Gdańsk przed burzą.Tekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Już w ciągu ubiegłych miesięcy słyszało się o nacisku, wywieranym np. przez panów inspektorów szkolnych na nauczycielstwo, by zmieniało polsko brzmiące nazwiska na niemieckie. I niejedna nauczycielka w obawie o chleb poddała się temu naciskowi. Niejeden też wachmistrz policji lub urzędnik celny poszedł w jej ślady. Były to jednak wypadki pojedyncze i stosunkowo nieliczne; na 35 tysięcy polskich nazwisk rozpowszechnionych na terenie gdańskim do końca 1933 r. zaledwie 406 osób zmieniło urzędownie nazwisko na niemiecko brzmiące.


Albert Forster na spotkaniu z pracownikami gazowni miejskiej

Ale oto w ostatnich dwu tygodniach Senat wydał tajny okólnik zalecający dokonanie tej zmiany przez wszystkich urzędników Wolnego Miasta, a stronnictwo narodowosocjalistyczne rozpoczęło zażartą agitację w kierunku urzeczywistnienia tego polecenia w jak najszerszych warstwach społecznych. SA- i SS-manowie chodzą od mieszkania do mieszkania i zbierają odpowiednie deklaracje, które następnie zostaną przesłane do Senatu, aby urzędownie te zgłoszenia zatwierdził. Sprawa jest tym bardziej ułatwiona, że Senat postanowił nie pobierać opłat, które dotychczas w danym razie pobierał, i wszelkie manipulacje dotyczące zmiany nazwiska oraz ogłoszenia w Statsanzeigerze załatwiać bezpłatnie.

Kto zna brutalność, z jaką mający władzę w ręku w Gdańsku przeprowadzają swe zarządzenia, ten nie zdziwi się, jeśli wkrótce będzie odczytywał długie spisy tych, którzy temu nowemu zabiegowi „zachowania niemczyzny” w Gdańsku się poddadzą.

Sprawa dokonania zmian nazwisk polskich na niemieckie staje się tym zrozumialsza, że Senat gdański narodowosocjalistyczny w dn. 18 września 1933 r. podpisał przecie umowę z Polską, według której do posyłania dzieci do szkół polskich mają prawo nie tylko Polacy (tj. bezwzględnie swą narodowość deklarujący), lecz wszyscy obywatele gdańscy pochodzenia lub języka polskiego. A cóż jest lepszym świadectwem pochodzenia polskiego, jak nie nazwisko o polskim brzmieniu?

Tak tedy zarządzona przez Senat zmiana przez urzędników gdańskich nazwisk polskich na niemieckie jest nie tylko brutalnym, niesłychanym w dziejach zabiegiem germanizacyjnym, którego nie ośmielały się stosować nawet najbardziej hakatystyczne rządy przedwojenne w Prusach i Rzeszy, lecz również zabiegiem świadomie godzącym w podpisaną przez tenże Senat umowę z Polską, jest dowodem świadomego uchylania się od jej dotrzymania.

Agitacja zaś czynna stronnictwa narodowosocjalistycznego za tą zmianą jest faktem, który stoi w jawnej i w jak najbardziej dobitnej sprzeczności z jego rzekomą dążnością do ustalenia zgodnego współżycia z Polską i z tak przez nie głoszonym rzekomym poszanowaniem polskiej narodowości.

Quidam

KURIER WARSZAWSKI dnia 5 marca 1935 roku

Co na to p. komisarz?

Gdańsk, w marcu

Zarówno urzędowe oświadczenia władz gdańskich, jak enuncjacje rozmaitych tutejszych czynników stronnictwa narodowosocjalistycznego starają się utwierdzić w opinii publicznej przekonanie, że rozpisane na dzień 7 kwietnia wybory do Sejmu gdańskiego bynajmniej nie mają być „próbą plebiscytu za powrotem Gdańska do Rzeszy”, lecz są niezbędne „wyłącznie i całkowicie tylko ze względu na wewnętrzne położenie” w Wolnym Mieście.

Ferwor, z jakim to zdanie się szerzy, jest niewątpliwie dowodem, że i władzom gdańskim, i tutejszemu okręgowi stronnictwa narodowosocjalistycznego chodzi bardzo a bardzo o to, aby nikt nie myślał, iż w Gdańsku stawia się nowy krok w kierunku urzeczywistnienia hasła Zurück zum Reich17, wypisanego w nagłówku dziennika „Der Danziger Vorposten”, urzędowego organu okręgu gdańskiego NSDAP.

A skoro im tak bardzo na tym zależy, to znając z jednej strony arkana polityki w ogóle, z drugiej zaś zdając sobie doskonale sprawę z taktyki stosowanej od przeszło półtora roku przez czynniki mające obecnie w ręku władzę w Gdańsku, śmiało możemy twierdzić, że w rzeczywistości kwietniowe wybory tym czynnikom są potrzebne właśnie dla tej gry, którą tak systematycznie prowadzą.

Możemy to uczynić tym bardziej, że istnieją liczne dane wskazujące na to, iż panowie spod znaku swastyki, tak zawzięcie broniący się pro foro externo od przypisywanego im dążenia, in foro interno, tzn. w łonie swego stronnictwa, w swych organizacjach i w szeregach swych członków, tę właśnie myśl równie energicznie szerzą.

Zdradzają się z tym przecie na każdym kroku.

Przede wszystkim już listopadowe wybory komunalne w dwu powiatach – Nizinach i Żuławach – powiązali z plebiscytem w Sarrze18, głosząc podczas agitacji przedwyborczej, że rzucenie przez ludność tych gdańskich powiatów głosów na listę narodowosocjalistyczną zachęci biorących udział w plebiscycie sarrskim do uczynienia tego samego. Dlatego też piętnowali wszystkich, którzy agitowali i głosowali na inne listy, socjalistyczną i centrowo-niemieckonarodową, mianem „zdrajców kraju”.

A jak głęboko potrafili swym wyznawcom, a nawet i przeciwnikom wbić w głowę ten związek między wyborami w Gdańsku i plebiscytem w Sarrze, to świadczy fakt, który został zaobserwowany tu powszechnie, że po ogłoszeniu wyników plebiscytu na obszarze sarrskim – wśród najszerszych sfer ludności niemieckiej i nieniemieckiej Gdańska natychmiast rozszerzyło się przekonanie, iż w najbliższych miesiącach zostanie zarządzony analogiczny plebiscyt na terenie Wolnego Miasta. Słyszało się to literalnie na każdym kroku. Mówili o tym inteligenci w biurach i na ulicy, przekupki na Fischmarkcie, konduktorzy tramwajowi i służące w kuchniach. Jednocześnie też liczni niżsi funkcjonariusze senaccy w wioskach gdańskich, żandarmi, sołtysi, nauczyciele i kierownicy szkół powszechnych, jak również kierownicy niższych i wyższych komórek organizacyjnych narodowosocjalistycznych zaczęli terroryzować Polaków zgłaszających swe dzieci do szkół polskich, szerząc osobiście wiadomości, iż lada miesiąc zostanie rozpisany plebiscyt w Wolnym Mieście za przyłączeniem jego terenu do Rzeszy. „A jak wypadnie tak samo jak w Sarrze – co jest zresztą niewątpliwe – to wszyscy posyłający swe dzieci do szkół polskich będą musieli wynieść się do Polski, jako zdrajcy kraju”.

Toteż nic dziwnego, że gdy rychło po ogłoszeniu wyników plebiscytu sarrskiego na wniosek stronnictwa narodowosocjalistycznego rozwiązano Volkstag gdański i zarządzono nowe wybory, każdy rozumował, że będą one właśnie tym plebiscytem, o którym tak powszechnie mówili wszyscy, w blasku brązowych mundurów chodzący.

I nic dziwnego, że obchodzony i w Gdańsku bardzo uroczyście przez sfery urzędowe dzień 1 marca, tzn. dzień powrotu Sarry do Rzeszy, znowu dał powód do zdradzenia się, czym właściwie mają być wybory kwietniowe dla Wolnego Miasta.

Już to, że pan prezydent Artur Greiser zgromadził w wielkiej sali posiedzeń Senatu przedstawicieli i szczyty świata urzędniczego gdańskiego i wygłosił do nich mowę o fakcie powrotu Sarry do Rzeszy, ma swoją dużą wymowę. Jeszcze bardziej wymowne są następujące słowa p. prezydenta, podane urzędowo:

„Właśnie my tu w Gdańsku możemy się szczególnie cieszyć z powrotu do Rzeszy naszych braci znad Sarry, gdyż mamy szczególne zrozumienie dla położenia Niemców sarrskich w ciągu 15 lat obcego władztwa nad nimi.

Powrót Sarry do Rzeszy nie powinien jednak budzić w nas zazdrości, musi natomiast pobudzić nas do tego, abyśmy mocniej zaciągnęli rzemienie naszych hełmów i powzięli postanowienie dalszego trwania na placówce w walce o dobro całego narodu niemieckiego, zachowując wierność dla tegoż narodu i jego wodza Adolfa Hitlera”.

Przemówienie swe zakończył p. prezydent Greiser okrzykiem na cześć Adolfa Hitlera.

A jednocześnie na Fleischergasse w poprzek ulicy pomiędzy domami nr 3 i 4 z jednej strony i nr 90–91 z drugiej na zielonej girlandzie kołysał się wielki transparent, który z jednej strony miał napis: Deutsch ist die Saar19, a z drugiej – od Vorstädtischer Graben – Die Saar ist frei, jetzt bist du Danzig an dem Reich20. Był to niewątpliwie przejaw niezwykle rozpalonych uczuć patriotycznych mieszkańców wymienionych wyżej domów przy Fleischergasse, ale jakże niedyskretny! Jakże zdradzający to, co się szerzy w szeregach narodowosocjalistycznego stronnictwa w Gdańsku!

I to tym bardziej, że tuż obok znajduje się urząd policyjny i że ulicą Fleischergasse przechodzą stale przecie i oficerowie policyjni, którzy chyba też udzielili pozwolenia na wywieszenie tego transparentu, głoszącego jawnie i bezwstydnie o przestępnej z punktu prawnego agitacji przeciw istniejącemu statutowi Wolnego Miasta Gdańska!

I wobec tego musimy zwrócić się do p. Seana Lestera, wysokiego komisarza Ligi Narodów z zapytaniem: Co przedsiębierze w kierunku ukrócenia tej przestępnej z punktu widzenia prawa agitacji?

Quidam


Nazistowskie uroczystości w Gdańsku z okazji przyłączenia Kraju Saary do Rzeszy. Na fasadzie napis: „Deutsch ist die Saar”

KURIER WARSZAWSKI dnia 8 marca 1935 roku

Protest polski

Gdańsk, dn. 6 marca

Zawieszenie transparentu głoszącego, że po powrocie Sarry do Rzeszy nastaje obecnie kolej na Gdańsk (o czym pisałem przed kilku dniami), wywołało reakcję ze strony Związku Polaków w Gdańsku. Upatrując w tolerowaniu przez władze gdańskie takiego prowokatorskiego napisu naruszenie obowiązującego statutu Wolnego Miasta, prezes zarządu głównego wyżej wymienionej organizacji, skupiającej blisko 7 tysięcy Polaków, prof. dr Piotr Jeż21, wystosował do Senatu protest i żądanie, aby winni tego przestępstwa zostali odpowiednio ukarani. Odpisy tego pisma zostały jednocześnie przesłane komisarzowi jeneralnemu Rzplitej i wysokiemu komisarzowi Ligi Narodów.

 

Odpowiedź od Senatu na to wystąpienie dotychczas jeszcze nie nadeszła, o tym zaś, jaka ona będzie, wnosić można chociażby z tego, że transparent wisiał zupełnie bezkarnie – i widocznie złośliwie przez policję gdańską tolerowany – od piątku do wtorku włącznie (wówczas, gdy wszystkie inne sztandary i transparenty wywieszone w dn. 1 marca zostały zdjęte od razu w dn. 2 marca) oraz że „Der Danziger Vorposten”, organ urzędowy rządzącego w Gdańsku stronnictwa narodowosocjalistycznego, i urzędowa „Dako” w swym biuletynie starają się sprawę przedstawić jako bez znaczenia.

„Dako” w nr. 54 swego biuletynu również zapytuje:

„Zresztą pozostaje niejasne, czemu właściwie w wywieszonym transparencie czuje się dotknięta polska mniejszość w Gdańsku”.

Trzeba dać na to odpowiedź:

Ludność polska w Gdańsku zdaje sobie znakomicie sprawę z tego, że układy międzynarodowe, które wbrew logice geopolitycznej nie dopuściły do przyłączenia Gdańska do Polski i stworzyły Wolne Miasto, skrzywdziły ją w jak największym stopniu.

Ale że zawarowały jednocześnie, iż Gdańsk ma być portem polskim, oraz zastrzegły Polsce i ludności polskiej na tym terytorium pewne prawa, więc chociaż ze ściśnionym sercem – zgodziła się w końcu na ustanowiony porządek rzeczy.

Jednocześnie, zgodnie z wrodzoną Polakom lojalnością, ludność polska Wolnego Miasta oddała się pracy nie tylko dla dobra swego osobistego i Rzeczypospolitej, do której tęsknić nigdy nie przestaje, lecz również i dla tej ściślejszej ojczyzny, w której zresztą jest odwiecznym autochtonem, a nie żadnym napływowym elementem, kolonistą znad Renu lub z Bawarii, jak Niemcy.

Ludność polska w Gdańsku dochowuje wiernie wszystkich praw i zobowiązań, jakie na nią, wbrew jej woli, nałożone zostały – i nie może pozwolić nikomu innemu z współżyjących z nią w Wolnym Mieście na wyłamywanie się spod nich – i to tym bardziej w kierunku biegunowo przeciwnym od jej ideałów.

Toteż czuje się bardzo dotkniętą, widząc, w jaki sposób od wiosny 1931 r. bezkarnie i pod płaszczykiem „zachowania niemczyzny” szerzy się na terytorium Gdańska propagandę za przyłączeniem do Rzeszy, jak zupełnie bezkarnie i pod płaszczykiem „społecznej przebudowy” przygotowuje się wszystko, aby w odpowiedniej chwili tego przyłączenia Wolnego Miasta do Niemiec dokonać.

Dlatego dotyka ją i niepokoi hasło Zurück zum Reich w nagłówku „Vorpostenu”, dlatego dotyka ją i niepokoi zawieszanie transparentów z napisem zapowiadającym „oswobodzenie” Gdańska z kolei po Sarrze – i dlatego ma prawo i obowiązek apelowania do tych instytucji, które przez układy międzynarodowe zostały postawione na straży ustanowionego prawnego porządku rzeczy.

Quidam


Prezydium pierwszego wielkiego przedwyborczego wiecu polskiego w Messehalle, 10 marca 1935. Od lewej: Franciszek Sędzicki, Antoni Lendzion, Tadeusz Wejhert, Bolesław Paszot, Bronisław Budzyński, A. Schilker, ks. Bernard Winnicki


Zgromadzenie drugiego wielkiego przedwyborczego wiecu polskiego w Messehalle, 31 marca 1935

KURIER WARSZAWSKI dnia 13 marca 1935 roku

Jedna lista polska

Gdańsk, w marcu

Spadł nam tu kamień z serca, który ciężył od dawna, ale zwłaszcza od rozpisania nowych wyborów do Volkstagu.

Oto bowiem społeczeństwo polskie w Gdańsku nie przedstawia jednolitej całości. I w nim nurtują rozmaite prądy, i w nim zwalczają się rozmaite indywidualności. A że teren jest mały, że krąg interesów z natury rzeczy jest również niezbyt rozległy, więc, jak to bywa zwykle, tarcia te są nieproporcjonalnie intensywne i nieraz stają się już zbyt ostre. Takie właśnie – powiedzmy szczerze – zbyteczne zadrażnienie stosunków zapanowało tu u nas w ostatnim półroczu i rozwiązanie Sejmu gdańskiego zastało tutejsze społeczeństwo polskie w stanie rozdarcia wewnętrznego. Jeśli zaś się zważy, jak trudne jest położenie Polaków w Wolnym Mieście, jak każdy – literalnie każdy – głos polski jest niezbędny podczas wyborów, to nic dziwnego, że nas ogarnęła troska, jak to będzie w dniu 7 kwietnia, czy utrzymamy w Volkstagu ten stan posiadania, jaki mieliśmy dotychczas, i czy zdołamy zgodnie pójść do urny wyborczej.

Troska ta tym bardziej zasępiała czoła, że opinia niemiecka, w szczególności narodowosocjalistyczna, np. w „Danz. Vorposten”, wyraźnie podkreślała rozdarcie w społeczeństwie polskim i ze źle zamaskowaną uciechą głosiła, iż Polacy zapewne pójdą w rozsypce.

Lecz trzeba przyznać, że nie zawiodła wiara w zrozumienie sytuacji i w uczucia patriotyczne Polaków gdańszczan.

Dn. 7 bm. – w wyniku przeszło dwutygodniowych narad – zapadła uchwała obowiązująca, że wszyscy Polacy będą głosowali na jedną listę, a na czele jej zostaną postawione na pierwszych miejscach w następującej kolejności następujące osoby: b. poseł dyr. Bronisław Budzyński22, b. poseł Antoni Lendzion23, ks. proboszcz Wiecki24 i p. Wesołowski.

Trzeba przyznać, że pertraktujące strony dały z siebie wszystko, co dać mogły, że potrafiły w ostateczności poświęcić niejedną ambicję, zapomnieć niejedną urazę i obrazę i wznieść się ponad osobisty interes – w imię dobra sprawy polskiej u ujścia Wisły.

Należy im to poczytać za wielką zasługę, podobnie jak trzeba podnieść tę, jaką mają w danym razie min. dr Kazimierz Papée, komisarz jeneralny Rzplitej w Gdańsku, i jeden z jego najbliższych współpracowników, radca Ignacy Ziętkiewicz, którzy patronowali tym naradom i niemało przyczynili się do osiągnięcia porozumienia.

X

Polski komitet wyborczy zorganizował w niedzielę ubiegłą pierwszy polski masowy wiec wyborczy – w największej, jaka istnieje w Gdańsku, sali, a mianowicie w tzw. Messehalle przy Wallgasse. Olbrzymia hala, służąca normalnie do targów owocami, wypełniła się już o godz. 14 m. 30, tzn. punktualnie o wyznaczonym czasie, całkowicie polskimi wyborcami. Gdy przyszedłem o kwadrans później, już ledwo dostałem się do środka, a ci wszyscy, którzy jeszcze później przyszli – licząc na zwykłe tu w Gdańsku spóźnianie się – już wejść nie mogli: policja zamknęła dopływ publiczności, gdyż w hali zgromadziło się już koło 5 tysięcy osób i ze względów bezpieczeństwa nikt już więcej dopuszczony być nie mógł. Toteż – jak informowała po wiecu policja – jeszcze przynajmniej 2 tysiące odeszły z kwitkiem, żałując szczerze swego spóźnialstwa.

Już ten napływ publiczności na wiec – tak gromadny, jak nigdy jeszcze dotąd – jest dobitnym dowodem tego wrażenia, które na Polonii gdańskiej wywarł fakt ustalenia jednolitego frontu polskiego.

Świadczą o tym także ten nastrój, jaki panował przez cały czas zebrania, ta powaga, to skupienie, z którym wysłuchano przemówień pp. ks. Wieckiego, dyr. Budzyńskiego i posła Lendziona, ta reakcja, jaka występowała wśród publiczności w gorętszych momentach.

Śmiało można powiedzieć, że takiego zebrania politycznego nie przeżywaliśmy tu w Gdańsku jeszcze nigdy.

Narodowi socjaliści przyzwyczaili ogół w Gdańsku do podobnej oprawy zebrań politycznych – i każdy z polskich wiecowników czuł się znakomicie właśnie dlatego, że polski komitet wyborczy i pod tym względem nie dał się zakasować.

Wiec wywarł wrażenie nie tylko na społeczeństwie polskim w Gdańsku, lecz również na niemieckim. Narodowosocjal. „Der Danziger Vorposten” aż całe dwie kolumny poświęcił mu nazajutrz, a socjalist. „Danz. Volksstimme” podkreśla fakt, iż dotychczas Polacy jeszcze ani razu tak licznego zebrania nie potrafili zorganizować.

Będziemy tu musieli natężyć wszystkie swoje siły, aby osiągnąć w walce wyborczej rezultaty pomyślne.

Udział głosujących na pewno będzie bardzo duży – i już na to, abyśmy utrzymali dotychczasowy stan posiadania, trzeba będzie zyskać sobie znaczniejszą niż dotychczas liczbę głosów. A na pewno napotkamy niejedną i w tym przeszkodę. Przecie już z piątku na sobotę zdarto w nocy 40 plakatów wiecowych ze słupów ogłoszeniowych, innych zaś kilkadziesiąt w nocy z soboty na niedzielę…

X

Narodowi socjaliści rozpisali wybory nie po to, aby dobić resztki tzw. opozycyjnych stronnictw niemieckich w Wolnym Mieście. Jak to już wykazaliśmy dawniej, chodzi im o sfinalizowanie przebudowy prawnej i społecznej terytorium gdańskiego nie dla czego innego, jak dla uczynienia go jak najbardziej zwartym, jednolitym i skutecznym narzędziem w swym ręku w walce o ujście Wisły. Chodzi im też o całkowite wytępienie elementu polskiego na tym terytorium, by kiedyś mieć jak najwięcej atutów w swym ręku, gdy uznają za odpowiednie przystąpić do realizowania swego programowego hasła: „Przyszłość Niemiec leży na Wschodzie”. Chodzi im o to, aby móc kiedyś rzucić na szalę sądów i decyzji twierdzenie, że oprócz Niemców w Gdańsku nie ma nikogo więcej.

A jeśli tak, to Polacy w Gdańsku mają do odegrania dużą rolę.

Quidam

KURIER WARSZAWSKI dnia 20 marca 1935 roku

A policja gdańska?

Gdańsk, dn. 15 marca

Na ostatnim posiedzeniu rozwiązanego Sejmu gdańskiego pan prezydent Senatu – a zarazem w sprawach organizacji partyjnej narodowosocjalistycznej zastępca namiestnika gdańskiego, p. Alberta Forstera –przemawiając przeciwko wnioskom socjalistów, żądającym uchwalenia szeregu ustaw, które by zapewniły w nowych wyborach w dostatecznej mierze swobodę propagandy i wolność głosowania, złożył zapewnienie, że Senat gdański i podległe mu władze bezpieczeństwa dołożą wszelkich starań, aby i przy obecnie obowiązujących ustawach umożliwiona była wszystkim legalnie istniejącym stronnictwom całkowita swoboda propagandy i głosowania.

Jakżeż, niestety, wbrew temu tak autorytatywnemu zapewnieniu inaczej wygląda rzeczywistość, chociaż stronnictwo narodowosocjalistyczne jeszcze nie rozpoczęło właściwej kampanii wyborczej i rzekomo toleruje agitację przedwyborczą swych przeciwników!

Oto na porządku dziennym są napady na kolporterów ulotek socjalistycznych, napady na sprzedawców „Danz. Volksstimme” i samowolne konfiskaty numerów tego dziennika – i to tak częste i tak odbywające się jednocześnie w rozmaitych częściach miasta, że niewątpliwie są wynikiem zorganizowanej akcji. Zresztą w kilku wypadkach przyciśnięci do muru napastnicy, niegrzeszący rozgarnięciem umysłowym, wyraźnie mówili, że otrzymali polecenie uniemożliwiania szerzenia pism agitacyjnych nienarodowosocjalistycznych.

Podobnie dzieje się też z afiszami na słupach ogłoszeniowych. Początkowo firma dzierżawiąca te słupy wprost nie chciała przyjmować do rozklejania plakatów stronnictw opozycyjnych, tłumacząc, że słupy są na dłuższy czas zajęte. Potem jednak, widocznie zorientowawszy się, że przecie każdy może sprawdzić w każdej chwili, czy są wolne miejsca, zgodziła się na rozklejanie afiszów nienarodowosocjalistycznych.

Ale cóż? Ledwo na tych słupach przed paru dniami rozklejono żółte plakaty centrowe i pomarańczowe socjalistyczne, a w ciągu pierwszej nocy na wszystkich – dosłownie na wszystkich – 150 słupach ogłoszeniowych zarówno jedne, jak drugie zostały bądź zamalowane czarną farbą drukarską, bądź też zdrapane i obdarte, że również nic odczytać nie można było. I to bez względu na to, na jakiej wysokości naklejono te plakaty i gdzie znajduje się słup ogłoszeniowy. Czy gdzieś na drugorzędnej ulicy, czy na tak ruchliwym placu, jak przed dworcem kolejowym, albo tuż na wprost rezydencji wysokiego komisarza Ligi Narodów.

Znowu więc niewątpliwy wynik planowej, odpowiednio zorganizowanej akcji. I to niewątpliwie całkowicie tolerowanej przez policję. Obserwowałem np. w wielu miejscach – chociażby przed dworcem kolejowym – plakat centrowy poobdzierany małymi cząstkami (widocznie był posmarowany bardzo tęgim klejem), na co potrzeba było przynajmniej 20 min. czasu.

Plakatoburcom nie brak i pomysłów. Ledwo zasmarowane na czarno lub zdarte zastąpiono nowymi afiszami – a następnego ranka ujrzeliśmy na wszystkich centrowych naklejone różowe paski z nadrukiem Landesverräter (zdrajcy kraju), albo Volksbetrüger (oszukujący lud). Na socjalistycznych zaś widniały takiej samej barwy paski z tekstem: „To tałatajstwo wymierzyło w listopadzie 1918 r. naszej armii, walczącej na froncie, cios w plecy i przyczyniło się do pokoju w Wersalu”. A trzeba zaznaczyć, że nikomu nie wolno drukować żadnych ulotek i plakatów na kolorze różowym lub czerwonym, gdyż tę barwę zarezerwowała sobie policja na swoje rozporządzenia.

 

Zniszczeniu uległy też częściowo i afisze polskie, donoszące o wiecu w Messehalle25. Ze 150 pierwszej nocy zdarto prawie trzecią część, bo aż 40. Gdy naklejono nowe, drugiej nocy znowu zniszczono kilkadziesiąt.

Toteż polski komitet wyborczy natychmiast wystąpił do Senatu z wezwaniem, aby wziął w obronę afisze polskie jako gwarant spokojnego przebiegu akcji wyborczej. Kopie tego pisma przesłane zostały p. komisarzowi jeneralnemu Rzplitej i p. wysokiemu komisarzowi LN.

Niestety, wezwanie to widocznie nie wywarło najmniejszego skutku, kiedy właśnie w dwa, w trzy dni po przesłaniu jego zupełnie bezkarnie i bez przeszkody ze strony policji tak masowo zniszczono plakaty socjalistyczne i centrowe.

To dowodzi niezbicie, że władze naczelne Wolnego Miasta albo nie mają dostatecznej siły, albo brak im dobrej woli w kierunku dotrzymania zapewnień, złożonych przez usta prezydenta Senatu, co do zabezpieczenia wszystkim stronnictwom możności spokojnego przeprowadzenia agitacji wyborczej.

W takim razie jest niezbędna co najrychlejsza czynna ingerencja z jednej strony komisarza jeneralnego Rzplitej, z drugiej wysokiego komisarza Ligi Narodów.

Quidam


Transparenty nazistowskie i polskie, wybory 1935


Słup ogłoszeniowy z plakatami narodowosocjalistycznymi, wybory 1935

KURIER WARSZAWSKI dnia 24 marca 1935 roku

Oświadczenia Senatu

Gdańsk, w marcu

Na słupach ogłoszeniowych ukazały się wielkie krwistoczerwone plakaty, które przyniosły oświadczenie Senatu w sprawie wyborów. Zamieściły je również wszystkie pisma codzienne gdańskie.

Oświadczenie to brzmi:

„W celu ostatecznego zaprzeczenia niezgodnym z prawdą pogłoskom, szerzonym przez zainteresowane w tym czynniki, Senat Wolnego Miasta Gdańska w całkowitym swym składzie oświadcza wobec ludności gdańskiej i wszystkich państw obcych, że:

1) wybory do Sejmu w dn. 7 kwietnia 1935 z życzeniami Senatu zostały zarządzone zgodnie dla załatwienia czysto wewnętrznopolitycznych potrzeb i dla wyjaśnienia, czy gdańska ludność ma zaufanie do rządu narodowosocjalistycznego. Wybory nie mają nic wspólnego ze sprawą statutu Wolnego Miasta i międzynarodowego położenia prawnego Gdańska; nie są też plebiscytem w sprawie tego statutu.

2) Senat wszelkimi środkami, jakie ma do rozporządzenia, zapewni swobodę tajnych wyborów i daje całkowitą gwarancję przeprowadzenia ich zgodnie z obowiązującą w Wolnym Mieście Gdańsku konstytucją”.

Nie będziemy podawali w wątpliwość dobrej woli Senatu. Musimy jednak zaznaczyć, że pomimo to nie jesteśmy ani nie możemy być uspokojeni całkowicie.

W Gdańsku bowiem Senat tylko formalnie sprawuje rządy. Istnieje tu obok niego, a właściwie ponad nim, inna instancja, która, jako mocodawczyni panów senatorów, może przeprowadzać, co się jej podoba. Może to czynić, gdyż nie jest przed nikim odpowiedzialna.

Mówimy o stronnictwie, z którego łona pochodzi Senat, a któremu tu przewodzi obcokrajowiec w Gdańsku – prawnie biorąc – p. Albert Forster.

Co prawda na specjalnie po to urządzonym zebraniu przedstawicieli prasy niemieckiej gdańskiej oraz polskiej pan namiestnik gdański oświadczył publicznie, że wszelkie pogłoski o tym, jakoby stronnictwo narodowosocjal. dążyło do rewizji statutu Wolnego Miasta, są „głupią paplaniną”.

Ale właśnie tenże p. Forster, który tu tak uspokajające składa deklaracje, właśnie przed paru dniami mówił w Berlinie do przedstawicieli prasy w Rzeszy cokolwiek inaczej.

Mianowicie – jak podało źródło niepodejrzane, bo narodowosocjalistyczny dziennik gdański „Der Danziger Vorposten” w nr. z dn. 13 marca – oświadczywszy, że „wybory w Gdańsku nie powinny być porównywane do głosowania w Sarrze”, powiedział w końcu swego przemówienia, że „gdańskie wybory, które przyniosą zwycięstwo narodowym socjalistom, będą jednocześnie demonstracją niemieckiego poczucia gdańskiej ludności i wymownym protestem przeciw samowoli traktatu wersalskiego, który całkowicie niemieckie miasto oderwał od Rzeszy”.

Urzędowy organ namiestnictwa narodowosocjalistycznego w Gdańsku „Der Danz. Vorposten”, zdając obszernie sprawę z przemówienia p. Forstera w Berlinie, pominął całkowicie ten passus. Ale właśnie tym jeszcze bardziej podkreślił fakt jego wygłoszenia oraz jego znaczenie.

I na próżno obecnie i p. Forster, i przez niego postawieni na czele urzędowego Gdańska ludzie mówią i plakatują nam co innego.

Bynajmniej nas to nie uspokaja. Tym bardziej że w nagłówku urzędowego organu stronnictwa rządzącego wciąż czytamy hasło Zurück zum Reich oraz że Senat gdański dotychczas nie zareagował na protest Związku Polaków przeciw wywieszaniu na ulicach Gdańska prowokacyjnych transparentów, oświadczających, że po Sarrze przyszła kolej na „oswobodzenie” Gdańska i powrót jego do Rzeszy, a policja gdańska złośliwie transparent ten tolerowała przez 5 dni.

Zresztą, jak podaje „Volksstimme”, w rozkazach dziennych organizacji narodowosocjalistycznych wciąż wybory wiąże się ze sprawą zmiany statutu Wolnego Miasta, a i sam p. Forster w swoim nowym, trzymetrowym orędziu, rozplakatowanym świeżo na słupach ogłoszeniowych, tych, którzy mają głosować na listy centrowe, niemieckonarodowe i socjalistyczne, nazywa „zdrajcami kraju” (oczywiście Rzeszy) i „separatystami”.

Uwierzymy pięknym oświadczeniom dopiero wówczas, gdy Zurück zum Reich zniknie z nagłówka „Vorpostenu”, a p. Forster opuści Gdańsk!

X

Ledwo skończyłem moją dzisiejszą ko-respondencję, gdy przez radio z Berlina usłyszałem deklarację rządu Rzeszy o uchwaleniu przezeń prawa o powszechnej służbie wojskowej, a w parę chwil potem wiadomość nadaną przez radiostację gdańską, że o fakcie tym podał tu, w Gdańsku wiadomość prezydent senatu Greiser w chwili, gdy na placu sportowym im. Alberta Forstera inaugurował wobec 30 tysięcy umundurowanych członków organizacji bojowych narodowosocjalistycznych i wielotysięcznych tłumów publiczności walkę wyborczą w zbliżających się wyborach do Sejmu gdańskiego. Wywołało to wśród zgromadzonych entuzjazm nie do opisania.

W ten demonstracyjny sposób prezydent Senatu związał wybory do Sejmu gdańskiego ze sprawą wprowadzenia powszechnej służby wojskowej w Rzeszy, a więc z faktem złamania traktatu wersalskiego w jednym z najważniejszych punktów, tym samym potwierdził tylko to ogólne przekonanie, które Senat gdański swym oświadczeniem wyżej omówionym starał się zbić, a mianowicie, że narodowi socjaliści, zdobywszy w tych wyborach kwalifikowaną większość, będą czuli się upoważnieni do wystąpienia z żądaniem przyłączenia terytorium Wolnego Miasta do Rzeszy.

Quidam

Polskie hasła wyborcze, 1935



Kamienice przy Faulgraben z nazistowskimi hasłami wyborczymi, 1935

KURIER WARSZAWSKI dnia 28 marca 1935 roku

„W Gdańsku panuje wzorowy porządek”

Gdańsk, w marcu

Dn. 23 marca na jednym z 1300 zapowiedzianych przez stronnictwo narodowosocjalistyczne wieców, w zapełnionej spędzoną w taki lub inny sposób publicznością Messehalli, p. prezydent Senatu gdańskiego Artur Greiser, będący zarazem tylko zastępcą namiestnika gdańskiego – Alberta Forstera, oświadczył z całkowitą powagą i zupełnym przeświadczeniem o słuszności swego zdania, że „Obecnie panuje w Gdańsku wzorowy porządek i dyscyplina, jaką trudno spotkać w którymkolwiek innym mieście portowym”.

A jednak jakże są zawodne twierdzenia nawet tak wysoko postawionej w Gdańsku osoby!

Bo oto jednocześnie, co prawda o kilkanaście kilometrów dalej – w innym mieście w państwie gdańskim położonym – w Sopocie, każdy wychodzący z dworca kolejowego przyjezdny mógł obserwować zjawisko wręcz sprzeczne ze słowami p. prezydenta.

Oto socjaliści zwołali do sali w Victoriagarten wiec przedwyborczy. I ledwo w szczelnie zapełnionej sali rozpoczęto obrady, gdy nagle zgasło światło elektryczne. I to nie tylko w sali, lecz na przyległych ulicach, a nawet na dworcu. Ledwo zapłonęły zdobyte skądś świece, gdy wtem ktoś wrzucił do sali parę butelek wypełnionych gazem łzawiącym, a gdy uczestnicy wobec tego zaczęli opuszczać salę, rzucili się na nich przybyli (widocznie dla zapewnienia porządku i dyscypliny) towarzysze partyjni p. prezydenta, częściowo ubrani po cywilnemu, i zaczęli walić każdego z „przeklętych marksistów”, „separatystów” i „zdrajców kraju” – pałkami, kastetami, gumowymi trzcinkami itd. Rozpoczęła się tedy w ciemności walka, a właściwie masakra socjalistów. Po kwadransie już 16 ociekających krwią znajdowało się na dworcu… Policja, podległa właśnie p. prezydentowi jako senatorowi do spraw wewnętrznych, obecna stanowczo w niedostatecznej ilości, starała się niby zrobić porządek, ale cóż? Jeśli ktoś z schupowców, nie widząc po ciemku, zdzielił swą gumową pałką przypadkiem, cokolwiek silniej któregokolwiek z SA-manów, musiał potem wysłuchać całej kaskady wymysłów od p. Tempa26, komisarza jeneralnego w Sopocie, który zapewne również dla utrzymania porządku i dyscypliny uwijał się wśród ścierających się.