Podróż za jeden uśmiechTekst

Z serii: To lubię
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Okładka


Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Adam Bahdaj

Podróż za jeden uśmiech

© by Adam Bahdaj

© by Wydawnictwo Literatura

Okładka: Monika Kanios-Stańczyk

Korekta: Joanna Pijewska

Wydanie XI

w Wydawnictwie Literatura

ISBN 978-83-7672-453-9

Wydawnictwo Literatura, Łódź 2019

91-334 Łódź, ul. Srebrna 41

handlowy@wydawnictwoliteratura.pl

tel. (42) 630 23 81

www.wydawnictwoliteratura.pl

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

ROZDZIAŁ PIERWSZY
1

Poznajcie najpierw Dudusia Fąferskiego, mojego ciotecznego brata, pożal się Boże. Wierzcie mi, gdyby to ode mnie zależało, Duduś nigdy nie byłby moim ciotecznym bratem ani nawet dalekim kuzynem. Ale cóż, jest synem mojej rodzonej ciotki, więc przepadło. Tak mnie los skarał. Najwięcej cierpię z tego powodu w szkole. Chodzimy bowiem do jednej klasy, a gdy tylko coś przeskrobię, zaraz słyszę kazanie: „Jesteś nieprzygotowany, jesteś leń, bierz przykład z ciotecznego brata”. Albo: „Duduś wczoraj dostał piątkę z fizyki, a ty co?”. I tak Duduś Fąferski prześladuje mnie od pierwszej klasy.

Nic więc dziwnego, że postanowiłem coś niecoś napisać o nim, żeby ludzie wiedzieli, co to za jeden. Oto on:

– wzrost – 167

– waga – 64

– oczy – niebieskie jak u niewinnej panienki

– znaki szczególne – krostka na końcu nosa.

Prócz tego Duduś jest po prostu Dudusiem i gdyby nawet miał sto osiemdziesiąt centymetrów wzrostu, to też zostałby Fąferskim. Biedna ta ciocia Benia, kocha go, bo gdyby go nie kochała, to już dawno zmieniłaby nazwisko, mimo że wuj Waldek otrzymał ostatnio Złoty Krzyż Zasługi za budowę kombinatu petrochemicznego w Płocku.

A teraz może trochę o sobie... Zresztą, po co o sobie pisać? I tak poznacie mnie podczas naszej długiej podróży. A podróż zapowiada się interesująco.

Najpierw – jeszcze w maju – była narada familijna.

Zeszli się u nas na kawie moi rodzice, rodzice Dudusia, babcia Fąferska i ciocia Anka, ta najmłodsza z sióstr mojej mamy i najbardziej przeze mnie lubiana. Wypili dwa litry kawy, pół butelki koniaku, zjedli całą bombonierkę od Wedla i uradzili, że na wakacje wyjeżdżamy na wyspę Wolin, do Międzywodzia.

Wszystko obmyślili planowo i cybernetycznie (ulubione powiedzonko mojego taty). Ale ja od razu wiedziałem, że z tej cybernetyki nic dobrego nie wyniknie.

W połowie czerwca mama z ciocią Benią i z młodszymi dziećmi wyje­chały do Międzywodzia, „żeby dzieci jesienią nie chorowały na migdałki.” Ja i Duduś zostaliśmy do końca roku szkolnego w Warszawie. Czekaliśmy prawdopodobnie na to, żeby Duduś przyniósł same piątki, a babcia Fąferska mogła do mnie zatelefonować: „Widzisz, Poldek, Duduś ma same piątki, a ty co? Zmień się, chłopcze, bo co z ciebie wyrośnie?”

Do tej pory nie zastanawiałem się nigdy, co ze mnie wyrośnie, bo gdybym się zastanawiał, to nic by ze mnie nie wyrosło. Ale to nieważne. Najważniejsze, że mój tata zaraz po zakończeniu roku szkolnego powinien nas zawieźć do Międzywodzia, gdzie mieliśmy wdychać świeże powietrze, nabierać sił na rok następny, hartować ciało w lodowatej wodzie i uodpornić organizm na rozmaite choroby i bakterie.

Tymczasem tatę, który wszystko obmyślił planowo i cybernetycznie, wezwano nagle do huty Florian. Cała cybernetyka wzięła w łeb. Nie miał nas kto odwieźć. Wynikł z tego kosmiczny bałagan. Rodzinka w proszku. Mama z ciocią Benią i z młodszymi dziećmi wdychają jod w Międzywodziu, tata naprawia coś w hucie Florian, wujek Fąferski buduje kombinat petrochemiczny w Płocku, Duduś rozkoszuje się piątkami u babci Fąferskiej, a ja w domu z ciocią Anką rozmyślamy – co robić.

Po krótkiej naradzie doszliśmy do wniosku, że należy zadzwonić do wuja Fąferskiego. Dostał niedawno Złoty Krzyż Zasługi, więc powinien coś wymyślić.

Po dwóch godzinach wydzwaniania złapaliśmy go w dziale zaopatrze­nia. Oto rozmowa:

CIOCIA ANKA – Przyjeżdżaj natychmiast, bo ktoś musi odwieźć chłopców.

WUJEK – Przecież Staszek miał ich odwieźć.

CIOCIA – Staszek wyjechał do huty „Florian”.

WUJEK – Nie rozumiem, dlaczego wyjechał do huty Florian, skoro miał ich odwieźć.

CIOCIA – Ja też nie rozumiem, ale nic na to nie poradzę. Będziesz musiał ich odwieźć do Międzyzdrojów.

WUJEK – Czy nasi są w Międzyzdrojach?

CIOCIA – Wybacz, wszystko mi się już pomieszało. W Międzywodziu, oczywiście.

WUJEK – Mnie tu wszystko wali się na głowę, a ty chcesz, żebym ich odwoził.

CIOCIA – Ja nie chcę, tylko ktoś musi.

WUJEK – To odwieź ich ty.

CIOCIA – Wesoły jesteś. To ty radziłeś, żeby jechali tak daleko do Międzyzdrojów.

WUJEK – (krzyczy) Międzywodzia!

CIOCIA – (krzyczy) Niech będzie Międzywodzia. I tak wszystko jedno!

WUJEK – Co wszystko jedno?

CIOCIA – W ogóle.

WUJEK – To się samo przez się rozumie...

W tym miejscu coś w słuchawce chrypnęło, a uprzejma telefonistka powiedziała, że przerwano rozmowę ze względów technicznych. Ciocia ruchem niezdecydowanym odłożyła słuchawkę.

– To się rozumie samo przez się – powtórzyła przedrzeźniając wuja. – Jemu coś tam wali się na głowę, a ja będę musiała odwozić was do Międzyzdrojów.

– Do Międzywodzia – poprawiłem.

– Tak – machnęła z rezygnacją ręką. – Czy oni nie rozumieją, że jestem strasznie zajęta?

Oczywiście, ciocia Anka była okropnie zajęta. Nigdy nie mogła doczekać się piątej godziny, kiedy pod dom na nowiutkiej jawie zajeżdżał Franek Szajba, obrotowy Legii, członek kadry narodowej i reprezentant Polski w koszykówce. Miał sto dziewięćdziesiąt osiem centymetrów wzrostu i pisali o nim w „Przeglądzie Sportowym”, że strzela kosze z zamkniętymi oczami. Ciocia Anka chodziła stale na treningi, na mecze, a w domu puszczała płytę Gdy mi ciebie zabraknie w wykonaniu Reny Rolskiej i wzdychała.

Czy w takiej sytuacji ciocia Anka mogła nas odwieźć do Międzywodzia? Kto wtedy czekałby na Szajbę, wzdychał i puszczał Gdy mi ciebie zabraknie?

– Co ja teraz z wami zrobię? – zapytała ciocia żałosnym głosem.

– Kto by się tym przejmował – powiedziałem, bo żal mi się zrobiło jej i Szajby. – Wujek Waldek dostał Krzyż Zasługi, to mądry.

Ciocia od razu poweselała.

– No tak, jesteście już prawie dorośli. Czternaście lat, ho, ho!

– Damy sobie, ciociu, radę.

– Myślę, że nie będę musiała was odwozić.

– Oczywiście, pojedziemy sami. Dla mnie to mięta prysnąć z Warszawy do Szczecina pociągiem, a potem autobusem do Międzywodzia.

– Ty, Poldek, jesteś przecież taki zaradny. Boję się tylko o Dudusia.

– Przecież on ma same piątki – wtrąciłem z przekąsem.

– Tak, ale okropny fajtłapa. Pamiętaj, Poldeczku, opiekuj się nim, bo on taki nieżyciowy.

– Spokojna głowa. Ciocia kupi bilety, a my już sami walniemy się tam, gdzie trzeba.

2

Pociąg pospieszny do Szczecina odjeżdżał z Dworca Głów­nego o siódmej trzydzieści. Oznaczało to, że o piątej powinienem się zerwać na równe nogi. Zamiast mnie zerwała się jednak ciocia Anka. Zaczęła mnie okropnie tarmosić i zanim wstałem, była już piąta trzydzieści.

– Czy nie zapomniałeś czegoś? – zapytała przy śniadaniu ciocia.

Chwilowo nie mogłem sobie przypomnieć, czy czegoś nie zapomniałem, gdyż byłem jeszcze strasznie zaspany. Dopiero później przypomniałem sobie, że się nie spakowałem.

Zacząłem się pakować.

Mama zostawiła mi na kartce spis rzeczy, które mam ze sobą zabrać. Gdybym jednak chciał to wszystko zabrać, musiałbym załadować pół wagonu towarowego. Postanowiłem więc zapakować się systemem harcerskim. Położyłem na podłodze plecak, otworzyłem szafę i zacząłem wrzucać rzeczy, które uważałem za niezbędne. Okazało się jednak, że i tych niezbędnych rzeczy jest za dużo. Wrzuciłem więc tylko jedną zmianę bielizny, ciepły sweter, ręcznik, mydło, szczoteczkę do zębów, kąpielówki, latarkę i wałówkę na jeden dzień. Potem wskoczyłem w stare dżinsy, naciągnąłem harcerską bluzę, przypiąłem do pasa finkę i poczułem się tak szczęśliwy, jakbym już był w Szczecinie, ba, w Międzywodziu.

Dopiero Duduś popsuł mi humor.

Przyszedł punktualnie o szóstej. Gdy go zobaczyłem, oniemiałem z przerażenia.

– Nie jadę z nim! – zawołałem.

– Ależ, Poldziu, dlaczego? – zapytała ciocia.

– Nie jadę. Niech ciocia na niego popatrzy.

Wstyd było na niego spojrzeć. Picuś, laluś do kwadratu: buciki z noskami w szpic tak lśniły, że można się było w nich przejrzeć, spodnie długie tak zaprasowane, że o kant można było się skaleczyć, koszula jak śnieg biała i do tego błękitna muszka w białe groszki.

– Człowieku, dokąd ty się wybierasz? – zawołałem zrozpaczony.

– Jak to dokąd? – zdziwił się. – Przecież jedziemy z ciocią Anią do Międzywodzia.

– A ja myślałem, że ty idziesz na bal do księcia Walii.

– Nie żartuj. I pospiesz się, bo się spóźnimy.

Podniósł z ziemi coś, co mnie najbardziej przeraziło – walizkę z cielęcej skóry, oblepioną rozmaitymi hotelowymi nalepkami. Zdawało mi się przez chwilę, że przyjechał z Honolulu. A on przecież przyszedł od babci Fąferskiej. Chciałem mu coś powiedzieć, ale uprzedziła mnie ciocia Ania.

 

– Ach – westchnęła boleśnie. – Dudusiu, zapomniałam ci powiedzieć, że nie mogę odwieźć was do Międzywodzia. Mam właśnie egzaminy na uniwersytecie.

Tak – pomyślałem – egzaminy, które mają sto dziewięćdziesiąt osiem wzrostu i rzucają kosze z zamkniętymi oczami. Nie mogłem jednak zasypać cioci, więc powiedziałem jakby nigdy nic:

– No tak, ciocia jest bardzo zajęta, twojemu ojcu wszystko wali się na głowę, mój wyjechał do huty Florian, a my jesteśmy już prawie dorośli. Nie martw się, odstawię cię całego do mamy, tylko zdejmij tę muszkę, bo mi się zdaje, żeś połknął motyla.

Duduś zbladł i lekko zatrząsł portkami.

– To my... to my... pojedziemy sami? – wymamrotał.

– Nie sami – zaznaczyłem mimo woli – tylko z podróżnymi. Cała Warszawa wyjeżdża.

– A babcia nic o tym nie wie. Może ja do niej zatelefonuję.

Tego jeszcze brakowało. Teraz ja zbladłem. Byłem bowiem pewny, że jak babcia Fąferska dowie się, że ciocia nie jedzie z nami, to zemdleje i nie pozwoli.

– Nie telefonuj do babci – powiedziałem – bo babcia ma słabe serce i może się zdenerwować.

– Tak, tak – podchwyciła moją myśl ciocia Anka. – Nie można denerwować starszej osoby. Jestem przekonana, że dacie sobie sami radę.

– To się wie! – zawołałem ochoczo. – Mamy już przecież bilety. Ciocia odprowadzi nas na pociąg, załaduje do przedziału, a reszta to przecież mięta. No, nie martw się, stary – klepnąłem Dudusia i zrobiłem taką minę, jakbyśmy już byli na dworcu.

Duduś jednak nie przestał się martwić. Miał minę zasępionego jamnika i ciągle poprawiał muszkę.

Okazało się również, że nie ma dla nas biletów.

– Wybaczcie – tłumaczyła się ciocia – wczoraj byłam tak strasznie zajęta, że nie zdążyłam nawet pójść do fryzjera. Ale to przecież głupstwo. Odwiozę was na dworzec i tam kupimy bilety.

Jaka miła ta ciocia Anka. Dla niej to wszystko głupstwo – pomyślałem. Jednak Duduś był innego zdania. Zbladł jeszcze bardziej i zezując na krostę na końcu nosa, dorzucił:

– Tak, ale babcia mówiła, że na ten pociąg obowiązują miejscówki.

– Są też wagony bez miejscówek.

– Ale podobno teraz ogromny tłok.

– Dla dwóch młodych ludzi zawsze znajdzie się miejsce – ciocia spojrzała na zegarek i zawołała: – My gadu, gadu, a tu już szósta piętnaście! Musimy iść.

Duduś podniósł upstrzoną nalepkami walizkę, ja zarzuciłem na ramiona plecak, a ciocia Anka ni stąd, ni zowąd podbiegła do okna. Na dole rozległ się bowiem dobrze mi znany warkot motoru. Byłem pewny, że to Franek Szajba zatrzymał się pod naszą bramą. Nie myliłem się. Wkrótce ktoś zadzwonił, a gdy ciocia otworzyła drzwi, zobaczyliśmy wszyscy dwumetrowego (bez dwóch centymetrów) obrotowego Legii i reprezentanta Polski we własnej osobie.

Ciocia zupełnie o nas zapomniała, a Szajba w ogóle nas nie zauważył, jakbyśmy byli bożymi krówkami siedzącymi na rododendronie.

– Nie spodziewałam się, że przyjedziesz tak wcześnie – westchnęła ciocia radośnie.

Szajba nie westchnął, bo obrotowemu z Legii nie wypada wzdychać. Uśmiechnął się tylko i rzucił od niechcenia:

– Taka ładna pogoda. Może pojedziemy nad Wisłę?

Wtedy ciocia przypomniała sobie o nas.

– Niestety nie mogę. Muszę chłopców odwieźć na dworzec i wyekspediować nad morze.

Szajba spojrzał na nas z obrzydzeniem.

– Czy oni nie mogą sami pojechać? Przecież to już tacy wielcy kawalerowie. Fundnij im taksówkę i po krzyku.

Tymczasem nie było jeszcze po krzyku: ciocia zaczęła się łamać, nie wiedząc, czy ma jechać z Frankiem Szajbą nad Wisłę, czy z nami na dworzec. Okropnie nie lubię, jak ludzie się łamią i wahają.

– To mięta – powiedziałem. – Ciocia nam fundnie taksówkę i rzeczywiście po krzyku.

– A jak nie dostaniemy biletów? – wtrącił Duduś.

Chciałem go kopnąć w kostkę. Jak można coś podobnego mówić przy reprezentacyjnym obrotowym Legii? Ale go nie kopnąłem, gdyż ciocia nagle przypomniała sobie, że skoro jedziemy pociągiem do Szczecina, potrzebne nam są na podróż pieniądze. Pobiegła czym prędzej do swego pokoju, a gdy wróciła, położyła na stole banknot pięćsetzłotowy.

– Mam nadzieję, że to wam wystarczy. Tylko błagam, uważajcie, żebyście nie zgubili.

W Dudusia wstąpił duch przekory.

– Ja sam nie jadę – powiedział przez nos, tak jak to zwykli mówić wszyscy Fąferscy.

– Dlaczego, Dudusiu? – zapytała ciocia Anka.

– Bo jak zgubimy pieniądze, to zaraz będzie na mnie.

– Masz babo placek – westchnął zniecierpliwiony Szajba. – Dają im pieniądze, a oni jeszcze grymaszą.

Duduś zasępił się.

– Może jednak zadzwonię do babci...

– Chcesz ją koniecznie zdenerwować?

– I napiszę do Płocka, żeby mnie tata odwiózł.

– Człowieku! – zawołałem. – Wujkowi wszystko wali się na głowę, ma pełne ręce roboty, a ty wyprawiasz takie hece.

– Bo jestem pewny, że nie będzie miejscówek.

– Jack London jeździł na dachach transamerykańskich ekspresów i też było dobrze – wtrąciłem.

Wstyd mi było wobec Szajby za Dudusia i za siebie. Co on sobie o nas pomyśli?

Cioci też było wstyd. Rozłożyła szeroko ręce, westchnęła po raz trzeci.

– Jak uważacie, moi drodzy, jak uważacie.

Ja w każdym razie uważałem, że trzeba jechać. Powiedziałem to głośno i trąciłem łokciem Dudusia, w którym wciąż jeszcze tkwił duch przekory. Prawdopodobnie nie chciał, żeby ciocia pojechała z Frankiem Szajbą nad Wisłę.

Szajba raczył uśmiechnąć się do mnie.

– No proszę, to mi się podoba. Chłopiec z decyzją.

– Nie mam ochoty siedzieć dłużej w Warszawie – dodałem ze złością. – A ty rób, co chcesz. I powiem ci, że jesteś okropny laluś i oferma.

Duduś poczerwieniał nagle. Oczy błysnęły mu gniewnie.

– No dobrze – syknął przez zęby. – Niech ci będzie, jedziemy, ale jak będzie jakaś wsypa, to pamiętaj, przez ciebie – porwał cud-walizkę i pierwszy wyszedł z mieszkania.

Ciocia zawołała za nim:

– Jeżeli masz ochotę, to zadzwoń jeszcze do babci!

Okazało się, że Duduś nie miał już ochoty zadzwonić do babci Fąferskiej. Zbiegł szybko na dół, uginając się pod ciężarem wypchanej walizki i jeszcze czegoś, co dopiero teraz zauważyłem: lotniczej torby podróżnej, która obijała się o jego kolana. Wyglądał jak pasażer pierwszej klasy luksusowego okrętu. A ja?... Ja – jak tramp. Miałem tylko lekki plecak. Prócz tego przedsmak dalekiej podróży i dwóch cudownych miesięcy nad Bałtykiem. Cieszyłem się, że wyjeżdżamy bez eskorty, a ciocia Anka będzie mogła spędzić pół dnia nad Wisłą z najsławniejszym koszykarzem w Polsce.

3

– Czym ci to babcia tak wypchała walizkę? – zapytałem Dudusia w taksówce.

Dwie minuty milczał obrażony. Po dwóch minutach odparł półgębkiem:

– Tym, co mamusia napisała w liście.

– I wszystko ci się zmieściło?

– Musieliśmy z babcią siadać na walizce, żeby się zamknęła.

– A co masz w tej torbie?

– Jedzenie.

– Dla siebie?

– Nie, dla nas obu, bo babcia powiedziała, że ciocia Anka na pewno zapomni kupić dla ciebie i będziesz czekał, aż cię ktoś poczęstuje.

– To babcia nie zgadła. Mam dwa kotlety, cztery jajka na twardo i jeszcze mógłbym cię nakarmić. A ty chyba wieziesz dla całej rodziny, bo tam podobno są trudności z aprowizacją.

Nie zrozumiał żartu. Wydął tylko wargi i prychnął:

– Phi! Mama pisała, że tam wszystko można dostać. Nawet szynkę i polędwicę.

– I pieczone gołąbki w ananasowym sosie.

– O tym mama nie pisała – odparł poważnie i zamyślił się głęboko. Miał znowu minę zakłopotanego jamnika, z uporem zezował na koniec krostowatego nosa. Po chwili zapytał: – Kto to był ten wysoki pan u cioci Anki?

Duduś wyrażał się zawsze bardzo wytwornie i mówił jak dorosły. Mimo to nie zrozumiałem jego pytania. W głowie mi się nie mieściło, żeby ktoś mógł nie znać Franka Szajby, o którym pisali w „Przeglądzie Sportowym”, że strzela kosze z zamkniętymi oczami.

– O kim mówisz? – zapytałem.

– O tym, co proponował cioci spacer nad Wisłę.

– Człowieku, to przecież Franek Szajba, najlepszy obrotowy w Polsce.

– Obrotowy? Czy to jakiś nowy zawód?

– Ciemna masa. To przecież fenomenalny koszykarz.

– Wybacz, ale nie interesuję się sportem. Czy to jej narzeczony?

– Chyba tak, bo ciocia stale tylko wzdycha i puszcza Gdy mi ciebie zabraknie.

– Ożeni się z nią?

– Chyba nie, bo nie ma czasu. Stale chodzi na treningi i mecze, i do tego ma motor.

Duduś rzucił mi pogardliwe spojrzenie.

– Czy to mu przeszkadza?

– Człowieku, gdybyś ty miał motor, to może chciałoby ci się żenić?

Duduś zamyślił się.

– Wiesz, nie zastanawiałem się nad tym.

Myślałem, że teraz się zastanowi, ale nie zdążył, bo właśnie zatrzymaliśmy się przed dworcem. Duduś z trudem wytaszczył z taksówki cud-walizkę z barwnymi nalepkami, ja zaś zapłaciłem taksówkarzowi i pchnęliśmy się na dworzec. Do hallu weszliśmy właśnie w momencie, kiedy podawano przez głośniki, że „pociąg pospieszny do Szczecina podstawiają na tor trzeci przy peronie drugim”.

– Babcia miała rację – powiedział przez nos Duduś.

– Dlaczego właśnie babcia? – zapytałem.

– Bo powiedziała, że z wami to nigdy nic nie wiadomo, a ciocia Anka jest najbardziej lekkomyślną osobą pod słońcem.

Istotnie, babcia Fąferska miała rację. To, co ujrzeliśmy na dworcu, przechodziło wszelkie wyobrażenie. Zwłaszcza tłok. Wyglądało tak, jakby cała Warszawa wyjeżdżała w tym dniu i tym pociągiem nad morze. Ludzie mieli nieprzytomne oczy, krzyczeli, biegali i dzielili się na dwie części: dorośli szukali dzieci, a dzieci szukały dorosłych i nikt nikogo nie mógł znaleźć.

My na szczęście nie musieliśmy nikogo szukać, ale mimo to zdawało się, że jesteśmy zgubieni. Nie mieliśmy przecież biletów, tymczasem nasz pociąg stał już na peronie, a wokół niego – jak to często piszą w gazetach – działy się dantejskie sceny.

– Co to są dantejskie sceny? – zapytałem mimo woli Dudusia.

Mój cioteczny brat, pożal się Boże, spojrzał na mnie jak na nieuka i wyjaśnił rzeczowo:

– Alighieri Dante, największy poeta włoski. Żył w latach tysiąc dwieście sześćdziesiąt pięć, tysiąc trzysta dwadzieścia jeden. Napisał Boską komedię, w której opisuje sceny w piekle. Stąd utarło się potoczne powiedzenie „dantejskie sceny”. – Potem dodał cierpko: – Ale to przecież nie ma nic wspólnego z naszą sytuacją. Wydaje mi się, że jednak dzisiaj nie wyjedziemy do Szczecina.

– Do odważnych świat należy! – rzuciłem górnolotnie, a potem dosłownie rzuciłem się w tłum, by dobrnąć do kasy.

Przed kasą wił się długi wąż czekających pasażerów. Panował taki tłok, że trudno było stwierdzić, kto stoi w kolejce, a kto nie stoi. Stanąłem więc blisko okienka i zacząłem udawać, że stoję już od dawna. Nie udało mi się jednak. Jakiś starszy pan zawołał, żebym stanął tam, gdzie trzeba, i w ogóle nauczył się porządku. Jakaś pani ujęła się za mną. Ktoś jeszcze wtrącił, że mu pociąg odejdzie, jeżeli wykupię przed nim bilet. Tak się okropnie zaczęli kłócić, że nie spostrzegli, kiedy znalazłem się z Dudusiem przed okienkiem.

– Dwa zniżkowe do Szczecina! – zawołałem zdyszany.

– Która klasa? – zapytała kasjerka.

– Może być druga. Nam wszystko jedno.

Kasjerka wyjęła z szafki dwa bilety, a ja tymczasem zwróciłem się do Dudusia:

– Dawaj forsę.

Duduś zrobił zdziwione oczy i jeszcze bardziej podobny był do jamnika.

– Jaką forsę?

– No te pięć stów.

– Przecież ty zabrałeś te pieniądze.

– Ja? Tyś chyba z byka spadł.

– Przecież tobie ciocia dała.

– A ja myślałem, że tobie.

– A ja jestem przekonany, że właśnie tobie – powiedział Duduś z przekąsem. Chciał jeszcze coś dorzucić, ale nie zdążył, bo właśnie w tej chwili kasjerka rzuciła przede mnie dwa bilety.

– Dwieście szesnaście sześćdziesiąt – dodała urzędowym tonem.

 

Zacząłem błyskawicznie przeszukiwać kieszenie, lecz wiadomo, gdy się czegoś szuka błyskawicznie, to na pewno się nie znajdzie. Zwłaszcza gdy z tyłu odzywają się uprzejme głosy: „Nie mogli wcześniej przygotować pieniędzy!”, „Co się tam grzebiesz?”, „Niech pani sprzedaje, bo pociąg mi odjedzie, do jasnej anielki” i tym podobne.

Cóż mogłem zrobić? Chwilowo skapitulowałem. Odeszliśmy z Dudusiem na bok i jeszcze raz dokładnie przeszukałem kieszenie. Nie znalazłem nic prócz legitymacji szkolnej, kilku drobnych monet, które zostały po opłaceniu taksówki, sznurka, starych biletów tramwajowych i okruszyn po chlebie. Duduś stał z boku i patrzył na mnie jak kat na skazańca.

– Babcia miała rację – powiedział ni stąd, ni zowąd. – U was w rodzinie straszny bałagan.

Tej zniewagi nie mogłem jednak puścić płazem. Prychnąłem mu prosto w twarz:

– U nas bałagan, ale i tak nie chciałbym być wnukiem twojej babci, która ma zawsze rację, ani synem twojego ojca, który dostał Złoty Krzyż Zasługi. A zresztą jestem przekonany, że to właśnie ty wziąłeś pieniądze od cioci Anki. Przeszukaj kieszenie!

Powiedziałem to tak ostro, że Duduś nie mrugnął, nawet nie pisnął, tylko grzecznie zaczął przetrząsać kieszenie swoich eleganckich spodni z elany. Pięćsetki jednak nie znalazł.

– Zgubiłeś – oskarżył mnie nikczemnie.

– To ty zgubiłeś – natarłem. – A teraz jeszcze na mnie zwalasz.

– Fąferscy nigdy nie gubią pieniędzy. Babcia miała rację.

– Słuchaj – zawołałem gniewnie, bo już dość miałem tego gadania – jeżeli jeszcze raz powiesz: „Babcia miała rację”, to ci urwę tę twoją picusiowatą muszkę!

Groźba poskutkowała. Duduś skrzywił się, przełknął ślinę i powiedział potulnie:

– Czy to wypada kłócić się przy ludziach?

Nie wypadało, zwłaszcza że wokół nas zebrał się już spory tłumek ciekawskich i jeszcze chwila, a zaczęliby się zakładać, kto komu pierwszy dosunie albo podbije oko. Nie lubię zbiegowisk. Zabrałem plecak i wyszedłem przed dworzec. Przy postoju taksówek rozgrywały się dantejskie sceny. Byłem jednak tak zrozpaczony, że nie zwracałem na to uwagi. Znalazłem zaciszne miejsce pod betonowym ogrodzeniem, usiadłem na plecaku i zamyśliłem się tak głęboko, że zupełnie zapomniałem o Dudusiu. Przypomniałem sobie o nim dopiero wtedy, gdy usłyszałem jego głos:

– Co robimy?

Śmieszne pytanie. Pięć stówek wyparowało jak kamfora, a on pyta co robimy.

– Nic.

– Przecież nie można robić nic.

– A ja właśnie chcę robić nic.

– Jak uważasz. Ja w każdym razie wracam do domu – Duduś z trudem podniósł cud-walizkę, zarzucił na ramię lotniczą torbę, spojrzał na mnie pytająco:

– A ty?

– Człowieku – zawołałem – nie ma głupich! Chcesz, żeby mi do końca życia wymawiali w domu, że zrujnowałem rodzinę?!

Powiedziałem to mocno i z takim przekonaniem, że na jamnikowatej twarzy Dudusia pojawił się wyraz zainteresowania.

– W takim razie co zamierzasz robić?

Do tej pory nic nie zamierzałem, ale w tej chwili ni stąd, ni zowąd wpadł mi do głowy genialny pomysł.

– Wiesz co – rzuciłem – pojedziemy do Międzywodzia autostopem.

Duduś nie zbladł, jak przypuszczałem, ani nie uśmiechnął się z przekąsem, tylko stuknął się w czoło.

– Poldek, ty masz chyba gorączkę. Przecież nie mamy karty ani pieniędzy, ani nie ukończyliśmy osiemnastu lat.

– A Jack London miał?

– Jack London żył w innych czasach.

– Tak, i zjeździł całe Stany Zjednoczone, choć nie miał ani grosza przy duszy. I z San Francisco pchał się na dachu aż do Nowego Jorku, a nikogo się nie pytał o kartę.

Zabiłem mu porządnego ćwieka. Zmarszczył czoło, zaczął trzeć palcem krostkę na końcu nosa.

– Niezły pomyśl – szepnął po chwili – tylko co powiedzą rodzice?

– Rodzice będą pewni, że jesteś w domu u babci.

– A babcia?

– Babcia będzie pewna, że jesteś u rodziców.

Duduś pokręcił z niedowierzaniem głową.

– Tak, ale jak długo oni będą pewni?

– A my tymczasem będziemy w drodze...

Tak mi się spodobał ten pomysł, że zamiast się martwić, wyciągnąłem z kieszeni plecaka kawał chleba i kotlet, przełamałem na pół i podałem Dudusiowi.

– Wtrząśnijmy coś niecoś, to zaraz nam się wyklaruje.

Duduś z obrzydzeniem spojrzał na siekany kotlet, tak jakby w torbie miał tylko pieczone kuropatwy i płetwy rekina.

– Nie chcesz, to nie. Sam zjem.

Duduś łamał się. Z roztargnieniem tarł koniec nosa i przestępował z nogi na nogę.

– Słuchaj, jak długo jechalibyśmy do Międzywodzia?

– To zależy od komunikacji, ale zdaje mi się, dwa, trzy dni. Jeden skok do Gdańska, drugi do Koszalina, a potem już blisko. Na trzeci dzień murowanie jesteśmy w Międzywodziu.

– A jak nas przymkną?

– Kto?

– Milicja.

– Za co?

– Że bez karty jedziemy autostopem.

– Jeżeli tak myślisz, to lepiej wracaj do babci i kłaniaj się ode mnie tatusiowi.

Inne książki tego autora:
Wakacje z duchami
17,90 10,74
Stawiam na Tolka Banana
19,90 11,94
Kapelusz za sto tysięcy
17,90 10,74
Rozwiń