostatnich tygodniach w Rzeszy wystąpiły objawy ostrego antysemityzmu, rozkazał przeto p. Forster, aby i w Gdańsku natychmiast je ujawniać zaczęto. Widzimy więc i tu, u nas, na ulicach białe i czerwone napisy metrowej wysokości: Juden sind unser Unglück48, nie dopuszcza się i tu Żydów do plażowania i kąpania się w Siennych Budach lub w Bąsaku49 (nie tyka się jednak Sopotu, gdyż złotówki tu przez polskich Żydów zostawiane są przecież dewizami), rozwiesza się w Gdańsku w coraz większej ilości na murach domów prywatnych i urzędowych szafki z numerami sławetnego „Stürmera” Streicherowego…

A wszystko to czyni się pod opieką władz gdańskich, chociaż konstytucja Wolnego Miasta, obowiązująca dotychczas i tak – według zapewnień prez. Greisera – rzekomo przestrzegana przez jego rząd, zupełnie wyraźnie nie czyni różnicy między narodowością i wyznaniem ludności gdańskiej. „Stürmera” wywiesza się zaś w coraz liczniejszych punktach miasta, chociaż istnieje wyraźny przepis, jeszcze dawny pruski, obowiązujący pomimo to dotychczas, że nie wolno w podobny sposób rozszerzać czasopism, i chociaż komisarz jeneralny RP jeszcze w marcu – podczas okresu wyborczego – założył kategoryczny protest przeciw takiemu występnemu podjudzaniu jak najszerszych warstw ludności Wolnego Miasta przeciw obywatelom wyznania mojżeszowego.

I nic dziwnego, że takie ostre objawy antysemityzmu wywołały w ostatnich też czasach pewną reakcję wśród tych elementów, które poczuły się zupełnie słusznie obrażone w swych uczuciach narodowych i religijnych. M.in. w nocy z 22 na 23 lipca zerwane zostały szafki ze „Stürmerem”, zawieszone na Langebrücke50; wysmarowano je przy tym na czarno, połamano i wrzucono do Motławy. Czyn ten oburzył z kolei narodowosocjalistyczny „Danzig. Vorposten” – i redakcja tej urzędówki partyjnej tak wyszła z równowagi, że w nr. 170 na str. 5, podając o tym zdarzeniu do wiadomości swych czytelników, zakończyła swój artykuł, zatytułowany bombastycznie: Żydzi popełniają zamach na niemiecką własność, zdaniem: „Zapytujemy, jak długo ludność Gdańska pozwoli na podobne napaści żydostwa”. Zdanie to, podane w dodatku wyróżniającym się drukiem, nosi oczywiście wszystkie cechy podjudzania jednej części ludności przeciw drugiej, jak również wezwanie do czynnej napaści na Żydów, i niewątpliwie w każdym praworządnym państwie ściągnęłoby na dziennik, który je zamieścił, zupełnie słuszną karę w postaci konfiskaty odpowiedniego numeru, ale gdańskie prezydium policji, które tak skwapliwie konfiskuje „Danz. Volksstimme” lub „Danz. Volkszeitung” za byle co, a nawet za artykuły przedstawiające „uprawnienia wysokiego komisarza Ligi Narodów”, tym razem nie reagowało zupełnie!