Gdańsk przed burzą.Tekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


zakupiono w sklepie: Sklep Testowy
identyfikator transakcji: 1657140499308892
e-mail nabywcy: test@virtualo.pl
znak wodny:


Spis treści

1935

1936

1937

1938

1939

Przypisy

1935

KURIER WARSZAWSKI dnia 3 stycznia 1935 roku

Nawrót szowinizmu


Polacy gdańscy na Święcie Morza w Gdyni, czerwiec 1938

Gdańsk, w grudniu

„Bardzo mnie zainteresowała pańska korespondencja – powiedział mi jeden z najwybitniejszych przedstawicieli sfer finansowych polskich w Gdańsku – w której poruszył pan sprawę hasła, szerzonego obecnie coraz intensywniej przez agitatorów narodowosocjalistycznych w Wolnym Mieście. Nie tylko dlatego, że odsłania odwrotną stronę medalu polityki gdańskiej w stosunku do Polski, lecz również dlatego, że stwierdza, iż m.in. chce się przy jego pomocy osiągnąć rezultat bardzo wyraźny – mianowicie zapobiec zrośnięciu się Gdańska z Polską. Bardzo dobitnie uwydatnia się to, gdy spojrzymy na tę sprawę z historycznego punktu widzenia…

Bo proszę tylko zważyć – ciągnął dalej mój szanowny interlokutor, gdy go poprosiłem o rozwinięcie swych myśli szerzej – Gdańsk jako port u ujścia wielkiej rzeki, jaką jest Wisła, jest geograficznie całkowicie związany z tym terenem, który obejmuje całe dorzecze tej rzeki, więc z Rzecząpospolitą; może też ciągnąć korzyści z dalszych terenów, mianowicie z tych, które z Rzecząpospolitą sąsiadują i z którymi jest ona związana umowami gospodarczymi, ułatwiającymi tranzyt towarów przez Polskę, i które mają co importować i eksportować przez Gdańsk”.

Z tego względu, pomimo iż Gdańsk jest narodowościowo obcy Polsce, wszystkie interesy gospodarczo wiążą go całkowicie z Rzecząpospolitą.

Jak zaś wskutek polityki pruskiej spadły funkcje Gdańska jako portu, to świadczą najlepiej następujące liczby: w 1862 r. na wyjeździe było w Gdańsku 3100 statków, w 1874 r. – 1828, w 1895 – 1718, w 1900 r. – 2541, w r. 1913 – 2296. Wzrost zaś tonażu importu i eksportu w latach 1873–1907 dla Gdańska wynosił 79%, gdy dla Królewca – 94,4%, dla Szczecina – 168%, dla Hamburga – 374%.

Toteż gdy po traktacie wersalskim Gdańsk powrócił do związku naturalnego z wskrzeszoną Polską, gdy przed Niemcami stanęły perspektywy, że w Gdańsku mogą znowu odżyć, chociażby z interesu, tendencje jak najtrwalszego związania się z Polską, rozpoczęła się od razu kierowana z Rzeszy praca nad tym, aby między Gdańsk i Polskę wbić jak najgrubszy klin.

Zaczęto – nie bez powodzenia – szczególnie gdy Polska, mająca tyle do odbudowania i zbudowania od nowa, przechodziła okres słabości, rozdmuchiwać rozmaite nieporozumienia zupełnie naturalne przy zrastaniu się dwóch ciał, jakiś czas od siebie sztucznie oddzielonych, jątrzyć, wyolbrzymiać każdą drobnostkę, zmuszać Wolne Miasto do ciągłych prawowań się z Polską w Genewie i w Hadze. Znakomicie tę robotę według wskazówek z centrali berlińskiej wykonywali pod kierunkiem pp. dra Sahma1 i dra Ziehma2 byli urzędnicy pruscy, którzy osiedliwszy się po 1919 r. na stałe w Gdańsku lub potem w miarę potrzeby tu translokowani, stali się urzędnikami Wolnego Miasta i jako tacy winni w interesie Gdańska i jego interesów życiowych pracować.

Tymczasem w dalszym ciągu pracowali dla Rzeszy i w jej interesie. Zaczęto stale urządzać kongresy wszechniemieckie w Gdańsku, fabrykowano w szeregu firm wydawniczych tysiące większych i mniejszych dzieł, broszur i broszurek o tym, jak cierpi oderwany od Rzeszy Gdańsk, nasyłano setki korespondentów, którzy odpowiednio poinformowani, a nawet odpowiednio opłacani, roznosili potem po całym świecie wieści o rzekomym ucisku polskim, o rzekomych zamiarach polskich zagarnięcia Gdańska.


Ernst Ziehm

I doprowadzono do tego, że Polska odrodzona nareszcie zdobyła się na czyn, na który nie potrafiła się zdobyć za czasów królewskich – na wybudowanie Gdyni.

Wywołało to z jednej strony jeszcze większą furię nastrojów antypolskich w Gdańsku, ale zbudziło też świadomość, że ten rzekomy Saisonstaat3 – za jaki strona niemiecka chciała uważać Polskę – jednak nim nie jest, że staje się pomimo wszystko państwem mocnym i dobrze gospodarującym, że może z powrotem na wieki być życiodajnym dla Gdańska źródłem.

I gdy z jednej strony przeciągający się kryzys, z drugiej osłabienie Rzeszy wskutek przebudowy wewnętrznej, z trzeciej ideologia rządzącego obecnie w Niemczech obozu nakazały dufnemu dotychczas Berlinowi zasadniczo zmienić swój stosunek do Polski, musiał w Gdańsku z naturalnych przyczyn zapanować kierunek nawrotu do pokojowego współżycia z Polską.

Już rok normalniejszych stosunków gdańsko-polskich wykazał szerokim sferom całą wartość związku Gdańska z Polską.

Wzbudziło to widoczny niepokój w duszach tych, którzy przywdziali brunatny mundur i nałożyli opaskę ze swastyką – i oto widzimy nawrót do dawnych metod. Zaczyna się szerzyć demagogiczne hasło Danzig bleibt deutsch4, w dusze najszerszych sfer ludności wszczepiać obawę, że Polska jednak chce spolonizować Gdańsk i zagarnąć go.

Quidam

KURIER WARSZAWSKI dnia 6 stycznia 1935 roku

Wizyta prez. Greisera

Gdańsk, w styczniu

Tak tedy dn. 7 stycznia przyjedzie do Warszawy z wizytą nowy prezydent Senatu Wolnego Miasta p. Artur Greiser5. Dzienniki gdańskie, donosząc o tym postanowieniu, zaznaczają, że w Warszawie w tym fakcie widzą oznakę, iż polityka Gdańska w stosunku do Rzeczypospolitej pomimo zmiany na stanowisku prezydenta Senatu pozostanie ta sama, jaka ustaliła się od lipca 1933 r., tj. od chwili objęcia rządów w Wolnym Mieście przez stronnictwo narodowosocjalistyczne.


Prezydent Senatu gdańskiego Artur Greiser w czasie spotkania z prezydentem RP Ignacym Mościckim

Istotnie, postanowienie p. prezydenta Senatu gdańskiego złożenia w Warszawie wizyty w nowym charakterze (p. Artur Greiser dwukrotnie już odwiedzał Warszawę i Polskę w charakterze wiceprezydenta), wkrótce po objęciu stanowiska naczelnego w Gdańsku, ma wszelkie znamiona kurtuazji, której np. nie wykazał podczas swego urzędowania jeden z jego poprzedników, dr Ziehm, a którą wznowił dr Rauschning6; p. Greiser przyjeżdża też jako naczelnik władz gdańskich wyłonionych przez to samo stronnictwo, które w swoim czasie wysunęło na czoło jego bezpośredniego poprzednika, wspomnianego już dra Rauschninga; nie zaszła też żadna formalna zmiana w układach, zawartych w lipcu 1933 r., a więc trudno byłoby inaczej oceniać przyjazd p. prezydenta Senatu, niż to podają dzienniki gdańskie…

Zresztą czyż zmieniły się i mogą się zmienić podstawy realne związku naturalnego i prawnego Wolnego Miasta Gdańska z Polską?

P. prezydent Senatu gdańskiego, jako członek władzy naczelnej Wolnego Miasta w ciągu ubiegłego półtorarocza, z własnej praktyki przecie wie, że odpowiedź na to pytanie może być tylko przecząca; wie też – jako były kupiec, a więc nie teoretyk – z punktu swego życia prywatnego, że nie może być mowy o rozluźnieniu tych związków, jakie między Rzecząpospolitą a Gdańskiem istnieją, o ile Wolne Miasto ma być w dalszym ciągu zdolne do życia i istnienia, o ile z roli jednego z pierwszych portów na Bałtyku nie ma spaść ponownie do roli zupełnie podrzędnej – jako port – i do stanowiska skromnego miasta urzędniczo-garnizonowego, zamieszkałego w znacznej części przez emerytów. (Statystyka np. ludnościowa z 1910 r. świadczy, że w Gdańsku w tym roku urzędnicy i emeryci stanowili 19% ludności – i że zaledwie tyleż było wówczas ludzi żyjących z handlu, licząc w to nawet właścicieli najmniejszych sklepików).

Wiadomo o tym w Gdańsku nie tylko p. prezydentowi Senatu, lecz każdemu, kto się poważnie i bezstronnie, z punktu interesów gospodarczych Wolnego Miasta, czysto życiowych, na sprawy polityczne patrzy i komu ponowny rozkwit Gdańska jako portu i ośrodka wielkiego światowego handlu leży na sercu. Widzą przecie wszyscy, że znaczne uspokojenie, zadrażnionych przez rząd dra Ziehma, stosunków polsko-gdańskich w ciągu ubiegłego półtorarocza przyniosło od razu ulgę materialną szerszym sferom ludności Gdańska. Widzą przecie wszyscy gdańszczanie, jak bujnie rozwija się Gdynia, zbudowana dzięki decyzji Rzplitej wyzwolenia się w dziedzinie handlu z pośrednictwa gdańskiego – no i dzięki przeszkodom, jakie sam Gdańsk kładł na drodze realizowania tej decyzji przez port gdański.

 

Prezydent Senatu Hermann Rauschning w trakcie konferencji prasowej zorganizowanej w hotelu Adlon dla zagranicznych dziennikarzy, 1934

Widzą coraz lepiej wszyscy, chcący realnie pracować w Gdańsku – a nie dla jakichś politycznych mrzonek lub zadowolenia starczych fantazji, przyzwyczajeń i animozji – że Polska pomimo licznych trudności, pomimo szalejącego od lat kilku i w tak znacznym nasileniu kryzysu, nie tylko trwa, lecz rośnie i wzmaga się coraz bardziej w siłach, że umie utrzymać swą walutę, że aczkolwiek powoli, ale stale rozbudowuje coraz bardziej swój handel zagraniczny, że dochodzi do porozumienia w sprawach węglowych z tak niebezpiecznym dla niej konkurentem, jak Anglia – widzą to wszystko i rozumieją coraz dobitniej, że byłoby samobójstwem w dalszym ciągu usuwać się od współpracy z państwem polskim.

Sfery gospodarcze Gdańska – a te tylko winny mieć głos w sprawach stosunków z Polską – zrozumiały już, bo przekonały się na swojej skórze dzięki błędom wojujących polityków, że trudno wciąż wieść teoretyczne spory prawne o monopol na handel zagraniczny Polski; rozumieją też coraz bardziej, że trzeba zbudzić się ze snów o tym, aby odżyły czasy, kiedy kupiec gdański ku najpełniejszemu zadowoleniu swemu mógł być tylko pośrednikiem, któremu strona polska i obca przywoziły swoje towary, a on je na podstawie miejscowych wilkierzy kupował od jednych, a sprzedawał drugim według przez siebie ustanowionych cen; zdają sobie coraz lepiej sprawę, że trzeba nareszcie rzucić w kąt rozmaite hasła nacjonalistyczne, zakasać rękawy i zabrać się do rzetelnej, twórczej pracy – dla rozwoju handlu i dobrobytu nie tylko Gdańska, lecz i Rzeczypospolitej. Ta bowiem – i nikt inny! – jest i może być istotną żywicielką i podstawą istnienia Gdańska!

Ale to dopiero początek – i ten kiełkuje w głowach tych, którzy żyją realnym życiem i chcą jasno patrzeć w przyszłość.

Obok nich jednak jest jeszcze wielu takich, którzy bądź z nałogu dawnej tresury, bądź ponoszeni przez zbyt symplicystyczne pojmowanie nowych haseł, zaczadzeni pustymi frazesami, świadomie głoszonymi dla zdobyczy politycznych podczas wyborów, rzucają kłody pod nogi tym jaśniej widzącym sprawy i przeszkadzają ustaleniu się całkowitego porozumienia się Polski z Gdańskiem i odwrotnie.

Ci, pomimo tylokrotnie wyraźnie wypowiedzianego przez dra Rauschninga i prezydenta Greisera oświadczenia, że stosunki gdańsko-polskie nie tylko winny się układać pokojowo, lecz coraz bardziej się zacieśniać, czynią wszystko, aby pomiędzy Rzplitą a Gdańsk wbijać drażniące kliny…

Ci, którzy np. w ostatnim postanowieniu Senatu w sprawie wymiaru podatków przemycili paragraf, według którego ulgi podatkowe ze względu na koszty utrzymania i opłacania służącej przysługują tylko tym, którzy mają służącą posiadającą obywatelstwo gdańskie, natomiast nie przysługują, o ile służąca ma obywatelstwo polskie!

Ponieważ utrzymanie służącej obliczone jest na 50–70 guldenów miesięcznie, więc ulgi z tego powodu są dość znaczne, czyli Senat zmusza właściwie do bojkotowania służących z obywatelstwem polskim. A ponieważ służących takich jest w Gdańsku dość znaczna ilość, Senat jeszcze bardziej niż dotychczas, wbrew umowom, ogranicza możność zarobkowania w Wolnym Mieście obywatelom Rzplitej.

Ci sami zapewne ludzie wpłynęli na to, że ukazało się rozporządzenie Senatu w sprawie składania przez rodziców i wychowawców zgłoszeń dzieci do szkół z językiem wykładowym polskim, które wprowadza pośrednio znaczne utrudnienia w tej dziedzinie, umożliwia kierownikom szkół niemieckich wpływanie na zgłaszających i terroryzowanie ich, a tym samym stoi w faktycznej i rażącej sprzeczności z umową polsko-gdańską w sprawach szkolnictwa polskiego z dn. 18 września 1933 r.!

Takich przykładów moglibyśmy podać więcej – nie chcemy jednak czynić tego, aby bądź co bądź nie mącić pobytu p. prezydenta Senatu gdańskiego w Warszawie. Jeśli zaś wspomnieliśmy o tych dwóch, to dlatego, że mamy nadzieję, iż jednak dążenie do rzetelnego współżycia Gdańska z Polską, do istotnej twórczej współpracy portu u ujścia Wisły z państwem, którego ta Wisła jest kręgosłupem, pomimo intrygi ciemnych sił w końcu zwycięży!

Tym bardziej że Gdańsk przecie zdaje sobie coraz lepiej sprawę z konsekwencji, które nastąpiłyby, gdyby do tego nie doszło.

Quidam

KURIER WARSZAWSKI dnia 1 lutego 1935 roku

Gdańskie słowa a czyny

Gdańsk, w styczniu

P. prezes Senatu, powróciwszy do Gdańska, przyjął przedstawiciela niemieckiego biura informacyjnego i oświadczył między innymi, że „rząd polski pragnie szczerej i przyjaznej współpracy z Gdańskiem i że jest przeciwnikiem metod tych kół, które drogą szykan i stwarzania sztucznych trudności starają się przeciwdziałać praktycznym konsekwencjom porozumienia polsko-gdańskiego”.

Początek tego oświadczenia opinia polska przyjmie niewątpliwie z wielkim zadowoleniem, jako stwierdzenie przez stronę zainteresowaną tej dobrej woli, jaka nie tylko obecnie, ale zawsze kierowała i kieruje rządem polskim w stosunkach jego z Gdańskiem. To zadowolenie jednak może wywołać tylko pierwsze z dwóch wyżej przytoczonych zdań p. Greisera, natomiast drugie, zaczynające się od słów: „i że jest przeciwnikiem etc.”, dla opinii polskiej jest całkowicie niezrozumiałe i musi wywołać zdumienie.

Jak to? W Polsce istnieją jakieś koła, które „drogą szykan i stwarzania sztucznych trudności starają się przeciwdziałać praktycznym konsekwencjom porozumienia polsko-gdańskiego”? I to wśród czynników rządowych?

Zdaje się, że p. prezes Senatu Polskę i stosunki w urzędach polskich mierzy i chce mierzyć według miarki gdańskiej. Przecie to tylko w Gdańsku rząd centralny – Senat – zawiera umowy, uroczyście je ogłasza, a urzędnicy wyżsi i niżsi na każdym kroku do nich się nie stosują. Czyż mało razy mówiliśmy o tej pladze stosunków urzędowych Wolnego Miasta, chociażby np. w dziedzinie szkolnej? Czyż np. wbrew podpisowi Senatu, który zawarł umowę z dn. 18 września 1933 r.7, umożliwiającą swobodny rozwój szkolnictwa polskiego, pp. sołtysi, wójci, naczelnicy powiatu, żandarmi i nauczyciele – kierownicy szkół nie uczynili wszystkiego w pierwszym kwartale 1934 r., by uniemożliwić dziesiątkom i setkom dzieci polskich, które zostały zgodnie z przepisami zgłoszone do szkół polskich, uczęszczanie do tych szkół?

Czyż nie przytaczaliśmy np. w naszych listach tych dziwnych praktyk, jakie są uprawiane w dziedzinie handlu placami, jeśli chodzi o kupno placu przez Macierz Szkolną w celu wybudowania na nim prywatnej szkoły polskiej? Przecie zawsze, ilekroć Macierz Szkolna8 finalizuje jaką transakcję w tym celu, Senat jej nie przeszkadza, daje swoje zezwolenie, natomiast w ostatnim dniu ustanowionego przepisami terminu zjawia się sprzeciw gminy, która ni stąd, ni zowąd, wbrew uprzednim swoim decyzjom, postanawia skorzystać z prawa pierwokupu? Czyż tak nie było np. w ubiegłym 1934 r. w Pręgowie, w Piekle, w Pruszczu?


Szkoła wiejska Polskiej Macierzy Szkolnej w Piekle

P. prezes Senatu przecie wie o tym doskonale, gdyż on – a nie nikt inny – właśnie jako wiceprezes, w dwu wypadkach, mianowicie w Piekle i Pręgowie, ingerował w te sprawy i starał się je załatwić pozytywnie dla Macierzy.

Piszemy wyraźnie „starał się”, gdyż pomimo zasadniczego rozstrzygnięcia Senatu sprawa ta ani w Piekle, ani w Pręgowie, a tym bardziej w Pruszczu, dotychczas ani na włos w kierunku przekazania placów Macierzy się nie posunęła! A przecie to już mija trzeci miesiąc od zabiegów p. prezesa Senatu!

Wszędzie wyłaniają się nowe trudności. W Piekle np. na placu, zakontraktowanym przez Macierz i w ostatniej chwili zawładniętym na zasadzie prawa pierwokupu przez gminę, jak grzyb po deszczu wyrósł z zadziwiającą szybkością wybudowany dom narodowosocjalist. Arbeitsfrontu – i to na najlepszym odcinku posesji. Tylny, gorszy, proponują obecnie Macierzy…

W Pręgowie również nie chcą oddać Macierzy nabytego przez nią placu. Proponują jej inny, znacznie gorzej położony…

O placu w Pruszczu zupełnie głucho…

Ale i Sam senat umie grzeszyć.

W nr. 12 z r. 1934 urzędowego pisma „Amtliches Schulblatt der Freien Stadt Danzig”9 z dn. 1 grudnia na str. 70–71 ukazało się rozporządzenie, datowane dn. 18 grudnia, a podpisane przez p. Boecka10, senatora do spraw oświaty, nauki, sztuki i wyznań, w sprawie zgłaszania dzieci do polskich szkół.

Wspominałem już o tym rozporządzeniu w ostatnim mym liście, jako o hamującym wykonywanie przez rodziców Polaków praw przyznanych im przez Wolne Miasto Gdańsk umową polsko-gdańską z dn. 18 września 1933 r. Obecnie muszę wykazać, w czym właściwie to się przejawia.

Przede wszystkim już sam tytuł tego urzędowego aktu sabotuje ową umowę.

Brzmi on: „2. Anweisung zur Ausführung des Gesetzes betr. den Unterricht der polnischen Minderheit vom 20.12.21.”11 – A więc według Senatu gdańskiego istnieje tylko prawo z dn. 20 grudnia 1921 r., nie istnieje natomiast umowa w sprawach szkolnictwa z dn. 18 września 1933 r.!

A dalej treść Anweisung sprowadza niemal do zera to, co zawiera umowa z dn. 18 września 1933 r. Paragraf 2 np. utrudnia niemal całkowicie przejście w ciągu roku szkolnego dziecka polskiego ze szkoły niemieckiej do prywatnej szkoły polskiej. Przeniesienie to może się odbyć tylko „ze szczególnych względów”, a uznanie ich zależy od decyzji Senatu.

Paragraf 3 upoważnia kierowników szkół do badania, czy podpis zgłaszającego jest oryginalny, do wzywania go do siebie, do sprawdzenia, czy istotnie osoba zgłaszająca ma prawa do zgłaszania dziecka i czy zgłaszający rozumie, o co zabiega.

Słowem, biedny ojciec czy matka, czy opiekun dziecka musi przejść całą gehennę, zanim syna czy córkę umieści w szkole polskiej. Otwarta też została niejedna furtka do wywierania nacisku na zgłaszającego dziecko do szkoły polskiej, aby tego nie czynił.

Już i w tym roku mamy tego przykłady. Np. w Pręgowie kierownik szkoły powszechnej niemieckiej, Jaskulski (zaiste rasowy Niemiec!), w ubiegłym tygodniu zmuszał jedną z matek Polek do zapisania swych dzieci do szkoły niemieckiej. Czynił to jako kierownik tzw. Winterhilfe, a więc instytucji dobroczynnej, wzbraniając się dać dla dzieci owej Polki buty, dlatego że chodzą one do szkoły polskiej, natomiast obiecując dać po 2 pary, o ile dzieci te przeniesione zostaną do szkoły niemieckiej.

W ostatnich zaś dniach np. doniosła „Gazeta Gdańska” o tym, że sołtys gminy Mierzeszyn, niejaki Blohn, cofnął ubogiemu Augustynowi Kraińskiemu zapomogę, którą ten pobierał na opłatę czynszu mieszkaniowego, tylko z tego powodu, iż Kraiński jest członkiem polskiej organizacji.

Tak samo stoi w całkowitej sprzeczności z duchem i treścią umowy z dn. 18 września 1933 r. owo rozporządzenie z dn. 13 grudnia 1934 r. Tym bardziej że – jak wynika z niego – zgłoszenie dziecka do szkoły polskiej musi być wnoszone tylko do kierownika szkoły niemieckiej, nawet w tym wypadku, gdy w danej miejscowości istnieje szkoła powszechna senacka polska. A więc Senat nie chce własnych szkół polskich uznawać za równorzędne z niemieckimi i tym samym jeszcze raz dobitnie wykazuje, jakim jest ożywiony duchem i jaka jest „dobra” wola i dążenie do istotnego porozumienia z Polską.

Dziecko polskie musi iść do szkoły niemieckiej! Oto istotny cel akcji gdańskiej.

Quidam

KURIER WARSZAWSKI dnia 23 lutego 1935 roku

Ku likwidacji konstytucji

Gdańsk, w lutym

Kiedy w okresie walki o władzę w Gdańsku agitatorzy narodowosocjalistyczni głosili, że po dojściu ich wodza do rządów w Rzeszy Gdańsk zostanie przyłączony z powrotem do macierzy, od której wbrew swej woli jest oddzielony, szerokie sfery ludności Wolnego Miasta, a nawet dziennikarze wyobrażali sobie, iż stanie się to w ten sposób, że Wolne Miasto przestanie istnieć.

Tymczasem nie stało się to ani w styczniu 1933 r., kiedy wódz narodowych socjalistów objął kanclerstwo w Berlinie, ani nawet po maju tegoż roku, kiedy Albert Forster, przeprowadziwszy zwycięskie wybory do Sejmu gdańskiego, mianował Senat gdański pod prezydenturą dra Rauschninga.

 

Wolne Miasto Gdańsk istnieje w dalszym ciągu na mapie Europy, urzęduje w Gdańsku w dalszym ciągu wysoki komisarz Ligi Narodów – formalnie pozostaje wszystko po dawnemu.


Polska i niemiecka agitacja wyborcza w Gdańsku, 1935

Czy jednak w rzeczywistości?

Musimy dać kategoryczną odpowiedź przeczącą. Wewnętrznie Wolne Miasto Gdańsk jest całkowicie ujednolicone z Rzeszą. Według wskazówek ze stolicy nad Sprewą nie tylko są zmieniani i przenoszeni z Gdańska do Niemiec i z Niemiec do Gdańska naczelni kierownicy tutejszych formacji mundurowych SS i SA lub cywilnych organizacji narodowosocjalistycznych, lecz zarówno naczelni, jak drugorzędni urzędnicy, podlegli Senatowi gdańskiemu – zarówno w dykasteriach administracyjnych i rządowych cywilnych, jak w militarnych formacjach policyjnych. Wczoraj np. dr Woenckhaus był referentem prasowym gdzieś w Niemczech i – oczywiście – obywatelem Rzeszy, dziś jest już referentem prasowym Senatu gdańskiego – i obywatelem gdańskim. Tak jak gdyby nie było żadnych granic, żadnych formalności w udzielaniu obywatelstwa…

Gdy dawny sekretarz pierwszego narodowosocjalistycznego prezydenta Senatu dra Rauschninga p. Streitter po prawie półtorarocznej służbie na posadzie rządowej gdańskiej okazał się pewnym panom, tak jak jego naczelnik, nieodpowiedni, to jednocześnie policja gdańska stwierdziła, iż obywatelstwo gdańskie zostało mu nadane nieformalnie, i zamiast żądanego przezeń dowodu osobistego gdańskiego oddała mu jego dawny paszport niemiecki…

Urzędowe ujednolicenie Wolnego Miasta z Rzeszą jest tak daleko przeprowadzone, że np. cenzurę filmową wykonywa w istocie rzeczy Berlin, jak o tym przekonywają często dające się dojrzeć na plakatach filmów odpowiednie pieczęcie.

Ujednolicenie Wolnego Miasta Gdańska z Rzeszą zostało też przeprowadzone w całym życiu społecznym i kulturalnym, a to wskutek tego, że wszystko to znalazło się w rękach stronnictwa narodowosocjalistycznego.

Pewnymi pozorami samodzielności Wolnego Miasta Gdańska są paragrafy konstytucji jego. Co prawda rządy powoływane do życia wolą gauleitera gdańskiego Alberta Forstera zawsze i wszędzie głoszą urbi et orbi, że nie tylko szanują, ale też i chcą szanować ten akt prawny, p. Sean Lester12 jednak, obecnie urzędujący wysoki komisarz LN, w swym ostatnim raporcie złożonym swej mocodawczyni wyraźnie stwierdził, jak często łamią go i naginają tak, jak im to wygodniej.

Zresztą i sam obecny prezydent Senatu p. Artur Greiser i w Genewie, i gdzie indziej dobitnie oświadczył, że konstytucja nie odpowiada woli i dążeniom ideowym ludności Wolnego Miasta i że jest dla narodowosocjalistycznego rządu i społeczeństwa czymś bardzo niewygodnym i krępującym.

Stąd nietrudno było przewidzieć, że w odpowiedniej chwili zostanie ze strony kierujących czynników gdańskich przypuszczony atak decydujący na te więzy, na ten jedyny już niemal faktyczny znak odrębności Wolnego Miasta od Rzeszy.

I dlatego właściwie nie jest niespodzianką, że w dniu 13 lutego ukazały się urzędowe enuncjacje o zamiarze rozwiązania obecnego Sejmu gdańskiego i zarządzenia wyborów do nowego w dn. 7 kwietnia.

Kierownikom narodowosocjalistycznym gdańskim nie chodzi przecie o nic innego, jak o zdobycie kwalifikowanej większości w Sejmie (⅔ izby), a to w celu przeprowadzenia zmiany konstytucji w duchu ujednolicenia jej całkowitego z tym, co obowiązuje w Rzeszy.

Nie chodzi im przecie o zapewnienie sobie rządów w Gdańsku – mają je i przy obecnej niekwalifikowanej większości; nie chodzi o dobicie resztek opozycji, centrowej, niemieckonarodowej czy socjalistycznej – wymrą one i bez tego wobec służalczości i ślepego posłuszeństwa rozkazom tego, kto posiada władzę, jakie cechują niemieckie społeczeństwo w Gdańsku (a zresztą i w ogóle). Chodzi o zmianę konstytucji.


Sean Lester (z lewej), wysoki komisarz Ligi Narodów w Gdańsku, w towarzystwie inspektora rybackiego Żarneckiego

I trzeba przyznać, że narodowi socjaliści umieją przeprowadzać swoje. Bo oto wyborami samorządowymi w dwóch powiatach w listopadzie stworzyli precedens dla zwycięskich wyborów do Sejmu; bo oto mogą wśród bezkrytycznych tłumów operować podczas agitacji powoływaniem na plebiscyt w Sarrze13, nadając wyborom do Sejmu cechy plebiscytu za przyłączeniem do Rzeszy. Wybrali więc chwilę dla siebie jak najlepszą (zresztą wiedzieli, że się taka nadarzy) – i nic dziwnego, że mogą być pewni całkowitego zwycięstwa. Osiągną też bez trudu potrzebną kwalifikowaną większość – a przewidywać można, że zdobędą nawet 90% miejsc w Sejmie, jeśli nie wszystkie, które są obecnie w posiadaniu wszystkich stronnictw niemieckich reprezentowanych w Volkstagu gdańskim.

Toteż mogą sobie pozwolić na takie piękne gesty, jak odwołanie zawieszenia socjalistycznej „Volksstimme”14, aby – jak mówi komunikat urzędowy prezydenta policji – socjalistom „dać możność niczym niekrępowanej propagandy wyborczej”. Są to w istocie rzeczy tylko puste słowa.

Jak bowiem będzie wyglądało to niekrępowanie akcji wyborczej stronnictw opozycyjnych, to wiemy już z wyborów listopadowych – no i z tych faktów, jakie zaszły w Gdańsku w dniach ostatnich: a mianowicie pobicia podczas napadu adwokata Weisego, jednego z nielicznych już przywódców umierającego stronnictwa niemieckonarodowego, i rozpędzenia przez 50 umundurowanych SA-manów zamkniętego zebrania socjalistycznego przy ul. Schützdamm.

Czynniki rządowe gdańskie zawsze będą mogły twierdzić, że one lojalnie zachowują główne punkty konstytucji gdańskiej, zapewniające wolność akcji wyborczej, czynniki partyjne zaś zawsze będą mogły robić swoje.

Quidam

KURIER WARSZAWSKI dnia 1 marca 1935 roku

Dalszy krok w niemczeniu Gdańska

Gdańsk, w lutym

Narodowi socjaliści, odkąd objęli rządy w Gdańsku, przy każdej sposobności głoszą urbi et orbi, i to „głośno a z krzykiem”, że oni to zainicjowali w Wolnym Mieście politykę zgody z Polską i że oni to właśnie chcą i szanują polskość ludności polskiej u ujścia Wisły. Kierujące czynniki gdańskie obwieszczają o tym z trybuny sejmowej, prez. Senatu chwali się tym w Genewie, wreszcie „namiestnik gdański” (tak bowiem właściwie należy tłumaczyć tytuł Gauleiter von Danzig) z ramienia NSDAP, p. Albert Forster, w wielkiej swej mowie, którą niedawno rozpoczął walkę wyborczą do Volkstagu, zarzucał nawet stronnictwom opozycyjnym – socjalistom, niemieckonarodowym i centrowcom – m.in. grzechami i ten, że przeszkadzają narodowosocjalistycznemu Senatowi prowadzić prace w kierunku osiągnięcia całkowitego porozumienia i ugody z Polską.

Kto z daleka słyszy te głosy, może się cieszy z tak radykalnej zmiany frontu w zapatrywaniach tych czynników, które jeszcze na wiosnę 1933 r. z równym hałasem i natarczywością propagowały w Gdańsku bezwzględną walkę z Polską i polskością, my jednak, stale mieszkający tu, w Wolnym Mieście, i stykający się nie z głosami tylko i wiadomościami telegraficznymi, lecz z twardą codzienną rzeczywistością – niestety – nie możemy podzielać złudzeń, że stosunki zmieniły się istotnie.


Manifestacja gdańskiej NSDAP

Nie tylko bowiem – w istocie rzeczy – nic nie zmieniło się w porównaniu do dawniejszych lat, lecz – szczerze mówiąc – walka z polskością na terenie Wolnego Miasta stała się jeszcze bardziej zażarta, jeszcze bardziej bezwzględna.

Nie ustają szykany w stosunku do tych obywateli gdańskich, którzy się czują Polakami i to jawnie manifestują; nie ustaje propaganda przeciw posyłaniu przez nich dzieci do szkół polskich; zmusza się per fas et nefas15 Polaków do wyrzekania się swej narodowości; zaciera się wszelkie ślady historyczne związków Gdańska z Polską – i twierdzi się, że tylko broni się wynarodowienia niemieckiego Gdańska, że szerzy się świadomość narodową niemiecką, że postępuje się w myśl hasła Danzig bleibt deutsch16.

Dowodów tego dostarczaliśmy już nieraz i jeszcze nieraz będziemy musieli je podawać do wiadomości ogółu polskiego. Niestety jest ich za dużo. Dziś musimy zająć się najświeższym zabiegiem germanizacyjnym, który puścili świeżo w ruch właśnie ci panowie, co o zgodzie z Polską tyle mówią.

Otóż rozpoczęła się tu bardzo intensywna kampania za germanizowaniem nazwisk polskich.

Każdego, kto pierwszy raz zawita do Gdańska, uderza od razu ta bardzo znaczna ilość nazwisk polskich na szyldach i w ogłoszeniach handlowych i kupieckich. Każdy obcy od razu odnosi wrażenie, że co czwarte nazwisko w Gdańsku to albo czysto polskie, albo co najwyżej przekręcone z polskiego. Taki Karrasch lub Schwider – to przecie nikt inny, jeno Karaś i Świder, taki Zarske to Żarski, a v. Wnuck to szlachcic pomorski Wnuk…

I właśnie te czysto polskie lub przekręcone z polskiego nazwiska, których ilość w niektórych gminach wiejskich przekracza 50%, a na całym terenie WM Gdańska – 30%, jest wciąż świadectwem, że polskość jest tu odwieczna, że element polski jest tu rdzenny i że gdyby nie fatalne warunki, stworzone tu dla wszystkiego, co polskie, za Krzyżaków, następnie za królów pruskich i wreszcie w ostatnim piętnastoleciu, to zaznaczałby się znacznie wybitniej niż obecnie.

I oto ten fakt stał się solą w oku dążących „do porozumienia z Polską” panów spod znaków Forstera. Postanowili w tym kierunku przypuścić atak na polskość, nawet w tym wypadku, gdy nazwisko jest już niemal jedynym jej świadectwem.