Gdańsk przed burzą.Tekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

I nie myślcie, szanowni czytelnicy, że to tylko jakiś przypadek sprawił, iż twierdzenie okazało się tak sprzecznym z rzeczywistością. Podobne napaści na socjalistów i na lokale, w których się zbierają, mają tu miejsce stale. Trudno mi tu rozwodzić się nad tym dłużej i ilustrować swoje twierdzenie przytoczeniem szeregu faktów. Powiem tylko, że w Gdańsku towarzysze spod swastyki zupełnie świadomie i według opracowanego przez sztab p. Forstera planu rozbijają zebrania opozycyjne, niszczą co nocy plakaty opozycyjne, utrudniają kolporterkę odezw i wydawnictw opozycyjnych.

Nic by to nas nie obchodziło, gdyby niestety ofiarami terroru nie padali coraz częściej Polacy.

Tymczasem pozwolę sobie podać następujący katalog napadów na Polaków.

1. A więc w dn. 23 marca w Sopocie pobito trzech Polaków. Z nich Wrosz, obywatel polski, mieszkaniec Wejherowa, w drodze na dworzec został uderzony kastetem w głowę i zraniony poważnie. Dwaj inni – Wasilewski i Daszke – nie tylko że zostali poturbowani, ale i aresztowani przez policję za rzekome podburzanie tłumu. Jak bezpodstawne było to oskarżenie, świadczy fakt, że dziś wypuszczono ich z aresztu jako niewinnych.

2. W nocy z piątku na sobotę – 22 na 23 marca – w Wielkich Trąbkach zostali pobici przez oddział SA dwaj polscy kolejarze: Brunon Kopicki, obyw. polski, i Jakób Wilke, obyw. gdański. Napastnicy czyhali na kolporterów wydawnictw – i rzucili się na przyjeżdżających Polaków. Naprzód obrzucili ich kamieniami, a potem bili ich kastetami i kopali nogami. Kopicki ma 2 głębokie rany i 2 mniejsze w głowie, i wyłamany ząb. Wilke – podbite oko i wiele drobnych urazów na ciele. Obaj są jeszcze niezdolni do pracy wskutek pobicia, co stwierdziła obdukcja lekarska.

Krzyki napadniętych zwabiły żandarmerię. Wówczas napastnicy uciekli. 5 z nich jednak rozpoznano. Ciekawe, że wezwani telefonicznie lekarze z Pruszcza i Sobowic odmówili pomocy, tłumacząc się, że nocą nie ordynują.

3. W piątek 22 marca, o godz. 24 pod Nękowem (Nenkau – powiat Wyżyny Gdańskie) dziesięciu umundurowanych SA-manów napadło koło restauracji Puttkamera i pobiło Polaka Jana Pettkę. Gdy ten zdołał wyrwać się i pomknął w kierunku posterunku policji, jeden z napastników strzelił za nim.

4. Dn. 20 marca w tej samej miejscowości koło Christinenhof27 5 narod. socjalistów, czatujących w rowie, o godz. 22 napadło na Alojzego Pettkę, obiło go gumowymi pałkami, wybiło mu dwa zęby, zadając szereg ran na głowie i twarzy. Trzeba zaznaczyć, że Pettkę zatrzymano wystrzałami z broni palnej.

5. Dn. 23 marca narodowosocjalistyczni bojówkarze napadli w Peterhagen28 dwóch Polaków – Tysarczyka i Mielcarka – odebrali im paczki z polskimi pismami i wydawnictwami i zmusili ich do ucieczki.

6. Dn. 21 marca dwaj członkowie Związku Polaków – Grzenkowski i Tade – zostali napadnięci przez bojówkarzy p. Forstera w okolicy Müggau29 pod Wrzeszczem. Pod grozą wyciągniętych sztyletów (tzw. Ehrendolch30, noszonych przy brązowym uniformie) odebrano im paczki z polskimi pismami.

7. W dn. 19 marca napadnięto i poturbowano w Brentowie Polaka – Romczyka, ob. gdańskiego.

8. W nocy z 19 na 20 marca, o godz. 24 wybito wszystkie szyby w domu Polaka Jana Zwary, mieszkającego w miejscowości Bankau, za to, że w dn. 19 marca, w dn. imienin marszałka Piłsudskiego, wywiesił polską chorągiew.

9. W dn. 18 marca w Belkowie pobito i pokopano Polaka – W. Cicholewskiego. Sprawcami byli również SA-mani, których nazwiska ustalono.

Słowem, w ciągu ubiegłego tygodnia nie było niemal dnia, aby nie został napadnięty i pobity lub obrabowany z niesionych wydawnictw Polak!

Toteż nic dziwnego, że komisarz jeneralny Rzeczypospolitej widział się zmuszony w dniu dzisiejszym interweniować osobiście u prezydenta Senatu w sprawie tych aktów terrorystycznych, zastrzegając sobie jednocześnie dalsze kroki po bliższym zbadaniu wszystkich zajść.

Interwencja ta jest tym potrzebniejsza, że we wszystkich niemal wypadkach gdańscy funkcjonariusze i policja gdańska wykazują już zbyt daleko posuniętą opieszałość. Np. w wypadku wybicia szyb w domu Zwary w Bankau leśniczy Schmidt nie pozwolił wezwać przez telefon policji, znajdującej się w leśniczówce, a policjant Kohnke zupełnie sobie całe zajście zbagatelizował.

Są nawet dane, że wprost jawnie toleruje się te ekscesy terrorystyczne, wiedząc o tym, że się je organizuje.

Tak, gdy Jan Pettka zwrócił się w Emaus do policjanta, aby go przeprowadził do Nękowa, ten mu odpowiedział: „Powiedz pan tym ludziom ode mnie, że powinni pana przepuścić…” A więc policjant wiedział chyba, kto i po co czatuje w nocy na drodze?

A więc stanowczo omylił się p. prezydent Senatu, zapewniając zebranych na wiecu o tym idealnym porządku i spokoju, który jakoby panuje w WM Gdańsku. Co najmniej tak, jak podpisując odezwę, rozplakatowaną niedawno, w której zapowiadają władze gdańskie, iż wybory do Sejmu nic nie mają wspólnego ze zmianą statutu WM Gdańska, a w parę dni potem, dn. 20 marca, o godz. 16 m. 30, zapewniając zwołanych na wiec robotników z fabryki na Troylu31, że „przez zaprowadzenie powszechnej służby wojskowej w Rzeszy zbliżyliśmy się o krok jeden do naszej ojczyzny” (Durch die Einführung der allgemeinen Wehrpflicht in Deutschland sind wir unserem Mutterlande wieder einen Schritt näher gekommen32).

Quidam


Policjanci w zdemolowanym mieszkaniu Polaka Tielmanna w Świętym Wojciechu


Widok na Targ Węglowy i wieżę Katowni

KURIER WARSZAWSKI dnia 3 kwietnia 1935 roku

Greiser contra Lester

Gdańsk, w marcu

W ostatnich dniach w mowach prezydenta Senatu gdańskiego dały się spostrzec słabsze lub mocniejsze akcenty zwrócone przeciw Lidze Narodów i wysokiemu komisarzowi p. Seanowi Lesterowi.

W mowie wygłoszonej dn. 20 marca do robotników fabryki na Troylu p. Greiser, mówiąc o tym, że jako były żołnierz ma odwagę powiedzieć, iż do czasu, aż Polska stuprocentowo nie wypełni swych zobowiązań w stosunku do Gdańska, ani jeden robotnik Polak nie zostanie przyjęty do pracy w tej fabryce, dodał: „Nie będę się bał powtórzyć to samo w Lidze Narodów, która pędzi żywot naszym kosztem. Z naciskiem powtarzam – pędzi swój żywot naszym kosztem”.

Na walnym zgromadzeniu w Messehalle zaś w sobotę dn. 23 marca powiedział:

„Zachowanie się opozycji w ostatnim półroczu przybrało formy, których nie może uznać za odpowiednie żaden rząd. Niestety, trzeba stwierdzić, że wysoki komisarz nie zawsze traktuje swoje stanowisko tak, jak rozumie to nasza ludność, a mianowicie, że jest tylko rozjemcą w sprawach między Gdańskiem a Polską. Przedstawicielstwo Ligi Narodów w Gdańsku znacznie rzadziej przyjmuje w swej rezydencji ludzi niemieckich niż przedstawicieli zbankrutowanych partii opozycyjnych… Dzięki temu ta międzynarodowa organizacja zbliżyła się znacznie bardziej do przedstawicieli tutejszej opozycji…”

Przyznać trzeba, że takiego traktowania przedstawiciela Wolnego Miasta jeszcześmy tu nie mieli. Dawniejsi prezydenci Senatu zawsze z jak największym uznaniem odnosili się do wysokiego komisarza. Toteż nic dziwnego, że wystąpienia prez. Greisera wzbudziły tu ogólne zdziwienie i przekonanie, że wywołają konflikt między nim a wysokim komisarzem.

Jakoż dzisiejszy numer „Gazety Gdańskiej” przyniósł znaną już czytelnikom wiadomość o zajściu między prezydentem Gdańska a wysokim komisarzem LN.

Oczywiście, notatka ta wywołała ogólną sensację – i miała przede wszystkim ten wynik, że koło godz. 14 zjawiło się w redakcji „Gazety Gdańskiej” aż 5 urzędników policyjnych, którzy dokonali rewizji lokalu, jak również osobistej redaktorów Grimsmanna33 i Przylibskiego.

Rewizja żadnych wyników nie dała, numer jednak inkryminowany „Gazety Gdańskiej” został skonfiskowany. Trzeba dodać, że przed paru dniami skonfiskowano już jeden numer, tak iż w ciągu tygodnia to już druga konfiskata dziennika polskiego, który zaczyna w ten sposób podzielać los socjalist. „Volksstimme” i centrowej „Volkszeitung”.

O ile słychać, treść notatki zamieszczonej w „Gazecie Gdańskiej” odpowiada na ogół rzeczywistości, należy jednak dla ścisłości zaznaczyć, że zamiast „wczoraj wieczorem” powinno być raczej „w sobotę wieczorem”. Co się zaś tyczy b. prezydenta dra Rauschninga, to przypomnieć należy, iż po ustąpieniu ze stanowiska prezydenta Senatu wystąpił także ze stronnictwa narodowosocjalistycznego. Na początku okresu wyborczego chodziły tu słuchy, że będzie naczelnym kandydatem listy pn. „Deutsche Front”, nie sprawdziły się jednak one, gdyż jak wiadomo, listy takiej nie zgłoszono, a na żadnej innej dra Rauschninga nie znajdujemy.

Quidam


Siedziba wysokiego komisarza Ligi Narodów w Gdańsku, lata 30. XX wieku


Budynek redakcji polskiej „Gazety Gdańskiej”, oflagowany w czasie wyborów 1935 roku

KURIER WARSZAWSKI dnia 5 kwietnia 1935 roku

Horoskopy wyborcze w Gdańsku

Gdańsk, w kwietniu

Jeśli narodowi socjaliści sięgają po większość kwalifikowaną, to jest ona im potrzebna na pewno… bez względu na to, w jakim celu. Dokładają też wszystkich starań, aby zdobyć przynajmniej ⅔ ogólnej ilości miejsc poselskich. Opierając się na swej – powiedzmy szczerze – bardzo sprężystej organizacji i na środkach Wolnego Miasta, którym rządzą i którego fundusze mają do rozporządzenia, jak również na funduszach czerpanych z Rzeszy (powiadają, że namiestnik gdański, Forster, przywiózł po rozpisaniu wyborów aż 7 milionów marek niem. z Berlina!), rozwijają działalność niezwykle ruchliwą. Sypią pieniędzmi na prawo i na lewo. Nie tylko na płynące jak powódź afisze, ulotki, druki, nie tylko na wielkie transparenty (powiadają, że samego białego perkalu na ten cel zakupili coś przeszło 60 000 metrów!) i sztandary ze swastyką, którymi obwieszają domy od szczytu do podziemi, nie tylko na 1300 zebrań przedwyborczych, nie tylko na wsparcia i zapomogi bardzo szczodrze rozdzielane wśród biedniejszej warstwy ludności, lecz również na rozpoczęcie w najrozmaitszych miejscach większych i mniejszych robót inwestycyjnych: osiedli, budynków użyteczności publicznej, dróg itd. Szpalty pism codziennych stronnictwa i pism wysługujących się aż się uginają od reprodukcji planów, widoków, szkiców tego wszystkiego.

 

Obok tego ciągłe przemarsze umudurowanych oddziałów z muzyką i śpiewami podtrzymują nastrój na ulicy, co prawda coraz mniej i coraz słabiej na to reagującej; na zgromadzeniach zaś co wieczór odbywanych we wszystkich wielkich salach wtłacza się w mózgi słuchaczy hasła antyopozycyjne i prohitlerowskie. Zgromadzenia te są przepełnione; osiąga się to bardzo prosto – rozkazem i naciskiem zmusza się wszystkich zależnych od władzy i organizacji ludzi do obowiązkowego stawienia się, czy chcą, czy nie chcą.

Słowem, narodowi socjaliści nie zaniedbują niczego, by wygrać wszystkie atuty, które mają w ręku, na swoją korzyść.

Nie można jednak powiedzieć, aby tego nie potrzebowali czynić. Pomimo wszystko w ciągu dwóch lat swych rządów nie potrafili zadowolić wszystkich.

Opozycja zaznacza się w walce wyborczej obecnie w większym stopniu niż w 1933 r. Co prawda ani socjaliści, ani centrowcy, a tym bardziej niemieckonarodowi nie posiadają ani w części tych środków, którymi rozporządzają narod. socjaliści, jednak, szczególnie w pierwszych tygodniach, socjalni demokraci bogato rozwinęli walkę na wielkie plakaty, ich „Volksstimme” dzielnie szermuje piórem i jest wciąż bardzo czytana, jak również centrowa „Volkszeitung”. Najmniej znać agitację niemieckonarodowych.

Toteż zaciekawienie wzrasta z godziny na godzinę, z dnia na dzień – jak to wypadną rezultaty wyborów.

Gdyby wyborcy istotnie nie bali się głosować tak, jak myślą, na pewno narodowi socjaliści nie mogliby liczyć na uzyskanie kwalifikowanej większości. Ale przy pewnej hipnozie, jaka panuje wśród tutejszych Niemców, przy wpojonym od szeregu pokoleń posłuszeństwie dla władzy, przy ogromnym zmaterializowaniu, jakie istnieje wśród najszerszych sfer tutejszej ludności, należy spodziewać się raczej bezwzględnego zwycięstwa hitlerowców.

A jak wypadną wybory dla Polaków gdańskich ?

Na to pytanie trudno dać odpowiedź. Jeśli chodzi o ilość mandatów, to będzie ona zależała nie tylko od ilości głosów oddanych na listę polską, lecz również od ilości głosujących w ogóle – a ta będzie niewątpliwie bardzo znaczna, dzięki ogólnemu zainteresowaniu wyborami, jak również dzięki temu, że w głosowaniu mogą brać udział i ci obywatele Wolnego Miasta, którzy mieszkają poza jego granicami, a więc ci, którzy przyjadą do Gdańska w dniu wyborów i wylegitymują się ważnym paszportem gdańskim. Liczba tych poza Gdańskiem mieszkających gdańszczan – szczególnie w Niemczech – może się okazać niespodzianie bardzo znaczna. Jak słychać już w obecnej chwili, istnieje prawdopodobieństwo przyjazdu z Rzeszy aż 10 tysięcy obywateli Wolnego Miasta uprawnionych do głosowania. Władze gdańskie niewątpliwie uczynią wszystko – w porozumieniu ze stronnictwem narodowosocjalistycznym, rządzącym i w Rzeszy, i w Gdańsku – aby w tym kierunku wyzyskać wszystkie możliwości.

Jeśli jednak ilość mandatów, która przypadnie Polakom, nie może być przewidziana, to w każdym razie stwierdzić należy, że obok narodowych socjalistów najbardziej znać w walce wyborczej właśnie Polaków.

I organizacje polityczne polskie stale pracujące na tym terenie, i polski komitet wyborczy rozwijają naprawdę bardzo żywą i sprężystą działalność. Plakaty i transparenty polskie rzucają się od razu w oczy na ulicach gdańskich, ulotki i wydawnictwa polskie są kolportowane w znacznej ilości, nie ma wieczoru, żeby gdziekolwiek, i to w kilku miejscach, nie odbywały się polskie zebrania przedwyborcze, wieczornice lub przedstawienia…

Toteż w ostatnich dniach coraz wyraźniej narodowi socjaliści w swej agitacji zwracają się właśnie przeciw Polakom.

Zrywają plakaty, kradną w nocy transparenty zawieszone w poprzek ulic (jak np. przy zbiegu Pfefferstadt i Hansaplatz34 – i to z wysokości 2 piętra i na wprost posterunku policyjnego, stojącego naprzeciw willi prezydenta Senatu i w miejscu bardzo mocno w nocy oświetlonym!), terroryzują ludność polską zamalowywaniem okien, biciem szyb lub wprost naprawdę zwierzęcym biciem wybitniejszych działaczy.

Dość powiedzieć, że w dniu 31 marca, a więc owego wspaniałego pochodu i wiecu polskiego, w godzinach nadwieczornych pobito na ulicach Gdańska kilku Polaków, m.in. pobity został jeden z synów dyr. Budzyńskiego, kandydata na posła z listy polskiej. Szczególnie zaś ucierpiał listonosz poczty polskiej, B. Wiśniewski, którego za niesalutowanie sztandarów narodowosocjalist. napadnięto przy ul. Kassabischer Markt i pobito tak, iż obdukcja lekarska stwierdziła u niego, oprócz wielu śladów uderzenia i opuchnięć, ranę 4 cm długości na policzku taką, iż widać przez nią zęby!

W Kłodawie znowu w dn. 1 kwietnia ciężko pobito męża zaufania Związku Polaków, Pawła Brodzkiego. Nazwisko napastnika tym razem przynajmniej zostało protokolarnie stwierdzone.

Quidam


KURIER WARSZAWSKI – dnia 9 kwietnia 1935 r.

KURIER WARSZAWSKI dnia 8 kwietnia 1935 roku

Wyniki wyborów w Gdańsku

HITLEROWCY NIE OSIĄGNĘLI CELU

Korespondent nasz telefonuje z Gdańska:

Wynik głosowania przedstawia się następująco: lista nr 1 narodowi socjaliści – 139 tys. głosów (zyskali 30 tys.), lista nr 2 socjaliści – 37 tys. (bez zmiany), lista nr 3 komuniści – 6800 gł. (stracili 8 tys.), lista nr 4 centrum – 30 tys. (stracili 1000 gł.), lista nr 5 niemieckonarodowi – 9700 gł. (stracili 6 tys.), lista nr 7 Polacy – 8100 gł. (zyskali 1500 gł.).

Prawdopodobny podział mandatów: narodowi socjaliści – 44, socjaliści – 12, komuniści – 2, centrum – 9, niemieckonarodowi – 3, Polacy – 2.

W ten sposób hitlerowcy nie uzyskali większości ⅔, która przy ogólnej ilości 72 mandatów wynosi 48. A ta właśnie większość, potrzebna dla zmiany konstytucji, była celem ich akcji.

Szczególną uwagę należy zwrócić na kilkakrotne zmienianie rezultatu głosowania, jeżeli idzie o listę polską. Najpierw podano 9 tys. głosów, później 8700, wreszcie – 8100 głosów.

Po terrorze wyborczym w Gdańsku

Napad na Polaków w Brednowie

Gdańsk, 9 kwietnia

W organizacji narodowosocjalistycznej szerzy się coraz bardziej podjudzanie przeciwko Polakom. Jako przykład może służyć dziki napad w Brednowie.

W dniu wyborów członek Związku Polaków w Gdańsku, Ferner, wywiesił chorągiew polską. Hitlerowcy grozili mu napadem. Jakoż o godz. 5 rano w poniedziałek do jego mieszkania zaczęło szturmować 9 hitlerowców. Ferner bronił się zawzięcie. Podczas walki został raniony w bok, złamano mu dwa żebra. Musiał być odstawiony do szpitala. Pasierb jego, Wojciech Cesarczyk, został raniony ostrym narzędziem w twarz. Rana 4 cm długości. Napastników rannych jest dwóch. Szczęściem zjawiła się rychło policja, która napastników aresztowała.

W Brednowie panuje w dalszym ciągu ogromne podniecenie przeciwko Polakom.

Komisarz jeneralny, otrzymawszy wiadomość, wysłał natychmiast do Brednowa urzędników komisariatu, pp. Stankowskiego i Śmieszka. Na zasadzie otrzymanego raportu osobiście interweniował u prezydenta Senatu, Greisera.

Dziś rano poszkodowany Cesarczyk został wezwany do sędziego sądu doraźnego, oskarżony jakoby o prowokacyjne rzucanie w dniu wyborów kamieni na hitlerowców. Wskazuje to, że władze gdańskie chcą w ten sposób odpowiedzialność za zajścia przerzucić na Polaków.

KURIER WARSZAWSKI dnia 11 kwietnia 1935 roku

Bilans wyborów gdańskich

Gdańsk, w kwietniu

Narodowi socjaliści zdobyli bezwzględną większość i będą mieli 43 mandaty na 72 ogólnej ilości; socjaliści i centrowcy jednak utrzymali swój stan posiadania, jak również Polacy, o ile chodzi o ilość mandatów. Faktycznie więc przywódcy narodowych socjalistów w Gdańsku ponieśli raczej klęskę.

Przede wszystkim dlatego, że nie udało się im ani całkowicie zniszczyć opozycji, ani zdobyć kwalifikowanej większości ⅔ mandatów (tzn. 48 mandatów).

Całkowite zniszczenie opozycji było im potrzebne, aby na terenie Genewy nie dopuścić w maju do dyskusji nad memoriałem centrowców, stwierdzającym łamanie przez Senat gdański konstytucji gdańskiej w ciągu rządów od lipca 1933 r. do końca 1934 r.; dyskusja ta, jak wiadomo, została odłożona na majowe posiedzenie Rady Ligi Narodów i niewątpliwie przyniesie Senatowi gdańskiemu porażkę na terenie międzynarodowym.

Kwalifikowana większość zaś była im potrzebna dla uchwalenia zmiany konstytucji w duchu wprowadzenia w całej rozciągłości zasad hitleryzmu do życia prawnego, politycznego, społecznego i gospodarczego Gdańska.

Opozycja socjalno-demokratyczna i centrowa, a więc ta poważna i ufundowana na trwałych przekonaniach, nic właściwie nie straciła, a kto wie, czy nie zyskałaby na terenie, gdyby nie była faktycznie postawiona poza prawem, jak to miało miejsce szczególniej podczas obecnego okresu wyborczego. Rządy więc narodowych socjalistów w ciągu ostatnich dwóch lat pomimo wszystko nie zawładnęły całkowicie opinią społeczną w Gdańsku.

Co prawda zyskali narodowi socjaliści trzydzieści tysięcy głosów kosztem komunistów (7 tysięcy) i niemieckonarodowych (4 tysiące), jak również kosztem przyjezdnych z Niemiec gdańszczan (których, jak podają prywatnie sfery niemieckie, przybyło 15 tysięcy), co prawda zamiast 42 mandatów, jakie ostatnio posiadali w dawnym Sejmie, będą mieli 43, ale czy warta skórka za wyprawkę, czy nie zapłacą za to prestiżem własnych swoich członków, których pędzali do upadłego przez 6 tygodni, głosząc, że dzięki ich wytężonej pracy zdobędą co najmniej 90% ogólnej ilości głosów? Przecie jeśli najprostszy SA-man uprzytomni sobie, że w listopadzie 1934 w powiecie Niziny Gdańskie w wyborach do sejmiku powiatowego narodowi socjaliści zdobyli 88% głosów, do gmin zaś 90%, a teraz do Sejmu zaledwie 60%, to czy nie przyjdzie do przekonania, że ruch narodowosocjalistyczny właściwie nie idzie naprzód w Gdańsku, lecz się cofa?

Przecie głosili z wielkim krzykiem, że w Gdańsku powtórzy się to, co zaszło podczas głosowania w Sarrze. A tymczasem w Sarrze zdobyli 95%, w Gdańsku zaś zaledwie 60%!

To rozczarowanie jest tym boleśniejsze, że narodowi socjaliści gdańscy wciągnęli w walkę wyborczą w Wolnym Mieście najwyższe sfery partyjne Rzeszy oraz członków jej rządu.

Że nie dopięli swego, chociaż agitowali za nimi ministrowie Rzeszy – Rust, Goering, Hess i Goebbels!

I nic dziwnego, że zaraz po wyborach zaczęły krążyć po Gdańsku słuchy, że w kierownictwie okręgu NSDAP w Gdańsku w najbliższym czasie zajdą bardzo poważne zmiany.

Po hałasach ostatniego tygodnia nastąpiła całkowita cisza, po cichutku zdejmuje się transparenty i chorągwie ze swastyką, uprząta się trybuny i wieńce. Nigdzie żadnych okrzyków tryumfu…

Jeśli o głosy polskie w Gdańsku chodzi, będziemy mieli co prawda tyleż mandatów, co przedtem, ale możemy pochwalić się przyrostem aż 1600 głosów. Jeśli odejmiemy jakieś 400 głosów gdańszczan Polaków, przybyłych na głosowanie z Polski, gdzie mieszkają, to na miejscu zdobyliśmy okrągło 1200 głosów. Takiego przyrostu nie mieliśmy jeszcze nigdy i chociaż nie odzyskaliśmy liczby głosów, które padły na listę polską w r. 1920 (9248), to jednak zbliżamy się do niej.

Wzmagamy się tu w siły. Pomimo szalonego nacisku i terroru (podczas ostatnich 2 tygodni zanotowano przeszło 80 wypadków terroru nad Polakami), pomimo stawianych nam wszędzie trudności i przeszkód skupiamy koło siebie coraz więcej rodaków, których usidlały stronnictwa niemieckie. Budzi się dusza polska w uśpionych…

Quidam

Jak to nazwać?

 

Gdańsk, w kwietniu

W ostatnich korespondencjach przedstawiłem, w jaki sposób – pomimo wielokrotnych gromkich zapewnień przywódców ruchu narodowosocjalistycznego w Gdańsku, iż niezłomnie dążą do całkowicie zgodnego współżycia z Polską – jest traktowana w Wolnym Mieście ludność polska przez doły organizacji narodowosocjalistycznej. To, co w stosunku do Polaków czynią członkowie tej organizacji, w istocie rzeczy przeczy całkowicie temu, co głoszą jej szczyty.

Przede wszystkim dzieją się nadużycia w dziedzinie szkolnej, co jest tym bardziej znaczące i ważne, że przecie właśnie Senat, wyłoniony z organizacji narodowosocjalistycznej, w dn. 18 września 1933 r. podpisał całkowicie dobrowolnie, bez jakiegokolwiek z czyjejkolwiek strony nacisku, umowę w sprawie zapewnienia ludności polskiej w WM Gdańsku możności swobodnego rozwoju narodowo-kulturalnego.

Zdawało się, że wobec tego nastąpią i nastąpić muszą pożądane stosunki lojalnego współżycia i że szkolnictwo polskie będzie mogło swobodnie się rozwijać.

Ponieważ wskutek wyżej wymienionej umowy 18 września 1933 r. przewidziana jest możność zakładania polskich prywatnych szkół powszechnych, gdańska Macierz Szkolna postanowiła założyć taką szkołę we wsi Piekle, której ludność składa się prawie całkowicie z Polaków, i jesienią 1933 r., a więc prawie przed półtora rokiem, nabyła w tej wsi od Polaka Domańskiego grunt o powierzchni 15 313 m kw. w celu wybudowania tu szkoły powszechnej i ochronki. Jak to już pisałem w swoim czasie – przed rokiem – zarząd gminy Piekło (po niemiecku Pieckel) w ostatnim terminie przez prawo ustanowionym skorzystał z prawa pierwokupu, wydanego przez Senat Wolnego Miasta przed laty dziesięciu w celu uniemożliwienia Polakom nabywania nieruchomości, i objął w posiadanie cały plac Domańskiego, unicestwiając w ten sposób transakcję między nim a Macierzą. Aby zaś nadać temu przeciwpolskiemu postępkowi pozory słuszności i umotywować potrzebę zakupu tego placu dla celów gminnych, natychmiast przystąpił do budowy domu dla narodowosocjalistycznego Arbeitsfrontu.

Cały prawie rok 1934 zbiegł na szeregu interwencji komisarza jeneralnego RP w tej sprawie, aż wreszcie w dn. 8 listopada 1934 r. otrzymano pismo ówczesnego wiceprezydenta Senatu, p. Artura Greisera, w którym doniósł on, że „wskutek jego osobistej interwencji” gmina Piekło zgodziła się odstąpić z zakupionego u Domańskiego placu 14 861 m kw., a więc wszystko to, co zostało po wybudowaniu siedziby owego narodowosocjalistycznego Arbeitsfrontu. W piśmie tym m.in. czytamy: „Zwrot tego placu oznacza przeto szczególnie wielkie ustępstwo ze strony gminy Piekło – i że musi ona gdańskie interesy postawić na drugim planie w porównaniu z potrzebami polskiej mniejszości”.

Zdawałoby się, że po tym piśmie sprawa jest już załatwiona pozytywnie, gdy jednak po kilku tygodniach zarząd Macierzy zgłosił się do sołtysa Neumanna, komisarza gminy Piekło, a zarazem kierownika miejscowej szkoły powszechnej senackiej z językiem wykładowym niemieckim, w celu zakończenia transakcji, otrzymał od tego pana odpowiedź, że o niczym nie wie, gdyż nie nadeszło jeszcze odpowiednie pismo z Senatu.

Analogiczną odpowiedź dał też p. Neumann i dn. 17 grudnia 1934 r. Żmudne te i wciąż niewątpliwie z całkowicie złą wolą przewlekane pertraktacje trwały także w ciągu następnych dwóch miesięcy, aż wreszcie na konferencji w dn. 2 marca 1935 r. przedstawiciel gminy zakomunikował, że gmina gotowa jest odstąpić plac Macierzy – ale zaledwie o powierzchni 1000 m kw. (zamiast 14 861 m kw.), i to najniedogodniej położony.

Już to uważać można było za cynizm, szczyt jego został jednak osiągnięty przez gminę w propozycji, aby Macierz zapłaciła 45 fen. za m kw., gdy sama nabyła od Domańskiego tenże plac, płacąc zaledwie 12 fen. za m kw., stosownie do umowy zawartej przez Macierz z Domańskim!

Nastąpiła wskutek tego nowa interwencja w Senacie, ale dotychczas sprawa nie jest załatwiona i nie wiadomo, kiedy to nareszcie nastąpi. A Macierz wciąż nie może zrealizować projektu założenia polskiej prywatnej szkoły powszechnej w Piekle, wsi o prawie wyłącznie polskiej ludności…

Jak nazwać takie postępowanie?…

Quidam

KURIER WARSZAWSKI dnia 1 maja 1935 roku

Kurs wzmocniony

Gdańsk, w kwietniu

Nic się tu u nas nie zmieniło w porównaniu z ubiegłym okresem rządów narodowosocjalistycznych. Owszem, kurs, który panował przed wyborami, został znacznie wzmocniony. Nieliczenie się z obowiązującą konstytucją, terror – i to bezwzględny – w stosunku do opozycji, świadome uchylanie się od wypełniania zobowiązań wynikających z umów międzynarodowych – trwają w dalszym ciągu w całej pełni.

Nie osiągnąwszy tych celów, które sobie zakreślili, rozpisując nowe wybory, otrzymawszy jednak w każdym razie większość umożliwiającą im w dalszym ciągu wykonywanie rządów, narodowi socjaliści postanowili obecnie dać opozycji odczuć w jak najdotkliwszy sposób całe swe rozdrażnienie, jak również swą zemstę.

„Teraz pokażemy opozycji swą siłę w ciągu najbliższych czterech lat” – napisał w kilka dni po wyborach red. Wilhelm Zarske35 w „Danziger Vorposten”, urzędowym organie gdańskiego okręgu NSDAP. „My tylko mamy tu coś do mówienia, a nikt inny” głosi tytuł artykułu tegoż p. Zarskego w tymże ,,Vorpostenie” z dn. 12 kwietnia. W tej enuncjacji, niewątpliwie ogłoszonej w imieniu stronnictwa, o czym świadczy zarówno specjalny układ graficzny artykułu, jak i podpis całkowitym imieniem i nazwiskiem jego autora, w końcu czytamy, co następuje:

„Przed każdym pojedynczym narodowym socjalistą stoi znowu jedno zadanie: a mianowicie musi on wyszukiwać swego przeciwnika ideowego, musi go znaleźć, musi go przekonać, a gdy się to nie uda, zniszczyć go [rozstrzelenie p. Zarskego]. Żadne maski nie pomogą, przeciwnik musi być traktowany jako taki. Każdy narodowy socjalista pała obecnie chęcią wykazania się, że jest prawdziwym bojownikiem w imię swego światopoglądu. Każdy narodowy socjalista walczy na swoją rękę, w swoim najbliższym otoczeniu, w zakresie swojej siły”.

A więc walka aż do zniszczenia – oto hasło obecnego okresu rządów narodowosocjalistycznych. A że w walce na śmierć i życie nie zwraca się uwagi na metody, tedy nic dziwnego, że wszelkie pisane prawa muszą iść w kąt i tylko najbrutalniejsza pięść decydować musi.

I nic dziwnego, że w parę dni po wyborach pod byle pozorem zawieszony został na pięć miesięcy socjalnodemokratyczny dziennik „Danz. Volksstimme”, tak chętnie czytany tu przez szerokie masy ludności.

I nic dziwnego, że dn. 14 kwietnia – bez jakiejkolwiek przeszkody ze strony policji – za pomocą dwóch pługów przez oddział narodowych socjalistów został zaorany i niemal całkowicie zniszczony stadion socjalnodemokratycznego robotniczego związku sportowego. Rzecz ciekawa, że ta sama policja, która nie przeszkadzała niszczeniu stadionu, jak najbardziej stanowczo przeszkodziła członkom związku sportowego w naprawie zniszczenia, pod pozorem, że w niedzielę praca nie jest dozwolona.

I nic dziwnego, że w Wielką Sobotę, w nocy z dn. 20 na 21 kwietnia, w Brzeźnie SA-truppführer Antoni Porada pchnięciem w brzuch, tzw. ehrendolchem, tzn. bagnetem noszonym przy mundurze tej organizacji bojowej, zamordował spokojnego przechodnia, centrowca Pawła Karschnika, za to, że ten nie odpowiedział mu na pozdrowienie Heil Hitler.

Biedny Karschnik wracał z pracy do domu, by pójść potem na rezurekcję. Spokojny ten, pracowity, używający jak najlepszej opinii wśród wszystkich mieszkańców Brzeźna człowiek osierocił 7 nieletnich dzieci. Śmierć jego wzbudziła ogólny żal, ale za to w komunikacie policji czytamy, że zabójca (nb. notoryczny pijak i awanturnik) działał w koniecznej obronie życia, tak jak gdyby to on był napadnięty przez Karschnika i jak gdyby ten ostatni posiadał ów ehrendolch.

Znany to zresztą wybieg, gdy chodzi o ratunek od odpowiedzialności członka bojówki narodowosocjalistycznej. Przecie dzięki niemu to został uwolniony od winy i kary przez sądy gdańskie Gengerski, zabójca Polaka Styrbickiego w 1931 r.36, podobnie bojówkarz Rudziński, zabójca socjalisty Gruna w 1932 r., wreszcie bojówkarz Wessel, zabójca Polaka, robotnika rolnego, w 1933 r., itd., itd. (W ostatniej chwili dowiaduję się, że Porada został dziś wypuszczony z więzienia i znajduje się na wolnej stopie!)

Co prawda Porada i tym razem był pijany, ale czyż właśnie w stanie otumanienia alkoholem człowiek nie poddaje się łatwiej i bezkrytyczniej pewnym wojowniczym hasłom, szczególnie politycznym, które zapadły mu głęboko w duszę?