Skazana przez mafięTekst

Z serii: Bracia Vedetti #2
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Skazana przez mafię
Skazana przez mafię
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 69,80  55,84 
Skazana przez mafię
Skazana przez mafię
Audiobook
Czyta Anna Wilk, Łukasz Chmielowski
39,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Słowo od Autorki

Fabuła Skazanej przez mafię stanowi odrębną historię, ale jest jednocześnie kontynuacją wydarzeń znanych z poprzedniego tomu – Zależnej od mafii. Doradzam przeczytać go w pierwszej kolejności, ponieważ bohaterowie, którzy tam zaistnieli, pojawiają się teraz w wątkach pobocznych.

Życzę mnóstwo emocji podczas lektury!

1

Aleksander

– Skarbie, na ciebie jużczas – rzuciłem, a śliczna blondynka zamrugała i ziewnęła.

– A może zdrzemniemy się chwilę i druga runda? – zaproponowała, wtulając policzek w mój tors. Natychmiast zalała mnie fala niechęci. Z trudem się powstrzymałem, żeby jej z siebie nie zepchnąć.

– To tak nie działa. Jestem zmęczony. – Odsunąłem się i odwróciłem na drugi bok. – Pieniądze są na stole.

Dziewczyna westchnęła niezadowolona, wysunęła się spod ciepłej kołdry i zaczęła się ubierać. Nawet nie pamiętałem, jak ma na imię. Jakoś na D… Daria, Diana? Włożyła złotą sukienkę i zaczęła przeczesywać jasne włosy palcami. Widziałem jej odbicie w szybie hotelowego okna.

– Myślałam, że moglibyśmy… – zaczęła nieśmiało, zerkając na mnie przez ramię.

– Nie – przerwałem jej oschle, nie zaszczycając jej nawet spojrzeniem.

Kolejna laska, która pomyliła swoje żałosne życie ze scenariuszem Pretty Woman. Zaczynało mnie to już irytować. Naprawdę nie lubiłem ich tak obcesowo wyrzucać. Wybierałem dziewczyny z wyższej półki, były zadbane, piękne i dobrze ubrane. Płaciłem mnóstwo hajsu, żeby się świetnie bawić i nie mieć problemów. Wygląda jednak na to, że jestem zbyt miły, bo dziewczyny coraz częściej pytają o kolejne spotkania i proponują, że nie pobiorą za nie opłaty. Chyba każda z nich marzy o tym, by jakiś przystojny bogacz wyciągnął ją z bagna, w którym się znalazła. Owszem, spełniam te warunki, ale nie mam zamiaru wpakować się w żadne gówno. Ich bagno, nie moje.

Na szczęście wyszła bez dalszych dyskusji. Westchnąłem z ulgą i chwyciłem telefon. Odruchowo przejrzałem społecznościówki. W mojej skrzynce pojawiła się podejrzana wiadomość zatytułowana Wezwanie do zapłaty. Przeniosłem ją do kosza bez czytania treści. To na pewno kolejni wyłudzacze.

Poleżałem z przymkniętymi oczami jeszcze dwie godziny, po czym wstałem, ubrałem się i opuściłem pokój hotelowy.

Wrocław powoli budził się do życia. Widziałem zmęczone twarze ludzi w samochodach, studentów biegnących do tramwaju z kawami w papierowych kubkach w dłoniach. Przeciągnąłem się, wdychając chłodne powietrze. Jak dobrze, że nic nie muszę. Moje życie jest wspaniałe. Zatrzymałem się przed niewielkim lokalem. Przed jego drzwiami ustawione były beczki z kwiatami. Ze środka dobiegał smakowity zapach wypiekanego pieczywa i kawy z ekspresu. Zdecydowałem, że to tutaj zjem dzisiaj śniadanie.

Zamówiłem podwójne espresso i jajka na bekonie, po czym usiadłem przy oknie. Właśnie tak wyglądają moje poranki, moje życie to nieustające wakacje. Rozkoszowałem się śniadaniem, obserwując spieszących się do pracy ludzi.

Tuż przed moim nosem zatrzymała się na rowerze młoda kobieta w beżowym płaszczu i sprawdziła coś w telefonie. Przejeżdżający obok mercedes nie zwolnił, wjechał w kałużę i… błotnista struga oblała ciemną blondynkę od stóp do głów. Przygryzłem usta, żeby pod wpływem absurdu tej sytuacji nie zaśmiać się w głos. Dziewczyna wytarła twarz, a potem puściła wiązankę przekleństw, grożąc kierowcy drobną pięścią. Chwilę później odjechała, złorzecząc pod nosem.

– Rachunek poproszę. Będę płacić kartą. – Machnąłem na kelnerkę.

Dziewczyna z policzkami czerwonymi jak pomidory przyniosła koszyczek i terminal. Wyjąłem z portfela czarną visę i przyłożyłem do okienka. Terminal piknął ostrzegawczo i zaświeciła się czerwona diodka.

– Spróbujmy jeszcze raz – powiedziała dziewczyna i ustawiła urządzenie. Podała mi je, nie patrząc mi w oczy. Na swój sposób bawiło mnie, jak kobiety na mnie reagowały.

– Znowu odmowa – oznajmiła.

– Dziwne.

– Może jakaś przerwa techniczna – zasugerowała.

– To nic, zapłacę gotówką. – Wyciągnąłem banknot z przegródki i wręczyłem go kelnerce. – Reszty nie trzeba.

Puściłem jej oko, sprawiając, że prawie upadła.

Wyszedłem z knajpy i udałem się do najbliższego bankomatu. Kasa, którą zostawiłem w kawiarni, była ostatnią gotówką, jaką miałem. Skoro mają awarię, mogę mieć problem z płaceniem w innych miejscach.

Włożyłem kartę do dziury i wpisałem PIN. Wybrałem opcję wypłata gotówki i nacisnąłem guzik przy pięciuset złotych. Na ekranie pojawił się komunikat: „odmowa”.

– Co jest, do kurwy nędzy? – zakląłem pod nosem. Zaczynałem być tym wszystkim poirytowany. Ponowiłem próbę, ale znowu wyświetlił się ten sam opis. Za mną zaczęła się ustawiać kolejka.

– Można trochę szybciej? – zapytał facet z kartoflowatym nosem.

– Moment – odburknąłem i wybrałem opcję „zapytanie o saldo”. Moje konto pokazywało jakieś grosze na minusie. Ostatnią transakcją, która przeszła, była wypłata z bankomatu wczoraj po południu. To niemożliwe, żeby kasa się skończyła. Wybrałem numer do banku, nadal stojąc przy ekranie.

– Czy może pan już zwolnić bankomat? – Usłyszałem niecierpliwy głos za plecami.

– Chwila.

– Ja i mój kolega ładnie prosimy, żeby pan stąd spierdalał. – Odwróciłem się i zobaczyłem, że obok osiedlowego dresika stoi jego większy kolega. Mój brat pewnie by wyjął teraz pistolet i strzelił im po ostrzegawczym pod nogi, ale ja taki nie jestem.

Skinąwszy, odsunąłem się, przytykając telefon do ucha. Na linii nadal grała denerwująca muzyczka na czekanie. Minęła wieczność, nim po drugiej stronie odezwał się konsultant. Podałem wszystkie PIN-y, hasła i przeszedłem weryfikację.

– W czym mogę pomóc? – zapytał w końcu.

– Pieniądze zniknęły z mojego konta.

– Proszę dać mi chwilkę – powiedział przymilnie. Chwilkę? Człowieku, chwilę. Jesteś dorosłym facetem i mówisz do dorosłego faceta.

– Widzę, że była wczoraj wypłata około osiemnastej. To nie pan wypłacał?

– Ja, ale przecież nie wszystko.

– Widzę, że wypłacił pan tysiąc pięćset z tysiąca czterystu dziewięciu, trzydziestu dwóch. Wychodzi na to, że ma pan mały debecik.

– Niemożliwe!

Facet z niecierpliwym mlaśnięciem przeszedł do dokładniejszej analizy. Wymienił mi wszystkie transakcje z ostatniego miesiąca i nawet się nie zająknął, kiedy odczytywał przelew do mojego kumpla o treści: „na dziwki, koks i chipsy”. Oczywiście to był tylko żart. Nie lubię chipsów.

– Tak więc wszystko jest w porząsiu – odpowiedział.

– W porządku – poprawiłem go zdenerwowany.

– Świetnie! Życzę miłego dzionka!

Fuknąłem ze złością, ale facet już się rozłączył. Ludzie z kolejki przyglądali mi się z ciekawością, więc odszedłem kilka kroków dalej i wybrałem numer do brata. Odebrał po trzecim sygnale.

– Filip. Zniknęła mi kasa z konta – warknąłem. – Zrób mi przelew.

Mój brat zaśmiał się chłodno.

– Ile ty masz lat, co?

– Wystarczająco, by korzystać ze spadku, który zostawił nam ojciec – powiedziałem łagodnie i uśmiechnąłem się krzywo do babci w berecie, która właśnie obok mnie przechodziła.

– Mój ty mały braciszku – zadrwił Filip – musisz porozmawiać o tym z Robertem. Ojciec zastrzegł, że spadkiem zarządza ten, który przejmuje rolę capo.

– Co? – Aż oparłem się o elewację. Zrobiło mi się niedobrze na samą myśl, że mam prosić o kasę tego włoskiego maminsynka.

– Słyszałeś mnie.

– Ty idioto! Jak mogłeś oddać wszystkie nasze pieniądze temu… kretynowi!

– To nie jest rozmowa na telefon.

Rozłączyłem się ze złością i wziąłem kilka uspokajających oddechów. Przez chwilę rozważałem, czy nie znaleźć sobie pracy, ale potem postanowiłem jednak zadzwonić do kuzyna.

– Roberto Vedetti – usłyszałem znajomy głos i aż ścisnęło mnie w żołądku.

– Siema, Roberto, chciałbym pogadać o kasie papy – przeszedłem od razu do rzeczy.

Brat cioteczny zaśmiał się po drugiej stronie słuchawki. Następny. Czy to, kurwa, naprawdę jest takie zabawne?

– Wstrzymałem dopiero pierwszy przelew, a ty w jeden weekend zdążyłeś wyczyścić konto do zera? Zakładałem się z Aleksem, ile ci to zajmie. Trzy dni to była jego wersja, ale nie wierzyłem. No, no, no…

Dobrze, że nie wie, że jestem na minusie. Zachowam tę informację dla siebie.

– Och, wal się! – odpowiedziałem mu lekko. – Czekam na przelew.

Zerknąłem na swoje odbicie w witrynie sklepowej i zauważyłem w ciemnych oczach frustrację. Podskórnie wiedziałem, że nie pójdzie tak łatwo.

– Nic z tego – odparł zimno Roberto. – Jeśli chcesz pogadać o kasie, to zapraszam dzisiaj o dziewiętnastej na rodzinną kolację.

Westchnąłem z niezadowoleniem. Świetnie, będę musiał spotkać się z tym zakapiorem. Nie podobało mi się, że Roberto zaczyna bawić się w mojego ojca i zarządza naszym majątkiem. Jak Filip mógł się, do cholery, na to zgodzić?

– Przyniosę tiramisu – zakpiłem.

***

Wysiadłem z tesli i trzasnąłem drzwiami ze złością. To moje najnowsze cudeńko i nie mam zamiaru go sprzedawać, bo jakiś głąb przejął MOJE PIENIĄDZE.

Zerknąłem na elewację rodzinnego domu, który teraz zajął Roberto. To nie było fair. Ojciec nigdy nawet mnie nie zapytał, co o tym wszystkim sądzę. Całe życie byłem na uboczu, podczas gdy jego i Filipa łączyły ich sprawy. Pewnym krokiem wszedłem do środka i udałem się prosto do jadalni. Spóźniłem się kwadrans, żeby ten bałwan nie miał przypadkiem złudzeń, że tu rządzi.

 

Po drodze minąłem przestraszoną Wandę. Chciała coś powiedzieć, ale zbyłem ją gestem ręki.

Wparowałem przez drzwi jadalni niczym burza.

Roberto siedział u szczytu stołu na miejscu mojego ojca i opierał łokcie o blat z drzewa oliwnego. Za jego plecami wisiał portret Eduarda na złoconym fotelu ze mną po lewej stronie i Filipem po prawej. Byliśmy wtedy chłopcami.

– Kazałeś na siebie czekać – zauważył kuzyn, mrużąc oczy.

– Do rzeczy. – Odsunąłem krzesło, usiadłem i oparłem nogi na stole. – Mam dzisiaj sprawy na mieście.

Roberto parsknął.

– Rezerwacja w Euforii? – zapytał, unosząc brwi. – Mogę zdjąć ci ten bagaż z pleców i pójść tam za ciebie.

Musiałem skurczybykowi przyznać, że wyostrzył mu się dowcip. W dodatku trafił w sedno, ale nie miałem zamiaru bić mu braw.

– Zjedzmy – zaproponował sucho i machnął na mnie. – Nogi ze stołu.

Phi…

– Nie będziesz mi mówił…

W tym momencie Roberto wyciągnął z kieszeni nóż i rzucił nim. Ostrze obróciło się kilka razy w powietrzu i wbiło w drewnianą boazerię tuż za moją głową. Pukiel ciemnych włosów opadł na włoski dywan.

– Co, do kurwy nędzy? – zapytałem, dotykając głowy w miejscu nad uchem.

– Alessandro… zachowujmy się jak dorośli.

Posłałem mu wkurwione spojrzenie, ale zdjąłem nogi ze stołu.

– Będziemy teraz udawać, że jesteśmy ukochanymi braćmi, którzy jadają razem kolacje? – zapytałem, podsuwając się z krzesłem bliżej krawędzi blatu.

– Posłuchaj, młody… – Roberto zaczął rozkładać serwetkę. Zdziwiłem się, kiedy zawiązał ją sobie pod szyją, no ale co kto lubi.

– Kazałeś zachowywać się jak dorosły. Nie wiem, czy wiesz, ale dorośli nie noszą śliniaków. Przynajmniej w Polsce. – Skrzywiłem się, a Roberto puścił tę kpinę mimo uszu.

– Potrzebuję zaufanych ludzi – obwieścił i rzucił mi taką samą serwetkę. Złapałem ją w locie.

Emanuela ze swoim słodkim buongiorno wjechała wózkiem z kolacją. Na gorących czarnych kamieniach skwierczały krwiste steki. Przeprosiłem się ze śliniakiem i zawiązałem go pod szyją. Gosposia podała nam potrawy i zniknęła, zostawiając wózek, na którego dolnej półce znajdował się schłodzony alkohol.

– Możesz mi zaufać – powiedziałem przymilnie i odkroiłem kawał steka, z którego wyciekła krew. – Chętnie wysłucham, jeśli chcesz się wygadać, pożalić, że laska, za którą szalejesz, mieszka na innym kontynencie. Nie będę się nawet śmiać, kiedy przyznasz, że masz jej plakat nad łóżkiem i codziennie przed snem…

– Dość! – Przerwał ostro. Zamilkłem i spojrzałem prosto w jego zielone, bezwzględne tęczówki. Roberto zaczął spokojnie kroić stek. Od naszego ostatniego spotkania mocno się zmienił. Wyglądał poważniej, trochę w typie zbira z tatuażami wystającymi spod koszuli i gęstym zarostem. Chyba nawet przypakował. Ale największa zmiana zaszła w jego spojrzeniu. Nie było w nim nic z przygłupiego kuzyna, z którego z Filipem zawsze się podśmiewaliśmy. Właściwie to nawet nie była kwestia jego inteligencji, bo Roberto nie był tępy. Czasem zwyczajnie nie rozumiał czegoś po polsku. Teraz mówił niemalże bez akcentu i swobodnie żartował. Wyrobił się, trzeba mu to przyznać.

– Po prostu oddaj mi pieniądze mojego ojca – zażądałem, biorąc sztućce do rąk. – Nie możesz ich zawłaszczyć.

– Testament mówi co innego – zauważył chłodno.

Zacisnąłem usta w wąską linię.

– No weź, Roberto, nawet ty nie możesz być aż takim chujem.

Uniósł na mnie ostrzegawczy wzrok, a potem posłał puszkę z zimnym piwem w moim kierunku. Złapałem ją i otworzyłem z sykiem. Spiłem sączącą się z otworu pianę.

– Potrzebuję zaufanych ludzi – powtórzył. – Ty jesteś moim bratem z krwi. Zawierzyłbym ci własne życie.

Odstawiłem piwo na stół, patrząc na niego wrogo.

– Nie pierdol mi tutaj sentymentalnych dyrdymałów, tylko wyduś z siebie w końcu, czego chcesz! – warknąłem.

Roberto uśmiechnął się mrocznie. Nie podobał mi się ten wyraz twarzy. Minęła wieczność, nim odpowiedział.

– Chcę, żebyś był moją prawą ręką.

Prychnąłem ze znudzeniem i pokręciłem głową z szerokim uśmiechem.

– Ja się nie nadaję. Pogadaj z Filipem.

Całe życie ojciec mi to powtarzał. Traktował mnie jak dziecko, nie pozwalał dotykać żadnych ostrych przedmiotów. Fakt, zdarzało się, że czasami coś odwaliłem… No dobra, często się to zdarzało, ale to było w żartach. Nim się obejrzałem, przyklejono mi łatkę rodzinnego dandysa i odsuwano od wszystkich spraw. Co złego było w tym, że lubiłem dobrze wyglądać? Pasowało mi to, takie życie było bardzo wygodne. Nie zwracałem uwagi na sprawy starego. Ważne, że wpływał hajs. Filip myślał, że jestem zbyt delikatny, że brzydzę się przemocą. Prawda jest jednak zgoła inna. Nie jestem ani szlachetny, ani wspaniałomyślny. Większość moich dobrych uczynków była podyktowana chęcią zwrócenia na siebie uwagi i zrobienia ojcu na złość.

– Nadajesz się. I tak jak tu siedzę, mówię ci dosyć. Świętej pamięci Eduardo zostawił mi tutaj niezły burdel, twój szanowny brat się wykpił. Siedzimy w tym razem. Jeżeli chcesz, żeby kasa wpływała na twoje konto tak jak dawniej, musisz przestać być pierdolonym darmozjadem – wycedził, a w jego jasnych oczach zapłonął ogień.

– Nie chcę brać udziału w waszych brudnych interesach – odpowiedziałem stanowczo, celując w niego widelcem. Postanowiłem trochę pograć szlachetnego.

– Ale chcesz wydawać te brudne pieniądze – zauważył i zmrużył oczy.

Chwilę jedliśmy w ciszy.

– Masz dwa wyjścia – podjął Roberto. – Albo w to wchodzisz i dalej cieszysz się luksusami i bogactwem, albo jutro rano idziesz do pośredniaka.

– Jakiego znów pośredniaka?

– Takiego, który załatwi ci pracę.

Praca? Ja? W pracy? Patrzyłem na niego z niedowierzaniem. Ale Roberto naprawdę to powiedział i niestety chyba nawet nie żartował. Opadły mi ręce.

– No dobra. Tylko bez zabijania. Mogę być twoją prawą ręką, doradzać ci zza kulis i tak dalej.

– Nie chcesz brudzić sobie rąk – podsumował Roberto.

Nie odpowiedziałem. Pociągnąłem łyk piwa, podtrzymując kontakt wzrokowy.

– W porządku – oznajmił w końcu. – Mam dla ciebie pierwsze zadanie.

– Powiedziałem, że mogę ci doradzać. Nie wykonywać durne zadania. Od tego masz Aleksa i Bułę.

– Ta sprawa wymaga twojego udziału.

Mogłem się jeszcze kłócić, ale mocno zaciśnięta szczęka Roberta i determinacja w jego oczach mówiła mi, że to zwyczajnie nie ma sensu. Westchnąłem, mrużąc oczy z rezygnacją.

– No dobra, wal.

***

Stałem przed pomalowaną na biało secesyjną kamienicą. Mieściło się tu biuro prokuratora regionalnego i jednocześnie miejsce mojego pierwszego zadania. Jeszcze raz przeanalizowałem dane od Roberta. Według niego prokurator był z nami w dobrych układach. Wystarczyło go odwiedzić i dyskretnie przekazać miejsce spotkania poza jego pracą. Tak aby nie budzić żadnych podejrzeń. Ojciec wysyłał zawsze jakąś osobę spoza swojego najbliższego kręgu.

Miałem nadzieję, że zrobię swoje i Roberto na najbliższy miesiąc się ode mnie odczepi.

Zostawić facetowi kartkę z adresem… to nie fizyka jądrowa. Wszedłem przez szklane drzwi i udałem się od razu na schody. Kilka chwil kluczyłem po korytarzach, aż w końcu odnalazłem właściwe drzwi. Przed nimi stało puste biurko z odsuniętym krzesłem. Prokurator Zalewski zajmował narożny gabinet z ciemnymi drzwiami i tabliczką oprawioną w pleksi. Nie miałem wątpliwości, że to tutaj, i zapukałem głośno. Za pięć minut będzie po wszystkim. Pójdę na świetną kawę na rynek.

– Proszę. – Ze środka dobiegł delikatny głos należący prawdopodobnie do sekretarki prokuratora.

Otworzyłem drzwi i moją uwagę przykuła para najbardziej morskich oczu, jakie widziałem w życiu. Mieniły się i błyszczały jak jakieś pieprzone diamenty. Sekretarka chwilę przyglądała mi się zdziwionym wzrokiem, a potem uniosła brew. Poznałem tę twarz. To ją wczoraj ochlapał samochód przed kawiarnią. Dzisiaj miała na sobie granatową, grzeczną bluzkę z białym kołnierzykiem zapiętym pod samą szyję. Co było niżej, nie widziałem, bo siedziała za wielkim czarnym biurkiem.

– Pan na rozmowę kwalifikacyjną? – Przejechała wzrokiem po moim garniturze i zapytała do bólu oficjalnym tonem.

– Przyszedłem do prokuratora Zalewskiego – odpowiedziałem, przechodząc przez próg.

2

Łucja

Cholera, co za facet! Cała jego postawa zdawała się mówić, że to miejsce należy do niego. Mimo że to przecież moje biuro. Ciemne jak mocna kawa oczy rzucały figlarne spojrzenia, a o kilka tonów jaśniejsze włosy sięgały poniżej linii uszu. Spojrzał na mnie intensywnie, sprawiając, że w moim brzuchu coś zatrzepotało.

– Widziałem cię wczoraj. Ochlapał cię samochód – powiedział i uśmiechnął się czarująco na to wspomnienie.

Bardzo śmieszne. Ten wyciągnięty prosto z Photoshopa model podszedł do mojego biurka i chwycił stojącą na nim ramkę. Zdjęcie przedstawiało mnie i Laurę podczas wyjazdu na piknik. Jego nonszalancja była irytująca.

– Proszę to oddać. – Wyjęłam mu ją z rąk i nerwowym ruchem odstawiłam na miejsce. Skrzywiłam się na widok widniejącej na zdjęciu nieżyjącej siostry.

– To jak? Zapowiesz mnie? – zapytał. Przeniosłam na niego wzrok.

– Słucham? – Wsunęłam okulary wyżej na nos. – Proszę nie mówić do mnie na ty.

– Czy zapowie mnie pani prokuratorowi? – Rozejrzał się po gabinecie, jakby oczekiwał, że znajdzie tu zamaskowaną parę drzwi do wewnętrznego biura.

– Prokurator Zalewski tu nie pracuje – odpowiedziałam sucho. Na wspomnienie nazwiska tego gada nadal robiło mi się niedobrze.

– Tabliczka na drzwiach mówi co innego – zauważył i znowu uśmiechnął się szelmowsko. W tym uśmiechu było coś mrocznego.

Odsunęłam się na krześle i wstałam. Oparcie uderzyło o szafkę, z której spadły segregatory. Podniosłam je, starając się jak najmniej wypinać w jego kierunku. Wyprostowałam się formalnie i poprawiłam okulary. Minęłam go bez słowa, ignorując nęcący zapach drogiej wody kolońskiej, i otworzyłam drzwi. Cholera, nie kłamał, nadal tu była. Kazałam ją zdjąć przedwczoraj. Pod ciężarem nowych obowiązków nie zwróciłam uwagi, że dalej tu wisi. Teraz chwyciłam za krawędzie ramki i pociągnęłam. Próbowałam ją zerwać, z językiem wyciągniętym na wargę.

– Co za gówno – przeklęłam pod nosem, bo tabliczka nie chciała nawet drgnąć. Normalnie jak przylutowana! A potem przypomniałam sobie, że mam petenta i należy się zachowywać adekwatnie do pełnionej funkcji. Tymczasem petent, trzeba przyznać, bardzo przystojny petent, przyglądał się temu przedstawieniu z uniesionymi brwiami.

– To teraz moje biuro – wyjaśniłam. Rozważałam, czy nie wziąć markera i nie zamalować nazwiska Zalewskiego na czarno, ale to już by zakrawało na przesadę. Mogłam jeszcze dopisać obok: „ta skorumpowana świnia zapłaci za to, czego się dopuściła”, ale z pewnością nie byłoby to zachowanie, które przystawałoby świeżo upieczonej pani prokurator.

– Aha. A gdzie znajdę prokuratora? – Przystojny nieznajomy wyrwał mnie z tych idiotycznych rozważań.

W pudle.

– Prokurator Zalewski już tu nie pracuje – powtórzyłam, wygładzając ołówkową spódnicę.

Odniosłam wrażenie, że ta wiadomość zdenerwowała mojego gościa.

– Teraz ja jestem prokuratorem, Łucja Olszewska – powiedziałam, zamykając drzwi na korytarz. Z jakiegoś powodu poczułam się jak w pułapce z dzikim zwierzęciem. Czekałam chwilę, aż się przedstawi, ale nie zrobił tego.

Odchrząknęłam.

– W czym mogę panu pomóc? – zapytałam, siadając za biurkiem.

– Jak to nie pracuje? – dopytywał nieznajomy. Mięsień na jego policzku zadrżał.

– Nie jestem upoważniona, żeby udzielać szczegółowych informacji – poinformowałam rzeczowo. – Proszę powiedzieć, o co chodzi, postaram się panu pomóc.

Normalnie oddelegowałabym go do mojej sekretarki, gdybym ją miała. Dzisiaj miały przyjść na rozmowy kandydatki z urzędu pracy. Przystojniak przyglądał mi się przez chwilę wnikliwie i miałam wrażenie, że moja osoba jest poddawana surowej ocenie. Chłodne ciarki pokryły moje ramiona, a serce przyspieszyło. Między nami pojawiło się nieznane mi dotąd napięcie.

 

– To nic takiego. Prokurator Zalewski to dobry przyjaciel mojego ojca, pomyślałem, że wpadnę i zaproszę go na partyjkę golfa. Ale skoro go tu nie ma, może ty gdzieś ze mną wyskoczysz? – Oparł się o blat biurka z drugiej strony i nachylił nade mną. Zaschło mi w gardle, miałam ochotę poluzować ciasny kołnierzyk.

– Nie przypominam sobie, żebyśmy przeszli na ty – odpowiedziałam formalnie i otworzyłam ostentacyjnie pokrywę laptopa. – Jeśli to wszystko, wie pan, gdzie są drzwi.

Cała ja… przystojny koleś mnie gdzieś zaprasza, a ja, zamiast uśmiechnąć się słodko i zatrzepotać rzęsami, miażdżę go w stylu królowej lodu. Ale w końcu jestem w pracy… Bzdura, zawsze to robię. Tak samo zareagowałam, kiedy ostatnio ten przystojny ochroniarz na lotnisku zapytał, czy mi pomóc z torbą, albo wtedy kiedy znajomy mojego serdecznego kolegi zaproponował najprawdziwszą randkę. „W twoich snach”, odparowałam bezczelnie, chociaż facet na to nie zasłużył. Jak zwykle zadziałał mechanizm obronny. Jakoś trudno mi sobie wyobrazić, że naprawdę mogłabym się umówić z przystojnym nieznajomym. To nie moja liga. Już teraz jestem strzępkiem nerwów, a gdyby spróbował czegoś na randce? Pewnie dostałabym zawału. Poza tym wydało mi się podejrzane, że ot tak mi to zaproponował. Tacy kolesie umawiają się z modelkami z pierwszych stron gazet, a nie z szarymi myszami w bluzkach w stylu pani prezydentowej. Granatową bluzkę z kołnierzykiem, którą dzisiaj miałam na sobie, moja przyjaciółka, Agnieszka, ochrzciła właśnie tym terminem.

– Hmm – zamyślił się nieznajomy.

– Mam dużo pracy – warknęłam, wpisując przypadkowe znaki do świeżego posta na Fejsie.

– W porządku. – Oderwał dłonie od blatu. – Nie będę się narzucać.

To mówiąc, zaczął się wycofywać, aż w końcu dotarł do drzwi, rzucił mi ostatnie drapieżne spojrzenie i wyszedł. Dopiero gdy drzwi się za nim zamknęły, wypuściłam powietrze. Szlag. Wcisnęłam przypadkiem enter.

***

Przystojny nieznajomy pojawia się w twoim gabinecie i zaprasza cię na partyjkę golfa. Co robisz? Odpowiedź A) pytasz kiedy; odpowiedź B) mówisz, że się musisz zastanowić, i dajesz mu swój numer; C) wyrzucasz go za drzwi. Jaka ja jestem głupia! Myślałam o nim całe popołudnie. Ubrany doskonale, cera idealnie gładka, włosy… tutaj na szczęście dopatrzyłam się małej wady. Oprócz tego, że błyszczące i gęste, z prawej strony nad uchem były wyraźnie krótsze niż z lewej. Zaczęłam się zastanawiać, czy fryzjerka była w niego aż tak wpatrzona, że nie zauważyła fuszerki, czy spał z gumą do żucia, która wplątała mu się we włosy i musiał ją rano odciąć…

Co za niedorzeczność. To nie moja sprawa, nie powinnam się nad tym zastanawiać. Ale się zastanawiałam. Cały wieczór. Zasypiałam z nadzieją, że jakimś cudem spodobałam mu się na serio i ponowi zaproszenie. Zgodziłabym się? Chciałabym, o panie… ale jakby przyszło co do czego, pewnie znowu zabrakłoby mi odwagi. Chciałabym jeszcze choć raz go zobaczyć.

Minął następny dzień i kolejny… Wpadłam w wir obowiązków, co pozwoliło mi chociaż trochę zapomnieć, jak wielkie wrażenie na mnie zrobił. Niestety tylko trochę. Przez myśl przeszło mi durne stwierdzenie, chyba się w nim zakochałam od pierwszego wejrzenia.

Głupia, głupia, głupia! Gdyby to był film, teraz pewnie powinnam go odnaleźć i powiedzieć, że zmieniłam zdanie. Nie przedstawił się, nic o sobie nie powiedział. Nie miałam szans na odszukanie go, nawet jakbym chciała. Chociaż… nie. Wiem, że jest znajomym Zalewskiego. Ale nie jestem tak zdesperowana, żeby pytać tego starego skorumpowanego zgreda, którego wpakowałam za kratki, kim on jest. Mogłabym zaproponować trzy lata odsiadki mniej w zamian za numer do syna kumpla od golfa. Kompletnie mi odbiło!

Zadzwonił mój telefon. Z ekranu uśmiechała się do mnie twarz piegowatego blondyna.

– I co, masz coś? – zapytałam, darując sobie powitanie.

– Nie. To człowiek duch – powiedział Piotrek z żalem. Był moim najlepszym kumplem, w dodatku niezłym ciachem. Pracował w wydziale antynarkotykowym.

– Duchem to on będzie, jak zajmą się nim kumple w pace – mruknęłam.

Piotrek zaśmiał się po drugiej stronie słuchawki. Cóż, wspaniale, że poprawiłam mu humor, ale to nie miał być żart.

– Idziemy dziś na piwo do Krystyny. Może dołączysz?

Bar U Krystyny to w każdy piątek stały przystanek tajniaków z antynarkotykowego.

– Nie dam rady – wykręciłam się i zaczęłam pakować rzeczy do torebki.

– Przyda ci się chwila oddechu, przepracowujesz się za biurkiem – powiedział, nie kryjąc sarkazmu.

Wybiła siedemnasta, to już naprawdę najwyższy czas, żeby opuścić biuro i rozpocząć weekend.

– Dzięki, nie dziś.

– Może wpadnę na film?

– Innym razem – odpowiedziałam, zbiegając już po schodach.

– Brakuje mi naszych spotkań – stwierdził. Wyczułam, że się uśmiecha po drugiej stronie słuchawki.

– Mnie też – przyznałam. – Ale na razie potrzebuję się skupić na pracy. Pa.

Wyszłam na ulicę i skierowałam się w stronę metalowego stojaka na rowery. Odpięłam blokadę. W piątkowy wieczór wolę wejść do wanny z kieliszkiem wina i oddać się gorącym fantazjom na temat nieznajomego, niż gdziekolwiek ruszać tyłek. Żałosne.

Z tymi myślami włożyłam słuchawki do uszu, odpaliłam Des Rocs, chwyciłam rower i wsiadłam na siodełko, wciskając jednocześnie pedał. Minął już tydzień, a ja nadal nie mogłam otrząsnąć się z wrażenia, jakie na mnie wywarł.

Przesłuchałam trzy piosenki, nim jakiś facet z samochodu coś do mnie krzyknął przez okno.

– Może pan powtórzyć? – Wyciągnęłam słuchawkę z ucha.

– Złapała pani gumę! – Wskazał na moją tylną oponę.

– Kurwa mać – sapnęłam. Facet wytrzeszczył oczy w szoku. Dziewczyna w kucyku i pastelowej garsonce nie powinna tak brzydko przeklinać. Pomijając fakt, że nie był to odpowiedni strój na rower.

– To znaczy, kurde belek – poprawiłam się i sprowadziłam rower na chodnik.

Stąd do domu miałam jakieś cztery kilometry. Po drodze była stacja benzynowa, na której miałam nadzieję napompować oponę. Może nawet mieli w sprzedaży łaty na dętki?

Z muzyką w uszach przeszłam kilka przecznic. Na stacji okazało się, że ktoś zwędził końcówkę od kompresora, więc czekały mnie kolejne trzy kilometry spaceru. Co za czasy. Westchnęłam i ruszyłam, prowadząc rower.

Właśnie się zastanawiałam, czy nie zamówić taksówki bagażowej albo nie zadzwonić do Piotrka, kiedy zwolniło koło mnie srebrne auto. Ignorowałam je przez kilka kroków, ale w końcu nerwy mi puściły. Odwróciłam twarz w kierunku kierowcy i już miałam zapytać, czego, do cholery, chce, ale zapomniałam języka w gębie.

– Kolejny rowerowy dramacik? – zadrwił przystojny nieznajomy, po tym jak opuścił szybę. Miałam go zapytać o kolejny fryzjerski dramacik, ale ugryzłam się w język. Chwilę patrzyłam na niego w osłupieniu, dalej prowadząc rower. W rezultacie wjechałam oponą w kosz na śmieci. Przystojny nieznajomy zachichotał i przyspieszył. Zatrzymał auto na najbliższym wolnym miejscu i wysiadł. W osłupieniu patrzyłam, jak się do mnie zbliża. Jego szczupłe ciało opinały ciemna dzianinowa marynarka z kołnierzem postawionym na sztorc i czarne dżinsy. Koszula w czarnogranatową kratkę wystawała spomiędzy połów marynarki. W tym wydaniu wyglądał może nawet przystojniej niż w garniturze. Każdy jego krok był swobodny i sprężysty.

– Potrzebuje pani podwózki? – zapytał, patrząc sugestywnie na mój rower. Jego głos był głęboki i przyjemny dla ucha.

Zakręciło mi się w głowie od emocji, jakie wywoływały we mnie niemalże czarne oczy nieznajomego. Wymamrotałam coś niezrozumiałego, nadal próbując przejechać rowerem przez kosz. Po chwili zorientowałam się, co robię. Nim zdążyłam zareagować, smukłe dłonie przystojniaka znalazły się na rączkach kierownicy zaraz obok moich. Ze zdenerwowania zassałam powietrze ze świstem i zacisnęłam palce na kierownicy jeszcze mocniej. Nie dotykał mnie, a ja już czułam gorące mrowienie w całym ciele. Moje serce dudniło niespokojnie.

– Proszę puścić, pomogę… – wymruczał blisko mojego ucha, sprawiając, że odskoczyłam.

Poprawiłam niezdarnie okulary na nosie. Jeśli chodzi o gorących mężczyzn, byłam całkowicie bezbronna. Zazwyczaj stawiałam się w pozycji dobrej kumpeli, żeby nikt nie pomyślał, że ja pomyślałam, że on i ja… Odchrząknęłam.

– Dziękuję.

Nieznajomy zaczął prowadzić mój rower do swojego samochodu!

– Moment – zawołałam, kiedy otwierał bagażnik.

Zerknął na mnie z tym swoim łobuzerskim uśmiechem, od którego uginały mi się kolana.

– Nie musi pan tego robić. Mieszkam niedaleko.

Uniósł brwi.

– Jest pani pewna?

– Że mieszkam niedaleko? No tak – odpowiedziałam i znowu poprawiłam zsuwające się okulary.